• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Północny Londyn > Szpital św. Munga > Pokój odwiedzin
Pokój odwiedzin
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 13:19

Pokój odwiedzin
Pokój odwiedzin to cicha, stonowana przestrzeń oddzielona od głównego korytarza oddziału przeszklonymi drzwiami. Po wejściu uwagę zwraca miękkie, rozproszone naturalne światło, które łagodzi surowość szpitalnych wnętrz. Ściany pomalowane są na jasne, uspokajające kolory: beże lub delikatne zielenie. W centrum pomieszczenia stoją niewielkie stoliki otoczone krzesłami i fotelami o tapicerce łatwej do czyszczenia, lecz wyraźnie wygodniejszej niż na korytarzu. Przy jednej ze ścian ustawiona jest kanapa, często wybierana przez rodziny z dziećmi. Podłoga wyłożona jest jasnymi kafelkami, a w powietrzu unosi się sterylny zapach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
07-02-2026, 22:58
Jasper nie zauważył, że jest piorunowany wzrokiem (i to przez osobę, która prawdopodobnie nie pamiętała nawet smaku eliksiru wzmacniającego), bo akurat sprawdzał reakcje źrenic Arlo, w myślach układając już dalszy plan sprawdzania funkcji życiowych i poznawczych pacjenta. Gdzieś w tyle głowy miał świadomość, że zdołałby się skupić szybciej gdyby był w sali sam (z Barbarą), ale nie miał serca wyprosić stąd zmartwionej Leonie. Potem na moment obydwoje skupili się na Arlo—na jego drżących wargach i rozbieganych oczach, które skrzyły się z wysiłku gdy próbował się skupić i na jego niepewnych słowach. Właściwie, w ich świeżym związku właśnie nastał pierwszy moment, w którym Jasper nie mógł skupić się na Leonie, w którym coś innego było ważniejsze od jej smutku i strachu. Choć w ich codzienność zakradały się dawne wspomnienia, wizje przyszłości i różne lęki; to przez ostatnie miesiące tkwili we własnej bańce—tak przytulnej, że Jasper powoli zapominał jak to było, gdy Leonie ignorowała go w sklepie na rzecz innych klientów. Teraz brutalność losu (którego nie przewidział) pierwszy raz wtargnęła w ich życie tak gwałtownie. Jej brat został jego pacjentem i obydwoje byli skupieni na Arlo, choć każde inaczej.
- Tak bywa pod wpływem szoku. Grunt, że wiesz, gdzie byłeś. - uspokoił zmęczonego pacjenta, na razie nie zastanawiając się samemu czy rozmyte wspomnienia z samego ataku to skutek traumy czy toksyny. Dobrze, że długotrwała pamięć Arlo—wliczając w to przypomnienie sobie okoliczności wyprawy czy rozpoznanie siostry—pozostała nienaruszona, a składnia słów i myśli trzeźwe.
Już miał przejść do dalszego badania (najpierw mięśni twarzy, potem koordynacji ruchowej), gdy Barbara przypomniała mu o istnieniu zewnętrznego świata. I o rodzinie Arlo.
Mógl (nie mógł, wciąż tkwił w kołowrotku myśli o leczeniu młodego Figga) pomyśleć o tym wcześniej. Chciałby pomyśleć o tym wcześniej, ostrzec ją w sposób, który dałby jej chwilę na zebranie się w sobie. Chciałby, by mieli moment by Leonie chociaż się odezwała, by drzwi nie otworzyły się tuż później,  w dosłownie najgorszym momencie. Takim, który—choć przypadkowy—brzmiał jakby Jasper dosłownie spodziewał się państwa Figg, choć ich obecność też go zaskoczyła. Rodzina przybywała czasem od razu po powiadomieniu, czasem po godzinie, czasem po kilku, przecież rozkład dnia czarodziejów i ich możliwość teleportacji pozostawały nieprzewidywalne.
Chciałby móc zdązyć się odezwać, ale nie zdążył. Zarejestrował tylko panikę w jej sarnich oczach, a potem obecność dwójki ludzi—nieznajomych i dziwnie znajomych zarazem. Widział państwa Figg pierwszy raz w życiu, ale coś w linii ramion i wykroju ust kobiety było bliźniaczo podobne do Leonie; a mężczyzna patrzył na wszystko jej oczyma i tak samo płomiennie.
Przez sekundę Jasper miał nadzieję, że wszystko się ułoży i wszyscy na powrót skupią się na powracającym do życia Arlo—nie na Leonie, nie na okolicznościach milczenia, nie (w przypadku Leonie) na strachu. Ale w sali rozbrzmiało imię jego narzeczonej, a sama Lee cofnęła się pod ścianę i Jasper szybko tą nadzieję stracił.
Gdyby taka scena i takie emocje rozgrywały się pomiędzy taką samą—ale zupełnie dla niego nieznajomą—rodziną pacjenta... to kazałby wszystkim wyjść.
- Nadal badam pacjenta. Barbaro, streścisz... przebieg zdarzeń? Państwa syn miał ciężki wypadek z jadowitą tentakulą,, ale jak widać jest przytomny i jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. - odpowiedział odruchowo pani Figg, jeszcze niegotowy na konfrontację i rozmowę. Jeszcze naprawdę nie dokończył badania, jeszcze chciał obejrzeć się na Leonie, jeszcze chciał zebrać myśli. Barbara, która sprawę znała jedynie z kartoteki, spojrzała na niego trochę dziwnie; ale czytała już przecież papiery.
