• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 14.05.1960 | Pain makes you stronger
14.05.1960 | Pain makes you stronger
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Chciałbyś mnie mieć. Zgub mnie — a dopiero wtedy zrozumiesz, czym byłam dla Ciebie.
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
04-02-2026, 21:37

Pain makes you stronger
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
16-02-2026, 21:23
Słodycz wolności tej definiowanej przez pryzmat jego doświadczeń, kreowana na mocy ciekawości w podążaniu za kolejnymi tropami na szlaku zapomnianej historii, to jego ocean, po jakim żeglować pragnął do momentu, gdy ciężar nazwiska, które nosił nie przygniecie go – upominając się ponownie o należną ofiarę. Zawsze odpowiadał na wezwanie, pozostając lojalny, wobec rodzinny, lecz czy miłość, mogła go z tej utartej ścieżki zwieść? To było zasadne pytanie: kim był, bez swojego nazwiska? Myśli te wcale, często nachodziły go, gdy nocami w dzikich ostępach leżał wsparty plecami o pień starego drzewa i spoglądał w przestrzeń obwieszoną lśniącymi gwiazdami na tle czarnego nieba. Uśmiechał się wówczas, zawsze zagadkowo, tak jakby znał odpowiedź, ale wstrzymywał się z wypowiedzeniem tej prawdy na głos.
Gdy poznał Melusine nie wiedział, jak daleko zajdą na wspólnej ścieżce przeszywanej rozłąkami, tak ona jedyna potrafiła trafnie rozszyfrować jego spojrzenie, gdy trwał tak w zamyśleniu pod tym przysłowiowym drzewem. Poznała go lepiej, niż ktokolwiek przed nią, to było zaskakujące, ale też prawdziwe stwierdzenie, a czasem w swym akcie milczenia potrafiła udowodnić mu, że do składania deklaracji, zbędne bywały słowa.
Tak zawsze obraz trwałego rozstania malował się przed jego oczami ponurymi barwami, bo był to wyrok, którego daty nie potrafili przewidzieć. Bo widmo utraty tej kobiety z horyzontu kolejnych lat życia, był ponurą kpiną losu. Dlatego z każdym kolejnym spotkaniem z Rookwood umacniał się w stwierdzeniu, że to ona była w jakimś sensie ucieleśnieniem ciekawości, za jaką tak gonił, to może błahe i niedokładne określenie definiujące, co wobec niej odczuwał, lecz gdy była przy nim świat zostawał na drugim planie. Stanowczo i bezdyskusyjnie siłą człowieka pewnego swego zdania potrafił jasno określić swoje priorytety, a nim była ona. I to go przerażało, a jednocześnie wywoływało uśmiech szczęścia, nawet jeśli nie rozumiał tych wszystkich emocji.
Uśmiechnął się na jej słowa, nawet jeśli brzmiały, niczym kaprys i nosiły znamiona nakazu, tak sprawiały, że nie potrafił zapanować nad twarzą, ta cholerna obojętność, którą przywykł nosić, przy tej kobiecie najzwyczajniej znikała. Miał ochotę momentami ją objąć czule i tulić do piersi, tak po prostu: — tylko ty możesz mnie zranić — i chociaż uśmiech wciąż błąka się w cieniu warg, a w brązowych oczach tlą się iskierki rozweselenia, to wyznał prawdę. Był jej ostoją i bezpieczną przystanią w świecie ogarniętym sztormem, tym wiecznym chaosem.
Deklaracja zaufania… Te słowa, gesty, ta cała otoczka, jakby perfekcyjna scena dla artysty malarza, bo w tle zachód słońca i bałwany fal rozbijające się o skały, a na pierwszym planie: Oni. Przypieczętowane pocałunkiem, który smakował lepiej, niż wszystkie inne wcześniej. Nie potrzebował wielkich słów, aby kreślić znaczenie tej chwili, wręcz podejrzewał, że słowa są zbędne, czasem milczenie w jego przypadku, było szansą na uniknięcie potknięcia. Chociaż podejrzewał, iż potrafiła mu wybaczyć znacznie więcej, niż głupie słowo.
Uwielbiał ją taką…
I nie potrafił jej odmawiać. Bo gdy tylko poprosiła, niemal z miejsca zareagował, a zuchwałe diabełki w brązowych, ciemnych oczach fiknęły koziołki. Jego uśmiech nabrał znanej jej doskonale ostrości, chociaż tliła się w tym wyrazie miękkość, jaka była zarezerwowana wyłącznie dla niej. Wstał, podtrzymując partnerkę i bez cienia zawahania, wciąż trzymając za dłoń – ukłonił się. Wiedział, jak lubiła te drobne gesty, a on, cóż lubił sprawiać jej przyjemność.
