• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Północny Londyn > Szpital św. Munga > Pokój odwiedzin
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 13:19

Pokój odwiedzin
Pokój odwiedzin to cicha, stonowana przestrzeń oddzielona od głównego korytarza oddziału przeszklonymi drzwiami. Po wejściu uwagę zwraca miękkie, rozproszone naturalne światło, które łagodzi surowość szpitalnych wnętrz. Ściany pomalowane są na jasne, uspokajające kolory: beże lub delikatne zielenie. W centrum pomieszczenia stoją niewielkie stoliki otoczone krzesłami i fotelami o tapicerce łatwej do czyszczenia, lecz wyraźnie wygodniejszej niż na korytarzu. Przy jednej ze ścian ustawiona jest kanapa, często wybierana przez rodziny z dziećmi. Podłoga wyłożona jest jasnymi kafelkami, a w powietrzu unosi się sterylny zapach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
31-01-2026, 14:14
5 maja 1962

Nie martw się, ale przyjdź. Chodzi o Arlo Figga. Słowa listu niosły się echem w jej myślach wyobrażonym głosem Jaspera, napiętym i niecierpliwym, podyktowanym pilnością. Przyjdź szybko do Munga. Wiadomość dotarła do niej w pracy, tuż przed jej zmianą i wyjściem Harrisa; przerażony wyraz twarzy momentalnie zatrzymał współpracownika w miejscu, nie musiała nawet prosić - powiedział, żeby pędziła tam, gdzie musi, a on zostanie w sklepie i zajmie się inwentaryzacją. Ten gamoń, który popełniał tyle błędów, ten oszołom, który powodował więcej kłopotów niż pożytku... Niespodziewanie okazywał się jej sojusznikiem, a Leonie odkrywała coraz to nowsze fragmenty jego dobrej i ciepłej duszy. Dziękowała mu już ze łzami w oczach. Z koszmarem czarnych scenariuszy skotłowanych w głowie. Z pogruchotaną w posadach nadzieją na to, że los choć raz okaże się dla Figgów łaskawy.
Z poczuciem, że właśnie znów kogoś traci.
Tak rzadko ostatnio odpisywała bratu, zajęta układaniem na nowo swojego życia. Listy od Arla leżały na parapecie pod zielnikiem i szkatułką na małe breloki, listy od rodziców upchnęła jeszcze głębiej, na dnie szuflady w regale, na którym między innymi trzymała kupiony niedawno fruwokwiat. Odkładała to na wieczne "później", na chwilę, kiedy słowa zaczną się układać i przelanie ich na pergamin nie będzie już diabelnie trudne, tyle że ten moment nie nadchodził. A teraz? Miała się spóźnić na zawsze? Pogrzebała już Basila, widziała jego woskową twarz tuż przed zamknięciem wieka trumny, opłakiwała go, nienawidziła się za przeżycie, kiedy jego już brakowało, rozrywała serce widokiem pogrążonych w żałobie najbliższych... I znów mieli przez to przechodzić? Rodzice mieli stracić jedynego syna, ona - jedynego brata?
Leonie nie pamiętała, jak dotarła do Munga. Wpadła do szpitala absolutnie rozchwiana, z rozwianymi włosami i szeroko otwartymi oczami, ledwo powstrzymując się przed potrząśnięciem stróżem, który podejrzliwie na nią spojrzał, kiedy wręcz błagała o wskazanie drogi na oddział toksykologii. Wreszcie zlitowała się nad nią pielęgniarka, rozpoznając nazwisko Prince'a z jej nieskładnych, przerażonych tłumaczeń. Czarownica poprowadziła ją na odpowiednie piętro, razem zastukały do drzwi gabinetu, gdzie miały znaleźć uzdrowiciela, a kiedy drzwi się otworzyły, kobieta wycofała się i wróciła do swoich obowiązków, rzucając przez ramię zmartwione spojrzenie na sarniooką dziewczynę, na którą zapewne czekały same złe wieści.
- Gdzie on jest? - wystrzeliła zaraz po przekroczeniu progu, niemal przepychając się do środka pomieszczenia, jakby miała tam odnaleźć poharatanego i cierpiącego brata. Lub martwego; nie mogła przestać tkać czarnych myśli, które oplatały ją jak pajęcze nici, na których jeszcze szamotała się w oczekiwaniu na działanie trucizny z zębów jadowych drapieżnika: losu. - Co z nim? Co się stało? Mogę go zobaczyć? Jest przytomny? Żyje? Merlinie, Jasper, mów - napierała, gotowa w każdej chwili zacząć szlochać. Nie wybaczy sobie, jeśli było za późno. Jeśli go straciła. Jeśli umarł, nie doczekawszy się ani słowa ze strony siostry, o którą zbiegał i która nie potrafiła tego docenić; która nawet nie powiedziała mu, że wychodzi za mąż. - Co z moim bratem? - pisnęła, w jej oczach kryło się szaleństwo niepewności i pytań bez odpowiedni, dłonie zaciskały się (od jak dawna?) na uzdrowicielskim kitlu narzeczonego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
31-01-2026, 23:05
Na początku był tylko pacjentem, bo nie było czasu na to, by był kimkolwiek innym. Nie liczyło się jego nazwisko ani nawet jego twarz, pozbawiona ran. Liczyło się czerwone ugryzienie na przedramieniu, pytanie jak dawno temu to się stało i nerwowe komendy dla pielęgniarek, by dokładnie obejrzały całe jego ciało gdy Jasper już pracował nad antidotum. By poszukały śladów po kolcach, bo o ile zahamowanie trucizny po ukąszeniu jadowitej tentakuli było trudną walką z czasem; o tyle kolce w przeważającej części przypadków raniły śmiertelnie.
Liczyła się każda sekunda, więc plan leczenia układał gorączkowo, wręcz automatycznie—najpierw skupiając się na zahamowaniu trucizny odpowiednią dawką silnego, Niepopularnego Antidotum, dopiero w dalszej przyszłości miała przyjść myśl o pozbyciu się jej skutków i rehabilitacji. Pacjent stracił przytomność, więc eliksir musiano podać przez magicznie wzmocnioną rurkę, a Jasper osobiście pilnował czy nie wystąpią wymioty, które mogły zachwiać wyliczonym przez niego stężeniem.
