• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Salon jubilerski "Golden Ivory"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-04-2026, 17:43

Salon jubilerski "Golden Ivory"
Salon - bo przecież nie sklep, ani tym bardziej nie zakład - jubilerski to rodzinny biznes, a smykałka do drogich kamieni zdaje się przechodzić na właścicieli z pokolenia na pokolenie. Całe piętro kamiennicy w lepszej części Pokątnej (lokal przeniósł się tu kilka lat temu, zapracowawszy sobie na to prawie stuletnią renomą) zostało zaadaptowana na przestrzeń wystawową. W środku w istocie wybór jest niewielki: tylko najbardziej okazałe pierścienie błyszczą się w pudrowych puzderkach, kilka kolii lśni na manekinach, a parę broszy wygodnie ułożonych na miękkich poduszkach za szklaną gablotą, puszcza oczko wszystkim sroczkom. Elegancka obsługa chwali możliwość wykonania biżuterii na zamówienie lub sprowadzenia niespotykanych kamieni z zagranicy, profesjonalnie doradzi też niezdecydowanym. Ceny są tu raczej wysokie, a klientela starannie wyselekcjonowana. Nie wpuszcza się tu byle kogo, więc jeśli koszula wystaje ci ze spodni albo masz niewypastowane buty - zostaniesz wyproszony zza drzwi szybciej niż zdążysz powiedzieć: “to niesprawiedliwe!”
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
04-04-2026, 16:47
26 maja

Dawno - w dzienniku podkreślam to aż trzykrotnie, a gruba, czarna kreska nieomal nie przebija kartek w wysłużonym notesie - dawno nie żyło się tak lekko.
Raptem parę dni mija, odkąd jesteśmy po słowie, a ona już bawi się w idealną żonkę, taką z amerykańskich czasopism: zrobiła sobie nową fryzurę, a mi zrobiła gałę, dałem jej na paznokcie, ona dała mi na stole bilardowym, ugotowałem z tymi oświadczeniami, a Sandy non-stop pichci to, co lubię najbardziej i nic nie jest za słone, nic nie jest przypalone: la dolce vita na brytyjskiej ziemi.
Brakuje już tylko tej wisienki na torcie - jak weselnym to pewnie Czarny Las, a bardziej poprawnie to Szwardzwaldzki - znaczy pierścionka. Musi być niebylejaki i niebanalny, musi być duży: Sandy przyjęła mnie bez, przyjęłaby też przetłuszczonego krążka cebulowego wciśniętego na palec (bonusowe punkty, jeśli od Jeffa - ustaliliśmy, że tam się poznaliśmy) albo plastikowe ustrojstwo farbujące dłonie na zielono z automatu przy nadmorskim deptaku, ale… nie. Chcę dać jej kamień tak ciężki, że będzie walczyć z grawitacją, unosząc dłoń, kiedy będzie myć okna. Tak duży, że najpierw będzie widać go, a później ją - taka jest malutka, a on taki nieproporcjonalny do jej rączki. Tak błyszczący, że ludzie dookoła niej będą mrużyć oczy albo wyciągać okulary przeciwsłoneczne, a i tak to nic nie da, chyba że noszą te importowane z Francji z logo słodkiej i uroczej Coco, kolejnej ulubienicy Sandy. Nie wspominałem jej nigdy, że podobno pieprzyła się z nazistowskim komendantem - powinienem, przez głęboką wieź ze swoją koleżankę Żydówkę, Sarę, czułaby się głęboko urażona i może demonstracyjnie zrezygnowałaby z obsypywania policzków różem tak chętnie, że co miesiąc woła o kasę, bo się skończyło, jak mówi, robiąc smutną minkę.
