• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Kent, Margate, Tir Eilean > Zejście na plażę
Zejście na plażę
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
17-12-2025, 15:26

Zejście na plażę
Plaża na pograniczu posiadłości Flintów to rozległy, piaszczysty teren ciągnący się wzdłuż linii brzegowej, na granicy prywatnych terenów rezydencji i otwartego dostępu do Morza Północnego. Atmosfera zazwyczaj panuje tam spokojna, sprzyjająca wypoczynkowi i spacerom, choć na styku granic zaznaczone są wyraźne podziały własnościowe i uzasadniona ostrożność wobec obcych.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
21-02-2026, 20:01
W drżącej żuchwie, w pobielałych knykciach, w nieustępliwym spojrzeniu, którego od niej nie odrywał — odnajdywała tego samego Leopolda, który w dzieciństwie ścierał z jej policzków łzy, gdy wracała z sali baletowej po ćwiczeniach zbyt trudnych, jak na wątłe jeszcze ciało. Tego samego Leopolda, który nie pozwolił jej zatonąć w samotnej melancholii, gdy nie potrafiła wystarczająco szybko dostosować się do warunków norweskiej szkoły. Tego samego Leopolda, który już wielokrotnie wcześniej wymierzał sprawiedliwość każdemu, kto uczynił jej choćby najmniejszą krzywdę. Leopolda, który był drugą połową jej duszy, który był jej młodszym bratem, ale to ona przychodziła do niego w środku nocy, zbudzona z koszmarnego snu, aby przy jego boku pogrążyć się w śnie do poranka. Wielokrotnie w czasie, gdy przebywała z daleka od domu i rodziny, zastanawiała się, czy odległość i czas, które ich dzieliły, mógł sprawić, że kiedy spotkają się wreszcie ponownie, nie poznają się. Bała się utraty tej specjalnej więzi, która łączyła ją z bratem całe życie.  Leopoldine nie istniała bowiem bez Leopolda, nigdy nie potrafiła. On zawsze był gdzieś obok, jeżeli nie fizycznie, to w jej myślach.
I nawet teraz, gdy widziała wylewającą się z niego agresję, frustrację z powodu wymuszonego oczekiwania na pojawienie się ofiary, którą pragnął złapać, oczami wyobraźni widziała przed sobą wszystkie jego wcielenia. Pięciolatka, jedenastolatka, osiemnastolatka, dorosłego, dwudziestotrzyletniego mężczyznę. To jej Leopold, jej brat, jej odpowiedzialność. Dlatego właśnie z takim uporem starała się zatrzymać go w pędzie do destrukcji, dlatego nie skłamała ani razu w trakcie swojego monologu, dlatego nie cofnęła się nawet o krok, gdy zbliżył się do niej na tak niewielką odległość. Jeszcze jeden krok, a ich klatki piersiowe złączyłyby się ze sobą, dowiedzieliby się wtedy, że podobnie jak wtedy, gdy nie mieli jeszcze świadomości, ich serca biły w tym samym rytmie. Wycie wiatru, które porwało ubrania młodej kobiety, próbowało zagłuszyć szum krwi w uszach, ale nie było to wcale proste zadanie. Przez moment w umyśle Leopoldine króluje jedna, dominująca wszystkie inne myśl. Aby zrobić ten jeden krok. Aby połączyć ich ponownie, aby mówić zaczęły ich serca; jeżeli nie potrafili odnaleźć porozumienia w słowach, mogli spróbować odnaleźć je w ciszy. Jak wielokrotnie wcześniej.
Leopold jest jednak szybszy. Palce brata zaciśnięte na jej podbródku wysyłają nieprzyjemny impuls bólu, który na chwilę zmusza ją do zaciśnięcia mocniej szczęki. Brat musi czuć pod palcami napięcie, trwa ono jednak tylko przez ten czas, w którym sam warczy swoje słowa prosto w twarz siostry. Powieki baletnicy opadają nieco, ciepły oddech brata owiewa dolną część jej twarzy, a ona patrzy się na niego, wciąż bez grama strachu, zamiast tego z czymś zupełnie innym. Zrozumieniem. W tym samym czasie filigranowe dłonie artystki unoszą się wyżej, finalnie palce zaciskają się na przedramieniu brata, poniżej nadgarstka. Nie ciągnie jego dłoni w dół. Chce wyłącznie dać sygnał.
