• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Horyzontalna > Pub "Fontanna Szczęśliwego Losu" > Brzegi fontanny
Brzegi fontanny
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-05-2025, 23:13
Brzegi fontanny
To właśnie tu, tuż przy magicznej fontannie w centrum pubu, rozgrywa się większość najciekawszych scenek z życia pubu. Kilka niskich stolików otacza marmurowy akwen z migoczącą wodą, która delikatnie podświetla twarze gości miękkim, srebrzystym blaskiem. Czasem nad powierzchnią pojawiają się ulotne obrazy — urwane wspomnienia, nieopowiedziane marzenia, a może zwykłe halucynacje po trzecim kieliszku ognistej whisky. To punkt, do którego ciągną stali bywalcy i nowi goście, każdy z własną historią — albo pragnieniem, by jakąś zostawić. Bo przy fontannie, jak mówią, los ma wyjątkowo dobry słuch.

Rzuć kością

Zanurz dłoń w wodnej tafli i rzuć kością k5:
1 - woda jest przeraźliwie lodowata. Przechodzi cię naprawdę upiorny dreszcz i gwałtownie odskakujesz.
2 - woda jest letnia, dostrzegasz w niej pofalowane i zdecydowanie niekorzystne odbicie swojej sylwetki.
3 - w wodnym zwierciadle odnajdujesz wdzięczny obraz samego siebie. Wzmaga się tobie pewność, tego dnia nic nie stanie ci na przeszkodzie. Otrzymujesz +5 do wszystkich rzutów do końca dnia.
4 - zanurzona w zbiorniku dłoń odnajduje złotą monetę. Gratuluję, otrzymujesz galeona. Zgłoś się do Mistrza Gry.
5 - los ci sprzyja. Zostałeś wypatrzony przez tajemniczego czarodzieja z końca sali - otrzymujesz darmową kolejkę ulubionego trunku.

    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
The heart will break, yet brokenly live on
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
09-04-2026, 23:26
Tak bardzo chciał się znów włączyć w rozmowę i uśmiechać pod nosem na interesujące żarty Rosiego, że wpatruje się w niego intensywnie. Może zaszklone oczy albo opadające ze zmęczenia powieki sprawiły, że wysnuł wniosek, że bierze go przeziębienie, ale coś było w tej chorobie. Była widoczna bladym okiem nawet przez osobę tak niewinną jak Ambrose. Kręci głową zaprzeczając i prostuje sie, czując że został przywołany do tablicy.
- Wybaczcie, musiałem odpłynąć myślami...  - mówi, jakby dopiero obudził się z głębokiego zamyślenia. Geroge miał plan zbagatelizowania swoich problemów, przekierowania rozmowy ponownie na chłopaków z policji magicznej, a  w między czasie ich opowieści wypicia nie jednego, ale przynajmniej kolejnych trzech kufli z piwem. Ale mężczyźni patrzą na niego wyczekująco, co każe mu powiedzieć o czym tak intensywnie myślał.
- Zastanawiałem się, może mi pomożecie. Jak sądzicie, czy  Vickers Tower* które budują w centrum będzie wystarczająco wysokie, by nawet czarodziej skacząc z jego ostatniego piętra skończył jako dżem? -zawiesił głos, widząc jak oczy przyjaciół poszerzają się w zdumieniu, kiedy dzieli się z nimi myślami. Czuje na sobie spojrzenia i wie, że zbyt jasno przedstawił, co ma w głowie. Palce nieco szybciej zgniatają kartonik, który pojawił się w jego dłoniach kiedy odstawił piwo na bok.