Nie zdążył pomyśleć o tym, co w tej sekundzie mogła planować Leonie. Uprzedził go głos wycieńczonego pacjenta, z pokorą przypominając Jasperowi, że może to brat zna siostrę (naj)lepiej. Pozwólcie jej wyjść? Drgnął, odrywając wzrok od pacjenta i spoglądając najpierw szeroko otwartymi, a potem podejrzliwie zmrużonymi oczyma na Leonie. To planowała?
Może Arlo znał ją tak dobrze, by od razu to przewidzieć; ale Jasper znał ją na tyle, by się z nim nie zgodzić.
Nie powinni... nie powinni pozwolić jej wyjść, nie w tym stanie, nie w tych emocjach. Rodzina, niepewność co do losu brata, to za dużo.
Aż głos Arlo drugi raz w ciągu kilku sekund przypomniał Jasperowi o pokorze i o tym, że choć czuł się wyjątkowo niezręcznie będąc jej (nieznanym rodzinie i wciąż szukającym idealnego pierścionka) narzeczonym, to przede wszystkim był uzdrowicielem. I miał go zbadać i właśnie zaniedbywał nawet ten obowiązek.
- Ręką? - zaniepokoił się, odchylając kołdrę. - Proszę ruszyć drugą. Jakie to wrażenie, gdy pan próbuje? Proszę się odsunąć. - zwrócił się (konkretnie, choć można to było odebrać jako głos surowy) do Isadory, która—choć w dobrej wierze gładziła loki syna—właśnie blokowała Barbarze dostęp do pacjenta.
- Barbaro, zdejmij bandaże, ale pilnuj krwawienia. - nakazał, znaczy poprosił. Sięgnął po różdżkę i—świadom, że właśnie odwraca się tyłem do Figgów, że zaraz rzuci zaklęcie i spuści Leonie z oczu—poczuł się trochę jak stojący w drzwiach ojciec Leonie.
Chyba obydwoje bali się, że dziewczyna zaraz zniknie im z oczu. Może nie dosłownie, ale Jasper wiedział, pamiętał przecież, jak potrafiła zamykać się w sobie.
- Leonie. - usłyszał własny głos, głośny; gdyby mógł to potrząsnąłby nią delikatnie by wyrwać ją z tego szoku, ale pozostawały mu słowa. - Podaj Arlo wody, potrzebuje jej. - kazał, choć bliżej stała Isadora i choć to gwałtowne polecenie dla rodziny nie miało dla Barbary najmniejszego sensu. Pani Sprout przyjrzałaby mu się uważnie, zastanawiając się czemu jeszcze nie wyprosił wszystkich z sali, ale chwilowo była zajęta bandażami.
- Lux Diagnostica. - wymamrotał Jasper, próbując wierzyć, że chociaż siostrzana miłość pozwoli Leonie się ruszyć z miejsca (czy ruszyłby się z miejsca dla Marcusa? Nie wiedział. Ale dla Eileen tak, chciał wierzyć, że tak). I zmarszczył brwi, zasępiony, gdy zaklęcie zaczęło pokazywać mu, że mięśnie ani nerwy Arlo nie były zerwane czy uszkodzone w wyniku ataku fizycznego—ale nerwy zdawały się uszkodzone, porażone. Toksyną, a to nigdy nie zwiastowało łatwego leczenia i rehabilitacji.


rzut, 61+25 > 75, udany
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
08-02-2026, 00:25
Zgęstniałe od napięcia powietrze w pomieszczeniu można by ciąć nożem na plastry. Jasper utknął w krzyżu czterech Figgów, spośród których jeden potrzebował go przeraźliwie, druga zachłannie, zaś pozostała dwójka miała pewnego dnia nosić chlubne miano jego teściów. W chwili większej przytomności umysłowej Leonie współczułaby mu tego, jednak widok rodziców i strach o zdrowie Arlo ograniczały pole jej widzenia do wąskiej przestrzeni, pełnej zgryzoty, upiorów i niepewności, pułapki, w której utknęła za sprawą wnyków założonych przez spojrzenie Thaddeusa. Jego oczy ani na sekundę nie opuściły jej twarzy; Isadora zbliżyła się do syna i zmartwiona wysłuchała relacji uzdrowiciela, a także bardziej szczegółowego uzupełnienia pielęgniarki, bo matczyne serce wiedziało, że teraz to poważnie chory syn potrzebował jej bardziej.
W tym czasie Leonie nie mogła oderwać spojrzenia od ojca. Bała się, że jeśli poświęci choćby pół sekundy na zerknięcie ku Jasperowi, sprawdzając czy właśnie on był kompozytorem jej potrzasku, to Thaddeus wykorzysta moment jej nieuwagi i natrze na nią jak w sztukach walki, a potem spróbuje przewrócić marnotrawną córkę na ziemię, przytrzymać i powstrzymać przed jakąkolwiek próbą ucieczki. Patowe ułożenie figur, wieczny impas. Dopiero kłopot Arlo, wspomnienie o nieposłusznym ramieniu, panika w jego głosie, pchnęły machinę w ruch. Isadora ze świstem nabrała powietrza i przykryła usta dłonią, a głowa jej męża odwróciła się w kierunku syna.
