• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Klub "Southbank Underworld”
Klub "Southbank Underworld”
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 14:34

Klub "Southbank Underworld”
Umiejscowiony w podziemiach klub „Southbank Underworld” przyciąga spragnionych muzycznych emocji i niecodziennych doznań. Nieduża, niska piwnica z surowymi, ceglastymi ścianami, staje się azylem dla fanów jazzu, bluesa i wczesnego rock’n’rolla. Na scenie królują spontaniczne improwizacje, a dźwięk saksofonów i elektrycznych gitar przenika każdy zakamarek klubu. Gęsty od dymu tytoniowego i zapachu whisky tłum wiruje między stołami, tworząc ekscytującą atmosferę. „Southbank Underworld” tworzy przestrzeń dla spotkań artystów, outsiderów i młodych buntowników. To tam pod osłoną nocy rodzą się nowe trendy, a muzyka staje się językiem wolności. W jego mrocznych korytarzach szepcze się o tajemniczych gościach i nieznanych talentach, które szybko zyskują sławę poza ścianami klubu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
05-11-2025, 20:54
Żyły w czasach, w których kobieta znaczyła tyle, ile pozwalał jej znaczyć mąż. A przynajmniej tak wciąż bywało w rodzinach, gdzie tradycja stanowiła najwyższą wartość - nawet ta krzywdząca, nawet ta brzmiąca jak relikt minionych pokoleń. Nic więc dziwnego, że choć świat szedł naprzód, to rody o błękitnej krwi wciąż trwały w sztywnych ramach, a wraz z nimi zamykały w nich swoje kobiety. Bo często nie miały one prawa wyboru. Bo nie chodziło o miłość, lecz o dobrze zawarty kontrakt między rodzinami - umowę, która z jednej strony gwarantowała kobiecie pozycję żony i matki, a z drugiej odbierała jej wolność. Widziała rację w słowach kobiety - mężczyźni faktycznie lubowali się w tym, by zamykać swoje żony w domach, traktować je jak własność, nadawać im role według własnego upodobania. Na szczęście jej samej nigdy nie przyszło tego doświadczyć. Choć w młodości bywały momenty, gdy próbowała być przykładną córką i chciała zadowolić ojca, szybko nauczyła się kierować własnym głosem. Wyrwała się spod rodzinnego dachu, stała się niezależna, a w końcu trafiła do domu męża, który potrafił zrozumieć i docenić, jaką była kobietą i czego naprawdę potrzebowała od życia.
Kobiety z rodu Macnairów miały być silne. Miały podejmować własne decyzje, być niezależne, a nierzadko równe mężczyznom. Właśnie w taki sposób widziała Irinę. A jednak - prawda była taka, że nawet one polegały na mężczyznach. Sama zawsze dzieliła się zdaniem z Drew i podejrzewała, że Irina również - czy to teraz z nim, czy wcześniej ze swoim mężem. Choć może wcale tak nie było? Może właśnie ta część Iriny, ta związana z nazwiskiem Macnair, zanikała wcześniej - pod ciężarem małżeńskich obowiązków i niewidzialnych kajdan? Nie miała pojęcia. I nawet nie próbowała zgadywać. - Nie sposób się nie zgodzić, Irino - odparła po chwili, pomijając wzmiankę o własnej sile. Nigdy nie potrafiła mówić o sobie w ten sposób. W jej świecie zawsze istniało to nieprzyjemne „za mało” - za mało odwagi, za mało doskonałości, za mało… wszystkiego. A jednak słowa Iriny miały dla niej znaczenie. Może dlatego, że jej aprobata była czymś, na czym naprawdę jej zależało. Mężczyzn z tej rodziny potrafiła do siebie przekonać, ale Irina była inna - czujna, wymagająca, przenikliwa. Potrzebowała czegoś więcej, by zaufać. I ona to rozumiała.
Uśmiechnęła się delikatnie, gdy kobieta słowami wyprzedziła jej myśli i dalsze pytania. Podejrzewała, że Irina była wybredną czarownicą - niełatwą do zadowolenia, wymagającą, a przy tym doskonale świadomą własnej wartości. Więc logiczne było, że jeśli faktycznie znalazł się ktoś, kto potrafił sprostać jej oczekiwaniom, nie miałaby ani skrupułów, ani wątpliwości, by sięgnąć po taką relację. Skinęła głową - nie mając już nic więcej do dodania. Irina odpowiedziała na wszystko sama. - Nie wiem, czy jestem jedną z nich - zaczęła po chwili, z lekkim zamyśleniem, jakby chciała naprawdę rozważyć sens wypowiedzianych słów. - Nawet jeśli jestem, każda gra ma swoje konsekwencje. Znam swojego męża na tyle dobrze, by wiedzieć, że droczenie się z nim w takich sprawach bywa zgubne. Jest impulsywny. Gdyby choć przez sekundę poczuł, że ma powód do zazdrości, zjawiłby się tu następnego dnia, by karmić swoją paranoję. Karmić swoją zazdrość. - kącik jej ust drgnął w ledwie zauważalnym uśmiechu. Upiła łyk trunku, czując na języku jego ciepło i gorycz. Irina prawdopodobnie równie dobrze znała swojego bratanka - wiedziała, jaką siłą potrafił być jego gniew i jak bardzo nienawidził dzielić się tym, co uznał za swoje. - A ty? - spytała po chwili ciszy, unosząc na nią wzrok. - Byłaś taką kobietą? Nęciłaś? Prowokowałaś?
Wiedziała, że w jej słowach kryła się prawda. Czuła to całą sobą i rozumiała, bo już wcześniej - w gabinecie, gdy próbowała przekształcić kompromis w swoją wizję rzeczywistości - podjęła decyzję. To, że wyprawa miała być wspólna, nie odbierało jej niczego. Nie odbierało też niczego im. - Może po prostu zbyt wiele zmieniło się w tak krótkim czasie - odezwała się po chwili, spokojnie, jakby wypowiadała myśli, które dojrzewały w niej od dawna. - Może dlatego trudno mi odpuścić każdy aspekt. Chciałabym zachować coś tylko dla siebie, a jednak wiem, że nie mogę. On jest zbyt doświadczony, zbyt świadomy tego, czym jest życie na szlaku. Pogodziłam się już z tym. - zawiesiła na moment wzrok na ciemnym winie w kieliszku kobiety, jakby tam właśnie szukała potwierdzenia swoich słów. - Zaczniemy w Irlandii, więc to nie będzie daleka wyprawa. Ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pewnie niedługo wyruszymy dalej. - nie oznaczało to, że całkowicie znikną z Anglii. Były rzeczy, które trzymały ich właśnie tutaj, a ona sama nie wytrzymałaby zbyt długo z dala od dziecka.
Cieszyła się tą chwilą. Cieszyła się rozmową - taką, której naprawdę jej brakowało. - Jestem wdzięczna, Irino. Za ten wieczór. - uśmiechnęła się lekko, zanim zamówiły kolejną kolejkę.