Na szczęście w tej gorączce nie miał czasu na inne myśli. Bo gdyby miał, byłby zawstydzony tym, co i tak czuł. Sytuacja była stresująca, żaden toksykolog i właściwie żaden uzdrowiciel nie reaguje przecież spokojnie na trupy na swojej warcie. Ale zarazem była ekscytująca, bo walka z jadem tentakuli była bardziej intelektualnie stymulująca niż słuchanie o rozstrojach żołądka (nie, popijanie wiśni mlekiem nigdy nie jest dobrym pomysłem, to niekoniecznie jest trucizna) czy niwelowanie łagodnego przytrucia bahanocydem. A mało rzeczy daje większy wyrzut energii niż zawrócenie kogoś spod bram śmierci, nawet jeśli to szybki transport do szpitala jest równie ważny (jeśli nie ważniejszy) niż wysiłki uzdrowiciela. Możliwe, że gdy po podaniu antidotum pacjent zaczął normalniej oddychać—możliwe, że uśmiechnął się wtedy z satysfakcją.
No dobrze, na pewno uśmiechnął się z satysfakcją.
Dopiero gdy groźba śmierci się odsunęła—dopiero wtedy dokładniej zerknął w kartotekę pacjenta. Wcześniej, mając zajęte ręce i myśli, kazał pielęgniarkom jedynie wyrecytować sobie fakty mające wpływ na przebieg leczenia: wiek, wagę, symptomy innych chorób. Nazwisko było w tym wszystkim najmniej istotne.
Aż zobaczył je na papierze i zrozumiał, że było cholernie istotne.
Może i lepiej, że wcześniej nie wiedział, że ma przed sobą Arlo Figg'a, może pozwoliło mu się to skupić lepiej, działać sensowniej. Nie zmieniało to faktu, że w momencie realizacji—poczuł momentalne nerwy i skruchę i ta niepewność musiała się odbić w pośpiesznie kreślonym liście. Wiedział, że wysyła go w jednym z najgorszych możliwych momentów: nie na tyle wcześnie, by mogła przybyć od razu; i nie na tyle późno, by jej brat był już na całkowicie dobrej drodze do pełnego wyleczenia. Jego organizm wciąż walczył.
Gdzieś w głębi duszy miał nawet głupią nadzieję, że Leonie zobaczy ten list dopiero później. Gdy Arlo otworzy oczy, a on będzie mógł uspokoić ją skuteczniej.
Początkowo nie odstępował go na krok, ale musiał przejść do gabinetu by wybrać dawki i eliksiry potrzebne do dalszego leczenia. Do środka przytomnie zapukała pielęgniarka (a nie załomotała Leonie), co pozbawiło go sekundy na zebranie myśli i przybranie pokerowej miny. Gdy Leonie wpadła do środka, był wyraźnie zaskoczony (że to już) i zmartwiony.
Lee nie dała mu dojść do słowa, pierwszy raz w ciągu ich znajomości łapiąc go za fartuch tak mocno, że prawie nim potrząsnęła—nim, mężczyzną sporo większym od niej.
- Lee - spróbował wbić się w słowo, bez powodzenia. - Żyje, nieprzytomny, dwie sale dalej, już cię prowadzę. - spróbował się cofnąć, bezskutecznie. Złapał Leonie za nadgarstek, najpierw delikatnie, potem bardziej stanowczo. - Chodźmy, Lee. - poprosił z naciskiem, celowo odwlekając przyczynę pobytu Arlo w szpitalu. Byłoby prościej, gdyby to była inna trucizna. Byłoby prościej, gdyby Leonie nie znała się na roślinach i nie wiedziała—równie dobrze jak on—jak bardzo to niebezpieczne.
- Jadowita tentakula, ale ugryzienie, nie kolec. - powiedział w końcu, otwierając drzwi do sali, w której leżał jej brat.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
01-02-2026, 12:28
Widok Jaspera, zazwyczaj kojący i bezpieczny, dziś jedynie bardziej ją przerażał. Przypominał przez osobę toksykologa, że krzywda, która spotkała Arla, była poważna, skoro trafił akurat na jego oddział i otoczono go przeciągającą się specjalistyczną opieką- bo gdyby było inaczej, list zapewne nie byłby taki oszczędny, tylko od razu dałby jej znać, co się dzieje i jakie eliksiry zostały mu przepisane. Nie musiałaby przychodzić natychmiast. Nie musiałoby to być "ważne". I chociaż z dwojga złego Leonie cieszyła się, że bratem zajmuje się właśnie jej narzeczony, uzdrowiciel z pasji i powołania, opiekuńczy i pełen miłości do niej, a więc i - chyba - do jej rodziny, to wyjątkowo nie znalazła w tym tak dużego pokrzepienia, jak potrzebowała. Jej ciałem władała czysta adrenalina, nerwy przypominały naprężoną do granic wytrzymałości gumę, która za moment pęknie, a wraz z nią pęknie serce zielarki. Nie mogła wybaczyć sobie opóźnienia, z jakim odpisywała na listy brata, niechęci, z jaką podchodziła do spotkania z bliskimi... Teraz, gdy na wszystko mogło być już za późno.
- Wyjdzie z tego? - napadła go kolejnym pytaniem, znów prawie wchodząc Prince'owi w słowo podczas jego tłumaczeń. Ledwo rozumiała, co do niej mówił i co to wszystko miało oznaczać w kontekście przyszłości; żyje powinno być dobrą nowiną, ale skoro był nieprzytomny? Na chwilę czy na zawsze? Czy rodzice już wiedzieli? Była bliska rozpłakania się w ramionach narzeczonego, choć jednocześnie próbowała trzymać się w ryzach, żeby najpierw, zanim się załamie, poznać stan starszego brata.
Z ręką mocno zaciśniętą na dłoni Jaspera przemierzała korytarze Munga, choć po raz kolejny nie potrafiłaby powiedzieć, jaką drogą dotarli do sali, na której leżał Arlo. W powietrzu unosił się drażniący zmysły zapach środków dezynfekujących i woń eliksirów leczniczych, budzących wspomnienia z chwili, kiedy uzdrowiciele próbowali przebadać ją po Colinie, a ona walczyła z całych sił, by do tego nie dopuścić. Teraz jednak było to nieważne. Raz po raz zerkała spłoszona na narzeczonego, jakby modliła się o to, żeby w pewnym momencie przyznał, że był to tylko okrutny żart, ale chwila ta uparcie nie następowała.
