• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Tintagel (Kornwalia)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 23:09

Tintagel (Kornwalia)
Tintagel w Kornwalii to niewielka miejscowość położona na skalistym wybrzeżu Atlantyku, znana przede wszystkim z ruin średniowiecznego zamku Tintagel Castle. Teren jest surowy i wietrzny, z wysokimi klifami opadającymi stromo do morza oraz wąskimi ścieżkami prowadzącymi między skałami. Ruiny zamku rozciągają się po obu stronach naturalnego wąwozu, połączonego kładką, z której widać ocean poniżej. Okolica sprawia wrażenie odizolowanej i dzikiej, z wyraźnym poczuciem historycznego miejsca silnie związanego z legendami arturiańskimi. Charakterystycznym punktem znajdującym się w wiosce, nieopodal zamku, jest słynny hotel oraz muzeum.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-02-2026, 01:02
18.05.1962

Noce w Tintagel bywały surowe i chłodne, a wysokie fale otwartego oceanu rozbijały się z hukiem o ciemne ściany klifów, lecz wieczór osiemnastego maja wydawał się łagodny i ciepły, a morze szumiało łaskawie, pozwalając statkom wpływać do portu bez większych problemów. Gdy słońce z wolna chyliło się ku głębi Atlantyku, rzucając ostatnie ciepłe promienie na wysokie mury ruin zamku, pamiętającego rycerskie turnieje i przysięgi składane przy blasku pochodni, niebo nad Kornwalią miało barwę bladego złota przechodzącego w róż i liliowy fiolet. Dzień zdawał się dobiegać końca, lecz przygoda dopiero się zaczynała - tak jak i swawola w portowej tawernie "Latarnia Avalonu", gdzie dotarł William Travers, zwabiony legendą o pirackim skarbie ukrytym w podziemnych korytarzach. Wszyscy byli zbyt zajęci, aby dostrzec jak zakrada się na zaplecze, gdzie dostrzegł stare wrota, a za nimi odkrył strome schody prowadzące w dół. Tam prowadziła go połowa mapy, którą wygrał kilka dni wcześniej w karty. Nikt nie zauważył także i Antonii Borgin, choć kilku pijanych żeglarzy zapraszało ją do swojego stolika. Zaklinaczka wpadła na trop skarbu w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Czarów - gdy zgłoszono niewłaściwie działające wrota, przenoszące ponoć czarodzieja w inne miejsce wbrew jego woli. Zgłębiwszy temat natrafiła na runę Fehu, która symbolizować miała bogactwo.

Pokonawszy ostatnią część stromych, długich schodów w dół Antonia niemal wpadła na Williama. Oboje dostrzegli w swoich dłoniach dwie połówki tej samej mapy i zrozumieli, że potrzebują siebie wzajemnie. Floraconiuncta rosnąca w szczelinach kamiennych ścian była nieuchwytna dla wzroku, lecz jej pyłek osiadł na skórze, włosach i ubraniach czarodziejów, czyniąc ich dla siebie niezwykle atrakcyjnymi i kuszącymi. Pergaminy w ich dłoniach zadrżały, a zbliżone do siebie zaczęły emanować błękitnym blaskiem, ujawniając przejście ukryte za ścianą beczek. Wystarczyło je odsunąć, a ujrzeli kamienny łuk - nie było jednak ani drzwi, ani klamki, ani gałki, którą mogliby otworzyć.


Zadanie jest precyzyjne: William i Antonia muszą współpracować, aby otworzyć przejście i znaleźć legendarny skarb. Drzwi pojawią się dopiero po odkryciu run, które pojawią się wyryte w kamieniu, kiedy mapa zostanie złączona w całość. Potrzebna była w tym celu zarówno siła i spryt Traversa, jak i zaawansowana wiedza Antonii o starożytnych runach, dzięki której potrafiła je właściwie zinterpretować. Należało aktywować runę różdżką i otworzyć ciężkie wrota.