- Jakby by--ła z... z ołowiu - odparł Arlo, ani na moment nie przestał próbować. Na jego skroniach perliło się coraz więcej potu, niepewny wzrok odnalazł twarz Jaspera, szukając w nim odpowiedzi i ratunku, jakiegoś światełka w tunelu. - Słodka Helgo, to efekt jadu? - zlękła się Isadora, już otwierając szerzej usta, żeby huknąć na Prince'a i kazać mu nie przestawiać jej z miejsca na miejsce, skoro syn jej potrzebował, ale w ostatniej chwili uznała, że mogło to bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Nie wiedziała, że ma przed sobą przyszłego zięcia, dla niej był to obcy człowiek, od którego dobroci i humoru miało zależeć zdrowie Figga. Odsunęła się na trzy kroki.
Leonie miała wrażenie, że znajduje się na dnie oceanu, próbując usłyszeć i pojąć sens rozmowy toczącej się niedaleko. Którą drogą miała stąd uciec, skoro ojciec nadal stał w drzwiach? Mogłaby go staranować, ale była o wiele mniejsza i słabsza. Więc może... Wsunęła rozdygotaną dłoń do kieszeni płaszcza i odnalazła w niej drewno topoli. Nie chciała zrobić mu krzywdy, potrzebowała tylko, żeby się odsunął, żeby przestał zagradzać drogę, potrzebowała uciec, potrzebowała zniknąć, potrzebowała przestać czuć się zdradzona, potrzebowała... Podaj Arlo wody, potrzebuje jej. Sarnie oczy strzeliły do narzeczonego, zaś zestresowany żołądek wywinął tak bolesnego fikołka, że była pewna, że zaraz zwróci śniadanie. Ale Arlo potrzebował wody, więc niby jak miała zająć się wymiotowaniem, żeby nie wyjść na egoistkę? Kręciło się jej w głowie, kiedy wreszcie zlokalizowała dzbanek; podeszła do niego, chwyciła cały (zapominając o kubku) i ruszyła z nim na watowatych nogach w kierunku łóżka.
- Jadowita tentakula wydziela tentalinę, czyli coś pomiędzy kurarą a akonityn; roślina średniej wielkości jest w stanie wywołać częściowy lub ogólny niepermanentny paraliż kończyn o intensywności zależącej od liczby zębów i ilości zaaplikowanego jadu, z reguły trwający od kilku tygodni do kilkunastu miesięcy, tempo i jakość regeneracji jest uzależnione od samejroślinyjakichoróbwspółistniejących... - wyrzucała z siebie na jednym wydechu, coraz szybciej i szybciej. Przypominało to odruch, formę eskapizmu przez jedyne, czym w tej chwili mogła zająć myśli, żeby odciąć się od swoich emocji, zagłuszyć je, wyplenić jak chwasty, które zaburzały integralność całego ogrodu. A potem wyciągnęła przed siebie ręce z dzbankiem w stronę Arlo, jakby zamierzała podać mu naczynie, oderwana zarówno od paraliżu, jak i tego, że nie przyniosła mu kubka. Brat, zbity z tropu przez jej pokaz, dzięki czemu przynajmniej zapomniał o swoim przerażeniu, zamrugał. - A, aha? - wychrypiał oniemiały. - No t-to... dzięki - sapnął i spojrzał na dzbanek, zerkając później na Jaspera. Był w wysokiej gorączce, ale zażyłość między uzdrowicielem a jego siostrą mimo to mu nie umknęła. Nikt nie mówił do niej "Lee", nikt chyba nie mógł też udawać, że naprawdę potrzebował tej wody; o co tu chodziło? - W tysiąc osiemset osiemdziesiątym czwartym roku botanik Phineas Bollinger nazwał swoją jadowitą tentakulę "George" - wyszeptała Leonie i przymknęła powieki. Ale to nie było bez związku, Phineas Bollinger został ugryziony przez ukochanego George'a więcej niż raz i na samym sobie przebadał długofalowe efekty zwiotczenia mięśni, jak miała im to wyjaśnić?
- Ja tam bym ją nazwał Richard - usłyszała obok siebie głos Teda, łagodny, niski i opanowany. Ojciec znalazł się obok i powolnym ruchem wydobył naczynie z jej dłoni, odłożywszy je na parapet, i zamknął palce Leonie w swojej ręce, prowadząc ją kilka kroków w tył jak płochliwe stworzonko, które było zbyt przytłoczone, by z nim teraz walczyć, ale mogło w każdej chwili spróbować uciec. - Pan na niego spokojnie spojrzy - zwrócił się dyskretnie do Jaspera, wskazując na Arlo. Martwił się o dwójkę dzieci, nie tylko jedno, i to wymownie błysnęło w jego spojrzeniu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
08-02-2026, 02:07
Zanim zdążył odpowiedzieć pani Figg—nie lubił zresztą mówić i pocieszać rodzin i pracować na raz (lubił to wszytko, ale osobno, Barbara o tym wiedziała i już patrzyła na niego jakby w oczekiwaniu kiedy ich wszystkich wyprosi)—Leonie zaczęła mówić o tentakulach. Poprawnie, a on uśmiechnąłby się jak zawsze gdy jego pasja do toksyn i jej do roślin się zazębiały; ale coś w jej głosie brzmiało tak gorączkowo i chaotycznie, że wcale nie poczuł się uspokojony. Chciał na nią zerknąć, a zarazem się tego bał; jakby obydwoje byli tu na widoku albo jakby pod jego spojrzeniem miała tylko spłoszyć się bardziej. Kątem oka zobaczył dzbanek, wyraźnie zobaczył zdziwioną minę Arlo. Miał nadzieję, że to tylko zdziwienie i zmartwienie tak na nią działały, że nie jest... źle. Jego kolega z piętra wyżej wiedziałby, czy jest źle i chyba nawet miał dzisiaj dyżur, ale Lee nigdy nie wybaczyłaby mu rozmowy z magipsychiatrą (nawet przyjacielem), więc odsunął prędko tą myśl. Zresztą, nie miał czasu na żadne rozmowy, bo gorączka Arlo wydawała się wyższa niż początkowo sądził.