— Robisz mi krzywdę — wypowiadają jej usta, bez wyrzutu. Chwilę później układają się w uśmiech, klasycznie łagodny i spokojny. Wie, że nie musi się bać, że Leopold usłucha jej przynajmniej w tej jednej kwestii. Wie, skąd wzięły się jego motywacje i tak naprawdę — zapał, z jakim zabiera się za deklarowanie zemsty spycha jeden z kamieni leżących jej na sercu. Bo i Leopold ma w swych osądach rację. W jego bliźniaczce kryły się podobne podłości, częściowo stępione przez wychowanie godne panny z dobrego domu. Gdyby naprawdę chciała uchronić Leopolda przed konsekwencjami jego furii, ominęłaby kilka fragmentów ze swojej historii. Nie byłby w stanie zweryfikować prawdziwości jej słów, nie odważyłby się podważyć jej prawdomówności. Bo zawsze przecież mówili sobie wszystko.
Ale czy dalej byli tymi samymi osobami co w chwili ich rozłąki kilka lat temu?
Dopiero gdy palce brata przestają się wciskać w porcelanową skórę twarzy Leopoldine, spomiędzy jej warg ucieka westchnienie. W tej samej chwili uścisk jej własnych palców na ręce Leopolda maleje, aż do chwili, gdy przestaje istnieć. Zamiast tego palce stykają się teraz ze skórą jej twarzy, sunąc po śladach, które na niej zostawił. Dopiero w tej chwili nie może powstrzymać się przed zmarszczeniem nosa i brwi z bólu. Oby czerwień śladów nie przerodziła się w zasinienia. Miała w tym miesiącu już wiele umówionych spotkań i zobowiązań zawodowych, na których musiała wyglądać nienagannie.
— Nie zrobisz nic bez mojej wiedzy — powtarza stanowczo, a gdy dżokej wspomina o opadającej mgle, na twarzy baletnicy pojawia się uśmiech. Szczery. Radosny. Wreszcie, po miesiącach męki, spokojny. Bez wahania przyjmuje więc zaoferowane jej ramię, w imię pełnego oddania wtulając się w nie tak samo, jak robiła to, gdy byli dziećmi. Opiera o silne ramię brata głowę, gdy spacerują wspólnie po plaży.
I nawet na moment, spomiędzy ciemnych, zawieszonych nisko nad nimi kłębów chmur, przebił się jeden snop światła.

| z/t x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Nerissa Yaxley
Czarodzieje
(lying) honestly
Wiek
23
Zawód
salonowa kłamczucha, studentka prawa
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
11
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
8
8
10
Brak karty postaci
02-03-2026, 21:51
piąty maja sześćdziesiątego drugiego | późne popołudnie
✴︎


Zęby ocierające się o siebie powodują ból, odrętwiała szczęka drży, gdy szkliwo ociera się o siebie i uszczerbia. Obsypuje niczym piasek, dławi i szeleści zaostrzeniem na języku, zagłusza wszystko, co wokół, bo przemawia wewnątrz głowy. Głośno, głośniej niż bicie skrzydeł, wznosisz się jak Ikar, by opaść dramatycznie na ziemię. Krach w stawach, czujesz, że to nie je pęcherzyki powietrze pękające przy kocim wygięciu kręgosłupa. Kość za kością, a przecież była już tak blisko; pojedyncze igiełki obsypują się; nie krew, a szansa, Nie możliwość, a powołanie. Ramię ciąży coraz mocniej, świst skrzyła, przypomina żałosny pisk, który nagle rozpościera się pośród migoczącego słońca.