- Badam po prostu taką sprawę - nie, to nieprawda - I zacząłem się zastanawiać, czy czarodzieje są odporniejsi w jakimś stopniu? Znane są przecież przypadki upadku z wielkich wysokości podczas meczów, które kończyły się głupimi złamaniami.  I dalej... czy to ma znaczenie czy magia przebudziła się w nich jako w pierwszym pokoleniu... -patrzy po twarzach przyjaciół gotowych podjąć trop i wie już, że dłużej nie będzie mógł trzymać języka za zębami. Spogląda na dłonie, które  męcząc kartonik, doprowadziły do stanu w  którym powinien  trafić do kosza. Jeszcze na początku dzisiejszego wieczora była to magiczna wizytówka, którą otrzymał od spotkanej w pracy czarownicy. Jutro będzie musiał odzyskać jej kontakt, bo z tego papierka niewiele da się wyczytać. Ten zniszczony, dziś już śmieć, przypomina mu kształt własnego serca i sprawia, że na chwilę przymyka oczy, wiedząc, że wyznanie się zbliża.
- Tak na prawdę tą sprawą jestem ja - pociera palcem wewnętrzną stronę oka, czując ciężkość wszystkich emocji kotłujących się w jego ciele. - Mam ostatnio same czarne myśli. Nie spałem już kilka dni. I nie mogę oddychać. I nie mogę jeść - w końcu odsuwa rękę od twarzy gestykulując niemoc i ochotę uduszenia jakiejś cząstki tego niesprawiedliwego świata. Jak opisać ten stan męczący, przybijający do samego dna i uniemożliwiający funkcjonowanie. Jest jedno słowo, które George zna, ale które chociaż ma słodki dźwięk powoduje u niego automatycznie brak  umiejętności mowy. Jakby nie mogło mu przejść przez usta to co zaczyna się na M a kończy na ŚĆ. Ciężkie powieki opadają wraz z dłonią, która jak sygnał poddania się nagle opada miękko na stół. W cichszym tonie pojawiło się wreszcie wyznanie: - Myślę, że się zakochałem
To nie tajemnica w kim. Od roku uśmiecha się przecież jak głupiec przy każdym wspomnieniu jakiegolwiek tematu związków oraz kwiatów i wspominał nie raz, że chodzi na długie spacery albo przeciąga spotkania z piękną brunetką, a w jego wypowiedziach w ostatnim roku pojawiły się ciekawostki tak interesujące, że na pewno przyjaciele zastanawiali się, czy zapisał się przypadkiem na jakieś studia. Jakieś pół roku temu przyznał się nawet do tego, że ową brunetką jest Iris Nott, co wywołało przeróżne reakcje w grupie, natomiast był głuchy na jakiekolwiek komentarze związane z tym, że jest to mrzonka, a nie układ warty inwestowania czasu. Mówił, że Iris jest inna. I tym jednym zdaniem zamykał im usta i mogli przejść to problemów sercowych (albo i bez-problemów) druchów. I chociaż wcześniej relacje polegały głównie na wychwalaniu damy jego serca, nigdy tak wprost nie wypowiedział się o tym co czuje. Aż do tej chwili.


*google czasami podpowiada, ze w 1962 zaczęto konstrukcje, a czasami, że później. Na potrzeby posta skłaniam się ku wersji która pojawiła mi się pierwsza
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
10-04-2026, 14:29
Gdy George Lupin przeżywał miłosne katusze – Harrison czuł się jak na miesiącu miodowym, na którym chyba wszystko szło nie tak. Miał w sobie ostatnimi czasy wyjątkowo dużo emocji. Intensywnych! I to pozywtywnych, i negatywnych – rozmaitych i interesujących. Stopniowo przechodził przez poczucie zdrady, dążąc do niemal euforycznego uczucia głośno odwzajemnionej miłości, potem do okrutnego deja vu – i to niespowodowanego wizjami w jego głowie, aż po strach, a potem wątpliwości. Mimo wszystko cieszył się, że mogli się tu spotkać – że Ambrose zdecydował, że wyjście do baru jest tym razem opcją do zniesienia, że chłopcy z ekipy aurorskiej nie znaleźli też wymówek by odpuścić tym razem, że mógł napić się piwa z nalewaka – nie z butelki. Nawet jeżeli trunek ten był chrzczony, nie miał zamiaru narzekać.
