Jego głos działał mu na nerwy w sposobie zaskakująco trywialnym – łatwym dla niego, trudnym dla odbiorcy, bo pogodzenie się i uporanie z piętnem żałoby kosztowało znacznie więcej, niż zamknięcie tych kilku napoczętych rozdziałów w życiu. Ono całe balansowało na krawędzi styku, bo pustka, która spłynęła na niego otuliła szczelnie, odcinając od świata zewnętrznego...
Świat wirował; twarze ludzi rozmazywały się gubiąc, swą ostrość, tylko krzyki, jak warkot bestii pozostawały niezmienne. Nieugaszone pragnienie krwi, która wsiąknie w deski prowizorycznej areny w lokalu, do którego już nigdy nie powróci.
Niespokojny sen, jak mara nawiedza umysł zsyłając nachalnie; sceny, pozy, akty – tak śmiałe w swym wybrzmieniu, odważne, a przede wszystkim namacalne, że odróżnić ciężko majak senny od jawy.
Dźwięk słów opadał swobodnie w przestrzeń zasklepioną ciszą, w której szum morza dominował wybijając się, ponad wszystko inne, a jednocześnie w swym charakterystycznym brzmieniu nie występował ponad doskonale utarte ramy.
Emocje powoli wzrastają; lotem miarowym nad wyraz wyrachowanym, tak jakby odcinał serce od rozumu murem lodowym – nieprzebytym, aby tylko nie pokazać blizny na sercu po słabości do oczu, jak zwierciadła norweskich jezior; krystalicznie błękitnych, lecz jednocześnie zimnych.
Powroty bywały trudne – angielska ziemia, nigdy nie rozpieszczała; nie cieszyła oczu, tak mocno, jak norweskie góry i magiczne fiordy wrzynające się kilometrami w głąb lądu; brakowało tu dzikości zakątków...
Z wyrafinowaną cierpliwością oczekiwał dnia spotkania, gdy spojrzenia kochanków ponownie się przetną pośrodku sali, wśród ludzi wirujących odnajdując się wzajemnie, bez błądzenia, tak jakby wcale nigdy nie stracili się z horyzontu.
Przytulność domostwa Scamandera, zawsze budziło w Lorcanie coś na kształt głębszego zastanowienia nad istotą przepychu i dobrodziejstwem, którym zwykli otaczać się ludzie jemu podobni, nawet jeśli on sam preferował właśnie takie domy jak ten przyjaciela...