Kupić pierścionek - żadna sztuka. Co to niby, wchodzę do sklepu, pokazuję palcem, mówię rozmiar, poganiam leniwego subiekta, pytam, czy na pewno się nie pozna, że to cyrkonia nie diament, a potem przypominam, żeby tylko włożył do ładnego pudełeczka. Fraszka. Już tak sobie uknułem, że to, co dla niej robię, znaczy więcej niż błyskotka, która zwiąże nas przysięgą, a później i tak straci na wartości, bo pojawiają się obrączki. Ruda Grażyna, ta ekstraklasa, przestała nawet nosić zaręczynowy na poczet grubego złotego wałka na palcu serdecznym. Ktoś głupi oskarży mnie o skąpstwo. Ktoś mądry zrozumie, że jest dokładnie odwrotnie i że w ten sposób ofiarowuję Sandy absolutnie wszystko.
Przyszłość - tu niczego tłumaczyć nie trzeba.
I przeszłość - to pojmie, kiedy zerknie na metkę z puzderka ze złotym krążkiem. Albo otworzy kolejne wydanie Proroka na stronie trzeciej - no nie łudzę się, że obrobienie jubilera trafi na okładkę. Co dzień dzieje się tyle innych ważnych rzeczy: urodziny pięcioraczków, pobicie rekordu Guinnessa w złowieniu największego suma czy ogłoszenie niepodległości nowego państwa, że nawet najbardziej zuchwałe przywłaszczenie spadnie na kolejny plan. Nie napadam na Luwr.
Ani nawet na Muzeum Brytyjskie.
Wtedy nazywałbym się Robin Hoodem - a jestem po prostu kochankiem.
Do tanga trzeba dwojga, do takiej roboty - również. Lubię swoje plecy, więc ktoś musi o nie dbać, nawet jeśli to szczurzyca nie do końca godna zaufania. Z Helen oboje wiemy, na czym stoimy. Ona pryśnie, jeśli zacznie robić się gorąco; ale wtedy też przestanie być potrzebna. Chcę narzędzia, gdy się sprawi, nazwę ją pomagierem, na co może się obruszy - a może sklei wary, żeby dostać swoją działkę, wypłaconą z mojej kieszeni, ponieważ z atelier ma zniknąć jedna i tylko jedna rzecz.
Za chciwość skończy jak pogrzebani żywcem w Jaskini Cudów. Czyste serce, nieoszlifowany diament, pierścionek zaręczynowy buchnięty ze sklepu eksteściów. Bezczelność?
Muzykalność - poprawię. Za tą grę na nosie Sandy nagrodzi mnie dozgonnym oddaniem i, na co liczę, przestanie wypominać, że mój debiut przed ołtarzem nie był z nią. Tak się pokutuje, chłopaki.
– To jakie masz alibi, słodziutka? – witam ją niedbale, kiedy spotykamy się niedaleko Gracechurch Street tak naturalnie, jakbyśmy wpadali na siebie przypadkiem. – Masz zmianę w Białej Wiwernie, pocieszasz przyjaciółkę po rozstaniu czy właśnie kończysz jeść kolację z jakimś gaszkiem? – podsuwam, dogaszając papierosa o ścianę sąsiedniego budynku i po bożemu wyrzucając niedopałek do kosza. Kto by się przejmował; złodziej z duszą na ramieniu, im mniej dowodów, tym lepiej. A ja przecież nie wychodzę dziś z domu, co potwierdzą trzy różne osoby: Sandy, to jasne, dalej Hank, który siedzi u nas i pije piwo (jego żona widziała, jak wychodzi i mówił, że do mnie), a także niedowidząca sąsiadka z dołu, która przychodzi zwrócić uwagę towarzystwu, że jest za głośno, nawet jeśli telewizor gra na tylko na siódemkę. – Czekaj, czekaj, nie tak szybko – zatrzymuję ją jeszcze przed kutym przejściem na Pokątną, zanim karawana pojedzie dalej. – Po pierwsze: pamiętasz zasady? Niczego nie dotykasz. Biorę tylko jeden pierścionek i spadamy. Po drugie… – wyciągam różdżkę zza pazuchy ciemnej kurtki, tak zużytej, że trudno właściwie orzec, jakiego