• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Pracownia "Howell's Hand"
Pracownia "Howell's Hand"
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
21-09-2025, 13:51

Howell’s Hand
Niewielki lokal przy ulicy Pokątnej. Jedno pomieszczenie, które zostało podzielone prowizoryczną półścianką dla nadania właścicielowi odrobiny prywatności podczas pracy. Pomoc znajdą tu wszyscy ci, których los zmusił do korzystania z protez. Oprócz szerokiego ich asortymentu, przybytek oferuje prace naprawcze i serwisowe.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
11-12-2025, 16:30
Gwałtowny błysk pojawia się w oku uzdrowicielki, kiedy młody rzemieślnik wspomina o swoich warunkach – nie wskazujących na jednoznaczną odmowę. Sanderson przekonana jest, że praca w zespole badawczym jest w tej branży nieco wartościowsza (co jest wyłącznie jej opinią), jednak nie odmawia sensowności rozwijania własnego biznesu i zarabiania na wykonywanych zleceniach. Rozumie, że Lysander chce poświęcić dużo uwagi "Howell's Hand"– nakreślił to i przy ostatnim spotkaniu. Moira nie może mieć pojęcia jak potoczy się ich współpraca i co ostatecznie mogłoby wygrać walkę o większość jego uwagi, ale w swoim może samolubnym przekonaniu sądzi… Że znajdzie dobre miejsce dla młodego twórcy. Że jeżeli jego ambicje pasują do renomy jego szkolnego domu i jeżeli nie był ostatnio gołosłowny – będzie w stanie prawdziwie postarać się dla wspólnego sukcesu.
Był pracowity – siedział tu do późna. Był zaradny - prowadził w końcu własny biznes. Biznes, który wydawał się choć trochę rentowny – właściciel nie wyglądał w końcu na zabiedzonego.
Chce mu zaufać, dlatego daje mu szansę. Chce mu zaufać, dlatego kontynuuje tę rozmowę.
– To sporo, ale chcę wierzyć, że dajemy równie wiele – przyznaje. Oczywiście, że nie unikną chłodnych kalkulacji – oboje chyba mają do tego skłonności. – Na samym początku chciałabym, być asystował mi i zrozumiał sposób działania zespołu. Stosowaną metodologię, przyjęte założenia, potem podział na konkretne grupy i ich odpowiedzialność. Ale najsampierw chciałabym po prostu spędzić razem trochę czasu. Lubię dobrze wiedzieć kim jest osoba z którą pracuję – szczególnie, jeżeli współpraca ta miałaby trwać dłużej niż pojedyncze zlecenie - oferuje, nawet jeżeli cześci oferty nie wypiada na głos, skracając dzielący ich, a wyznaczany ramami grzecznościowych zwrotów, dystans. Wciąż nie wyzbywa się jednak odpowiedniego szacunku. Gryzie ją jedynie to, że ona zwraca się do niego po imieniu, zaś on wciąż stosuje formy grzecznościowe. Nie sprzyja to współpracy bez barier, ale i na przełamanie tej przeszkody przyjdzie przecież czas. – Przyniosłam ze sobą pudełko starych protez wzrokowych – opartych na technikach rozwijanych przez nasz zespół, ale na to chyba za wcześnie. Nie są to wszystkie prototypy i modele, ale gdy już zdecydujemy się na współpracę, chciałabym byś przyjrzał się im i zrozumiał zastosowane tam mechanizmy – pochyla się do blatu, byle przesunąć pudełko przed siebie. Opiera na nim dwie dłonie. Rozmowa nie potoczyła się dziś w ten sposób, by chciała je pokazać od razu. Całe szczęście nie ważą one wiele – poradzi sobie z dźwiganiem nich w drodze powrotnej. Od dźwigania coraz ciężkiego syna, stawała się z wiekiem – paradoksalnie – coraz silniejsza.