Słońce nie gładziło jej skóry, skryta w bieli jedwabiu wydawała się nieskalana. Nosiła żałobę, na palcu dzierżył obsydianowy pierścień, biała parasolka z czarną rączką kryła ciało ćwierćwili w cieniu. W głowie pobrzmiewały krzyki, nie potrafiła stłumić ich nawet w momentach oddechu; trzeszczący pod stopami piasek otaczał skórę delikatnymi pocałunkami, palce gładziły paski obuwia niczym najdelikatniejsze kosmyki włosów. Wszędzie czuła zapach wody kolońskiej, choć tę jej matka wylała na zasłony okalające małżeńskie łoże. W głowie wybrzmiewał brzdęk, ścięgno za ścięgnem, pękały niczym struny; porusz nadgarstkiem czytelniku, poczuj jak pęka, poczuj presję w stawie i uśmierz odrętwiające uczucie niewygody.
Koszmar ledwie się zaczął.

Sen ciążył pod powiekami; od śmierci ojca koszmary były codziennością i tylko medykamenty uśmierzały budzącą się rano histerię. Na nosie dzierżyła okrągłe, ogromne okulary przeciwsłoneczne, nie współgrały z delikatnością jej twarzy, ale były najmodniejszym modelem sezonu. Na głowie biała chusta z jedwabiu, na ciele zwiewna sukienka w polka dots, czarno-białe, nie biało-czarne, bo wszakże nosiła żałobę. Szurała zębami, tak irytująco momentami, że czuła ból nawet wewnątrz ucha, mierzwiąc delikatne jak struny głosowe nerwy. Nie mechaniczne i napięte jak harfa, nie krótkie acz solidne skrzypce. Gardło, obrzmiałe od krzyku, nawilżane spływającymi do gardła potokami nerwowej śliny. Krzyczała, głośniej niekiedy, ciszej i spokojniej kiedy indziej; zazwyczaj.
Pod opuszkami materiał wydawał się szorstki, suchość dłoni objawiała się między palcami i uczucie to przypominało dotykanie niepomalowanej gliny — suchość, chropowatość, szuranie zębami. Czasami wydawało jej się, że ma synestezje, bo jeśli głos Leosi wybrzmiewałby jakkolwiek, to byłby gołębim błękitem. Chłodnym, kojącym, jak zanurzenie twarzy w lodowatą wodę. I tylko czasami, boleśnie, umysł sam podsuwał pomysły, jak  zaciągnięcie powietrza pod wodą a pieczenie zatok przypominało, że się żyje. A przecież żyć było tak łatwo,  jeszcze łatwiej, gdy innym łatwo było umrzeć. I Leopoldine mówiła, mówiła i wydawała się zaaferowana, a poczucie straty wbijało się z ciało Nerissy coraz mocniej, czuła niemalże jak kruszą jej się zęby, jak łamią się kości zaciskanej pięści. W nerwowości miała ochotę złapać jej język między palce  i wyciągnąć spomiędzy warg, zaciskając przy tym zęby na swoim własnym.
Zamiast tego prawa dłoń drżała, łzy boleśnie drażniły podrażnione kąciki oczy — błękitne oczy nie lubiły tak silnego słońca — a na ustach w kolorze chłodnego mauve, wybrzmiał krótki uśmiech.
— I cóż miałybyśmy tam robić?
I sekunda była zbyt długa, odpowiedź przyszła za wolno, dłoń drżała, aby wyzbyć się zdenerwowania. Rozluźniała presję, myśli próbowała kumulować myśli na nieprzyjemnym uczuciu piasku pomiędzy palcami u stóp i pocie w dłoni, w której trzymała koszyk. Westchnęła przeciągle, jak mogła jej słuchać; pytanie ciążyło w myślach, ale chwilę po tym spojrzała w bok i rozluźniła żuchwę. Krnąbrny nos i kosmyki włosów powiewające na wietrze; spokój dobrał się do głowy, krótkie uwolnienie gorejących wewnątrz emocji. Krótka myśl, nie pamiętała już nawet jaka.
Nie mogła jej nie lubić, lwia zmarszczka była w tej chwili jedynie wspomnieniem, bo Flintównej nie dało się nie lubić. Westchnięcie, na powrót, lekko cichsze o współgrające z coraz głośniejszym dźwiękiem szumu wody. Miewała myśl, że tylko chłód wody dałby jej teraz ukojenie, ale nie wdała się w dysputy mocniej, bo próbowała skupić na rozmowie. Czy zawodziła ją jako przyjaciółka? Czy mogła się nią nazwać?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
06-03-2026, 14:37
Od zawsze płonął w niej ogień.