jest koloru. – Chamaeleontis – mamroczę raz, a potem drugi, kiedy pierwsze zaklęcie ledwie omiotło Helenę delikatną poświatą. – No, no, teraz lepiej – cmokam, obchodząc ją uważnie, żeby upewnić się, czy aby na pewno pochłonęło ją całą. Teraz moja kolej, ale najpierw naciągam na łeb kominiarkę. Rachu-ciachu, Daniel był, Daniel się zmył. – To będzie dziewiąty blok po lewej. Daj mi dziesięć sekund, żebyśmy na siebie nie wpadli. Zatrzymujemy się na pięć sekund przy Esach i Floresach i później przy Andromedzie. Jeśli ktoś będzie się tam kręcić - punkt kontrolny przy następnym numerze. Wchodzimy od zaplecza, w suterenie jest kanciapa dla pracowników. Powinnaś zmieścić się przez okno, a później otworzysz mi drzwi od zewnątrz – instruuję dziewczynę. – Mamy cztery godziny do wschodu słońca – dodaję, jakbym informował ją o pogodzie, kiedy przemykamy opustoszałymi ulicami. Póki co - obiecująco. Docieramy na Pokątną i po krótkim sygnale - idę pierwszy, nie biegnąc, ale też nie marudząc. Cisza jak makiem zasiał, wszyscy posnęli, a mugolacy szykują się na rano do kościółka. Coś za… łatwo?



część mechaniczna:

rzuty na zaklęcia: raz,  dwa
rzut na rozpoznanie zabezpieczeń = 112
aktualna akcja: rzut na skradanie, co następuje (+30 do rzutu):
1 - MG
2-40 - ni stąd, ni zowąd zaczyna wyć alarm w sklepie z miotłami Broomstix. Na Pokątnej materializuje się dwóch postawnych ochroniarzy.
41-60 - gdzieś niedaleko zaczynają wyć bezpańskie psy. W mieszkaniach nad sklepami zapaliło się kilka świateł.
61-99 - nic się nie dzieje, spokojne przejście
100 - MG

1/3 tury zaklęcie Kameleona
1x k100 (skradanie):
65
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Helena Lockhart
Czarodzieje
Z drugiej strony mych snów wszystko lepszy ma smak
Bo w powietrzu jest luz i muzyka wciąż gra
Wiek
18
Zawód
fałszerka i złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
panna
Uroki
Czarna Magia
3
0
OPCM
Transmutacja
4
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
15
15
Brak karty postaci
14-04-2026, 19:39
Mówią, że to okazja czyni złodzieja. I chyba mają rację, bo oto okazja nadarzyła się naprawdę szczególna; taka, obok której Helena nie mogła przejść obojętnie. Tak lubiła sobie mówić, łapiąc każdą nadarzającą się okazję.
Byli jednak na tym świecie ludzie, na których łypała swymi oczami nieco przychylniej, niż robiła to w stosunku do reszty. Jednym z nich był — z powodów dla Lockhart zupełnie niezrozumiałych, ale i po prostu niezastanawiających — Daniel Dodge, od czasu do czasu powtarzający tylko, żeby nie gryzła ręki, która karmi. Jak jednak to uczynić, gdy gryzienie, drapanie, szarpanie i kopanie było jedynym, czego nauczono ją w życiu? Ktoś mądrzejszy od niej powie kiedyś albo już powiedział, że przemoc wcale nie oznacza braku wdzięczności. Ale było czasu na filozoficzne dywagacje, tudzież inne dyrdymały, gdy Daniel odnalazł ją jakimś sposobem znowu i zaproponował wspólny skok na jubilera. Może gdyby była starsza albo chociaż miała więcej oleju w głowie, udałoby się jej wreszcie dostrzec, że to pomysł tak samo ryzykowny, co głupi, a może jeszcze bardziej ryzykowny. Złodzieje jednakże, zwłaszcza ci młodociani, marzyli o wielkich skokach. Bank Gringotta chwilowo pozostawał poza granicą możliwości Heleny i jej podobnych, ale w