– Widzę, że jesteś dziś zajęty, więc pozwolę ci kontynuować pracę, ale chciałabym spotkać się jeszcze przed końcem miesiąca. W ostatni dzień wybieram się do Hogwartu, ale w przeddzień Zjazdu mam wolny wieczór – mówi, pokazując ludzką twarz. Tak, również zdarza jej się spacerować czy robić rzeczy wyłącznie dla przyjemności. Rozmawiać – ach, jakie to ludzkie – też jej się zdarza. I tak, nie poświęca całej życiowej energii na pracę w laboratorium i w szpitalu… Chociaż faktycznie jest to nieczęste.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
29-12-2025, 23:37
Nie łudzę się nawet, że zdołamy osiągnąć porozumienie w każdym aspekcie pracy. Kompromis? Być może. Lecz to zweryfikuje dopiero czas i praktyka. Wzajemne poznanie okazuje się więc koniecznością, nie tylko fanaberią, zbędnym zapełniaczem czasu, którego żadne z nas nie posiada wszak w nadmiarze. Każdy ruch kalkulujemy, sprawdzamy jakie owoce przyniesie w odległej perspektywie; nie ma tu miejsca na pomyłki albo zbytnie szafowanie posiadanymi zasobami. To pozwala mi w rezultacie osiągnąć pewien rodzaj spokoju — bo sytuację traktujemy jak najbardziej poważnie. Z szacunkiem do swoich oczekiwań.
Przyglądam się jej raz jeszcze spod przymkniętych powiek. Myślę sobie, że musi czuć pewien rozdźwięk pomiędzy tym, co teraz się dzieje, a tym, czego doświadczyła podczas spotkania w Podziemiach. śmiem jednak roztaczać przed sobą wizję, że zmiana ta działa na moją korzyść. Bo nawet przy szczerych chęciach wkradania się w łaski tych, których oceniam jako użytecznych, potrafię nieco przesadzać. Zbytnia odwaga, być może postrzegana niekiedy jako przejaw szczeniackiej brawury, potrafi zniechęcać. Ja po latach nie zawsze potrafię ją przystopować, jakby tamten dzieciak, odziany w barwy Slytherinu, nie całkiem jeszcze rozmył się w zyskanej dojrzałości i doświadczeniu.
Plan Moiry jest jak najbardziej sensowny i daje mi komfort czasu — mogę dokładnie przemyśleć ostateczną decyzję, którą umotywuję zyskanymi doświadczeniami. To mi odpowiada, dlatego kiwam głową, pieczętując propozycję. Spotkanie w ramach mniej oficjalnego (być może) poznania się, również nie stanowi problemu. Ponownie, jest mi na rękę. Nie wiem jeszcze natomiast, co z tego wyniknie, czy to ryzykowne? Będę chciał uzyskać jak najwięcej, wydrzeć choć odrobinę więcej ustępstw, jeśli uznam, że jest to warte poświęcenia. Trybiki maszyny w doskonale znanym mi mechanizmie znów zaczynają przeskakiwać, wybijając miarowy rytm, którym podążam bez namysłu.
— Wygląda więc na to, że jesteśmy w pewnym sensie umówieni — mówię całkiem wprost, bez zbędnego przeciągania. Jeśli tylko znajdzie czas, chętnie się z nią spotkam.
Ukłucie zawodu spada zaś na mnie w momencie, kiedy zwraca się w stronę pudełka i mówi mi o jego zawartości. Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to rzecz, którą z niecierpliwością przestudiowałbym w zaciszu pracowni. Zdaje się jednak, że Miora ma inny plan i mogę się jedynie domyślać czy jest to zachowanie intencjonalne czy też nie. Czy nie wykazałem wystarczającego entuzjazmu czy też wszystko potoczyło się tak, że postanowiła zarzucić kolejną przynętę. Zbliżyć mnie do „nagrody”, by następnie szarpnąć za wędkę w oczekiwaniu, iż podążę za nią posłusznie. Moje palce poruszają się z lekką nerwowością — rwą się aż, by dotknąć pudełka. Muszę jednak poczekać. Muszę tłumić w sobie pragnienie. Zagryzam dolną wargę. Nie lubię dyskomfortu porażki. Nawet tak drobnej w obliczu tego, co udało się nam dzisiaj przedyskutować.
Wyznaczenie dokładnej daty spotkania sprawia, że gorycz rozczarowania zostaje zrównoważona słodyczą perspektywy.
Odpycham się na moim krześle, jak na komendę, robię przy tym dość zamaszysty, nieco przerysowany ukłon w kierunku pani doktor.
— Dziękuję za wyrozumiałość. — Odnoszę się do kwestii pracy, którą mam jeszcze dzisiaj do wykonania. Satysfakcja przebija przez kolejne słowa. Daję znać, że złożona propozycja wywołuje we mnie coś w rodzaju ekscytacji. — Czekam więc na wieczór naszego spotkania. Tymczasem, pozwoli pani, że faktycznie zajmę się przerwanym zajęciem. — Kolejny ruch oddala mnie od kontuaru i pozwala na ponowne zanurzenie się w składaniu szkieletu protezy. Zdaje się, że zupełnie nie dostrzegam momentu, w którym Sanderson opuszcza Howell’s Hand.


ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
30-12-2025, 20:33
15 kwietnia 1962

Rzadko zbaczała ze swoich zwyczajnych ścieżek, więcej: gorliwie starała się, by nie mieć czasu na podobne dygresje, znając zbyt dobrze swoje zgubne skłonności, by w nie popadać z paskudną rozpustnością, to znaczy – z kim lub z czym popadnie i do ostatniego słowa; w pisarstwie zresztą tak samo, jak w życiu lub odwrotnie. Źle wprawdzie znosiła niedokończone sprawy, tak jak źle znosiła niedokończone myśli, a myśli – tak jak zdania – miały tę właściwość często dążyć do myśli kolejnej. I tak list od pani Millborrow z prośbą o eliksir spokoju zaprowadził ją rankiem do Cardiff (tę dygresję mogła jeszcze przed sobą usprawiedliwić, ostatni raz widziała się z nią lata temu, jeszcze przed wyjazdem do Pragi), gdzie skłoniona parszywą pogodą zgodziła się usiąść przy filiżance kawy i ciepłej szarlotce, skąd od słowa do słowa dotarła przypadkiem do rozżalonej szklistości kobiecego spojrzenia – a dalej, podążając za okruchami wyznań popełnianych przez wdowę coraz chętniej, do nazwiska ściśle z tym żalem sprzężonego.
Proszę mi wybaczyć, znaliśmy się na pewno w szkole, ale ledwo go pamiętam – skłamała, dostrzegając, że wdowie oko zaczyna wysychać w zwiastunie rychłej zmiany tematu, gdy ze spowiedniczego nastroju wyrwało ją grzmienie za oknem; i znów – patrzyło na nią szkło i bezdenna żałość, kiedy pani Millborrow przypominała jej i sobie o jego atutach, zaletach i – do czasu – doskonałych manierach, a ona czuła się tylko trochę winna, tłumaczyła sobie w końcu, że robiła to przecież w szlachetnej intencji doprowadzenia wątku do końca. Lysandra Hatleya tymczasem nie tylko pamiętała, ale wiedziała też, gdzie go szukać – zdarzyło jej się zasłyszeć w szpitalnym korytarzu o Howell's Hand, nie miała dotąd jednak powodu (należałoby rzecz zapewne: szczęśliwie, jakkolwiek to niegrzeczne), by w jego pracowni zawitać; sam argument zobaczenia się z nim nie był zarazem powodem wystarczającym – Lysander należał do tej kategorii ludzi, o których nie mogłaby zapomnieć (był tak jaskrawy w swoim sposobie bycia i co najważniejsze – tak skutecznie ją w przeszłości rozgniewał), ale których nie spodziewała się też nigdy więcej w życiu spotkać na dłużej niż wymiana spojrzeń na ulicy. Zdawało jej się wprawdzie, że należał do innej części rzeczywistości – pełnej barw, które się ze sobą nie gryzły, choć powinny, śmiechu (niezawsze szczerego) i dwuznaczności (czasem tylko figlarnych, częściej niebezpiecznych). Wolała nie myśleć, jak Hatley mógłby opisać tę część, do której należała ona.
Tym sposobem dotarła w końcu pod drzwi Howell's Hands, przynosząc ze sobą uwerturę nadmorskiej burzy osiadłą na zmokłych włosach, wgryzioną zapachem w wełnę płaszcza i przebłyskującą w chmurnym spojrzeniu, wyraźnie poszukującym konfrontacji. W gruncie rzeczy nie była do końca pewna, czy przychodziła tutaj dla pani Millborrow, dla zwykłej potrzeby wyszarpania z tej płaczliwej historii pointy (która jej się wcale nie należała), czy może przez to, że sama czuła się, jakby ją oszukał – bo dotąd naiwnie sądziła, że swojej pracowni dorobił się sposobem uczciwym i czuła nawet coś na kształt dumy; wyobrażała sobie, że należała do nielicznej grupy osób, która znała stojące za jego sukcesem niechlubne początki (w istocie nie miała o jego początkach najmniejszego pojęcia, przyłapała go zwyczajnie z dłonią w cudzej kieszeni).