Użyjcie kości k6, aby wylosować runę i czekające za portalem wyzwanie. Kości możecie użyć kilkukrotnie, jeśli macie życzenie urozmaicić swoją przygodę i wydłużyć tę drogę.

Spoiler
1. ᛖ
Korytarz za kamiennymi drzwiami okazuje się najeżony kamiennymi kolcami, które reagują na każdy gwałtowny ruch. Kroki czarodziejów wymagały precyzji i i współpracy, aby przejść dalej bez obrażeń musieli poruszać się w jednym rytmie, tak jak biły teraz ich serca, ich ruchy musiały być skoordynowane i bliźniacze.

2. ᚨ
W podziemiach tawerny zapada nienaturalna cisza, a kamienne ściany zdają się pochłaniać dźwięki, uniemożliwiając porozumiewanie się normalnym tonem głosu. Musieliście przekazywać sobie kluczowe informacje za pomocą dotyku lub szeptu prosto do ucha, aby przejść bezpiecznie korytarzem, który drżał i kurczył się, gdy mówiliście głośniej.

3. ᛗ
Korytarz pogrążony jest w gęstych ciemnościach, których nie rozprasza nawet Lumos. Jedynym źródłem światła jest kielich na ołtarzu znajdujący się na końcu korytarza, lecz gdy próbujecie podążać w jego kierunku - on zdaje się zmieniać swoje położenie. Możecie odnaleźć właściwą drogę, jeśli spleciecie swoje dłonie i wyjawicie swoje prawdziwe motywacje w poszukiwaniu skarbu, co zadziała oczyszczająco, będziecie mogli wówczas dotrzeć do ołtarza.

4. ᚺ
Kiedy pokonacie ciemny korytarz, docieracie do jaskini, na środku której dostrzegacie głaz z wbitym ostrzem. Z sufitu zaczynają spadać coraz większe odłamki lodu i kamienia, sala zaczyna drżeć. Aby uspokoić chaos, William musiał przytrzymać miecz, zaś Antonia dezaktywować wyrytą w skale runę. Dzięki współpracy grad lodu i skał zmienia się w pyłek Floraconiuncta, co jeszcze mocniej zbliża czarodziejów do siebie.

5. ᚷ
Po otwarciu drzwi i wkroczeniu w ciemność korytarza nagle wypełnia się on słodką wodą, która sięga wam do pasa i powoli się podnosi. Z ciemnej toni wyłania się dłoń Pani Jeziora trzymająca klucz, lecz wymagała ona wymiany - podarowania jej czegoś w zamian, a mianowicie szczęśliwego wspomnienia. Po opowiedzeniu go woda opada, a posadzka korytarza staje się sucha - czarodzieje mogli iść dalej.

6. ᛁ
Na końcu ciemnego korytarza odnajdujecie grobowiec, w którym czas stanął w miejscu. Wszystko pokrywa błękitny szron, posągi pokryte były lodem, tak jak i stara trumna. Nie mogły tu pomóc zaklęcia rozgrzewające, a przywołanie ognia kończyło się fiaskiem - musieliście rozgrzać się innymi sposobami, siłą swoich uczuć, być może gniewu, może namiętności, a może i strachu. Jedno z was popada w letarg, czuje senność, a drugie bez niego sobie nie poradzi.

Niezależnie od rodzaju drogi, którą przeznaczyła Antonii i Williamowi fortuna, na jej końcu ich oczom ukazała się mała, naturalna grota, której sklepienie było otwarte na nocne niebo. Słyszeli szum fal i czuli zapach soli w powietrzu, wyczuwali też ciepło i bezpieczeństwo, jakim emanowała Floraconiuncta. Zamiast góry złotych monet, skrzyni pełnej skarbów odnaleźli kamienny postument, na którym leżały dwie splecione ze sobą obrączki wykonane z białego głogu, który nigdy nie więdnie. Oboje czuli pustkę i mieli nieodparte wrażenie, że jedynie bliskość drugiej osoby może ją wypełnić.
Jeśli Antonia i William zdecydują się zabrać obrączki i każde weźmie ze sobą jedną, po dotknięciu ozdoby będą wracać do nich wspomnienia wspólnie przeżytej przygody; jeśli któreś z nich weźmie obie, obrączki stracą swoją moc i będą wyłącznie drewnianą biżuterią.