towarzystwie Daniela okradzenie jubilera na Pokątnej (!) wydawało się być w zasięgu ręki. Miało być kolejnym, jakże symbolicznym, pokazaniem co dziewczyna sądziła o organach ścigania jako takich (a od dziecka obstawała po jednej stronie konfliktu przestępco—policyjnego), niezależnie czy magicznych, czy też nie. Wszelkie ewentualne wątpliwości (których akurat jej brakowało) miał rozwiać niechybny podział zysków, a raczej otrzymanie stosownej zapłaty za wniesiony w przedsięwzięcie trud. Bowiem nie mogła powstrzymać wymownego uniesienia brwi, kiedy usłyszała, że zniknąć miał tylko jeden pierścionek. Liczyła, że zrobią skok stulecia. Że może wystarczy tyle, aby kupić maszynę do pisania, za którą wodziła wzrokiem za każdym razem, gdy przechodziła obok sklepu papierniczego. Albo nawet tyle, że będzie miała pieniądze na c z y n s z i wynajem pokoju. Albo kawalerki. Nie musiała mieć nawet bieżącej wody. Ale wystarczyło, żeby sufit nie przeciekał. Liczyła też, że o ich skoku napisze jakaś gazeta. Może Prorok albo Czarownica. Oni chyba mocniej będą teoretyzować o powodach kradzieży jednego tylko pierścionka od samej Heleny. Bo ostatecznie co jej do tego. Najważniejsze, że będzie coś z tego miała.
Crinus Muto rzucone naprzeciwko jednej z zakurzonych witryn sklepowych pozwoliło na zmianę koloru włosów Heleny z blondu na kruczoczarny. Drobna zmiana, a mogła idealnie utrudnić przyszłe rozpoznanie, kupić trochę czasu, gdyby zrobiło się gorąco. Miała wtedy i tak jedną politykę, której Dodge był świadom. Ucieka i broni swojego tyłka najpierw, dopiero później cudzych interesów.
Ale póki co znalazła się na Gracechurch Street, paląc znalezionego gdzieś na uboczu peta. Jego resztki, dokładniej.
— Ludziom się w dupach poprzewracało, pół szluga wyrzucają — skomentowała, tym razem z grzeczności odwracając głowę, aby wypuścić dym z płuc nie w twarz swego rozmówcy, ale na bok. Zgasiła już naprawdę nienadawające się do niczego więcej tytoniowe nic o jedną z cegieł wilgotnego, kamiennego murku przy której stali. — Dziś szoruję kufle u Krwawego Brata — uśmiechnęła się krzywo, odpowiadając na pytanie Daniela. Nie dodała, że kryć ją miał Tommy, ten bez przednich zębów, który ostatnio zerkał na nią jakoś intensywniej i dziwnie szybko zgodził się na taki mały wybryczek. Bo przecież nic więcej. Klientela Krwawego Brata często była zbyt pijana, aby rozpoznać kogokolwiek z piorunującą dokładnością, wystarczyło, że znali jej twarz i mogliby wszystko potwierdzić, gdyby przyszedł odpowiedni czas. Jeżeli chodzi o czas, Helena ruszyła się nawet z miejsca, najpierw wrzucając swoją wymówkę za papierosa do tego samego kosza na śmieci, co Daniel, a poźniej po to, by przekroczyć Pokątną. Ale Daniel zatrzymuje ją, ona z kolei (jak nie ona!) słucha się go. Ba, nawet patrzy mu prosto w twarz, z głową zadartą do góry i pierwszy raz, chyba od zawsze, w jej jasnych oczach nie błyszczy pogarda do wszystkiego i wszystkich, bo na jej miejsce wyszła uwaga. Szczera uwaga, bo rzadko przyjmowała czyjeś rozkazy. Ale dzisiejsza gra była tego warta. Kiwnęła więc głową, przyjmując na siebie zaklęcie, pozwalając sobie tylko na lekko kpiący uśmiech, gdy musiał rzucić je na nią dwa razy, aby zadziałało. Na podśmiechujki z magicznych zdolności Daniela przyjdzie jeszcze raz.