Do pracowni wtargnęła bez przystanku, jakby obawiała się, że inaczej zdąży się przed nią zabarykadować, w środku panował jednak spokój: nikt nie szykował się na sztorm ani wojnę, nikt nie zbierał w pośpiechu narzędzi i kosztowności do walizki, by zbiec przed nadchodzącym wyrokiem, tym razem może na drugi koniec kontynentu. Zaskoczone spojrzenie starszego mężczyzny czekającego przy przejściu za półściankę wytrącił ją trochę z impetu – zauważyła, że nie ma lewej dłoni i jej złość wydawała jej się nagle zupełnie nie na miejscu, zatrzymała się pośrodku pomieszczenia, zupełnie nieadekwatna ze swoim wzburzeniem, czując się jak bełtwa wyrzucona przez sztorm na piach, gdzie jej parzydła stawały się przedziwną zabawką dla dzieci, od której nie sposób oderwać wzroku, choć jest odrażająca.
Najpierw usłyszała jego głos, mówił coś do starszego mężczyzny; potem zza półścianki wychyliła się głowa, spostrzegła znajomą, zmienioną nieznacznie przez upływ czasu, twarz – to ją otrzeźwiło, odzyskała wreszcie rezon, zacisnęła dłoń mocniej na cienkich rękawiczkach.
– Hatley – odezwała się, śpieszna, by wyprzedzić moment, w którym dostrzegłby jej niezrozumiałą obecność pierwszy. Wydawało jej się, że czyniło to newralgiczną różnicę w konfrontacji: domagać się uwagi, zamiast ją jedynie przyjmować. Nie była pewna, czy ją w pierwszej chwili rozpoznał, nie była też pewna w chwili drugiej, ale nie zamierzała braku rozpoznania brać mu za złe – miała wrażenie, że po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich latach, nie mogła być dłużej tą samą osobą; zamierzała mu się za to – dosadnie – przypomnieć.
Pokonała pozostały skrawek podłogi, wystukując obcasami stanowczy rytm na drewnie; znów pochmurna, rozdrażniona i zogniskowana na Lysandrze, jak przepuszczone przez lupę słońce.
– Wybaczy pan – szepnęła z chłodną uprzejmością, wsuwając się w przestrzeń pomiędzy nim a klientem, by w wyjątkowo niedbałej konspiracji wycedzić: – Czy ty znasz wstyd, Hatley, czy musiałabym cię strzelić w pysk, żebyś się przynajmniej jednym policzkiem zaczerwienił? – zderzenie się z jego spojrzeniem było przyjemne w prawdziwie paskudny sposób; jakby nie patrzyła na człowieka, a historię, z której oczu mogła wyłuskać sobie satysfakcjonujący finał. – Nic się nie zmieniłeś. I może ja też niewystarczająco, skoro się jeszcze ceremonialnie pytam. Ale na miłość boską, jak nisko można upaść? – Jakkolwiek niedomówienie dawało jej satysfakcjonującą przewagę, sprostowała wreszcie: – Widziałam się z panią Millborrow.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
09-01-2026, 23:00
Przecieram sennie oczy. Skupiam się znów na pracy, którą wykonuję. Czuję, że ostatnie dni pozbawione łaski nieprzerwanego snu odciskają się na mnie wyraźnie. Kątem oka obserwuję w wypolerowanym metalu kładące się pod oczami cienie. Jak dobrze, że dłonie suną pewnie w wyćwiczonych ruchach i nie muszę się tłumaczyć z niezdarności. Brak uważności jest jednak najgorszym, co mogę sobie zafundować prowadząc serwis wysłużonej protezy. Serwis, a właściwie oględziny, od których zależy czy odeślę mojego klienta bez kończyny do domu czy też uda mi się wszystko nastawić w mniej niż kwadrans. Nie przepadam za tego typu presją, jest ona jednak wliczona w koszta. Nie zawsze mogę pozwolić sobie na komfort czasu, dlatego teraz muszę dokładnie zapoznać się z usterką, jednym uchem słuchając uwag mężczyzny oczekującego ledwo pół metra dalej. Zegar odmierza, kolejne tik-tak…
Spoglądam na szczupłą sylwetkę obleczoną w stary wypłowiały płaszcz. Stoi tak i czeka, obserwując każdy mój ruch, a szpakowate, ułożone elegancko włosy, połyskują w świetle rzucanym zza jego pleców. Wszystko ślamazarnie brnie do przodu, ja mocując się z mechanizmem układam w głowie to, jak najbardziej elegancko i bez nietaktu powiedzieć mojemu klientowi, że użytkowanie protezy bez rękawicy ochronnej przy pracy alchemicznej nie jest rzeczą najmądrzejszą już u swych podstaw. Jednym jest to, że faktycznie nie odczuje fizycznych niedogodności, jeśli z nieuwagą coś rozleje na miękką powłokę szkieletu, a drugim, że „martwa tkanka” stopów metali również ma swoje ograniczenia. Rozumiem nieuważność lecz podstawy bezpieczeństwa i higieny pracy obowiązują, na litość Boską, bez wyjątku. Czasami los podsuwa mi tak absurdalne sytuacje, że powoli przestaje mnie cokolwiek dziwić. Zaklęcie czy dwa i łatam przetopioną skórę. Po kilku kolejnych minutach, w połowie zdania rzucanego w kierunku pana Bakera, okazuje się, że ten miesiąc (jak i miniony) stawia sobie na celu miażdżenie moich niemal wszystkich przekonań na temat funkcjonowania świata.