Jadowita tentakula. Bogowie, jadowita tentakula, los naprawdę nie miał dla nich litości. Nazwa rośliny odpowiadającej za stan Arlo oszołomiła ją na kilka sekund, zatrzymując ciało wpół kroku do środka szpitalnego pokoju. Widziała z progu czerwoną twarz brata, pokrytą warstwą potu; musiała trawić go gorączka organizmu za pomocą eliksirów i odtruwających wywarów walczącego z jadem, który w wielu przypadkach okazywał się śmiertelny - ostatnio sama ledwo uniknęła bliskiego spotkania z tym gatunkiem na opuszczonej łodzi przemytników, gdzie zakradła się razem z Thalią. Może to był znak, który przegapiła? Ale przecież w żadnych warunkach nie przeszłoby jej przez głowę, że...
- Arlo - wychrypiała przerażona i puściła dłoń Jaspera, dopadając do łóżka szpitalnego. Chłodne palce Leonie dotknęły jego czoła z całą miłością, na jaką nie umiała sobie pozwolić, kiedy był przytomny; patrzyła na twarz brata, pod powiekami widząc wyryte tam wspomnienie twarzy martwego Basila. - Jak głębokie jest to ugryzienie? Ile--- ile zębów? - pytała, nieświadoma, że po jej policzkach łzy już ciekną ciurkiem. Od odpowiedzi Prince'a zależał los odrobinę starszego od niej Figga i chyba oboje zdawali sobie z tego sprawę. - Odzyskał w ogóle przytomność? - spytała, gładząc wilgotne włosy brata, czekoladowe jak jej własne pukle. - Co mu podaliście? - jej głos stał się cichszy, bardziej bezradny. Wiedziała wszystko na temat trucizny jadowitej tentakuli, znała też podstawowe nazwy eliksirów, które mogły sprawdzić się w tej sytuacji i była pewna, że Jasper zrobił wszystko zgodnie ze sztuką. Ale co jeśli to nie wystarczy? - I jak bardzo rozwinięta była tentakula? - to także nie było bez znaczenia; im starszy egzemplarz, tym silniejsze toksyny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
01-02-2026, 20:16
Wyjdzie z tego?
Dopiero teraz dotarło do niego, że wyjechawszy z dala od Manchesteru—wybrał życie bezpiecznego dystansu. Rodzice znali niemal wszystkich klientów pracowni alchemicznej, z wieloma się przyjaźnili. Gdyby Jasper tam pozostał, do dziś słuchałby nieopatrznych wspomnień o Severusie i o braciach Prince w dzieciństwie, oraz znałby życiorys wielu z klientów.
W szpitalu świętego Munga prawdopodobieństwo trafienia na znajomych, na bliskich—było znikome. Ostatni raz czuł takie zaskoczenie, gdy w kostnicy zobaczył Adama Sandersona. Nie Ingrid, Ingrid spodziewał się tam ujrzeć zawsze.
A ostatni raz czuł taki stres ściskający gardło, gdy Atticus dopytywał o Audelię. Tyle, że jej choroba była przeciągająca się, chroniczna; Jasper miał czas przygotować się do odpowiedzi. Teraz—nie wiedział, wiedział za to, że Leonie dobije prawdziwe nie wiem, za wcześnie stwierdzić. Zobaczył jego nazwisko i napisał dla niej list pomiędzy ratowaniem pacjentowi życia, a dalszymi badaniami. Czy pozostaną jakieś skutki uboczne... dopiero się przekona.
Przy innym pacjencie dobrałby odpowiedź do okazji, wiedząc, że zobaczy rodzinę tylko na szpitalnych korytarzach. Nie wiemy by nie dawać fałszywej nadziei, albo jest młody i silny, możemy mieć nadzieję by ją dać. Teraz zawahał się jednak, choć miał ochotę wybrać to drugie stwierdzenie. Zawahał się, bo w przypadku Leonie brak stuprocentowej nadziei mógł ją tylko zranić. Ją, ich. Nie powinien tak myśleć. Nie powinien w ogóle o tym myśleć. Powinien myśleć tylko o pacjencie, a nie o tym, że każdy jego błąd, że nawet etyczne przekazanie tej sprawy innemu uzdrowicielowi—mogło ich kosztować  ich związek, całą relację. Ona pewnie jeszcze o tym nie myślała, ale jeśli cokolwiek pójdzie nie tak—a po zatruciu jadowitą tentakulą wiele mogło pójść nie tak—to przecież zacznie. Wiedział o tym, bo samemu szukał wszędzie winnych za śmierć Severusa i krzywdę Eileen, zwracając złość nawet (a może głównie?) w stronę własnej rodziny. Fakt, że w pierwszym przypadku był pochmurnym nastolatkiem niewiele zmieniał; bo po wydziedziczeniu siostry był starszy od Leonie.
- Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. - odpowiedział wymijająco, biorąc głęboki oddech. Spojrzał na Leonie czujnie, jakby spodziewał się, że będzie niezadowolona z odpowiedzi (samemu nie byłby zadowolony) i nim potrząśnie, spróbuje wymusić inną, rozpłacze się, albo stanie na środku korytarza. Na jego korzyść działało chyba to, że najbardziej liczyło się dla niej dotarcie do sali Arlo i że jeszcze do niej nie weszli.
Ale po chwili się w niej znaleźli i nie było już żadnych korytarzy ani drzwi oddzielających Leonie od realiów choroby oraz od niepewności względem przyszłości. Zobaczył jej łzy i na kilka sekund odwrócił wzrok, choć nie był pewien dlaczego—czy dawał Leonie chwilę prywatności z bratem, czy egoistycznie dawał sobie krótki moment na zebranie się w sobie?
- Jeszcze nie odzyskał. - odpowiedział łagodnie, podchodząc do łóżka. - Ale to dobrze, oszczędza siły. Antidotum Niepopularne zahamowało truciznę. - podaliście, powiedziała, nieświadomie rozmywając jego odpowiedzialność. Dziś to on był toksykologiem prowadzącym tą sprawę, to on podjął wszystkie decyzje.
To on początkowo poprosił pielęgniarki o wagę pacjenta, ale nie o jego nazwisko.