— Się wie — potwierdziła, choć przez moment zastanawiała się nawet, czy nie dodać do tego jeszcze szefie. Ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu. Daniel nie był jej szefem, koniec i kropka. Nawet fakt, że przez chwilę chciała być dla niego miła i tylko dlatego użyć tego właśnie słowa, nie mógł tego zmienić. Zresztą, niedługo później nie ma już czasu, bo ruszają.
Przynajmniej mają ruszyć. Ruszyła Helena, odczekując obiecane dziesięć sekund, pięć przy Esach i Floresach, pieć przy Andromedzie. Póki co nikogo nie było w okolicy, było wręcz zbyt cicho. To wbrew pozorom wcale nie wróżyło dobrze. Dobry włam bowiem potrzebował przynajmniej minimalnego dźwięku. Najlepiej regularnego, aby mógł zagłuszyć ewentualne wypadki w trakcie akcji.
Chyba myślała o tych rzeczach w tragicznie złą godzinę.
Lockhart znalazła się już przy wschodniej stronie ich celu, Daniel musiał być analogicznie blisko, gdy z Broomstixu zaczął wyć alarm. Kurwa. Robota miała być przecież nie do rozjebania, jak dom kombatanta. Przyspieszyła kroku, licząc, że hałas stanie się ich największym sprzymierzeńcem. I tak właśnie miało być. Kucnęła przy okienku do sutereny. Widziała podobne wiele razy. I mogła obrobić je przy pomocy mugolskich sztuczek, nawet taki był początkowo plan, ale teraz, gdy zaczęło robić się naprawdę gorąco, bo z głównej ulicy słyszała już dwa podniesione, niskie głosy, zdecydowała się wybrać opcję mniej ryzykowną.
— Vitrum — sapnęła, a niewielka mgiełka zaklęcia zmaterializowała się nagle przy szybie, nie robiąc praktycznie nic, poza delikatnym naruszeniem struktury szyby. Zaklęcie należało ponowić. — Vitrum — i zadziałało. Szkło zmieniło się w coś na kształt wody, a Helena bez dalszego wahania wskoczyła przez nie (z zamkniętymi oczami i ustami, na wstrzymanym oddechu) do środka.

| Jak wygląda sytuacja? (k100) (+30 ze ścieżki przestępczości Heleny, na ten moment)

1, 100 - Interwencja MG,
2-40 : Na podwórko za salonem jubilerskim wbiega dwóch odzianych w czerń mężczyzn. Są oni doskonale widoczni z punktu widzenia Daniela, jeden z nich zdejmuje kominiarkę z głowy, drugi natychmiast zdziela go za to ręką "Co ty odpierdalasz? Zakładaj to ale już", syczy ledwo słyszelnie, a jego towarzysz ponownie zakłada kominiarkę. "Chwilę tu posiedzimy i spadamy".
41-60: Nagłe rozdzwonienie się alarmu pobudziło ludzi na Pokątnej. Kilka okien od frontu sklepów otworzyło się, słychać krzyk starszego mężczyzny: "A to łobuzy nie dają spać! Cicho ma być, bo wezwę magipolicję!". Jeden z osiłków podnosi rękę w przepraszającym geście "Nie trzeba, sami dorwiemy złodziejów. Idź spać, dziadek".
61-99: Ciężko zignorować taką nagłą pobudkę, ale podobno licho nie śpi. Nie spała również pani Dolores, albo udawała, że nie śpi. Żądna sensacji i uwagi skupionej tylko na niej wychyliła się przez okno i palcem wskazała w kierunku Alei Horyzontalnej. "Widziałam, jak tam uciekali! Gonić złodziei!". Tyle starczyło ochroniarzom, aby po wyłączeniu alarmu ruszyć biegiem, za (możliwe) fałszywym tropem, przez co oddalili się od jubilera.