Przez większość życia był równie wątły, co ona sama. Wystarczał, aby ogrzewać dziewczęce serce przez mrozy wychowania, przez skrzące od śniegu zimy w Norwegii. Początkowo również wystarczał w Leningradzie, był dowodem na to, że mogła żyć bez nikogo. Że jej wartość nie opierała się na tym, jakie nosiła nazwisko, czy z kim była spokrewniona. Ogień buchał w niej zresztą raz na jakiś czas mocniejszym płomieniem. Zajmowała się nim cała, gotowa po prostu złączyć się z nim w jedno, pozwolić mu na przejście przez wszystkie jej tkanki, na zwęglenie dotychczas jasnych kości. Zawsze siłę ognia kierowała na siebie, w przedziwnej formie pokuty i przeświadczeniu, że ogień był jedynym, co mogło ją w pełni oczyścić. Zniszczyć to, co niedoskonałe, podarować jej wyjątkową okazję, aby zacząć od nowa. W oczach baletnicy ogień kojarzył się bowiem z ciepłem. Z przemianą. Z bezpieczeństwem.

Pod przymkniętymi powiekami widziała powidoki swego snu — Tir Eilean stojące w ogniu; ona stojąca na jego skraju, na wyciągnięcie ręki od żywiołu, który trawił wszystko to, co znała do tej pory. Nawet teraz, po przebudzeniu, nie mogła powstrzymać się od drobnego uśmiechu. Uśmiechu, który był wyraźnym znacznikiem ulgi oplatającej powoli jej ciało, niemal tak szczelnie, jak pnącza bluszczu oplatały strukturę południowego skrzydła znajdującej się w nienaruszonym stanie rezydencji. To właśnie fakt, że obudziła się w swoim łożu w Margate, fakt, że nie przechadzała się — jak jasny duch — po czarnych od dymu korytarzach rezydencji, przyniósł jej pierwsze rozczarowanie dnia. Nie mogła patrzeć na korytarze, których układ znała na pamięć. Nie mogła spoglądać na portrety przodków, cichych obserwatorów jej dorastania. Nie mogła znieść niepewności i oczekiwania — czy drzwi, pozostające jeszcze zamknięte, otworzą się, ukazując jej oczom kolejne przypomnienie o niechcianej więzi z tym miejscem?
Myśl o ucieczce trafiła do niej zupełnie naturalnie, tak lekko, jakby od samego początku istnienia wszechświata była przeznaczona właśnie jej umysłowi. Musiała uwolnić się z niewidocznych okowów swego nazwiska. Uciec przed losem, do którego była przygotowywana od dziecka. Wcześniej sądziła, że jest z nim pogodzona, że przyjmowała brak decyzyjności jako zapłatę za wszelkie możliwości, jakie dawały jej rodowe nazwisko i fortuna. Sen, który przyprawił ją o rozkoszny uśmiech, obudził w niej jednak marzenie, które kilka lat wcześniej skierowało jej losy do ZSRR. Mogłaby po prostu znów uciec. Zostawić list pożegnalny i zniknąć, skierować się do Paryża, tak jak chciała to zrobić przed otrzymaniem ojcowskiego listu. Ale tam prędko by ją znaleźli, nie musieliby nawet daleko szukać — wystarczyłaby tylko wizyta w okolicy teatru baletowego i dostrzeżenie jej uśmiechu z afiszy kolejnego przedstawienia. Może więc zaszyć się gdzieś w kraju, przeczekać pierwsze, najgorętsze poszukiwania i skierować się tam dopiero później?
Musiała obmyślić bardziej szczegółowy plan. Była odpowiedzialna; nawet nie za siebie, co za Yelizavietę, którą wyrwała kilka miesięcy temu z jedynego znanego jej kraju. Nie mogła pozostawić jej na pastwę losu, bratersko—ojcowskich interrogacji. Była odpowiedzialna za jej los, choć Yelizavieta była już starszą kobietą i najchętniej to ona troszczyłaby się o dobrobyt Leopoldine.