- Trzy zęby, tutaj. - pokazał zapłakanej Figg bandaż na przedramieniu mężczyzny. Próbował nie patrzeć na jego twarz, nie doszukiwać się rodzinnych podobieństw, jeszcze nie. Łatwiej będzie, gdy... okaże się co dalej. - Kolega, który go przyprowadził mówił, że średniego rozmiaru. - ale nie wiem czy kiedykolwiek jakąś widział, pomyślał z goryczą, zachowując to dla siebie. - Mamy jego kontakt, gdybyś... - zawahał się. Gdybyś chciała porozmawiać w przyszłości, ale lepiej przecież zostać tutaj.
- Mam dla niego eliksiry wzmacniające, nie wiem tylko czy chcesz... - patrzeć, bo jeśli pacjent się nie przebudzi, będą musieli siłą wlać mu je do gardła.

co u Arlo?
1 - jego powieki zdają się poruszać w reakcji na dotyk i głos Leonie, ale może to tylko złudzenie?
2 - budzi się Z KRZYKIEM
3 - budzi się powoli!
1x k3 (Arlo):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
02-02-2026, 19:42
Mimo że - jeszcze? - nie przeszło jej to przez głowę, lęk Jaspera nie był nieuzasadniony... Czy potrafiłaby spojrzeć na człowieka, który nie zdołał ocalić jej brata? Czy nadal potrafiłaby go kochać? Leonie nie poddała tego w wątpliwość, ponieważ całym sercem wierzyła zarówno w umiejętności nabyte przez uzdrowiciela, jak i jego naturalną zdolność do ochrony zagrożonych istnień, w jego mądrość: w niego, po prostu. Arlo nie mógłby trafić w lepsze ręce. Ale co jeśli nawet to nie wystarczy, żeby zawrócić go spod czarnych jak smoła wrót śmierci? Zdarzało się, że na ocalenie było już za późno i chyba tego obawiała się najbardziej, z napięciem tnąc korytarze szpitala. Jej dłoń w dłoni Jaspera musiała być zarazem gorąca i lodowata, palce wyraźnie drżały, pewnie wprawiając w rezonans także i jego kończynę. Sekundy niepewności przypominały kanonadę zaklęć torturujących, uderzających ją w pierś, a zapatrzona egoistycznie w swoje przerażenie nie zastanowiła się, że dla niego to też jest trudne. Na pewno nie tak zamierzał poznać swojego przyszłego szwagra. Nie tak.
Niemal pisnęła więc z ulgi, słysząc odpowiedź o stanie zdrowia brata, wyważoną, bezpieczną i bardzo oszczędną, lecz w tej chwili najważniejszą. Skoro zagrożenie nie było śmiertelne, pozwoliła sobie na kolejny przebłysk nadziei, że może jednak wszystko będzie dobrze, jakkolwiek ryzykowną było to myślą. Leonie nie chciała kusić losu ani rzucać mu wyzwania; zamiast tego już przygotowywała się do podziękowania Jasperowi za te słowa i całą dotychczasową opiekę nad swoim ostatnim bratem, ale wtedy czarodziej otworzył przed nimi drzwi i zobaczyła leżącego na łóżku mężczyznę, którego nie widziała od dawna.
Na tle białych ścian skóra Arlo była chorobliwie zaczerwieniona i błyszcząca od potu, strąki ciemnych włosów, trochę podobnych do kędziorów Jaspera, lepiły się do jego skroni, a wargi doszczętnie spierzchły. Cienie pod oczami przypominały kolorem dojrzałe śliwki, które zrywali z drzewa w ich ogrodzie, kiedy byli mniejsi, wspinając się na najwyższe gałęzie, bo Basil podjadał owoce z tych niższych.
- Ale odzyska? - naparła desperacko i obejrzała się przez ramię, odnajdując narzeczonego wzrokiem szklistych oczu. Gładziła przy tym czoło brata i czuła potworny kontrast ich skór, własnej lodowato zimnej, jego rozbuchanej od wewnętrznego gorąca. - Jak "średnia", co to znaczy "średnia"? Kiedy ktoś nie wie, co powiedzieć, mówi, że coś jest średnie. Ten kolega widział już kiedyś ten gatunek? Zna różnice między małą a dużą rośliną? Czy on w ogóle cokolwiek wie? - wypluwała z siebie coraz bardziej rozpaczliwe pytania, aż mózg z opóźnieniem zarejestrował, że Jasper wskazuje zabandażowane miejsce po ugryzieniu. - Mogę zobaczyć? - poprosiła. Może jadowita tentakula zostawiła tam kartkę ze swoim adresem, dzięki czemu Leonie będzie mogła ją znaleźć i siekierą porąbać na kawałki. Jak widać perspektywa do umiłowanej flory zmieniała się w zależności od nazwiska ofiary i gdyby krzywda dotyczyła Jaspera, nie postąpiłaby inaczej. Świeża porcja łez pociekła po policzkach, kiedy wspomniał o nowej porcji medykamentów. Jeśli znała go dobrze, a tak sądziła, na pewno sam je przygotował, chcąc dopilnować, że trafią do Arlo najlepsze specyfiki - i sarnie oczy wypełniły się czułością, podczas gdy sięgała do niego drugą dłonią, znów chcąc mu podziękować...
Naraz w sali rozległ się krzyk. Chrapliwy, znajomy i szczerze przerażony, mający w sobie mniej z koszmarów, a więcej, zdaniem Leonie, z próby ostrzeżenia przyjaciela przed zagrożeniem. Oczywiście, że tak. Nie widzieli się od długiego czasu, ale to nie znaczyło, że nagle przestała znać swojego brata: na pewno w ostatniej chwili odepchnął kompana, przez co sam naraził się na atak rośliny. Leonie momentalnie obróciła się do niego i ujęła policzki Figga w swoje dłonie, z nadzieją, że zimno jej palców okaże się kojące.
