• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 11.10.1959 | Every Shadow Wiill Crave To Come Clean
11.10.1959 | Every Shadow Wiill Crave To Come Clean
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
05-12-2025, 21:43
[Obrazek: 02f71d18e73b1d06b09801c34bed3d76.jpg]
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
28-01-2026, 18:40
Na szczęście Daniela — a może przede wszystkim dzięki niemu — rysy twarzy Manon porzuciły swoje napięcie, wybierając zamiast tego o wiele bardziej przyjemne dla oka, miękkie linie. Zarysowanie, które pozostawiło jego zachowanie na humorze Manon, prędko zostało przykryte zmianą podejścia, widać było, że miał w tym już ogromne doświadczenie. Tak więc jak prędko udało mu się zmyć uśmiech z zaczerwienionych szminką ust, tak prędko przywołał go ponownie, gdzieś pomiędzy pierwszym pytaniem, a kolejnym łykiem kwaśnego drinka, który spłynął w dół kobiecego gardła. Manon odłożyła szklankę na blat — zapewne w innych okolicznościach ta wydałaby charakterystyczny, nieco za głośny odgłos, ale na szczęście wokół nich było tak wiele dźwięków, że ten jeden, nieposiadający wystarczającej charyzmy, aby przebić się przez kakofonię, zatonął w niej. Głowa kobiety przechyliła się nieco w lewo, gdy kolejny raz tego wieczoru obrzucała swojego już współpracownika spojrzeniem.
— Nerwy nowicjusza — skoro już wcześniej odkryła przed nim swój brak wielkiego doświadczenia, mogła posłużyć się nim do wytłumaczenia swojej reakcji i odbicia piłeczki. Ostatecznie przecież całe nieporozumienie i spięcie miało rozmyć się pomiędzy nimi, jak dym spalanych papierosów. Myśl o tych ostatnich sprawiła, że odruchowo sięgnęła za swoje ucho, układając papieros w pewniejszej, według siebie, pozycji. Byłoby szkoda, gdyby wypadł, prawda? — Z wzajemnością. Nie ma w świecie nic bardziej satysfakcjonującego niż odnalezienie dokładnie tego, czego się szuka — kłamstwo — oczywiście, że kłamała, przecież mogłaby przywołać z pamięci przynajmniej pięć bardziej satysfakcjonujących rzeczy, orgazm zostawiając nawet gdzieś poza pierwszą piątką — spłynęło z jej ust z łatwością charakterystyczną dla łgarzy jej pokroju. Wciąż uniesiony w uśmiechu kącik ust najlepiej oddawał powracające do niej zadowolenie. Kryzys emocjonalny zażegnany z sukcesem.
— Gdybym powiedziała, że dziewczynki powinny przede wszystkim marzyć o własnym szczęściu, nazwałbyś mnie oderwaną od rzeczywistości idealistką, czy egoistką? — wypowiedziane pytanie wydaje się być cięższe niż mogłaby przypuszczać po własnych myślach. Pytała jednak zupełnie poważnie, w dodatku równie poważnie ciekawa reakcji Daniela. Przeczucie podpowiadało jej, że mógłby wybrać drogę egoistki. Nie była jednak pewna, czy twierdziła tak dlatego, że wydawał się jej całym sobą stanowić pewien niespotkany przez nią do tej pory wyraz kontry dla świata, w którym żyli, jego zasad i całych fundamentów, czy może dlatego, że wydawał jej się być zaskakująco szczery w tym, co mówił. Bez charakterystycznej dla anglików umiejętności obwijania wszystkiego w bawełnę, jakby uczuleni byli na mówienie dokładnie tego, co myślą. — Jeżeli dziewczynka urodzi się, na jej nieszczęście, w rodzinie hołdującej tradycji ponad wszystko, od samego początku będzie wychowana w kobiecej triadzie. Dziewica—Matka—Starucha. I zero przejść pomiędzy. Ślub to warunek konieczny do zostania matką, oczywiście w oczach mamy, taty, ciotek i całego kolorowego towarzystwa, które kocha spijać sobie z dziubków — po raz kolejny wychyliła się w jego kierunku, tym razem z bliska prezentując mu minę kobiety cynicznej, w ten sam sposób, w jakim cynizmem ociekały jej słowa. Może mogłaby mówić o tym tak, jakby jej to nie dotyczyło, ubrać to w ton stricte naukowy, ale temat zahaczał odważnie o rejony zbyt jej bliskie, jednocześnie odsłaniając przed Danielem kolejne istotne informacje o jego współpracowniczce. Czy była sufrażystką? Możliwe. Z pewnością nigdy jeszcze nie nazwała się tak na głos.