1x k100 (sytuacja):
61
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
Wczoraj, 09:59
Umysł znakomitego mistrza wymaga, by ten się nim posługiwał; usta śpiewaka mają śpiewać, stopy baletnicy dźwigać zmyślne arabeski, a ręce złodzieja - sięgać po to, co nie jego i czynić z tego sztukę. Bynajmniej nie szukam usprawiedliwienia, prędzej rzekłbym, że potrzebne mi natchnienie. Gdybym okręcał się nerwowo dookoła własnej osi, zezował, polując na wymówki, dorwanie tej trwałoby sekundę, a sędzia w trymiga  odgwizdałby koniec meczu. Należy mi się i tyle: za bóle żołądka i nudności, za żywienie się papą bez smaku (tylko z kaloriami), za to, co czuję, gdy słyszę cmok gumowej rękawiczki zamykającej się na owłosionym przegubie i wreszcie, co już ostatnie na liście (choć między fobią plask, plask a tym, co nadejdzie, wymieniać mogę do przyszłego tygodnia), za Caleba D., spłodzonego przeze mnie, ukrytego przede mną i nagle: bezprawnie robiącego przemeblowanie w ułożonym już i spokojniutkim życiu z różowoustą dzierlatką o rumianych policzkach i spojrzeniu rozkochanego szczeniaka. Gdyby nie on - myślę prawie z czułością, z nikłym promyczkiem nadziei, który topi się w kałużach, kiedy akurat zachód ominie zachmurzone niebo - gdyby nie on, spalibyśmy jak zawsze po swoich stronach łóżka. Sandy od ściany, wciska się teraz pewnie w ciasną szczelinę i mości sobie norkę, moja część jest pusta i zimna, bo słowo się rzekło, a rzeczowego dowodu intencji, tylko dobrych, nie przewidziano w tym… tamtym sezonie.
Helenka, młodsza jeszcze od mojej narzeczonej, nie tak urocza, lecz dużo bardziej bezczelna, będzie mi dziś przedłużeniem tych rąk. Sikoreczka, którą od czasu do czasu dokarmiam resztkami, trochę z litości, trochę z sympatii, która łechta moje członki gdy dołeczki wskakują na jej wychudzoną twarz, kiedy uśmiecha się, z natury złośliwie, otóż ta sikoreczka nietypowo staje się potrzebna. Ojcowska więź rodzi się tutaj, paradne, że w czasie bliskim połogu Geraldine, wypychającej z siebie dorosłego człekoształtnego (dzwonić po telewizję!), a jednak tak skrzętnie opatula drobne ramionka o wypukłych kościach, a pierworodnego - cóż, nie mógłbym mieć głębiej w…
Podobieństwo, którego się nie wyprzemy - po co - jest jej sprzymierzeńcem. Dziecinka zafiksowana na ulicznych psotach i figlach (przetrwaniu) raczej się nie orientuje, że być może mogę dać jej więcej niż zdoła unieść, lecz ponownie, bardzo dobrze, bo przynajmniej polega na sobie. Samodzielności nie wysysa się z mlekiem matki; pokraki, które nigdy nie oderwały się od spódnicy krążą między nami jak sępy, udając, że są normalni, a potem pożywiają się na tych, co lekko tylko zasłabli - zdani tylko na pierwszą osobę.
— Mamy niskie bezrobocie — zauważam, obserwując jak czarnowłosy chochlik delektuje się czyimiś resztkami. Wiem, jak one smakują: trochę zawilgłym popiołem (ile leżały na bruku?), trochę stopami, trochę nieznajomą śliną, trochę wirusem opryszczki. Sam też się takimi częstuje, nadal, kiedy brakuje na paczkę fajek. Nie będę przecież zmuszać Sandy do jedzenia kapuśniaka przez tydzień.