— Nigdy nie potrafiłem Ci odmawiać — patrzył jej w oczy z delikatną nutą rozbawienia, która mogła mówić znacznie więcej, niż to podejrzewali. Objął kobietę czule, ale po swojemu, bez sztywnych form, a z lekkością i swobodą w talii. Poruszał się w takt szumu morza; wyczuwał rytm jej serca i westchnięć, to one stanowiły głębię tej chwili, tylko dla nich. Dlatego krył słowa za fasadą czynów, to one miały wybrzmieć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Melusine Rookwood
Czarodzieje
Chciałbyś mnie mieć. Zgub mnie — a dopiero wtedy zrozumiesz, czym byłam dla Ciebie.
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
17-02-2026, 11:14
Niepokorne myśli miały w sobie coś z wichru, który nie pyta o pozwolenie. Wdzierały się pod powieki, pod skórę, w samo centrum jej ― i tam, bezceremonialnie, urządzały sabat. Szumiały, uderzały w rozchwiane emocje, jak fale o zbyt cienki brzeg, odrzucając za nią długie, kosmate cienie, jakby chciały dodać jej odwagi. Jej ― i jemu. Bo przecież nie była w tym rozedrganiu sama.
Rozgardiasz, który wprowadzała, był niemal namacalny. Słowa wyznane półgłosem, słowa wyplute z bólu, odciążyły nieco ramiona, dotąd napięte jak cięciwy. Wystarczyło jedno przyznanie się do słabości, jedno drgnienie ust, by widmo niedawnej kostuchy ― tej, która zaglądała w oczy bez wstydu ― odsunęło się na krok, może dwa. Nie zniknęło, lecz przestało dyszeć niepokornością w kark. A on… był dziwnym spokojem. Nie takim, który usypia czujność, lecz takim, który pozwala przetrwać noc bez krzyku.
I właśnie to było najokrutniejsze.
Bo przecież słowa miłostek, gorejące i cierpkie zarazem, smakowała wybiórczo. Innemu. Temu, który siedział zapewne pośród doktryn i paragrafów, w równych szeregach prawa, gdzie wszystko miało swoje miejsce, numer i sankcję. Tamten wiedział, co czynić, czego nie dotykać, gdzie nie gmerać ― i w tej jego surowej metodyce było coś pociągającego. Coś, co kazało jej prostować plecy i jednocześnie pragnąć, by to on rozpiął z nich ciężar. Serce zabiło boleśniej, jakby upomniane. Czy oszukiwała jednego i drugiego? Chyba nie. Na pewno nie. Każdy z nich był osobnym światem, osobną temperaturą dłoni, innym sposobem patrzenia, który rozbierał ją z pewności. Jeden koił, drugi prowokował. Jeden był przystanią, drugi ― burzą, której nie umiała się oprzeć.
Rozdarta między rozsądkiem a łaknieniem. Serce czyniło z niej buntowniczkę, umysł próbował pisać regulaminy, lecz kto by ich przestrzegał, gdy ciało pamięta inaczej? Łamało ją to na rozstaju upierdliwych dróg wyboru, gdzie każdy krok oznaczał utratę czegoś, co już zdążyło zapuścić w niej korzenie.
― Chcę być lepsza… Tak zwyczajnie ― wyznała jakoś insynuacyjnie, wydźwięku jakże prostackim w swej perswazje. Leciutko przekrzywiła głowę na bok, próbując zbliżyć się do prawdy zapisanej w jego twarzy. Dopatrywała się zbieżności ― w napięciu żuchwy, w przygaszonym błysku źrenic ― emocji, trudów, boleści, ale i prawości, która czyniła go niebezpiecznie wiarygodnym. Szukała tam także fascynacji, tej cichej, nie spektakularnej, która nie potrzebuje deklaracji, by istnieć. I jak zwykle odnalazła zrozumienie. Otulający wzrok ukojenia, skierowany ku niej bez żądania, bez warunku, jakby jej persona była dla niego nie ciężarem, lecz wyborem. ― Och, pozostawaj czasem stanowczy, kochanie… ― Materiał długiej sukienki załopotał subtelnie pod wpływem podmuchu znad morza. Tkanina musnęła łydki jak przypomnienie cielesności, jako dowód, że coś nakazuje jej żyć dalej. Uśmiechnęła się miękko, stąpając w ich romantycznym tańcu na skraju urwiska. ― Czy to nie was uczą, by kobiety były posłuszne?
Bardziej kołysanie niż taniec pośród akwenu ― naturalny walor pozbawiony sztywności, prawdziwy, jak przypływ i odpływ wpisany w puls planety. Fale rozbijały się o głazy poniżej z namiętną, nieustępliwą sprzecznością wobec ich twardości; w tej kolizji była prawda o nich samych. Ona ― miękka tylko pozornie, w istocie zbudowana z warstw przetrwania. On ― stateczny jak skała, a jednak poddawany nieustannej erozji pragnienia. Morze huczało pod nimi jak serce w stanie przesilenia, jak żywioł, który nie zna kompromisów ani półśrodków. Albo pochłania, albo unosi.
― Nie chcę stracić Ciebie ― Cieszyła wzrok pięknem natury i jego przekorności, jego nieprzewidywalności ― bo w tej nieprzewidywalności rozpoznawała siebie. Nie była linią prostą. Była meandrem. Była przypływem, który raz pieści, raz podtapia.
