• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Velouria Hall
Velouria Hall
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-09-2025, 20:11

Velouria Hall
Wśród starych uliczek Londynu, za iluzoryczną fasadą kamienicy, kryje się miejsce, o którym szepczą wyłącznie bardziej znaczące warstwy społeczeństwa. Wnętrze utrzymane w stylu lat 60.: wysokie sklepienia zdobione stiukami, lustra w złoconych ramach i połyskujący parkiet, na którym rozbrzmiewają kroki eleganckich par. Muzykę zapewnia niewielka orkiestra czarodziejów – skrzypce, kontrabas, fortepian i saksofon – grająca na żywo walce, klasyczne standardy oraz nowsze, bardziej swingujące aranżacje, które dodają lekkości atmosferze. Wieczory w Velourii słyną z tego, że są jednocześnie balem i tajemniczą grą pozorów. Wśród rozmów przy kryształowych kieliszkach szampana rodzą się dyskretne układy, a w cieniu kotar rozgrywają się romanse i subtelne intrygi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Irina Macnair
Śmierciożercy
Wspomnienia są jak zwłoki. Po wydobyciu nigdy nie są takie same.
Wiek
45
Zawód
kostucha, matka i rzeźbiarka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
5
Brak karty postaci
06-01-2026, 17:11
Kłamiesz. Krzyk w bezgłosie dewastował wszystkie myśli, krzyk buntował się przeciwko szlachetnie budowanym przez niego monumentom, krzyk, który wcale nie wybrzmiał, nie drgnął w rysie ostrej brwi, nie pozwolił sobie na obiecujące preludium zagrane w świstach głębokiego wdechu – lecz ona wiedziała, że znał ją zbyt dobrze, by nie dostrzec. Gniew piętrzył się pod skórę, drażnił dobrze zlepioną z ciałem skorupę niezniszczalnej królowej. W tajemnicy swych rozważań poddawała męża najpodlejszym praktykom, przebrzydłym torturom, które raz na zawsze zmyłyby z jego ust te dziwaczne treści. Byłaby jakże naiwna, gdyby choć przez chwilę spróbowała uwierzyć w misterną demonstrację nowej hierarchii wartości starego Bułgara. Choć niesiona lekkim podmuchem wiatru czułostka zwodniczo pieściła skórę przy uchu, Irina trwała i trwać miała niezmącona, nieporuszona jego fałszywym aktem uwielbienia. Siłą i wyznaniem pragnął zawiązać wokół niej pas przynależności, który raz już przecięła z pasją godniejszą od tej, która towarzyszyła jemu, gdy wybijał wrogów. Tak sobie to wyobrażała. Lecz on sam? Kontynuował bezwstydną lawinę admiracji, skazując ją na nieznośną udrękę. Nie dała mu żadnej nadziei, nie zamierzała pozwolić sobie na choćby ślad smakowitego złudzenia, że tu i teraz mógł otulać ją szczerością.
– Ależ szkoda twoich starań, Yavorze – mruknęła ozięble, zupełnie niezachęcona jego jakże osobliwym wyznaniem. – Dwa lata nieobecności to nie jest zawsze, kochanie. Jemu też tak mówiłeś… Zawsze przy tobie, Grindelwaldzie. Jeśli Gellert się pospieszy, to może zdoła wykończyć cię, zanim zrobię to ja – zakpiła, patrząc mu prosto w oczy bez choćby drgnięcia powieki. Niechaj idzie i klęknie przed tym, który w zamęcie postanowił odkurzyć dawno porośnięty pomnik bohatera i na nowo nieść swój głos. Tyle właśnie był wart. Wierność, którą można było wyłącznie zagrzebać w głębokim dole. Ależ Gellert rozsmakowałby się w podobnych słowach, ależ chętnie poznałby historię o tym akcie pogardy. Marny mąż, fatalny ojciec i najwyraźniej niemniej kiepski Akolita. Traciła do niego jeszcze większy szacunek, gdy wyrzekał się tego. Lecz czy ona nie uczyniła dokładnie tego samego? To wydawało się nie mieć tu i teraz żadnego znaczenia. – Nie zasługujesz nawet na wspomnienie o zaufaniu, Yavorze – podsumowała sztywno, trwając w uścisku jak martwa kukła, bez najmniejszego ruchu, bez pożądanej przez niego reakcji na iskrę płynącą z dotyku czy żarzące myśli słowa. Niczym złożona do grobu, w ramionach zimnej, śmiertelnej pani. Nie poznawała go w tej nowej kreacji, nie mogła ulec choćby złudzeniu, że oto miała do czynienia z istotą zrodzoną z innych idei, o przemodelowanym systemie wartości i o celach, które dotąd wydawały się być jej obce. Nie mógł się zmienić, nie on. Mimo co rusz powracającego między jej myśli uczucia zaintrygowania wobec tego nietypowego zachowania Yavora, zbyt głośne miała w sobie podejrzenie. Pragnął ścisnąć ją czułością tkaną z manipulacji, miękkością gestu i słodyczą wiecznego oddania. Czy zaaferowany tym fantastycznym planem nie zdołał po drodze zapomnieć, z kim ma do czynienia?