Może dlatego, że z każdym kolejnym rokiem coraz lepiej nawigowała w świecie, w którym niezaradność mężczyzn oznaczała najpewniejszą przepustkę do kobiecej władzy. Omiotać tego czy owego było jej coraz to prościej, wystarczyło tylko poobserwować ofiarę, dowiedzieć się o niej kilku koniecznych faktów, aby odpowiednio dobrać broń. Zaskakująco wielu mężczyzn potrzebowało matki — kogoś, kto nie bał się spuścić mu lania, ale przytuliłby po wszystkim, kogoś, komu mogli oddać troski o swój dobrostan, a jeżeli o dobrostan, to i oddać pod opiekę wszystko inne. Łącznie z portfelem. Portfelem, świecidełkami, pierścionkami ze srebra, których kilka zdobiło jej prawą rękę, tę, którą uniosła wyżej, odpowiadając tym samym na pytanie, jakie prezenty podobały jej się bardziej. Wszystko w konwencji żartu, oczywiście; gdyby Daniel wziął to na poważnie i naprawdę przyszedł na następne spotkanie z pierścionkiem lub wisiorkiem, chyba osobiście zaprowadziłaby go do lombardu, żeby to sprzedał i zatrzymał pieniądze dla siebie. Ostatecznie ta sama dłoń ląduje w dłoni Daniela, przy którego pomocy Manon zeskoczyła z wysokiego barowego stolika.
Niedługo później są już na dworze. W deszczu, oczywiście, innej pogody nie mogli się spodziewać, nie tutaj, w Londynie, na Camden. Panie przodem wystarcza do tego, aby w okolicy rozległ się rytmiczny stukot obcasów, czarny płaszcz poruszył się w drobnym podmuchu wiatru. Musieli wejść w jeden z zaułków. Nie pierwszy, ten pewnie był zarzygany przez okoliczną młodzież albo — co gorsza — mogłaby wbrew swojej woli zobaczyć oddającego mocz pijaka. Miała dość nieprzyjemnych wrażeń na jeden dzień, nawet pomimo względnej ciszy, która uderzyła w nią po wyjściu z pubu, w uszach wciąż dźwięczał jej fantomowy trzask tanich głośników. Pierwszy zaułek odpadł, drugi wydawał się być zbyt oczywistą opcją, trzeci też, czwarty mógłby być dobry, chociaż parzyste liczby zawsze podprogowo przyciągały ludzi.
Wystarczyło obrócić się na obcasach, płaszcz obrócił się razem z nią. Zawadiacki uśmiech wystąpił na wargi kobiety, gdy bez pardonu złapała za nadgarstek Daniela — zaskakująco mocno jak na jej budowę ciała — aby pociągnąć go bliżej siebie, w ciemność zaułku. Z daleka wyglądać mieli jak kochankowie pogrążeni w swoich prywatnych sprawach. Uniosła więc lewą nogę do góry, zarzucając ją zupełnie bezwstydnie na biodro mężczyzny. — Dalej pamiętam to, że ci się nie podobam — wtrąciła szeptem, żeby nie pomyślał sobie, że mogła mieć zamiary inne niż biznesowe. Wolną dłonią sięgnęła do wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyciągała z niej po kolei pięć fiolek. Każda opisana, dokładnie tak, aby nie pomylił się przy dostawie. Dopiero gdy te zostały bezpiecznie przekazane, prawą dłonią pogłaskała mężczyznę po policzku, na którym niedługo później zostawiła delikatny ślad swojej szminki.