- I samemu zbadał—chcący i niechcący—efekty zatrucia tentakulami i je przeżył, a z cięższych skutków ubocznych wyszedł. Jego podręcznik do dziś czyta się w Ars Sanatio. - uzupełnił niezrozumiałą dla laików anegdotę Leonie o George'u (czy na pewno była to dla niej anegdota?) z cieniem uśmiechu, ale marszczył lekko brwi, przykładając dłoń do rozgrzanego czoła Arlo. Był przytomny, ale ta przytomność i całe związane z nią wrażenia zbyt go męczyły, potrzebne będą eliksiry usypiające i prawdziwa regeneracja.
Usłyszał obok głos pana Figg i spojrzał na niego z cieniem wdzięczności, a potem skarcił samego siebie w myślach za tą dynamikę. To on powinien odgrodzić wszystkich od łóżka chorego, a nie ojciec pacjenta. To była jego sala i jego pacjent i jego ciąg leczenia i... faktycznie trudno utrzymać ten stan rzeczy przy roztrzęsionej narzeczonej; próbując być równocześnie uzdrowicielem i Jasperem; rozmawiając równocześnie z krewnym zatrutego i z przyszłym teściem. Ta dynamika była nie do utrzymania, a spojrzenie Jaspera ześlizgnęło się na dłoń Leonie, stanowczo zamkniętą w ręce Thaddeusa. Upewniwszy się, że ojciec nie da jej odejść ani zrobić niczego głupiego, Jasper skinął głową.
- Proszę wszystkich o zaczekanie w poczekalni, potrzebujemy pustej sali by zająć się pacjentem. Po badaniu powinien jak najprędzej to wszystko odespać, ale dam znać gdy będą mogli państwo mu znowu towarzyszyć. - zarządził, poparty stanowczym wzrokiem Barbary.

***

Nie był pewien ile czasu minęło, nie zerkał na zegar, zajęty wdrażaniem kolejnych elementów planu leczenia, dobieraniem kolejnych eliksirów i badaniem ręki Arlo (póki ten jeszcze był przytomny, potem Jasper podał mu środki usypiające w celu zbicia gorączki). W końcu, zmęczony, ale spokojny o stabilność stanu pacjenta i pewny dokladności własnej pracy, wyszedł do poczekalni, dość formalnie opowiedział o stanie zdrowia pacjenta (stabilny, z koniecznością rehabilitacji ręki, proszę być dobrej myśli i dał znać, że jedna osoba może posiedzieć ze śpiącym pacjentem. Nie była to oficjalna reguła, choć niewpuszczanie trzech osób do sali równocześnie miało logiczny sens. Tak naprawdę, pragnął zostać w cztery oczy z Leonie i upewnić sie, jak się miała...
...ale nie przewidział, że do sali Arlo jako pierwsza zerwie się pani Figg. Może powinien to przewidzieć, pan Figg nie wyglądał na kogoś, kto jeszcze kiedykolwiek spuści córkę z oczu. Jasper zastanowiłby się, co oznacza to dla kwestii dzisiejszego noclegu, ale chwilowo był zbyt wyczerpany ciężkim przypadkiem Arlo oraz perspektywą kolejnych kilku godzin dyżuru.
- Pan Figg na pewno zostanie tutaj co najmniej tydzień, potem możliwa będzie rehabilitacja w domu... - dokończył jeszcze, zwracając się już do samych Leonie i Thaddeusa. Odchrząknął i zamilkł i zawiesił spojrzenie na Leonie, jakby pytająco. Ciężko powiedzieć, czy chciał ją spytać o to, jak się miała; czy o to, o czym rozmawiała z rodzicami w poczekalni (może po prostu o Arlo, a może milczeli...); czy o to, co i kiedy powinni powiedzieć o swoim związku jej ojcu. Może o wszystko na raz. - Jak się... państwo miewają? To duży stres dla rodziny. - zaczął w końcu, dość niezręcznie. Lee mogła to zwalić na karb stresu, o ile sama nie była zbyt zestresoawna; a pan Figg na karb zmęczenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
08-02-2026, 13:46
Zamknięte drzwi pomieszczenia, w którym rozgrywało się szczegółowe badanie Arlo, były jak zachęta do siedzenia jak na szpilkach. Wyproszeni z sali - rozsądnie, co półszeptem zaznaczył Ted, a na co niecierpliwie narzekała zestresowana Isadora - Figgowie zalegli w stanie zawieszenia, odliczając sekundy do jakichś, jakichkolwiek, wiadomości o wynikach ekspertyzy Jaspera Prince'a. Matka nerwowo chodziła w tę i we w tę, stukając płaskim obcasem po sterylnie czystej podłodze, natomiast ojciec siedział na krześle obok Leonie, wpatrzonej w dal, w przypadkowy punkt na ścianie, który zwabił ją tylko tym, że mogła dzięki niemu oderwać się od rzeczywistości. Nie poradziła sobie. Ani z nagłym zagrożeniem życia brata, ani z niezapowiedzianym widokiem rodziców. Wciąż czuła się zahukana przez strach i przytłoczenie, dysocjacja stała się więc jej ucieczką, bo Ted usadził ją na niewygodnym krzesełku dalej od wyjścia z oddziału zatruć. Pewnie gdyby naprawdę chciała uciec, wstałby z własnego miejsca i zatarasował drogę - dlatego oderwała się od wszystkiego, pogrążona w zadumie, czy to było w jakiś sposób... ukartowane. Przez Jaspera i Arlo, albo przez okrutny los. Czy Jasper wiedział od początku, że za kilka minut do sali wpadną jej rodzice? I pozwolił na to, jeśli tak, zdając sobie sprawę z trudności, jakie miała w tej relacji? Wykorzystał sposobność i wziął sobie za punkt honoru pogodzenie zwaśnionych najbliższych? Wcześniej nie sądziła, że mógłby być podły. I pewnie nie uważał to za podłość, tylko za dbanie o nią w pokrętny sposób. Zrobił to? Właśnie taki cel mu przyświecał? Nie wiedziała, niczego nie wiedziała.