Nie musiał być wnikliwym obserwatorem, by zauważyć odpływające z twarzy Lupina zadowolenie. Nie widywali się codziennie, nie mógł śledzić stadium jego postępującej tragedii w pewnie czterystu aktach, ale jedno wiedział na pewno – kiedy ostatnio się widzieli, wydawał się pełen werwy. Bardziej enstuzjastyczny. Wydawał się po prostu sobą.
Dziś zaś od początku Tite przygląda się mu z podejrzliwością. Śnił o nim wiele razy i z powodów zrozumiałych chyba wyłącznie dla siebie – przeczuwał, że właśnie tak się stanie. Że prędzej czy później zobaczy go zbyt zamyślonym. Zbyt zmęczonym. Zbyt… Smutnym? Zawiedzionym? Czym i czemu?
Słucha opowieści Day’a o dniu wczorajszym, ścierając piankę z piwa z cienia wąsa, majtając nogą zarzuconą na nogę i próbując wyłapać partnera pełnym irytacji spojrzeniem. Opowiadał o tym tak, jakby nie zrobił absolutnie niczego złego! Jakby nie popełnił nawet jednego, maleńkiego, podyktowanego uprzedzeniami błędu. Nie złowi jednak jego wzroku – jest tego pewien. Tchórzył? Dlatego wystosował ten żart, który rozbawi Harrisona dopiero po trzech piwach? Dlatego przeniósł zainteresowanie na Lupina?
Harrison już wcześniej zadał mu pytanie – wszystko dobrze? – ale to zostało albo zignorowane, albo zbyte. Teraz miał nad sobą już dwóch pytających. Już nie ucieknie.
– Twoja mama mówi też, że… – właściwie nie kończy, macha ręką na mądrości mamy Ambrose’a. Kiedyś powiedziała mu, że zniszczył wesele jej jedynego, wyjątkowego synka (częściowo prawda). Ostatnio też przeginała kasztan coraz częściej, wpisując się chyba w rolę wrednej teściowej, którą już dłużej nie była. – George, od samego początku bardziej cię tu nie ma niż jesteś… – zawrócił mu uwagę, kiedy się tłumaczył. Czuł, że nie chodziło o chorobę – nawet nie musiał być w tym celu magimedykiem. Był w końcu jasnowidzem, nawet jeżeli momentami… Bezużytecznym. Zbyt mało doświadczonym i dzikim.
Gdy na światło dzienne wychodzi “sprawa”, którą zajmuje się Auror, Harrison momentalnie zerka w kierunku Ambrose’a. Coś śmierdziało w tym wszystkim – Titus słyszał o wieżowcu w centrum Londynu. Wiedziałby też jednak gdyby ktoś z niego spadł. Albo gdyby ktoś z niego spadł. Celowo.
– O merlinie. Georgie… – mówi do niego z nieco nieprzystającą przeżytym latom czułością. Jakby pochylał się nad czyimś synkiem, nie nad przyjacielem w średnim wieku. – Wiedziałem, że coś jest nie tak. Może za dużo czasu spędzasz w tym pędzącym jak nabój Londynie, wiesz? Wieś zrobiłaby ci dobrze, Georgie… – kładzie dłoń na jego ramieniu w pokrzepiającym geście, nim jeszcze zrozumie, że wszystkie obajwy te to nie stres związany z pracą, to nie strach o swoje bezpieczeństwo czy nie długo ukrywane, ale wreszcie wygrzebane lęki… Bo kiedy chce powiedzieć już, że w czerwcu planowali wybrać się na ryby i czy być może nie chciał wybrać się z nimi… Otrzymuje informację kluczową.
Wąż zjadał własny ogon. Po szkole przeżywać mieli kryzysy równocześnie. Harrison opanowuje chęć paranoicznego zaśmiania się na wyznanie o chybamiłości. Wszystko musieli robić jednocześnie? Pewnie mieli dziś nawet ten sam kolor bokserek.
– A to źle? – no pewnie, że czasami to źle. Na przykład kiedy z różnych przyczyn nie można z tym nic zrobić. Nie można pokazać się razem publicznie. Kiedy rodzina może wyrzucić kogoś za to z domu… – Może jakoś znajdziecie sposób… Gadałeś z nią o tym? Ona też? Czy właśnie ona nie? Co jest, Georgie?