Litanię rodzicielskiej krzywdy łączyć próbował z subtelnością pocałunków. Ależ obrzydliwe, ależ brutalne i niestosowne. Z wielką łatwością gniótł powagę sprawy, okrywając listę przewinień finezyjnego dotyku. Kiedy to robił, niemal się dławiła, balansując przy tym po wyjątkowo cienkiej granicy – zupełnie jakby mimo tak silnych starań nie zgasło zupełnie wszystko to, co miało być już wyłącznie pieśnią przeszłości. – Zamilcz, Karkaroff, nim zupełnie się pogrążysz – poradziła mu więc w godnej intencji, próbując odsunąć się od męża, jakby był przypadkowym oprychem. Namolny i wybitnie obleśny w swych wirtuozerskich intrygach. Równocześnie zaczynała odczuwać znużenie, narastała w niej potrzeba natychmiastowego przerwania upokarzającego i jego i ją przedstawienia. On wolał jednak złapać znów i zbliżyć dwa ciała jeszcze bardziej. Dobrotliwie scalić porwane brutalnie uczucia, rozpieścić się w osobliwości tego spotkania. I zakpić z niej znów. Nie zdołał nasycić się muśnięciem, nie zdołał podgrzać jej lodowatych warg, nie zdołał roztopić kamiennego serca. Nie zdołał, bo wbiła mu pięść w brzuch, a później pazury w brodę, dążąc do odlepienia natręta od pokusy, do której nie miał prawa się już zbliżyć. Pogwałcić każdą z najbardziej bezwstydnych jego fantazji, zniweczyć wszystko, co tak skrzętnie planował pod płaszczem stęsknionego wybranka. – Ośmiel się raz jeszcze, a sprawię, że nawet sama śmierć nie zechce zabrać cię ze sobą – zagroziła, próbując odciągnąć zaciskające się na jej szyi palce. Palce niemal identyczne do tych synowskich, które niedawno wydały na tym samym kawałku jej ciała brutalny sąd. – Spotkanie skończone – obwieściła i – jeśli jej na to pozwolił – odeszła i opuściła lokal z głową wzniesioną w dumie. Pozbawiona skazy i zauważalnego śladu po tymże incydencie.
Nie zasługiwał na kolejne minuty w jej towarzystwie.
Nie czuła zupełnie niczego. Ani gdy ją całował, ani gdy ważył w dłoniach groźbę jej krzywdy. W środku trwała niezmiennie pusta, ogarnięta rosnącą bezczułością i wyżerającą sukcesywnie resztki dawanych nostalgii mocą. Nie miał z nią szans. A już na pewno nie tak.


zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
28-02-2026, 16:25
17 maja 1962

Stojąc w centralnej części Velouria Hall, spogląda na zegarek zawieszony na złotej bransolecie. Jest wręcz niegodziwie za wcześnie. Spędzi kolejne dziesięć minut czekając na swoje spotkanie i opierając się o kontuar, odmawiając barmanowi podjęcia decyzji. Mierzy się z myślą, że być może ktoś taki jak Mortimer Dunham czekać powinien na nią – był młody, miał jeszcze czas i posiadał umiejętności, które być może pozwoliłby mu przewidzieć z pewną dokładnością o której Sanderson pojawi się na miejscu. Silniejsze pozostaje natomiast przeświadczenie, które spójne pozostaje chyba z wiosennym przesileniem, jakoby to nie poczekał na nią nawet moment, gdyby tylko się spóźniła. I chociaż w naturalnych warunkach pewnie oburzyłaby się takim brakiem szacunku dla jej czasu – dzisiaj nawet by jej to nie zdziwiło.
To eleganckie miejsce – zna je, a widząc grupę kobiet podchodzących do baru w lejących się sukniach, tylko sobie o tym przypomina. Jedna z nich – najstarsza, najwyższa i o fryzurze na chłopca – posyła Sanderson szeroki uśmiech. Znają się – jeszcze ze studiów. Holly wyszła dobrze za mąż i zapomniała o karierze. Moira wyszła za mąż i rozwinęła karierę. Różniło je wiele, ale tamta widocznie cieszyła się, że widzi znajomą po latach. Sanderson nie daje się wciągnąć w kobiece grono – godzi się przedstawić córce znajomej, ale później prosi, by nie zwracać na nią uwagi i bawić się dobrze. Była umówiona. Zapewnienie o tym, że chętnie poznają też jej znajome nie trafia na podatny grunt. Mężczyzna tylko popsułby im żeński wieczór. Nawet jeżeli był mężczyzną przystojnym, młodym i – prawdopodobnie – nieżonatym.
Nim na dobre oddalą się od niej, kątem oka zauważa już wchodzącego do lokalu jasnowidza. Spina się nieco – co z zewnątrz widać pewnie jedynie w nerwowym poprawieniu kołnierza noszonej garsonki. Ubrana w ciemno-szmaragdowy komplet nie rzuca się w oczy tak, jak kobiety połyskujące niemal balowymi kreacjami – ale przecież dobrze wiedzieli kogo szukali, nie musieli wysyłać sobie sygnałów dymnych czy świetlnych. Boi się co zrobi, kiedy znowu poczuje się… Dziwnie. Boi się, że Mortiego Dunhama otaczać musi coś nietypowego i wpływającego na jej zachowanie. Było to niebezpieczne, ale było też… Niewyczuwalne. Przynajmniej teraz, kiedy stanął tuż obok, a ona wzrokiem przemknęła po jego ubiorze – od stól do głów. Potem bez specjalnego wstydu zawiesiła wzrok na jego twarzy. Coś się zmieniło, prawda? Chyba tak. Albo jeszcze poczuje to znowu?
– Nie rezerwowałam stolika – mówi w ramach powitania, gesty ograniczając tylko do pozornie grzecznościowego, ale chyba znaczącego strącenia niemal niewidocznego paprocha z urbania młodszego mężczyzny. Większość nazwałaby ten dotyk nienachalnym, a ona jedynie… Sondującym. Sondującym zachowania jej własnego ciała. – Podobno tutaj albo się stoi, albo się pije… Albo się tańczy – albo próbuje nie podeptać partnera, bo poruszanie się w rytm muzyki z kimś przecież nieznajomym – nawet jeżeli przez chwilę wydawał jej się kiedyś przedziwnie bliskim – nie było proste. – Zaschło ci w gardle? – proponuje więc kolejkę. – Na spotkanie wybrałeś naprawdę eleganckie miejsce. Grywasz tu? Czy tylko w Arkadii? Bywałam tam wielokrotnie, chociaż głównie przed laty – przyznaje. Kiedy nie była matką i kiedy miała przy sobie męża – dużo częściej korzystali z rozrywek takich jak teatr. Teraz bywała tam sporadycznie. Może trochę niewinnych pytań pozwoli przygotować grunt pod bezpośrednie pytanie o to, czym właściwie było ich edynburskie spotkanie… I czemu to teraz nie zaczynało się tak… Magicznie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 19:26 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.