Półgłosem pustym jak wydmuszka odpowiedziała rodzicom, że nie było jej przy wypadku. Arlo wędrował za zleceniem z Rogerem Hoochem, nie z nią, a może gdyby było inaczej... Nadchodzące w końcu skrzypnięcie drzwi i sprawozdanie powinno ją oprzytomnieć, ale tak się nie stało. Zamiast tego Dora wylewnie podziękowała Prince'owi i weszła do sali, siadając przy łóżku, gdzie spał Arlo. Poprawiła jego poduszkę z matczyną czułością i delikatnie złapała go za rękę, cicho nucąc kołysankę, mającą uspokoić go inaczej niż eliksiry, dać znać, że jest przy nim ktoś, kto go kocha. Tymczasem Thaddeus został na korytarzu, rozdarty między pragnieniem zobaczenia syna, a powstrzymaniem córki przed odejściem. Podniósł się z krzesła, żeby rozmawiać z Jasperem na równi, wysłuchał go uważnie i pokiwał głową, na co jego ramiona opadły z czymś na kształt ulgi.
- Dziękujemy panu, serdecznie dziękujemy - zaczął, wyciągając dłoń do uzdrowiciela, żeby przypieczętować jego pomoc wdzięcznym uściskiem. Leonie powinna drgnąć, przedstawić Prince'a tak, jak należało, jednak zamiast tego wciąż siedziała bez ruchu na swoim miejscu, z dłońmi zaciśniętymi na kolanach i nieobecnymi sarnimi oczami. - Widzi pan, mój syn jest rysownikiem - kontynuował, mnąc w dłoniach czapkę, którą przed wejściem do Munga zerwał z głowy. Co jakiś czas wracał też wzrokiem do Leonie, jakby upewniał się, że nadal tam jest. Wyglądał teraz po prostu jak ojciec - poczciwy, zatroskany i jednocześnie z całych sił utrzymujący się w ryzach, żeby ponieść na barkach ciężar rodziny. - I to dobrym, ludzie się na nim poznali. Gdyby ręka nie wróciła do sprawności... Nie wiem, jak Arlo by to zniósł. To dobry chłopak i na nic złego sobie nie zasłużył, a już na pewno nie na kalectwo... Gdyby mógł pan polecić jakiegoś rehabilitanta, byłbym zobowiązany - westchnął Ted, zaś jego córka niespodziewanie podniosła się z krzesła.
Wciąż niezbyt przytomna stanęła na nogach, zagubionym wzrokiem sięgając do twarzy Jaspera. Wydawała się zamurowana za kamieniem, słowo "państwo" rozumiejąc jako jego odcięcie od niej. Jako jego wyparcie. Nie powinna się dziwić, zachowała się dziś jak nawiedzona idiotka, na dodatek wszystko widziała pielęgniarka szpitalna, robiąc wstyd nie tylko sobie, ale także jemu. Co to oznaczało? W kontekście przyszłości? Przynajmniej życiu brata nie zagrażało niebezpieczeństwo, wróci do zdrowia, potrzebował tylko czasu i pomocy. Ale chyba nie jej.
- Pójdę już - odezwała się głucho, wyczerpana emocjonalnie; Thaddeus Figg drgnął i obrócił głowę w kierunku córki, która nie patrzyła już ani na niego, ani na uzdrowiciela. Uciekła wzrokiem, wyginając palce w dłoniach; obaj dobrze wiedzieli, że to świadczyło o jej napięciu. - Tato, to mój narzeczony, Jasper Prince - oznajmiła bez ostrzeżenia i lekko machnęła ręką w ich kierunku. Sadownik szeroko otworzył oczy. Narzeczony? Kiedy, jak, skąd? Oniemiały oderwał wzrok od Leonie i przeniósł go na mężczyznę, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Poza tym czy w ogóle nadal był jej narzeczonym, skoro teraz podszedł do nich tak oficjalnie? Nie wiedziała i chyba nie chciała wiedzieć. Leonie powoli odwróciła się na pięcie, skierowana w stronę drzwi prowadzących poza oddział toksykologii.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
10 godzin(y) temu
Uścisnął dłoń Thaddeusa Figg nieco bardziej niepewnie i lżej niż chciał. Inaczej wyobrażał sobie to spotkanie (może tego człowieka również, może w jego wyobraźni malował się jako ktoś bardziej surowy i o ustach zaciśniętych równie posępnie jak starsi Prince'owie, może wydawał się straszny skoro Lee nie chciała ani nie potrafiła z nim porozmawiać—ale Jasper nie miał teraz czasu wracać myślami do tych wyobrażeń), inaczej chciałby je rozegrać. Liczył na to, że z biegiem czasu Leonie sama odważy się wysłać list do swojej rodziny albo coś. I że wtedy będzie mógł poprosić jej ojca o błogosławieństwo, na spokojnie i osobiście. Po zaręczynach, ale może przed ślubem. Albo nawet po ślubie jeśil potrzebowałaby sporo czasu. Samemu przecież pracował na jej zaufanie przez dwa lata.