Potrzebowała pomocy; nie tylko w obmyśleniu planu, ale wspólnym życiu. Zawsze wszystko było prostsze, gdy można było liczyć na drugą osobę.
Nosząca żałobę Nerissa była idealną kandydatką; Leopoldine wierzyła, że też chciała wydostać się z przygotowanej dla niej przez społeczeństwo roli pogrążonej w żałobie córki. Gdzieś na świecie również mogłaby studiować. Może nawet odniosłaby lepsze wyniki gdzieś w Paryżu bądź w ogóle — w Nowym Świecie. Mogłyby o siebie zadbać. Wspólnie. Dwie przyjaciółki przeciwko losowi.

— Wyjedźmy, Risso — proponuje więc, przez zaciśnięte z irytacji zęby. Nawet chrząst piasku pod nogami jest zbyt znajomy, wiatr nie wieje już tak mocno, jak w marcu, ale wciąż jest w nim ten drażniący element, który sprawia, że baletnica marszczy nieco nosek z niezadowolenia. Ramiona odsłonięte przez cienkie ramiączka gołębioszarej sukienki okrywają się ponownie szalem, który podły wiatr zsunął z niej w momencie nieuwagi. — Do Paryża. Albo do Nowego Jorku. Dostaniesz się na wymarzone studia, tylko dlatego, że jesteś tego warta, a nie przez pieniądze tatusia. A ja... Ja będę tańczyć. Dzień i noc — bo tyle tak naprawdę jej potrzeba; tańczyć, do utraty tchu, przez zbliżający się moment osiągnięcia perfekcji, przedłużając sukces tak długo, jak tylko się da. Dłoń baletnicy sięga więc do dłoni studentki, do dłoni przyjaciółki, pilnie, z desperacką prośbą. Spojrzenie jasnych oczu próbuje przebić się do tego drugiego, skrytego i rozproszonego za ciemnymi szkłami okularów na nosie ćwierćwili. — Nie wytrzymam tutaj nawet sekundy dłużej — wyszeptała wreszcie, gdzieś na granicy błagalnego jęku i szeptu. Uścisk palców na bladej dłoni młodej kobiety wzmocnił się, dodając wyznaniu kolejną warstwę desperacji. — Mogę nawet... Obsługiwać stoliki jako kelnerka. Robić cokolwiek. Wszędzie, tylko nie tutaj — co z tego, że nie miała nawet pojęcia o prawdziwej, fizycznej pracy. Co z tego, że zupełnie nie wiedziała, ile kosztuje zamawiana przez nią zazwyczaj kawa lub herbata, jak komicznie mało zarabiały kelnerki i jak skąpo musiały się ubierać w miejscach, w których najłatwiej można było otrzymać taką pracę.
Co z tego, że była kompletnie nieprzygotowana do takiej zmiany.
Człowiek walczący o życie podejmuje się nawet najgłupszego pomysłu, by utrzymać je w swoich rękach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Nerissa Yaxley
Czarodzieje
(lying) honestly
Wiek
23
Zawód
salonowa kłamczucha, studentka prawa
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
11
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
8
8
10
Brak karty postaci
11-03-2026, 22:32
Przekorą losu trafiły na przeciwieństwa; jedna w sidła obaw, druga w pragnienie wolności. Nad okiełznaną żałobą Nerissą pozostawały czarne chmury obaw, jakoby nie tylko prawda miała wyjść na jaw, co za nią poczucie wygranej. Wszakże, nikt by jej nie uwierzył, nikt nie zrozumiałby motywów w ojcobójstwie, gdy ona sama zdawała się wypierać myśl, że to miało miejsce. W jej umyśle ojciec dalej istniał; słyszała jego kroki na korytarzu, widziała łzy matki na policzkach, przygotowywała się na reprymendę za niewystarczające oceny z egzaminów. Nigdy nie pogodziła się z momentem, w którym po kilku minutach odnaleziono jej ojca — pierwotnie śniącego przez alkohol, prawdziwie otrutego nienawiścią kłębiącą się w pokoleniu kobiet. Mogła być każdym, wspinać się na wyżyny i pnąc ku górze na pobladłych, skowronich skrzydłach. To właśnie Skowronkiem nazywała ją babcia, gdy od dziecka wstawała dość wcześnie, lubując się w jedzeniu śniadań ze starszyzną. Mogłaby trzepotać, ale teraz... ta skaza, ten zarys pęknięcia na delikatnym puchu spod lotek, uniemożliwiał jej osiągnięcie już czegokolwiek. Może odzyskała wolność i bezpieczeństwo, ale została sierotą, a to odbierało pierwsze wymienione.