1x k5 (Fontanna):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 04:00
W przeciwieństwie do Titusa, Ambrose czuł się jakby wszystko było wreszcie na swoim miejscu i nic nie było nie tak. Przeżywane jak w kalejdoskopie emocje zostawiał za sobą nieco prędzej, nawet pomimo tendencji do rozpamiętywania problemów w nieskończoność. Problemów—ale po raz pierwszy od dawna nie czuł się jakby miał jakieś problemy do rozwiązania. Problemem było na przykład jego nieudane małżeństwo. Po rozwodzie był już od roku, ale dopiero od kilku tygodni miał satysfakcjonujące poczucie, że wszystko związane z byłą żoną już odkręcił (niedawno dostał nawet oficjalne zawiadomienie o wyroku Allie za korupcję!) a za tym szedł dobry humor i ochota na wyjście do baru. Z Georgem i Conradem i tak miałby ochotę się spotkać, ale pewnie marudziłby, że mogliby to zrobić w czyimś mieszkaniu (nie jego, on stracił mieszkanie przy rozwodzie).
Marudne spojrzenie Titusa, rzecz jasna, zignorował. Naprawdę nie zrobił przecież wczoraj niczego złego! To nie jego wina, że wilkołaków-aurorów jakoś trudniej zastraszyć, to jakaś zabójcza kombinacja: jako potwór, Jesse był cóż, potworem (logiczne); a jako były służbista nie dał się nabrać na standardowe sztuczki używane przy przesłuchaniach. Ambrose wierzył, że następnym razem pójdzie lepiej. Zwłaszcza, jeśli przyjaciele-autorzy mu coś doradzą, ogień trzeba wszak zwalczać ogniem.
Ale nie doradzą, bo George zmienił temat. Przechylił głowę i zmrużył oczy, bo nie spodziewał się akurat takiego tematu, ale w żaden sposób tego nie skomentował. Piękno ich przyjaźni polegało na tym, że nikt już nie wytykał Ambrose'owi tego, że jest abstynentem (przeważnie) albo że uważa, że znajomość geometrii przestrzennej może przeważyć o wyniku meczu Quidditcha (no dobrze, czasami Titus przewidział inny wynik) albo że od dwudziestu lat nie mógł się pogodzić ze spektakularną przegraną Srok z Jastrzębiami, albo że zawsze zamawiał w barze to samo danie (rybę z frytkami i groszkiem) i narzekał, że źle przyrządzili groszek.
Kochał Quidditcha, Titus kochał ryby, jeśli George odkrył w sobie nową pasję do... wysokich budynków to przecież też miał do niej prawo!
- Zawsze ci pomożemy. - zapewnił mechanicznie, bo nie rozumiał czemu George się nad tym zastanawia. Przyjaźnili się od ćwierćwieku jeśli potrzebował pomocy. - O. - jednak nie takiego problemu się spodziewał. Odkąd parę miesięcy próbował logicznie wykazać synowi, że ten kibicuje złej drużynie Quidditcha, nie rysował wykresów matematycznych; ale w sumie bardzo je lubił.