Los chciał inaczej. Z lekkim roztargnieniem słuchał podziękowań pana Figg, przywykł do podziękowań w swojej pracy. Podobnie jak rozmówca, Jasper co jakiś czas zerkał na Leonie—bez powodzenia usiłując cokolwiek odczytać z jej dziwnie nieobecnej miny. Więcej mówiły mu jej dłonie i palce splecione tak mocno, że aż pobielały, ale nie miał pomysłu jak odezwać się do niej normalnie, na oczach jej nieświadomego niczego ojca. Najbardziej chciał znaleźć się z nią sam na sam w sali, z nieprzytomnym Arlo, ale tam pognała już jej matka.
- Tak, tak, polecę... - nikt nie przychodził mu teraz do głowy, zbyt długo był na nogach i zbyt dużo się działo, ale na pewno kogoś znajdzie. - Zresztą, bez obaw, pozostanę - czy to nie konflikt interesów? - albo ktoś wykwalifikowany z Munga pozostanie uzdrowicielem prowadzącym pańskiego syna, oprócz rehabilitacji potrzebna będzie kontrola toksykologiczna i eliksiry wzmacniające regenerację... - mówił coraz więcej i mało brakowało, a brzmiałby jak Leonie przed chwilą, ale przerwał mu dźwięk odsuwanego krzesła.
- Lee? - wyrwało mu się ze zdziwieniem. Po raz kolejny nie zauważył, że zdrobnienie momentalnie zdradza jakiś rodzaj zażyłości między nimi. Może kiedyś uświadomi mu to Arlo, choć chyba szybciej oświeci go Barbara Sprout.
Czekaj - chciał powiedzieć, ale ona odezwała się szybciej. Przez jego twarz przemknął wyraz zaskoczenia, a potem lekkiej paniki. Nie tak chciał to załatwić.
Kątem oka zarejestrował, że Thaddeusz Figg odwraca wzrok od Leonie i spogląda na niego.
Samemu, zamiast na przyszłego teścia, patrzył jednak na nią.
- Czekaj. - odezwał się, porzucając formy grzecznościowe. Czy zrobiła to specjalnie? Wypaliła z tym, by i on i jej ojciec byli zaskoczeni i pozwolili jej odejść? Poczuł przyćmioną zmęczeniem irytację, że wykorzystałaby ich narzeczeństwo w ten sposób i wyciągnął rekę, by szybko chwycić Leonie za przegub i zastąpić jej drogę.
- Arlo o ciebie pytał. - skłamał Leonie. - Mieliśmy panu powiedzieć... w innych okolicznościach. - skłamał ponownie, zerkając ponad jej ramieniem na pana Figg. Nie mieli mu nic mówić dopóki Leonie nie będzie gotowa. Czy kiedykolwiek byłaby gotowa?
- Wiem, że do św. Munga jest daleko. Jeśli chcą być państwo bliżej Arlo, mogą się państwo zatrzymać u mnie na Horyzotalnej 3/12. - zaoferował Figgowi niewiele myśląc o tego konsekwencjach—a raczej o tym, że teraz będzie w razie czego szukał Leonie tylko w Cardiff.
Zaraz będzie musiał też skłamać doktorowi Berg odnośnie powodów, dla których będzie potrzebował zastępstwa na resztę wieczoru.
1x k100 (kłamię! +10):
70
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
10 godzin(y) temu
Była otępiała. Nieobecna. Emocjonalnie odcięta, a zarazem wszystko to, co przeżywała, rozgrywało się w jej środku, pęczniejąc i nie znajdując drogi na zewnątrz. Od dawna nie znalazła się przy Jasperze w takim stanie; kiedy dopadały ją strachy on stawał się tym, który pomagał jej przez nie przejść, tymczasem dziś musiał zająć się pilnie potrzebującym opieki Arlo i skłamałaby, mówiąc, że ma mu to za złe. Nie miała. Udowodnił, że był uzdrowicielem z powołania, a na dodatek nie był mu bez różnicy stan zdrowia potencjalnego przyszłego szwagra, który zrządzeniem losu znalazł się na jego oddziale. Nie, nie miała do niego pretensji za zajęcie się bratem, tylko... Chyba za wszystko inne - do niego, do Arlo, do świata i do rodziców, którzy bezzwłocznie przybyli do szpitala, żeby wspierać jedynego syna. Egoistycznie umieściła się na samym środku planszy, gdzie figury szachowe toczyły najsroższy bój, a ona obrywała rykoszetem, kiedy się między sobą przepychały. Dajcie mi spokój, prosiła je wszystkie.