Mistrz Gry nie kontynuuje z Wami rozgrywki. Miłej zabawy!Violet Macnair
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
22-02-2026, 00:39
Słońce nad Kornwalią zachodziło inaczej. Nie była koneserką nieboskłonu, nie zatrzymywała się, by śledzić wędrówki chmur ani nie rozpoznawała z łatwością konstelacji, a jednak potrafiła dostrzec różnicę. Złote smugi przecinały się z pasmami w kolorze przywodzącym na myśl słodkie pianki z Miodowego Królestwa. Choć nie uczęszczała do Hogwartu, całe życie spędziła na Wyspach i znała doskonale wszystkie dobroci, jakie oferowała ta kraina. Rzadko jednak z nich korzystała.
Tak samo jak rzadko pozwalała sobie patrzeć w niebo nad własną głową. Nie zjawiła się tu jednak po to, by podziwiać zachód słońca, lecz z konkretnym celem majaczącym na horyzoncie. Latarnia Avalonu nie była miejscem, do którego przychodziło się dla przyjemności. Pomimo fal uderzających o skarpy, na których stała tawerna, pomimo widoku rozciągającego się za drewnianymi oknami, nie potrafiła nazwać tego miejsca ulubionym. Od progu uderzał w nią zapach starego, zawilgoconego drewna. Gwarny śmiech oplatał wnętrze - i to akurat nadawało mu pewnej swojskiej atmosfery. Alkohol lał się ze stołów, zbierał na podłodze, a pod naporem nieustannych kroków deski zamieniały się w lepki, brudny ślad błota i rumu. Usiadła przy jednym z wolnych stolików, dłonią odsuwając puste szkło, które nie należało do niej. Nie liczyła na kelnera. Po chwili przed nią stały już trzy różne szklanki alkoholu - jawne zaproszenie do stolika i to nie jednego. Nie miała zamiaru z nich korzystać. Choć w innych okolicznościach, gdyby trafiła tu jedynie po to, by nasycić własne potrzeby i uciszyć demony czające się pod skórą, bawiłaby się doskonale. Z żeglarzami, którzy w kobiecie potrafili dostrzec boginię. Z muzyką kojącą nerwy, a jednocześnie porywającą jej smukły tyłek do tańca. Z beczką rumu, którego smak daleki był od trunków serwowanych na eleganckich kolacjach, a który przypominał jej chwile znacznie bardziej prawdziwe.
Ale nie dziś.
Bo gdy w jej rękach znalazł się raport o niewłaściwym działaniu wrót, poczuła wystarczającą ciekawość, by drążyć temat dalej. A gdy szybko okazało się, że w okolicy rozpoznano runę, lecz nie wykryto jawnego przekleństwa, wiedziała już, że ma do czynienia z czymś, co naturą należało do niej. Była łasa. Chciała więcej. Nie chodziło o galeony w sakiewce ani o złoto przelewające się przez palce. Chodziło o satysfakcję. To ona zawsze stała u podstaw wszystkiego. Ludzie bili się o dobrobyt, o zaznaczenie swojego miejsca w świecie - może dzięki finansom, może dzięki najwyższym stanowiskom, może dzięki najpiękniejszej żonie, a może… może po prostu największe miały być jaja. Nią to nie kierowało. Dla niej najważniejsze było uczucie ekscytacji. Adrenalina wypełniająca żyły w sposób, którego nie dało się niczym zastąpić. Dopamina będąca ulgą w chwili, gdy docierało do niej, że się udało - że zwyciężyła. Ludzie uzależniali się od wielu rzeczy. Ona również. Ale nic nie było dla niej tak pożądane jak tajemnica. I jak samo dochodzenie… do jej źródła.