- Arlo... Cśś, Arlo, już dobrze. Nic ci nie grozi - próbowała go uspokoić, wsłuchana w ciężki, świszczący oddech brata. Jego oczy sprawiały wrażenie mętnych, rozglądały się bez poruszania głową, usiłując zrozumieć, gdzie się znajdował i czy nie był to przypadkiem jedynie bardzo dziwny sen. - Nic ci nie grozi - powtórzyła szeptem, ściągając ku sobie jego uwagę, choć nie była pewna, czy naprawdę ją widział. - O... nie... Eoni... Leonie? - wycharczał w malignie, językiem, który nie chciał z nim współpracować. Zielarka pokiwała głową i uśmiechnęła się drżącymi wargami, próbowała pohamować łzy, ale to sprawiło, że tylko więcej z nich wylało się na policzki. - Jestem tu. Trafiłeś do szpitala po... małym wypadku, ale wszystko będzie dobrze. Tak? - na dwie sekundy oparła razem ich czoła, a potem delikatnie odsunęła się i zachęciła Jaspera wzrokiem do tego, żeby się zbliżył. - Zobacz, to uzdrowiciel, który cię uratował. Strasznie mądry. Ze strasznie wielkim sercem - plotła, po rozważeniu nie dodając, że ten sam człowiek był też jej narzeczonym, jeszcze nie. Arlo dopiero się zbudził, gdyby potraktowała go tego rodzaju rewelacją na pewno uznałby to za senny majak. - Leonn...nie - nadal prowadził nierówną walkę z niezbyt ruchliwym, spuchniętym językiem, i z wielkim trudem oderwał od niej poruszony, skruszony niedowierzaniem wzrok, żeby zerknąć na Prince'a.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
02-02-2026, 22:24
Leonie zdołala postawić go w nie jednej, a w trzech niezręcznych sytuacjach—i to w przeciągu kilkunastu sekund wyrzucanych nerwowo pytań.
Nie wiedział jeszcze, czy i kiedy Arlo odzyska przytomność... ale wiedział, że najlepiej opóźnić przekazanie tej informacji albo ująć ją w inne słowa. Rozmawiał ze zbyt wieloma zrozpaczoną rodzinami by nie wiedzieć, jak piorunujący i wzmagający panikę efekt może mieć niepewność uzdrowiciela. A Leonie nie była po prostu jedną ze zdenerwowanych krewnych, była jego narzeczoną—i widział przecież, wyraźniej niż w przypadku nieznajomych, że już panikowała.
- Wątpię, by znał się na roślinach. Ale potwierdziliśmy to badaniem stężenia jadu we krwi i faktycznie była średnia. - wymamrotał w kwestii niekompetentnego kolegi, choć bez szczególnego przekonania. Widział, jak Harris frustrował Leonie w sprawach bardziej błahych.
I pamiętał siebie, młodszego, nastoletniego, zadającego podobne i bardziej gorączkowe pytania: co to jest bomba? Jak to nie znaleziono ciała? Może on żyje, skoro nie ma ciała? Skąd wiecie, że nie żyje? (Pytania ironicznie smutne, bo samemu już od dawna wiedział przecież, że po jego brata sięgnęła śmierć). Nie chciał o tym myśleć—ani wcale, bo zachowywał się wtedy okropnie, odpowiadając złością na łzy matki; ani teraz, bo nie chciał porównywać tamtej sytuacji i losów Arlo, nie chciał widzieć Leonie w tej sytuacji. Nagłej, niespodziewanej, strasznej—czy gdy jej emocje ostygną, będzie musiał tłumaczyć, że nic nie przewidział, ani rano ani wcześniej? Że nie śnił o brunecie o nieco podobnych do niej rysach twarzy, atakowanym przez jadowitą roślinę; ani o pacjencie toczonym trucizną? Że poszedł do pracy jakby nigdy nic, nie przeczuwając zupełnie niczego gdy rano robił (odpowiednio ściętą!) jajecznicę, a ona herbatę? Potrafił zachować zimną krew jako uzdrowiciel, ale w takich chwilach nienawidził, nienawidził być jasnowidzem.
W takiej chwili żałował nawet, że wyznał Leonie prawdę—naiwnie, w chwili słabości na widok jej niepewnej miny, zakładając, że nieszczerość może być straszniejsza niż to, co czeka ich lub ich bliskich w przyszłości. Nie powinien brać szczęśliwego zakończenia za pewnik.
Podszedł o krok do łóżka, otwierając usta by sprostować trzecią niezręczność. Kątem oka widział, jak Lee szukała jego dłoni, a on będzie musiał powiedzieć jej, że lepiej nie tykać bandaży: wciąż świeżych, nasączonych odpowiednimi maściami. Może później, przy ich zmianie, ale czy będzie w ogóle w stanie czekać?
Niespodziewanie, od problemu wybawił go krzyk Arlo. Obawiał się, że na jego wybudzenie się będą musieli czekać godzinami, może dniami. Długo, w pustce stwarzającej przestrzeń na strach rozprzestrzeniający się niczym jad tentakuli; na nieskończone pytania bez prostych odpowiedzi.
Ale los podarował im ten krzyk i teraz mogli już działać.
Pozwolił Leonie na chwilę z bratem—wbrew instynktowi, który kazałby mu zbadać pacjenta natychmiast. Nie odrywał od niego czujnego wzroku, ledwo prześlizgując spojrzeniem po emocjach odmalowanych na jej profilu; gotów interweniować gdyby stan Arlo się pogorszył lub wskazywał na zapaść. Na razie odnotował jednak jedynie szok, spodziewaną opuchliznę i...
Z niedowierzaniem zerknął na Leonie, gdy zaczęła tłumaczyć bratu cechy jego charakteru; opis na który zresztą swoim zdaniem nie zasługiwał, bo jeszcze go przecież nie wyleczył, nie do końca. Antidotum zawróciło go spod progu śmierci, ale jeszcze trochę pracy przed nimi.
- Lee. - przerwał jej łagodnie. - Leonie. - poprawił się formalniej, choć Arlo pewnie i tak tego nie zapamięta (prawda?). - Zbadam twojego brata. Panie Figg, jest pan w szpitalu św. Munga. - cóż, wiele innych w magicznym świecie nie istniało, a Leonie już to powiedziała, ale i tak trzymał się procedury.
- Proszę na mnie spojrzeć. Lumos. - wyjął różdżkę i rozpalił magiczne światło wprost przed oczyma Arla (jak niegdyś przy Leonie, po jej koszmarze); tym razem nie w panice, a by zbadać źrenice chorego. Zwężały się w odpowiedzi na światło i poznał Leonie, to dobry znak. W najgorszych przypadkach trucizna mogła prowadzić do ślepoty, ale antidotum ją zahamowało, więc nic nie powinno się pogorszyć...