Będziesz mój?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
17-02-2026, 17:07
Dawkowane uczucie rosło wraz z każdą spędzoną wspólnie chwilą na chronologii wydarzeń i splotów okoliczności, które zsyłały ich sobie nawzajem. To nie było nic odkrywczego, że to, co ich połączyło, było znacznie mocniejsze i trwalsze od większości pobocznych miłostek, które napatoczyły się w czasie.
Była pierwszą kobietą od czasu Persephone, przed jaką się otworzył – zdzierając maskę powagi, tej wykalkulowanej obojętności. Poznała jego zwyczaje, drobiazgi z życia wyjęte, to jak śpi i jakie śniadania lubił najbardziej: te leniwie przeciągające się w puchowej pościeli naznaczone rozkoszą i odrobiną docinek. Człowiek mógłby się zakochać w takiej kobiecie, bez opamiętania, to prawda. I zapewne wielu mężczyzn straciło głowę dla niej. On jednak przez długi czas sądził, że nie zdoła pokochać kogokolwiek, tak mocno, jak tej, która odeszła. Melusine, wciąż jednak powracała, niczym bumerang rzucony w przestrzeń. I to nie tak, że za nią nie tęsknił; nie myślał o niej w samotne wieczory. Nigdy jej nie umniejszał; nie kwestionował tego, co w nim rozbudzała, była w jego oczach na swój sposób wyjątkowa, choć to pojęcie tak nadużywane, że niemal traciło swój blask.
Nigdy nie pytał jej o Anglię, czy miała tam kogoś, do kogo wracała? Czy wykradając się z ram ojczyzny, uciekała celowo w jego ramiona, by zaznać szczypty tej dzikości, którą przy nim odkrywała. Eksplorowali swoje ciała ze wzajemną dokładnością; zaangażowaniem i ciekawością przy tym poruszając każdy najmniejszy aspekt, tego, co przed młodą kochanką, było dotychczas mglistą niewiadomą.
A jednak mimo tak wielu upojnych nocy, poranków i dni; mimo godzin w dyskusjach i wieczorów spędzanych na szachowych roszadach nie potrafił, nigdy przyznać się przed sobą do tego uczucia, wobec niej. Jednocześnie wiedział, że z nikim innym nie potrafił tak żyć, jak z nią, bo była jedną z dwóch kobiet, które go poznały w pełni, takim, jakim był. Miał natomiast pewność, tę męską – stanowczą, że gdyby miał wybierać osobę, z jaką chciałby spędzić resztę życia, to wybrałby waśnie Melusine, bez wahania, to było dla niego oczywiste.
Nienazwane uczucie, więc pięło się i rozkwitało.
Tak jak i oni.
— Bywasz zagadką, którą uwielbiam zgłębiać, ale musisz czasem pewniej mówić mi o swoich emocjach, przemyśleniach, durnotach — odpowiedź, wobec jakiej sam mógłby się zacząć stosować. Ale wiedział, z czym walczyła ona. Dlatego starał się jej pomóc w tym prostym akcie szczerej wymiany myśli, gdy złączeni w tańcu nad brzegiem morza, trwali.
Uśmiech rozbija bank wcześniejszej powagi, ponownie błyskając bielą zębów: — Potrafisz, być urocza — rzucił z lekkością, w jakiej nuta żartobliwa łączyła się z tą kwaśną. Jednak w jakimś sensie przyznawał jej rację, czasem patrzył na nią przez pryzmat, zbyt wielkiej czułości zapominając o domieszce stanowczości. Może to jednak była ta troska, której nie potrafił ugasić szarością dnia codziennego, bo pamiętał, do czego doszło w przeszłości?
— Uwielbiam twój intelekt i nigdy nie zamierzałbym go chować w złotej klatce — posłuszeństwo, czy lojalność, był świadom, że potrafiła, tych wartości dochować na arenie życia politycznego przewijała się od dziecka i wiedziała, jak to środowisko było zepsute. Dlatego potrafiła odgadywać i grać na emocjach jak mało kto. Bardzo dobrze czytała ludzkie intencje, a urokiem osobistym potrafiła zniewolić, choć wszak demonem nie była.
Taniec nagle zmienia swą formę, a mężczyzna przełamuje schemat ruchów. Ze śmiałością w oczach poderwał ciało kobiety w górę; pozwalając, aby ta miękko spoczęła w jego silnych ramionach. Otulał Melusine w mocnym pewnym chwycie i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, pocałował ją w usta.
Wiatr burzył chaotyczny nieład włosów, targając nimi, a oni stali jak zastygli w bezruchu na kamienistym brzegu plaży z widokiem na chylący się ku zachodowi ognisty talar słońca.
— Jestem Twój, moja piękna — odrywa wzrok od krajobrazu i patrzy jej w oczy; intensywnie z charakterystyczną sobie pewnością, bo w słowach, które powiedział, kryło się znacznie więcej, niż obydwoje to chcieli przyznać.
Była jego przekleństwem i radością.


| zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 21:00 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.