Wstała więc od stolika, nie dotykając ani jednej z postawionych przed nią szklanek i z wyćwiczonym uśmiechem - takim, który mógł sugerować stan wskazujący - ruszyła w stronę zaplecza, tam, gdzie prowadziła ją mapa. Nikt nie miał powodu czegokolwiek podejrzewać. Wszyscy wokół zdawali się podzielać podobny stan. Minęła całujących się w kącie czarodziejów, minęła beczki ustawione pod ścianą, aż w końcu, prześlizgując się przez zaplecze, dotarła do schodów. Światło lumos rozlało się po kamiennych murach. Droga prowadząca do piwnic nie wydawała jej się niczym nadzwyczajnym. Wilgoć osiadająca na kamieniach, drobne odłamki osuwające się spod stóp - znała to aż za dobrze. Zatrzymała się na moment, spoglądając w ciemność pod sobą. Wiedziała, że właśnie tam czeka to, po co tu przyszła. Zapatrzona nie dostrzegła obluzowanego kamienia. Ten osunął się pod jej stopą, a ona straciła równowagę, zsuwając się z kilku ostatnich stopni. Przez ułamek sekundy była pewna, że zderzy się z twardą posadzką - lecz zamiast kamienia poczuła czyjeś ciało. Obce.
Różdżka niemal odruchowo uniosła się na wysokość ich twarzy. Światło zaklęcia przecięło mrok, oświetlając rysy mężczyzny. Jej umysł przez krótką chwilę analizował szczegóły, układał je w znajomy wzór. Bo przecież… się znali. - Och - wyrwało jej się ust na to odkrycie. - Kolorowy chłopak -skwitowała mając w pamięci ułożenie jego kart w talii, gdy widzieli się po raz pierwszy. Czyż nie był to właśnie kolor? Słowem odjęła mu kilka lat, całkiem celowo, nadając tej sytuacji jeszcze większej abstrakcji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
William Travers
Śmierciożercy
Freedom isn’t enough. What I desire doesn’t have a name yet―
Wiek
32
Zawód
Żeglarz-przemytnik, handlarz i łowca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
07-04-2026, 19:53
Portowe tawerny w gruncie rzeczy wszędzie były takie same, a Latarnia Avalonu nie była wyjątkiem ― czuć to było już od progu, który Travers przekroczył jeszcze przed zachodem słońca. Pierwszy haust gęstego powietrza podpowiadał, że w sali wietrzono może i rzadko, ale za to bez większego skutku. Zapach uderzał od razu ― dym, pot i dawno rozlany alkohol mieszały się ze sobą tak ściśle, że trudno było rozdzielić jedno od drugiego. Zupełnie jak w setce innych spelunek będących mocno bijącym sercem portu.
Różnica polegała na tym, że tym razem Billy nie zamierzał poddać się znajomemu rytmowi ― w stojącym naprzeciwko niego kuflu nie ubywało piwa, podczas gdy jego towarzysze najwyraźniej nie potrzebowali wiele czasu, żeby poczuć się tu jak u siebie.
Kufle krążyły między nimi bez większego ładu, opróżniane i zaraz zastępowane kolejnymi. Travers obserwował to w milczeniu, zaciskając usta na końcówce papierosa.
Dzisiejszego wieczoru byli mu potrzebni wyłącznie jako tło ― ich stan nie obchodził go, dopóki nie rzygali mu pod nogi. Do bełkotu można było się przyzwyczaić. Zresztą na trzeźwo nie byli dużo bardziej błyskotliwi, ale nie płacił im przecież za myślenie, tylko za sprawne wykonywanie rozkazów.
Poza tym plan był prosty i nie uwzględniał osób trzecich ― poważnemu człowiekowi trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego goni za wskazówkami wyrytymi na połówce mapy nieznanego pochodzenia. Wiedział, jak to brzmi, szczególnie ten trop prowadzący w głąb piwnic pod tawerną ― jakby rzeczywiście można było znaleźć tam coś poza beczkami rumu, szczurami wielkości kota i ewentualnym wpierdolem od nadgorliwego wykidajła.