- Widzę, że wystąpił obrzęk na pana języku, ale jest pan w stanie spróbować pić? Musimy podać panu eliksir zasilający, pilnie. - albo zdoła go przełknąć, albo będą musieli magicznie wtłoczyć rurkę do gardła; a to przerwie czas na wszystkie rozmowy z Leonie, nie wspominając o tym jak będzie to wyglądało i o uspokojeniu pacjenta. Nawiasem mówiąc, skoro był przytomny i Jasper nie musiał już monitorować jego tętna...
- Cordis Serenitas. Pamięta pan coś z momentu... wypadku? - zainkantował zaklęcie uspokajające, rzucając Leonie porozumiewawcze spojrzenie. Zdawał sobie sprawę, że był może aż... nazbyt formalny, ale właściwie nie spodziewał się poznać przyszłego szwagra, zwłaszcza w takich warunkach. I choć najchętniej przytuliłby z ulgą przerażoną brunetkę, to w chwili niepewności instynktownie skupił się po prostu na pracy.
1x k100 (Cordis Serenitas):
21
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
03-02-2026, 19:55
Z dokładnym pomiarem stężenia jadu nie mogła dyskutować. Zresztą przeczuwała, że diagnoza Jaspera nie była wyssana z palca: nie zaordynowałby dalszego leczenia bez danych i konkretów, nie naraziłby życia pacjenta przez niepodparte niczym domysły, widziała go raczej jako uzdrowiciela bardzo metodycznego i skupionego zarówno na szczegółach, jak i ogólnym szerokim obrazie. Jemu po prostu się chciało. W porównaniu do medyków grzejących etatowe miejsca bez pasji i zaangażowania, a jedynie ze względu na satysfakcjonujące pensje. W porównaniu do zgorzkniałych starców w kitlach, zasuszonych jak pomarszczony pergamin. W porównaniu do przymuszonych do swoich studiów praktykantów ledwo po Evershire, godzących się z wizją rodziców, nie z tym, do czego namawiały własne serca.
Zresztą efekty jego starań zaraz spojrzały na nią przez parę zaszklonych od gorączki oczu, wymalowane także w czerwieni policzków i płytkim, świszczącym oddechu. Dla Leonie nie był to jednak dźwięk martwiący ani nieprzyjemny, nigdy nie mogłaby zapomnieć piersi Basila, która nie uniosła się więcej, kiedy patrzyli na jego ciało składane w zamykającej się trumnie. To cisza od wtedy zaczęła bardziej ją przerażać, a półroczna gehenna u boku Colina tylko ten strach pogłębiła. Cisza mogła oznaczać nic i wszystko. W trakcie duchoty jej trwania nie sposób było przewidzieć, na jaką reakcję można się natknąć, ani czy kara za wyimaginowane uchybienie okaże się bardzo bolesna. Dlatego teraz płakała z radości, patrząca na zmęczone oblicze brata, który wbrew wyrokom losu próbował do niej wrócić. Ciągle walczył. Od maleńkości był jej rycerzem, rozsądniejszym niż jego bliźniak, spokojniejszym i twardo stąpającym po ziemi, i była głupia, że uwierzyła, że jadowita tentakula mogłaby go pokonać.
- Tak? Och, jasne... - po chwili pojęła plan Jaspera, który przejął kontrolę nad sytuacją po pierwszym wylewie emocji, które spęczniały pod sufitem krystalicznie białego pomieszczenia, i odsunęła się o nie więcej, niż pół kroku do boku, żeby zrobić mu miejsce. W swoim mniemaniu i tak odeszła już dość daleko. Dłonie zamknęła na jednej z dłoni Arlo, gładząc kciukiem jej wierzch dokładnie w ten sam pełen miłości sposób, jak wiele razy robiła to przy Jasperze; skoro nie potrafiła rozmawiać o uczuciach, nauczyła się okazywać je gestem.
- Roo... ger? - wybełkotał Figg, słysząc o miejscu, w którym się znajdował, a jego spojrzenie z trudem wędrowało między dwoma osobami w zasięgu wzroku. Roger był jego kolegą i współpracownikiem, razem zajmowali się katalogowaniem różnych okazów magicznej fauny, tworząc szkice, które potem trafiały do nowych wydań albumów, podręczników czy literatury naukowej. Scysja z tentakulą wiązała się z ich ostatnim zleceniem; tak naprawdę nawet nie spodziewali się natknąć tam na ten gatunek, wszystko było ogromnym wypadkiem.
- Dać mu coś do picia? - Leonie zaatakowała odruchowym pytaniem, słysząc słowa narzeczonego wypowiadane do Arlo. Jej rozum pozostał nerwowy i niespokojny, dopiero teraz zdała sobie sprawę z intensywności spierzchnięcia warg brata i tego, że musiał być wycieńczony, a nic nie pomagało na to tak dobrze (oczywiście metaforycznie) jak szklanka błogo zimnej wody. Zupełnie nie skojarzyła, że Jasper pytał o to w innym kontekście. Koniecznym, powiązanym z dalszym tokiem leczenia; dla niej obrazek był okrojony, liczył się szczegół, nie ogół. - Wody, dam mu wody - zdecydowała z napięciem i wyprostowała plecy, skanując pomieszczenie w pogoni za dzbankiem, który jak na złość nie chciał pojawić się w zasięgu wzroku. - Gdzie jest woda? - zniecierpliwiła się, a uspokojony czarem Arlo westchnął chrypliwie i lekko przewrócił oczami, jednak nie brakowało w tym braterskiej czułości. Zrozumiał dzięki jej pokazowi, że była prawdziwa. Że to jego Leonie, jego własna marnotrawna siostra, jakimś cudem trafiła do niego dopiero po tym, jak pozwolił poszatkować się tentakuli.