— Dzielna dziewczynka — chwalę, zadbała o przykrywkę tam, gdzie psy długo węszyć nie będą, a klientela poświadczy, że tak, tak, tylko żeby zrobić im na przekór. Utrudnianie śledztwa jak nic, jest na to paragraf, ale nie podlega (?) pod zbiorówkę. — Nie chcą cię tam na stałe? — interesuję się z kocią mordą; portfele, zegarki i kolczyki to raczej kieszonkowe, biżu-biżu coraz trudniej spieniężyć, a w lombardach zaczynają zadawać pytania, te niewygodne. Niewygodnie jest też w kominiarce: dwa otwory na oczy i ograniczony dopływ powietrza, rabowanie jubilerów to nie robota dla astmatyków, mówię wam. Z moimi płucami jednak wszystko gra i buczy, a poplotkujemy kiedy indziej. Przed bezpańską Helen otworem stoi miła wizja ciepłego prysznica, zatem? Niewidzialny czuję się prawie bezkarny jak podstarzały dziwak, który codziennie czyta gazetę przed podstawówką, raz po raz spoglądając na dorastające uczennice. Jestem jednak sprytniejszy, po wyślizganych kocich łbach poruszam się pewnie i cicho. Krok za krokiem, odgłosy miękkich podeszw jako-taki tłumią powiewy wiatru, szeleszczące pustą paczką octowych chipsów, która utknęła między gałęziami drzewa w rozsadniku po drugiej stronie chodnika. Cisza, spokój, nagle: syrena. Przeciągły pisk rani uszy, błyski rozświetlają witrynę po mojej lewej, a zanim zdążę mrugnąć, na ulicy z donośnym trzaskiem materializuje się dwóch dryblasów z różdżkami w gotowości. Nie wyglądają jakby potrafili ich używać, lecz zamieram i tak, wciągając brzuch i przytulając się do ceglanego węgła. Papużki-nierozłączki rozdzielają się: jeden bada witrynę Broomstixu, drugi świeci dookoła cierpkim, żółtym światłem w poszukiwaniu - phi, nie śladów, tylko kogoś, komu można by najebać. Niespodziewanie trzecie okno od dołu z budynku naprzeciwko miotlarskiego otwiera się zamaszyście aż trzaska framuga i wychyla się stamtąd jakaś baba z wałkami na włosach, drąc japę wniebogłosy, lamentując, jakby była opłaconą płaczką na pogrzebie. Albo rabowali sklep jej syna - choć właściciele Broomstixu moim skromnym zdaniem nie gnieździliby się w mieszkanku na Pokątnej. Stare pudło ratuje nam jednak skórę (no, oczyszcza miejsce zbrodni); kpiąco wykonuję ruch imitujący uchylenie kapelusza i w paru susach docieram na zamknięte z jednej strony podwórka. Gdyby tu nas przyskrzynili: kaplica, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże, a ja mam na piersi swój złoty krzyżyk, podobno poświęcony przez papieża. Paul mógł się tym nie chwalić…
— Dobra, teraz otwórz mi drzwi. Tam po prawej, po schodkach — instruuję Helenę, która zanurkowała w płynnej, okiennej tafli. Zdolna mała - ja nie zmieszczę się w tym prowizorycznym basenie, a skoro mam już w środku kreta, to rozbrajanie zamka jest zbędne. Tak zwana oszczędność.
Do środka wchodzę więc jak panisko, przed którym świat stoi otworem, a nazwisko zawsze znajduje się na liście gości. Chwilę zajmuje mi, zanim wzrok przyzwyczai się do ciemności - suterena wygląda jak z katalogu wynajmowanych piwnic, lecz nie łudzę się nic a nic.
— To lustro — ostrzegam, wskazując palcem na niewinnie wyglądające zwierciadło. — Trzeba na nie uważać. Zaa-raz — mruczę do siebie i sięgam po różdżkę. Fumos, szepczę, a wiotki dym wydobywa się z jej końca, spowijając nas szarą parą. Trik nie działa jednak, jak sobie życzę - coś kłębi się w tafli, a w końcu wyłazi stamtąd mój własny klon, obleczony dziwaczną poświatą. Zamieram na moment - przecież mnie nie widzi. Ominąć go, ale co potem, jak przydybie nas z powrotem? — Finite — ryzykuję, wiązka zaklęcia z różdżki zdradza moje położenie, a ja sam zwracam się przeciwko sobie z wściekłym rykiem - do którego nie wiedziałem, że jestem zdolny.
1x k100 (Finite):
17
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 17-04-2026, 00:21 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.