Westchniecie — przeciągłe i wyczuwalnie teatralne, z dozą zmęczenia intensywnością Leosi, która wydawała się absurdalnie poruszona, choć częściej można to było mówić o Nerissie. Na wzmiankę o ojcu krótkie drgnięcie brwi wskazało bolesny, kłujący ból w piersi, ale nie dała po sobie tego poznać. Wiedziała natomiast, że do Leopoldine fakt jej słów dotrze z czasem.
— Leo... — zaczęła dyplomatycznie, naprawę, choć zgrzyt między zębami wykwitł również na całej jej twarzy grymasem niedowierzania.
— Leo, ale ty się brzydzisz brudnych naczyń... — Nerissa też się brzydziła, dlatego widząc zbierane w restauracjach talerze, zawsze odwracały wzrok. Słowa przyjaciółki uderzały w to, co tkwiło w niej od rana. Bo nie, nie przyjęliby jej na studia, gdyby nie pieniądze ojca. I nie, nie osiągnęłaby nic bez nazwiska. Nie osiągnie też już nic więcej, bo stoi nad nimi mara oczekiwań rodów, które pragnął na młode dłonie nakładać ciężar obowiązków żon i matek, a choć pragnęła tej roli, to jak mogła być dobrą matką i żoną, skoro była wyrodną córką? Czy była dla niej przyszłość?
Grymas przeszedł w obojętność, ciemne okulary szczelnie zakrywały kłębiące się w oczach emocje i tylko szuranie zębami było w jej odczuciu głośniejsze niż szum fal.
— Myślę, że to już za późno na takie radykalne zmiany... wiesz, teraz mamy jedną, najważniejszą rolę do spełnienia, prawda?
Sama, przed kilkoma dniami, nie wypowiedziałaby takich słów, ale teraz... teraz skrzydła nie trzepotały już tak gładko. Teraz nie wznosiła się uśmiechem i planami na przyszłość, studiowaniem prawa i brylowaniem na salonach, na których wspomnienie imienia ojca było jak zawsze nieskalane. Ale teraz, w obliczu malującego się za nimi krajobrazu, w jej spojrzeniu pojawiło się coś, co filozofowie próbowali opisać od wieków, niewyczuwalny moment, w którym człowiek uświadamia sobie kruchość własnego wpływu na świat. Bezradność. Bezsens. Moment utraty ideałów, jak gdyby krok z dziecinności w dorosłość opierał się na stępowaniu po szkle. Søren Kierkegaard, ten od Bojaźni i drżenia, pisał, że człowiek bywa zawieszony między nadzieją a rozpaczą, między pragnieniem działania a świadomością własnych ograniczeń. Czyżby tak się właśnie czuła? Zawieszona w oczekiwaniach, rozdarta między nadzieją na rozpaczą, której sama była generatorem?
Nie powiedziała nic, zatrzymując się na dogodnym miejscu równej plaży, gdzie sięgnęła po leżący na koszyku koc, rozkładając go na plaży. Leopoldine mogła mówić, mogła dalej snuć wielkopomne plany o ucieczce w świat przygody, ale... niektóre drzwi zostały już zamknięte, a zaciskały się tym bardziej, im bardziej Yaxley'ówna próbowała skupić swoje myśli na czynności, odsuwając od piedestału porywy emocji, które teraz wyprowadziłyby ją na manowce.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 00:57 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.