- Sprób... uję - wychrypiał w stronę Jaspera, przynajmniej on okazał się na tyle przytomny, by zrozumieć mimo gorączki i oszołomienia, że mężczyzna pytał go o próbę wypicia eliksiru. - Nie wi---em, to... miało b... yć, jak zawsze - mówił mętnie i nieskładnie, nie potrafił nadać wspomnieniom chronologii, nie miał pojęcia, co było gorączkowym wymysłem, a co wydarzyło się naprawdę. Leonie znów sięgnęła do jego dłoni i pogładziła ją pokrzepiająco, próbując dodać mu odwagi. - Nie wiedzi... eliśmy - wydusił: o tak niebezpiecznych pędach zamieszkujących ruiny, gdzie podobno mieli szansę na dostrzeżenie erklinga. Nastawili się na czujność przed magicznym stworzeniem, nie zębatą i jadowitą rośliną. Powinni byli być uważniejsi i pewnie gdyby teraz nie leżał obolały i schorowany, siostra nie dałaby mu przez to żyć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
04-02-2026, 20:12
Leonie prawie zastawiała mu drogę, ale dla narzeczonej mógł zrobić wyjątek. Komuś innemu kazałby cofnąć się jeszcze dalej, a w nagłej sytuacji w ogóle wyjść. Będzie musiał tylko potem wytłumaczyć to pielęgniarce, bo z chwilą krzyku Arlo automatycznie sięgnął po różdżkę by błyskawicznie posłać na korytarz strumień czerwonych iskier; sygnalizując, że potrzebuje w sali wsparcia. Przynajmniej—jeśli w ogóle zostanie potem spytany o dzisiejszy przypadek—będzie się tłumaczył jedynie ze znajomości z siostrą pacjenta, a nie z drobnego łamania procedur i pozwolenia jej na pozostanie w sali (o ile Leonie nie utrudni pielęgniarkom pracy... czego na razie nie przewidział). Choć w Sennym Fruwokwiacie jakoś irytowało to jego narzeczoną, to Jasper starał się żyć ze wszystkimi w zgodzie, zwłaszcza ze współpracownikami i współpracowniczkami.
Dzięki temu mało kto zadawał mu kłopotliwe pytania i nikt nie posądzał go o lojalność względem zbiegłego z Nurmengardu czarnoksiężnika, na przykład.
Nie czekając na pielęgniarkę, rozpoczął dalszy tok leczenia—a Lee zerwała się z miejsca, wykazując się entuzjazmem godnym podziwu, a zarazem problematycznym.
- Lee, najpierw eliksir. Pielęgniarka już jest w drodze, wszystko mu zaraz poda. - przerwał, na moment wypadając ze swojej oficjalnej roli. Może Arlo nie skojarzy w swoim stanie, że są ze sobą po imieniu, a nawet po zdrobnieniu; a może nie miało to już znaczenia. Zerknął na pacjenta akurat w momencie, w którym ten przewracał oczyma i jego własne kąciki ust mimowolnie zadrżały, bo mógłby przysiąc, że na sekundę spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
Ale nie ma się co rozpraszać. Nie wiadomo nawet, ile z tego Arlo będzie pamiętał. Nie wiadomo, jak poważne szkody poczyniła toksyna w jego organiźmie, choć—i Jasper myślał o tym niezwykle ostrożnie, nie chcąc zapeszać—na razie jego zachowanie i szybkie odzyskanie przytomności wskazywały na to, że będzie dobrze. Możliwe, że będzie potrzebował sporo czasu na dojście do siebie, ale czas akurat mieli.
W przeciwieństwie do siostry, pojął nawet prędko, że ma pić eliksir, a nie wodę.
- Jeśli pana organizm przyjmie eliksir,  zaraz podamy panu wodę. - zapewnił (bardziej Leonie niż Arlo), podkładając dłoń pod kark mężczyzny i podając mu eliksir drugą dłonią. W razie wymiotów będą musieli uciec się do magii.
Do sali weszła Barbara, jedna ze starszych i doświadczonych pielęgniarek, współpracujących z Prince'm od dawna. Szybko zmieniła go przy podpieraniu głowy Arlo, lustrując Leonie nieco podejrzliwym spojrzeniem—ale na razie nic nie powiedziała, bo zdołała się obok niej przecisnąć.
Robiło się tłoczno, ale Jasper nie miał serca kazać jej wyjść. Na razie zresztą o tym nie myślał, myśląc o pacjencie.
- Jak zawsze? - dopytał, gdy Barbara odjęła już fiolkę z eliksirem od ust Arlo. - Co miało być jak zawsze? Co jest ostatnim, co pan pamięta? Opowie pan nam - Leonie, lepiej żeby wiedziała to od Arlo niż Rogera - jak to się stało?] - zapytał, przy okazji chcąc oszacować ryzyko amnezji pacjenta i zbadać jak szybko opuchlizna schodzi z jego języka. Dzięki zaklęciu powinien być już zresztą spokojniejszy, co ułatwi sprawę.
Barbara odeszła od łóżka, wertując kartotekę.
- WIdzę, że rodzina została już powiadomiona? - odezwała się, a Jasper drgnął jak oparzony, dopiero w tym momencie coś sobie przypominając.
Wcześniej nie wydawało się to ważne, bo Arlo umierał.
- Um... Lee? Ja napisałem do ciebie, ale szpital powiadomił już pewnie krewnych, o których powiedział im Roger... czyli waszych rodziców. - odezwał się, najpierw szukając jej spojrzenia, a potem go unikając.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
05-02-2026, 10:21
Najpierw eliksir? A niby co to da, skoro gardło Arlo było wyschnięte na wiór i na pewno przez to nie mógł swobodnie mówić? Leonie mimowolnie spiorunowała wzrokiem Jaspera, ale jej rozum w końcu uznał autorytet medyka i stępił kolce oporu, w które już zdążyła obrosnąć. Przecież Prince wiedział co robi i nie naraziłby jej brata na dyskomfort ani krzywdę, jeśli mógł temu zaradzić, po prostu potrzebowała chwili, by to sobie przypomnieć, nareszcie lekko skinąwszy głową w ramach kapitulacji. Powinno jej wystarczyć, że mogła trzymać za rękę żywego Arlo, tak podobnego do jego bliźniaka, który nie miał tyle szczęścia ani rozumu. Poza tym zapewnienie Jaspera - zgodnie z jego przewidywaniami - pomogło, oczyszczając płuca Leonie dłuższym wydechem. Skoro po medykamentach będzie mógł się napić czegoś lepszego w smaku, nie zamierzała oponować.