- Jest w tym pociecha, jeszcze raz bardzo dziękuję. Zapewnimy mu wszystko, co najlepsze, to już nasz jedyny syn... - westchnął przygnębiony Thaddeus Figg, ścisnąwszy dłoń Jaspera. Stał tak, by cały czas widzieć Leonie kątem oka, bo nie ufał, że nieruchoma teraz, nie spróbuje za chwilę rzucić się do brawurowej ucieczki, najlepiej taranując po drodze jego i uprzejmego uzdrowiciela. Jasper zrobił na nim dobre wrażenie, które zapewne byłoby tragiczne, gdyby nad zdrowiem Arlo nadal wisiały burzowe chmury, a on nic nie umiałby na to poradzić. Uwagę przykuło też zdrobnienie wymykające się z gardła mężczyzny, zerknął na niego uważnie, podejrzliwie, lecz Leonie właśnie podnosiła się z krzesła i Thaddeus był gotów ją pochwycić, żeby nie zdołała się wymknąć - bez pożegnania. Bez słowa. - Lee? - powtórzył po Jasperze, wnioskując stąd, że znał jego córkę, co póki co nie pasowało sadownikowi do równania, a potem zarówno na niego, jak i na Prince'a spadła bombarda wyzwolona słowami latorośli. Narzeczony. No masz ci los, ile jeszcze niespodzianek czekało w jej życiu, odkąd uciekła z domu? Ted zamrugał oniemiały i już miał przykazać Leonie, żeby została, kiedy Jasper, jego zięć, stanął na wysokości zadania i ją pochwycił, a ona mu na to pozwoliła. Znali się, no jasne. Byli w narzeczeństwie, chociaż nie widział pierścionka, może się ukrywali? Przed rodzicami?
Leonie drgnęła, czując zaciskającą się wokół przegubu dłoń, dzięki której obróciła głowę w kierunku Jaspera. Nie chciała postawić go w niekomfortowej sytuacji, nie przemyślała tego... Ale jeśli on to ukartował, nie powinna mieć wyrzutów sumienia. Na dnie sarnich oczu pojawiło się widmo skruszenia, przeplatane ze zmęczeniem, które przygniotło ją od momentu wyjścia ze szpitalnej sali. Mogłaby się w niego wtulić, schować w jego ramionach mimo trwającego dyżuru, tylko co wtedy powiedziałby tata?
- Jest bezpieczny pod twoją opieką - szepnęła bezbarwnie, uwierzywszy w kłamstwo, którym próbował ją zatrzymać. Mógł o nią pytać, zanim eliksiry zaczęły działać i zdrowotny sen ściągnął go w swoje odmęty, ona zaś nie miała powodu poddawać tego w wątpliwość, szczególnie gdy uzupełnił słowa dotykiem wokół jej dłoni, intensywnym i jak gdyby potrzebującym.
- Narzeczony - odchrząknął Ted, słysząc o "innych okolicznościach". Och, nie wątpił w to. Postawił dwa kroki w kierunku Jaspera i Leonie, wciskając czapkę w kieszeń płaszcza. - A to... od dawna? - zapytał z zakłopotaniem. Córka odwróciła się w tym czasie lekko w jego stronę, ale zamiast kierować twarz ku ścianie, zwracała się w kierunku stojącego przy niej uzdrowiciela. Starszego, co do tego Figg nie miał wątpliwości. - W takich warunkach chyba nie będziemy sobie "panować" - wymamrotał niepewnie, nikt nigdy nie przygotował go na poznawanie wybranka córki i na tłumienie tysiąca wątpliwości, czy aby na pewno był jej godzien i dobrze ją traktował. - Ted jestem. Thaddeus - skorygował, nie mogąc się zdecydować. "Thaddeus" budowało jego pozycję jako stróża dziecka, z którym należało się liczyć, z kolei "Ted" było bardziej nim samym. 
Zarówno on, jak i Leonie spojrzeli na Jaspera z zaskoczeniem, kiedy otwarcie wystosował zaproszenie i od razu podał adres domu, jakby faktycznie nie przeszkadzała mu wizja zjazdu nowych krewnych w jego bezpiecznych czterech ścianach. Co ty robisz?, zdawała się pytać powoli przytomniejąca zielarka, zaś wzroku jej ojca nie dało się zinterpretować.
- Miły jesteś, doceniam to, ale nie będziemy się wam kokosić na głowie - odrzekł Ted, przekonany, że skoro byli narzeczeństwem, to już ze sobą mieszkali. W pamięci zanotował jednak adres, żeby wiedzieć, gdzie od teraz szukać córki. - Jasper skończył studia - wypaliła nagle Leonie; imponowało jej to jak diabli i zapragnęła pokazać go w jeszcze lepszym świetle, kuć żelazo, póki było gorące od wielkodusznej propozycji Prince'a, a pan Figg zamrugał na to, nieco skołowany. - O... - rzekł tylko, niepewny, jak winien był zareagować, więc zaraz dodał do tego niosące uznanie kiwnięcie głową. Sanderson też skończył studia i co? Głupi był jak tłuk do ziemniaków, bo nawet nie do mięsa. - Wiedziałeś? - spytała potem ciszej, z wyrzutem, z obawą, że tak było, odwracając głowę do narzeczonego. Nie precyzowała, co ma na myśli, lecz powinien wiedzieć - czy ukartowałeś spotkanie z moją rodziną? Zdradziłeś mnie? Odsunęła się o nie więcej, niż pół kroku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
7 godzin(y) temu
Jedyny syn, Lee, to wszystko już się nie liczyło, bo Leonie zachowywała się jakby lada moment miała rozpłynąć się w powietrzu. Co prawda przy nim nigdy tak nie zrobiła, wręcz przeciwnie. Przez dwa lata dokładnie wiedział gdzie ją znaleźć i o której godzinie ją tam zobaczyć. Co za ironia—jej ojciec pewnie jej szukał i nie wiedział, że każdego powszedniego dnia znalazłby ją w zwykłym sklepie.