Ten ostatni był powodem, dla którego Billy wolał zaczekać, aż atmosfera zgęstnieje, a pijana tłuszcza zawłaszczy przestrzeń i uwagę, a on będzie mógł odejść od stołu i udać się na zaplecze, błądząc w drodze do kibla.
Upił łyk piwa, gasząc papierosa w powoli przepełniającej się popielniczce i obrzucił tęsknym spojrzeniem tacę kielonów. Potrzebowałby co najmniej pięciu szybkich kolejek, żeby wyplenić z wyobraźni obraz zmalowany przez Larry’ego, który rozmemłanym wzrokiem wodził za kelnerką słusznych rozmiarów, rozwodząc się głośno nad tym, czego to on by z nią nie zrobił, gdyby tylko była mniej rozlazła.
― Nie marudź, Larry ― nie wytrzymał dłużej i włączył się w rozmowę, sięgając po swoje niedopite piwo. Było za ciepłe i za słabe, by spłukać nim tłusty posmak następnych słów, ale warto było choć spróbować. ― Dajesz takiej klapsa i liczysz fale. Może przy czwartej już wejdziesz.
Rubaszny rechot załogi przetoczył się przez stół, a Billy uniósł spojrzenie ku brudnej powale, licząc w myślach do dziesięciu, zanim odsunął krzesło i wstał. Lepszego momentu nie będzie ― złożona w ciasny pakiecik mapa wystarczająco długo tkwiła w tylnej kieszeni spodni.
Czas zrobić z niej użytek, sprawdzić, jak bardzo dał się okpić, przystając na tę podartą mapę skarbów, zamiast sakiewki galeonów. Nie byłaby to w końcu pierwsza nieprzemyślana decyzja, którą podjął pod wpływem chwili i ognistej. Spacer po zatęchłej piwnicy tawerny nie znajdował się nawet w połowie stawki, więc już bez cienia wahania Billy skierował się w stronę zaplecza i schodów prowadzących w głąb ciemnego korytarza. Światło rzucone przy pomocy lumos potwierdziło teorię dotyczącą szczurów, droga przed nim usiana była ich bobkami, więc do kompletu oczekiwań brakowało tylko wścibskiego wykidajła―
Szelest kroków ― ludzkich, daleko im było do znajomego chrobotu pazurków ― kazał Traversowi zastanowić się nad myśleniem życzeniowym, zatrzymał się w pół―ruchu. Kroki były za lekkie, żeby mogły zwiastować obecność mężczyzny, szczególnie tak potężnego jak porządkowy zza baru, co już było jakimś plusem. Kolejnych nie zdążył wymyślić, bo kroki nagle straciły na płynności, a miękkie ciało, które wpadło wprost na niego rozwiało wszystkie możliwe dywagacje.
Rozpoznał ją niemal od razu.
Stracił kilka sekund przez zaskoczenie i światło z różdżki, którym zaświeciła mu po oczach, aż zmarszczył brwi w wyrazie irytacji, ustępującym zaskoczeniu. Kolorowy chłopak. Faktycznie, zapamiętała tamto rozdanie, po którym zniknęła na chwilę trwającą aż do teraz.
Nie to miejsce.
Nie ten czas.
― Co za przypadek.
Ale właściwie, co za różnica? Z pewnym trudem oderwał spojrzenie od jej twarzy ― Merlinie, to się nigdy nie zdarzało, żeby kobieta była atrakcyjniejsza, kiedy był trzeźwy jak świnia ― i opuścił je na mapę, którą trzymała w dłoni. Pergamin w jego ręku szarpnął lekko, rwąc się ku swojej drugiej połówce, na co Billy pozwolił, szczerze zaciekawiony efektem.