— To do zobaczenia? — spytała, wreszcie przerywając niebezpieczną bliskość dwóch ciał. Odsunęła się o krok, zarzucając lekko już zmoczone deszczem włosy na plecy. Nie czekała na jego odpowiedź. Zamiast tego ruszyła w stronę głównej ulicy, raz tylko spoglądając na niego znad ramienia. Po to tylko, aby puścić mu porozumiewawcze oczko, nim zniknęła pomiędzy przypadkowymi przechodniami szukającymi schronienia przed deszczem.

| z/t x2?
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
29-01-2026, 09:46
Gapię się na jej twarz jak Monet na te całe swoje lilie. Ktoś opowiadał mi, że malarz całymi dniami przesiadywał nad stawem i obserwował wodę. Płatki dryfujących kwiatów zanurzające się pod topielą, deszcz bębniący w rozkloszowaną zieleń, słońce puszczające zajączki na przeźroczystej tafli, owady ciągnące do słupków ze słodkim, lepkim nektarem. Nie chodziło mu o lilie - chodziło o światło.
Tutaj mamy je liche, choć źródeł jest parę. Kilka lamp z wielkim kloszem, które wyglądają jak zwędzone z mieszkania babci i w ogóle nie pasują do muzycznego klubu. Może naprawdę świsnęli je staruszce z mieszkania, ewentualnie przytargali z targu staroci, gdzie nikt by na nie spojrzał. Poobijana noga, kapelusz miejscami przeżarty przez mole: lampy mogłaby być niemym świadkiem zbrodni, wystawione na śmietnik po brutalnym morderstwie w mieszkaniu swoich właścicieli. Z drugiej strony kilka gołych żarówek bliskich przepalenia, rzucających żółtawe światło i brzęczących od czasu do czasu, jakbyśmy wylądowali w gnieździe szerszeni. W tym świetle patrzę, jak zmienia się jej twarz i dokładnie widzę każdy jeden cień, który przemyka po tej buziuni. Ładniutkiej - wbrew temu, co tam pierdoliłem wcześniej, kiedy na dzień dobry wbiła we mnie obcasik i dokręciła nóżką, żeby bardziej bolało. Jej usta pociągnięte czerwienią gną się miękko, odsłania kompletne uzębienie - białe, bez śladu szminki, o której w takim wypadku heroicznie bym jej powiedział. Szpinak między zębami, mak na szkliwie, pasta do zębów na włosach, nawilżający krem na czubku nosa - pierwszy jestem do zgłaszania podobnych usterek.
– Się wie, szefowa – potakuję, bo sytuacja została opanowana, zmarszczki się wygładziły i nie istnieje już ryzyko brzydkich bruzd na czole przed trzydziestką, co dla niej byłoby katastrofą pokroju Wielkiego Pożaru albo epidemii grypy hiszpanki. Lub jeszcze gorzej. – Och, przecież to bzdury – kolejny drink, kolejny łyk, kolejny buch i petowanie do przepełnionej popielnicy. Barman się guzdra, więc pstrykam na niego palcami, potrzebujemy nowej i to teraz. Nachylam się do Manon, nasze kolana się stykają, a ja znowu sięgam do jej puszczonych luzem włosów i tym razem nawijam je jak ten makaron na uszy, tylko że bardzo, bardzo dosłownie. Teraz mamy już kolejny sekrecik do kolekcji. – Fakt, że masz rację – sprzedaję jej coś, co wcale nie jest wielką tajemnicą, ale tak dobrze i soczyście brzmi szeptane, nie mówione, niemal wydychane wprost do jej małżowiny, skórnych skrętów wrażliwych na czułe słówka i język prawie tak samo. Racja-dominacja, w dziewięciu przypadkach na dziesięć najdasz się tym lepiej niż dwudaniowym obiadem podany wraz z gamą przystawek, amuse-bouche i hors d'oeuvre, toteż właśnie teraz czuję, że muszę popuścić pasa i jedną ręką coś tam majstruję przy spodniach, spuszczając pasek o jedną dziurkę. Na razie.