— Teraz wszystko powinno działać musi pan jednak… — zawieszone na krańcu języka pouczenie zastyga martwo, a ja otwieram szerzej oczy. Znajoma sylwetka, bo musi być przecież znajoma, skoro potrafię dopasować do niej konkretne zdarzenia z przeszłości, niczym senna mara sunie w głąb mojego azylu, rozdzierając świętą przestrzeń między specjalistą a klientem tak gwałtownie, że nie mam czasu nawet dokładnie przemyśleć czy w ogóle mam powód, żeby czegokolwiek się obawiać. W ostatnich czasach przypominam zająca kryjącego się za miedzą, czekającego tylko na moment, w którym serce rozpadnie się na dwa w porywie zbyt silnych emocji. Nie podoba mi się ów stan. Bardzo nie podoba. Niestety, powoli zaczynam powątpiewać, że Londyn będzie dla mnie oazą spokoju, a duchy przeszłości przestaną wypełzać z najmniej spodziewanego zakamarka.
Każde słowo, które kobieta artykułuje sprawia, że powieki unoszą mi się wyżej i wyżej do momentu, w którym czuję nieprzyjemne szczypanie i wyraźny opór mięśni. Jedynym, co mnie w tym momencie ratuje jest tylko to, że nieco przysłania samą sobą moją twarz przed panem Bakerem. Muszę jednak coś zrobić, bo jeśli sytuacja zabrnie za daleko, niepotrzebne niedomówienia zaczną krążyć powoli w organizmie miasta, które jest obecnie moim chlebodawcą.
Na dźwięk nazwiska Millborrow uderza mnie otrzeźwienie i dziwna złość, której wyrazu jeszcze nie potrafię dać lecz pracuje ona na tyle odważnie, żebym wreszcie zebrał się w sobie i próbował choć na moment odwrócić sytuację. Wciskam więc w jej ręce miękką protezę dłoni, z kwaśnym uśmiechem zwiastującym tyle tylko, że nie zamierzam oddawać jej pełni władzy nad sytuacją. Nie mam jeszcze w głowie przestrzeni na głębsze zastanowienie. Nad zrozumienie czego, u licha, ode mnie oczekuje, tak paskudnie wciskając się w moje ułożone, na pewno odległe od kłopotu jakim była Renate, życie. Czy postradała zmysły?
— Zaraz omówimy wszystko, moja droga, pozwól najpierw jednak, że obsłużę mojego klienta jak należy. Proteza zintegruje się po nasunięciu na rękę pana Thomasa. Bądź tak uprzejma, a ja wypiszę kartę serwisową. — Odwracam się bezceremonialnie, pomimo ścisku niechęci w żołądku. Nurkuję w papiery, a tak naprawdę staram się ogarnąć narastające napięcie. — Proszę uważnie przeczytać jeszcze raz wszystkie wskazówki dotyczące użytkowania, które panu zapisuję. Rozumiem, że czasami w natłoku codzienności można się zapomnieć, ale od tego zależy żywotność mechanizmu — mówię, wypisując dokładnie to, co udało mi się dzisiaj zrobić. — Teoretycznie nie powinienem, bo usterka wychodzi poza naszą umowę, ale z racji… z racji na niedogodności… — wysuwam głowę zza cienkiej ścianki oddzielającej główną część pracowni od mojego biurka po to tylko, żeby obrzucić Natašę wymownym spojrzeniem. — Wliczę to na mój koszt.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.