― Skąd ją masz? ― wskazał ruchem podbródka mapę. Nie chciał brzmieć oschle. Nie było też sensu pytać, co tutaj robiła. Błękitne światło rozlało się, a Travers nie cofnął się o krok od Antonii. Kątem oka dostrzegł zmianę na ścianie, tuż za rzędem beczek, które wystarczyło przepchnąć, żeby dostać się do tego, co skrywały za sobą.
Mapa faktycznie działała.
A on po raz pierwszy poczuł się naprawdę zaintrygowany.
Ile wspólnego z tym miała czarownica?
Prawdopodobnie wszystko.
― Przesunę je i zobaczymy co jest za nimi ― zaproponował, choć wcale nie czekał na jej aprobatę, przyzwyczajony do podejmowania decyzji za innych. Pierwsza beczka dała się przesunąć zadziwiająco łatwo, przy drugiej Travers musiał zaprzeć się nieco mocniej, ale i ona w końcu ustąpiła, ukazując im kamienny łuk.
I runę nad nim.
Cóż za chichot losu.
1x k6 (runa):
3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
13-04-2026, 13:56
Nie wierzyła w przeznaczenie.
Jej pragmatyczny umysł nie był w stanie pojąć, jak coś mogłoby nie wynikać z jej kontroli. Jak mogłoby dziać się całkowicie poza nią samą. Jak los mógł pleść nić jej życia, nie pytając jej o zgodę. W swojej śmiałości wybierać niby to, co dla niej najlepsze, choć przecież tak naprawdę nie wiedział nic o tym, co ona sama by wybrała. A jednak zdarzały się momenty w jej życiu, które trudno było wytłumaczyć w jednakowy, miarowy sposób. Takie, na które ciężko znaleźć realne i rozsądne wyjaśnienie. I to zwykle wpędzało ją w konsternację. Sprawiało, że na chwilę przestawała czuć się dobrze z własnym umysłem, własnym ciałem. Tak jakby ktoś na moment odbierał jej kontrolę i w dłonie wciskał przypisany jej los.
W nordyckiej sile mogłaby dostrzec w tym działanie Norn - bogiń przeznaczenia, które czuwały nad każdym człowiekiem i według własnego kaprysu nadawały mu bieg. Może swoją śmiałością, by kroczyć wytoczonym przez siebie planem, naraziła się Verðandi. Tej, której moc tkwiła w tym, co tu i teraz. Jej decyzje wpływały na każdą spontaniczną reakcję, na każdy impuls tknięty żywiołem. A może Skuld postanowiła naznaczyć jej przyszłość czymś więcej, niż sama by dla siebie wybrała. Może te przypadki powinna przyjąć z wdzięcznością. Zamiast upatrywać w nich ingerencji w swoją duszę i serce.
I wszystko to brzmiało jakoś nie tak. Wszystko było niepełne. Bo gdy stawiała kolejny krok - gdy jej stopa nie odnalazła następnego stopnia, a ciało poleciało do przodu w obawie przed bolesnym zderzeniem z podłogą - gdy zamiast głośnego łoskotu poczuła inne ciało, silne i w pewnym stopniu znajome - zrozumiała, że to nie działanie obrażonej Verðandi, nie pomocna dłoń Skuld, a właśnie grającej jej na nosie Urðr.
Bo przeszłość stykała się z przyszłością i zmieniała w teraźniejszość. A coś, co miało początek, musiało mieć też koniec. Bo gdy karty zostawili na stole, a w dłoniach znalazł się kolejny trunek, gdy wymieniali się uprzejmościami i złośliwościami - ona po prostu odeszła. Zostawiła go tam samego. Może dla własnego kaprysu. Może z potrzeby udowodnienia czegoś sobie i jemu. Może znudzona rozmową nie doczekała momentu, aż ich usta w końcu się zamkną, a przemawiać zacznie przez nich coś całkowicie innego.
Bo ze wszystkich ludzi świata spotkać w tej tawernie musiała właśnie jego. I co gorsza - możliwe, że dla niego, jak i dla niej, wcale nie była tym faktem niepocieszona. Bo dziś, z mapą w dłoni, spoglądający na nią w zaskoczeniu, ale i urzeczeniu, zdawał się być jeszcze bardziej intrygujący niż wtedy, gdy zobaczyć się mogli po raz pierwszy.