Teraz chyba udzielił mu się niepokój pana Figg, choć to przykre wrażenie jakie go rozpierało zdawało się mieć inną, intensywniejszą genezę. Kojarzyło mu się z tym, jak czuł się po niektórych snach przed laty; z lękiem przed ciemnością i zamkniętymi przestrzeniami, ale to jakieś irracjonalne. Był zmęczony, po prostu. A korytarze szpitala, choć ukryte przed mugolami, były przecież przestronne. To humor starszego Figga mu się udzielał, na pewno. I cała ta sytuacja.
- Powinnaś z nim zostać. - uparł się, świdrując Leonie wzrokiem. Niepewny, czy w ogóle mu uwierzyła. Poczułby okropny wstyd gdyby przejrzała jego kłamstwo, więc brnął w nie dalej. Przez moment patrzył tylko na nią, aż drgnął na słowo narzeczony gdy pan Figg przypomniał im o swoim istnieniu. Przeniósł na niego nieco zakłopotany wzrok. - Od dwóch tygodni... - odpowiedział szczerze, usiłując dobrać słowa dzięki którym zabrzmiałoby to lepiej. Szybko obliczył, że w sumie to dzisiaj był piętnasty dzień. - Trochę ponad dwóch tygodni. - poprawił się. - Jasper. - niezręcznie przestąpił z nogi na nogę, chyba powinien uścisnąć Thaddeusowi—Tedowi—rękę (albo może to Ted powinien ją wyciągnąć pierwszy? Szlag, matka uczyła go przecież takich rzeczy, wczoraj wiedziałby takie rzeczy), ale żaden z nich nie wykonał tego gestu, a palce Prince'a nadal zaciskały się wokół przegubu Leonie.
Nawet z narastającym bólem głowy i po intensywnym ratowaniu Arlo i zapominając ze zmęczenia o zasadach savoire-vivre'u: wyczuł jednak, że zaimek wam w odniesieniu do jego mieszkania nie brzmi... dobrze. Bardzo chciał, żeby Leonie się wprowadziła, ale nie chciał chwalić się tym jej ojcu.
- Och, to żaden problem. I mi, nie nam, więc jest dużo miejsca. Lee—Leonie—mieszka w Cardiff, tam się poznaliśmy. - wypaplał w nerwach, zanim pomyśla w ogóle, że Leonie pewnie desperacko nie chciała by mówił, gdzie ją znaleźć. Ale po pierwsze mleko się rozlało, a po drugie nie utrzymał nawet przed Atticusem sekretu, którego przysiągł strzec Moirze Sanderson. Czasem bywał w dochowywaniu tajemnic świetny, zwłaszcza, że od dekad z powodzeniem działał w tajnych szeregach akolitów, ale czasem... cóż, dzisiaj nie by jego dobry dzień.
- Mhm... - zerknął niepewnie na Lee, komentarz o studiach wydał mu się jakiś losowy. Nie wyczuł, że próbowała właśnie przedstawić go ojcu–słowa brzmiały równie niezręcznie jak anegdoty o George'u, a ona wydawała się roztrzęsiona. Może powinien jednak zajść po eliksir uspokajający, albo piętro wyżej, może Hector przyjacielsko oceniłby czy to szok czy zwykłe nerwy i doradziłby ewentualnie zaklęcie...
- O czym? - zamrugał, gdy Lee spytała czy o czymś wiedział.
Nie miał szczerego pojęcia, o co go pytała i chciał już dopytać, gdy...
- Dzień dobry, dobry wieczór, witam na m o i m  oddziale! - rozbrzmiało jednak obok wesoło. Gdy myślał o jednym koledze, obok pojawił się drugi. Zdecydowanie mniej pomocny, choć—niestety i już bał się myśleć ile będzie go to kosztowało—Jasper dzisiaj go potrzebował i zdążył posłać do niego słowo, gdy jeszcze usypiał Arlo. - Prince, słyszałem, że mnie potrzebujesz? Doktor toksykologii Vernon Berg, zajmę się przez noc pacjentem... - tyczkowaty mężczyzna o siwych włosach zerknął prędko w kartotekę - A. Figg. Fascynujące, sześćdziesiąt siedem procent zatruć jadem tentakuli kończy się śmiercią, a trzydzieści trwałym kalectwem. - Vernon podniósł głowę i uśmiechnął się promiennie. Jasper zabił go wzrokiem, ale trudno zabijać wzrokiem kogoś, kto to ignoruje. - Jesteś wolny, Prince, przejmuję zmianę. - rzucił Berg ze znudzeniem, a Jasper westchnął głęboko.
- Proszę się nie martwić, Arlo wciąż jest w dobrych rękach i śpi... - zwrócił się do Thaddeusa. - To moje klucze, gdyby państwo jednak potrzebowali... Lee, idziemy?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 10-02-2026, 06:34 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.