– Ustaliliśmy już, że jesteś szefowa. Mogę osądzić po gębie, ale nie po chlapnięciu czegoś po paru drinkach – mówię, stroniąc od kolejnych epitetów, choć w głowie mi świta, że egoistkę potraktowałaby jak komplement. – Każdy powinien myśleć o sobie. Zawsze. Na pierwszym miejscu. To, co tam masz między nogami, niewiele zmienia – puszczam farbę, z cokolwiek niemęską opinią. Nie ja ustalam zasady, ja żyję według nich i łamię je, kiedy mi się podoba: kiedy mi nie pasują albo kiedy mnie nudzą. Mogę klepnąć przypadkową dupcię po krągłym tyłeczku, więc to robię, mogę wrócić po robocie do domu i zrobić awanturę, że obiad nie paruje na stole, więc to robię. Mogę wyłożyć buty na stół, mogę dymać państwo na podatkach, mogę odkryć klatę i latem pokazywać sutki. Manon za to może na przykład stawiać się systemowi, który nie premiuje obywatelskiego nieposłuszeństwa, ale za to zrobi dobrze dziewczynkom takim jak ona, za kolejne piętnaście lat. – Mhm – trójpodział władzy, trzy osoby boskie, trzy wcielenia kobiecości, które się liczą. – Stare baby. Zawsze straszą cię starymi babami – rzucam, bawiąc się wykałaczką, którą już dawno powinienem wyrzucić, bo grzebałem nią w zębach, namokła alkholem i słonymi sokami z oliwki. Gdyby przyjrzeć się jej bliżej, byłoby widać odchodzące z czubka drewniane włókna. Kobiety gorzknieją z wiekiem, psują się od głowy jak ryby, odbija im palma, wyrastają brodawki na nosie i zaczynają tuczyć dzieci. Swoje, cudze; mugolskie baśnie też nie wzięły się znikąd, chociaż kanibalizm to akurat część fantazji autorów. Chyba. – To z jakiej rodziny pochodzisz, Manon? Próbujesz się wyrwać? To jest to, co mi mówisz? – pytam, oplatając jej pokrytą pierścionkami dłoń. Srebro do niej pasuje - tańsze, ale praktyczniejsze niż złoto, którego pożądamy w formie kruszcu lub bitych monet, a dopiero na końcu świecidełek. Te na moich rękach jest cygańskie, czasem zostawia zielone ślady podobne zasinieniom, które są na samym szczycie mojej dodatkowej oferty spod lady. Za rękę wychodzimy na dwór, gdzie leje jak z cebra, pogoda pod psem, ale nie możemy spodziewać się niczego lepszego po październiku w Londynie. Daję się ciągnąć jak na smyczy - jej uścisk na nadgarstku zaskakuje mnie nawet nie siłą, lecz pewnością. Płaszcz Manon furczy i plącze się pod nogami, narzuciła szybkie tempo, więc ślizgamy się po zmytej deszczówką kostce brukowej. Nieopodal słychać jak ktoś rzyga, kawałek dalej menele na dwa głosy śpiewają Pan McDonald farmę miał, a my wpadamy do kolejnego z kolei zaułka, na którego końcu znajdują się pojemniki na śmieci i parę drzwi prowadzących na zaplecza piekarni, zegarmistrza i kwiaciarni. Chwytam jej udo, kiedy oplata mnie nogą i choć do mnie mówi, ani mi się widzi puszczać jej teraz. Podoba mi się ciężar oparty na moim ciele, bo choć jest drobniutka, robi wszystko, bym naprawdę ją czuł i zastyga, sztywna i czujna. Chłodne fiolki lądują w moich kieszeniach, nagradza mnie całusem - może za ten popis samokontroli, wyważonej, lecz raczej pozornej. Mogę rzucić się na nią jak na sarenkę, ale po co? Pada pytanie, daję mu wybrzmieć, rozbujać się wśród nocnych, barowych odgłosów, żeby wreszcie - złapać jej spojrzenie. Odwraca się. Oczywiście, że się odwraca i dopiero wtedy doganiam ją w paru dużych susach.
–Czekaj – zatrzymuję ją, znowu łapiemy się za ręce, dobrze już je poznałem i wcale nie śmierdzą żabim skrzekiem ani ślimaczym śluzem. – Poświęcę się.

ztx2?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:21 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.