- Znalazłam - odparła enigmatycznie. Było w tym sporo prawdy, ale nie była to odpowiedź, która cokolwiek by wnosiła. Nie wiedzieć czemu czuła, że skoro sam znalazł się tu z połówką mapy, to ich działania powinny być spójne. Że powinna chcieć mu zaufać, a przecież to nie działo się nigdy. Była indywidualistką, często działała w pojedynkę. Nie potrzebowała nawigatora ani pomocnika, nie potrzebowała, żeby ktoś jej decyzjom nadawał odpowiedni tor, a jednak swoją potrzebę naginania rzeczywistości pod własne zachcianki na chwilę odłożyła na bok.
Mapa w jej dłoniach zaczęła lgnąć do niego - właściwie do jego części mapy. Tak jakby pragnęła w końcu być pełna, cała. Uniosła kącik ust w uśmiechu, choć ten przepełniony był raczej dozą wyczekiwania. - Kolekcjonujesz mapy czy skarby? - zapytała, bo naprawdę nie spodziewała się go tu spotkać. Nie wiedziała o nim jednak nic, więc czy rzeczywiście powinna być tym zaskoczona?
Skinęła głową, gdy ruszył w stronę ustawionych beczek. Udzieliła mu zgody, choć ten wcale jej nie potrzebował. Łuna niebieskiego światła przywoływała do siebie nie tylko trzymaną w dłoniach mapę, ale i ją samą. Byli na dobrej drodze.
Podeszła bliżej, gdy jej oczom ukazała się runa. Mannaz. – Współpraca, współdziałanie - mruknęła, spoglądając na mężczyznę z lekko uniesioną brwią. - Cóż, chyba w pojedynkę i tak niewiele bym zdziałała. – nawet gdybym miała całą mapę. Nie byłaby przecież sobą, gdyby przez myśl choć na chwilę nie przeszła jej manipulacja. Nie chciała dzielić się skarbem, nie chciała dzielić się niczym, co mogliby tam znaleźć, ale widząc gęstą ciemność przed nimi, już wiedziała, że nie dotrze do ołtarza sama.
- Może po wszystkim powtórzymy partyjkę albo dopijemy obiecanego drinka. Kto by się spodziewał, że w łazienkach są tak długie kolejki. - kącik ust drgnął w rozbawieniu. Nie miała zamiaru tłumaczyć się ze swojej ucieczki. Własnych wyborów była pewna. Ale dobrze było na niego patrzeć. Dobrze było słuchać jego głosu. Tak jakby dziś - nie wiedzieć czemu - mogła zobaczyć go w zupełnie inny sposób.
Różdżka z uniesionym lumos oświetliła jedynie wejście do korytarza. Sama ciemność zdawała się ją oblepiać - osiadać na skórze, męczyć oczy. - Widzisz to? - zapytała, gdy na końcu drogi zamajaczyło światło. Łuna, która wręcz ich do siebie wzywała. Przez chwilę naprawdę wierzyła, że to będzie takie proste. Światło jednak zgasło i zmieniło swoje położenie, a to, co przez moment uznała za drogę naprzód, okazało się ślepą uliczką i kamienną ścianą, na której się zatrzymała. Warknęła pod nosem.
Odwróciła się w ciemności, a jej dłoń napotkała jego ramię. Gdy go dotknęła, światło płynące z ołtarza rozpaliło się mocniej. Gdy zabrała dłoń - znów zgasło. Nie mógł zobaczyć konsternacji malującej się na jej twarzy. Dotknęła go ponownie i znów światło rozbłysło, jakby reagowało wyłącznie na ten kontakt. Kiedy cofnęła dłoń - ciemność wróciła natychmiast. - Och…czyli tak ma wyglądać nasza współpraca. - mruknęła.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 16-04-2026, 22:45 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.