- Zaraz podamy ci wodę - powtórzyła słowa Jaspera, jakby podkreśleniem chciała nadać komunikatowi mocy i przypieczętować jego pewność. Bała się jednak, że coś pójdzie nie tak i brat nie zdoła przełknąć mikstur przez spuchnięty język i tkanki gardła, które utrudniały mu mowę; niepewnie spojrzała na narzeczonego, próbując zadać mu niewerbalne pytanie, lecz ten zajął się bardzo ostrożnym podaniem roztworu. Podtrzymany przez jego dłoń Arlo spróbował wypić płyn i choć kilka kropel ściekło w dół brody, nieporadnie spływając z kącików ust, przyjął większą porcję dawki, a Leonie już chwyciła chusteczkę i otarła jego brodę, bezmyślnie wpychając dłonie w pracę Jaspera. Nawet nie zauważyła wejścia pielęgniarki posyłającej jej dziwne spojrzenie, zarejestrowała jej obecność dopiero po chwili, dochodząc do wniosku, że wyglądała dziwnie znajomo - ale w ogóle nie zawróciła sobie tym głowy, stróżując nad bratem jak gargulec.
- Mie---liśmy projekt - chrypiał Arlo, a na jego czerwonej od gorączki twarzy łatwo było dostrzec wysiłek, który musiał włożyć w skupienie się i odsianie majaków od prawdy. - Ja n... nie wiem. W tam-tych ruinach nie mi... miało być roślin. Nie w-iem - przyznał na pytanie o ostatnie wspomnienie. Wszystko było rozmyte, poplątane, nieskładne, rozsypane jak fotografie, których nie mógł ułożyć w odpowiedniej chronologii. Coraz trudniej było mu wręcz dostrzec szczegóły na błyskających w głowie zdjęciach, zmieniały się zbyt szybko, a jego uwaga była zbyt rozproszona. - Nie pam-m-iętam - skapitulował, przymknąwszy powieki.
Zmartwiona tym Leonie prawie nie usłyszała pytania pielęgniarki, zapatrzona w brata. Dopiero bardziej bezpośrednia próba Jaspera zwróciła jej uwagę i przeniosła na niego wzrok, choć z perspektywy czasu chyba nie chciałaby tego zrobić. Nie chciałaby usłyszeć, co miał do powiedzenia. Nie chciałaby szeroko otwierać spłoszonych i szczerze przerażonych oczu, nie chciałaby też usłyszeć rozbrzmiewającego w tym momencie skrzypnięcia szpitalnych drzwi ani obrócić się niemal w zwolnionym tempie, żeby zobaczyć twarze stojących w wejściu rodziców. Ich przytłoczone troską o syna oczy, ich rozwarte w zdziwieniu usta.
Miała wrażenie, że świat kruszeje i sypie się jej na głowę. Jasne matczyne włosy związane w nieśmiertelny kok, jeden z ulubionych swetrów wystający spod wczesnowiosennego płaszcza, skóra pognieciona przez widoczne już zmarszczki. Burozielona wędkarska kurtka ojca, ciemny wąs, włosy przetykane pasmami siwizny, te same czekoladowe oczy. Postarzeli się przez tych kilka lat, zmartwienia odcisnęły na nich swoje piętno, a teraz znaleźli się w rozdarciu rzeczywistości, niepewni na czym się skoncentrować, na synu, który mógł umrzeć, czy na córce, którą bezskutecznie próbowali odnaleźć po tym, jak odeszła z domu w płomieniach potwornej awantury.
- Na Merlina, Leonie - wypowiedziała zdumiona Isadora, a jej głos przeraził zielarkę tak bardzo, że cofnęła się spod łóżka Arlo, na oślep drobiąc w kierunku ściany. Czuła się jak w potrzasku, jak w pułapce zaaranżowanej przez narzeczonego, ku któremu przeniosła niedowierzające i wystraszone spojrzenie. Zdradził ją. Zdradził? Przypominające krwawiące zwierzę zagonione przez drapieżniki w kozi róg, sekundy przed tym, jak rzucą się jej do gardła. A jeśli Arlo w ogóle nie był chory? Nie pokazali jej ugryzienia jadowitej tentakuli, gorączkę można było udawać, może byli w zmowie? Mogliby być? Matczyne oczy wypełniły się łzami na widok spłoszonej reakcji jedynej córki, przycisnęła dłoń do ust, żeby nie zaszlochać, i zmusiła się do obrócenia głowy w kierunku nieznajomego uzdrowiciela, pielęgniarki i leżącego na kozetce syna. - Co z nim, doktorze? Jak do tego doszło? - zapytała, podchodząc do łóżka na lekko trzęsących się nogach.
Thaddeus nie ruszył się z przejścia. Nadal patrzył na Leonie jak na ducha, a kiedy ta drgnęła, gotowa uciec, nagle samym sobą zasłonił drzwi, zaciskając spracowane w sadach ręce na framudze i rozstawiając szeroko nogi, ślepo zdeterminowany, żeby nie pozwolić jej uciec. Nie tym razem. I choć jego serce domagało się upewnienia co do stanu Arlo, nie mógł ukrywać, że na piedestale w tym samym sercu zawsze była ta drobna i szczęśliwie uśmiechnięta dziewczynka, którą ktoś bestialsko skrzywdził. Którą ktoś mu odebrał.
- Mam-o, tato... Pozw...ólcie jej w-yjść - głos pacjenta wybrzmiał ze zrezygnowaniem, słowa były nieco wyraźniejsze dzięki z wolna odpuszczającemu językowi i kominie gardła. Kochał ją, kochał ponad wszystko, dlatego nawet w chwili swoich katuszy nie chciał widzieć jej bólu i strachu; zasmucony chciał unieść dłoń do czoła i przykryć nią oczy, odcinając się od szpitalnej bieli i niespodziewanego rodzinnego spotkania, kiedy pojął, że nie może tego zrobić. Mięśnie przypominały kamień, kotwicę, która wieki temu ugrzęzła i zakopała się w mulistym dnie oceanu. Na jego skroniach momentalnie pojawiły się krople potu, a pierś uniosła się i opadła w płytkim, zestresowanym oddechu. - Nie m-m-mogę ruszyć ręką - wydusił i strzelił spojrzeniem do Jaspera. Matka stała u boku łóżka i gładziła jego włosy, lecz kiedy usłyszała, co się dzieje, przez jej twarz przebiegł grymas przerażenia. 
Thaddeus Figg nie ruszył się z drzwi. Leonie Figg nie ruszyła się z kąta pokoju. Bezkresna ojcowska miłość patrzyła na zagubioną córkę. Błędnie opiekuńcza dziecięca miłość patrzyła na cichego ojca, gotowego wrosnąć w ścianę, byle nie dać jej znów zniknąć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 10-02-2026, 04:56 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.