- A kojarzysz ile dokładnie ma mieć wysokości? Czytałem w jakiejś mugolskiej gazecie, że ponad sto, ale mogłem pomylić zdjęcia z czymś innym, bo się nie ruszały. - pożalił się. Mugolskie gazety wyglądały zupełnie inaczej od czarodziejskich, strasznie to rozpraszające. - Ale jeśli badasz taką sprawę, to może najlepiej zacząć od tropienia ludzi? Nie przesłuchasz przecież budynku. - doradził, ale nienachalnie, bo to przecież nie jego śledztwo. A George zadawał intrygujące pytania. Wnikliwe, jak na aurora przystało. - No przecież, że jesteśmy odporniejsi. Samemu tak spadłem, ale nie wiem z ilu metrów, nie ze stu. - westchnął. Nikt tego nie policzył, bo prawdopodobnie był jedyną osobą, która byłaby w stanie oszacować z jakiej wysokości spadł jakiś gracz—ale nie, gdy samemu spadał. Może zainteresowałoby to Titusa, ale nie było go wtedy na trybunach. Pamiętał, jak nerwowo dopytywał o niego w szpitalu i potem pamiętał, jak Titus nerwowo dopytywał medyka czy Ambrose będzie chodził. Teraz mógłby się z tego śmiać, bo wszystko zagoiło się na nim idealnie... ale się nie śmiał, bo rozumial niepokój przyjaciela. - No i na boisku do Quidditcha od razu jest dostępna opieka medyczna... Nie znam się na medycynie, ale nie daj się nabrać na te gadki o czystości krwi, to przecież czarnomagiczna propaganda. - fuknął, bo momentami bywał bardziej promugolski niż jego przyjaciele o mugolskim pochodzeniu. - To matematyka, nie krew. Jeśli leci się z odpowiednią prędkością... - wyjął swój policyjny notes i zaczął rysować strzałki, bo musiał to sobie rozrysować. - I skoczy pod odpowiednim kątem... najlepiej na główkę... - dywagował dalej, już bardziej do siebie. Poda im ostateczny wynik wyliczeń.
Albo nie poda, bo mu przerwali.
Podniósł głowę, uważnie słuchając najpierw George'a, potem Titusa.
- Tite. - zwrócił mu uwagę z lekkim zniecierpliwieniem. - Przecież tyle lat jesteśmy w Londynie, a nie myślimy o skakaniu z budynków. - Londyn to nie problem, to piękne miasto. Piękne miasto, w którym Ambrose rozpoczął swoje dorosłe życie i w którym odechciało mu się cieszyć tym życiem i nawet grać w Quidditcha. Miasto, w którym mieszkał gdy zdekoncentrował się czarnymi myślami na tyle mocno, że spadł z miotły na meczu.
Ale potem było już lepiej! Przygryzł wargę, może jednak Tite miał rację. Zwłaszcza, że...
-...ale my bywamy na wsi. Ja u mamy, a Titus u konia. - przyznał. Mama Conrada też mieszkała na wsi, więc z ich czwórki jedynie George nie miał kontaktu z Doliną Godryka... - Powinieneś wyskoczyć na weekend, George. - zgodził się z Harrisonem.
- To może być związane ze stresem, trener mi mówił. Masz jakieś stresujące śledztwa? Magipsychiatra da ci eliksir, jednorazowo i będziesz jak nowy. Wiem, jak to brzmi, ale koledzy z drużyny mówili, że naprawdę działa. Mi mama zabroniła próbować, bo wtedy wierzyłem, że sama lepiej zna się na medycynie. - po męsku wyjaśnił George'owi jak działają ataki paniki (niestety sporo parafrazował), bo nie połączył tego nieoddychania i niejedzenia z zakochaniem. Brzmiało jak inne objawy. Własne ataki stresu przeżywał dwie dekady temu tuż po ślubie i po tym jak Titus się zaręczył, ale tych faktów też jeszcze nie połączył. Był bardzo młody, może teraz przeciwstawiłby się mamie i otrzymał cudowny eliksir. George powinien skorzystać!
- W Iris czy w kimś nowym? - dociekał, bo skoro już Titus zaczął dociekać to nie mógł być gorszy. - Jeju, Tite, jak w Iris to jasne, że źle. Błękitnokrwiste zadzierają nosy wyżej od dziedziczek koniaku - tym zajmował się jego teść, koniakiem. Wziął głębszy wdech, miał już nigdy nie gadać o żonie, więc spróbuje być miły—ale jak inaczej wyjaśnić przyjaciołom, że kobiety są okropne? Znali przecież Allie, zdążyła dokuczyć im wszystkim i każdemu z osobna: nazwała dom mamy Conrada tandetnym, dowcipy George'a idiotycznymi, a na Titusa miała osobną kategorię epitetów. - chyba, że faktycznie cię kocha i popełniłaby mezalians dla ciebie. Popełniłaby mezalians dla ciebie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 17-04-2026, 01:32 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.