z.t x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
30-12-2025, 15:03
|08.04.1962, przychodzimy ze Złotej Łani


Uśmiech rozciągnął usta kiedy zapewniła go, że zapamięta opis rytuału. Słyszał, że mężczyźni, którzy wyczekiwali, aż kobieta wróci z jego przeprowadzenia czuli jak narasta w nich nowa moc. Twierdzili, że to uczucie nie do opisania i należy je przeżyć samemu, aby zrozumieć jak to łączy kobietę i mężczyznę, ale też samą kobietę z morzem. Będąc młodszym traktował to jako bujdę, gadanie, które nie ma znaczenia. Z czasem zrozumiał jakie to może mieć znaczenie i zastanawiał się czy kiedyś doświadczy czegoś podobnego. Kobiety bywały bardzo zaborcze, podobnie jak mężczyźni, a jednak marynarze patrzyli na to wszystko zupełnie inaczej. Nie rozumiejąc zazdrości o morze czy też statek. Łajba bywała ich domem, jedynym miejscem, w którym czuli się bezpiecznie poza tym domem na lądzie. Powinna stanowić osłonę, nie zaś podmiot zazdrości. Morze zaś mogło ich pochłonąć w każdej chwili, nawet magia nie miała takiej mocy, aby panować nad falami.
Ujął w mocnym uchwycie dłoń Riven, a potem przyciągnął bliżej do siebie kiedy pochwycił kolejny świstoklik. Marynarz patrzył z ukrycia jak kapitan znika i odetchnął z ulgą. Kenneth miał zaś chwilę by dostrzec te subtelne zmiany na twarzy czarownicy - tę łagodność, niepewność i skrywane marzenia. Rozumiał je, sam biegnąc za nimi przez większość swojego życia, z determinacją i uporem godnym podziwu. Miał swoje cele, miał pragnienia i marzenia, o których nie mówiło się na głos, gdyż istniało ryzyko, że nigdy się nie spełnią. Przepadną jak tylko zostaną wypowiedziane głośniej niż szeptem. Cichy trzask oznajmił, że znów przenieśli się do innej części Anglii. Tym razem do Londynu.
Klub zaczynał żyć swoim życiem, dopiero co otwierając swoje drzwi dla gości. Najpierw uderzył ich zapach. Ciężki, gęsty, lepki od dymu tytoniowego i rozlanej gdzieś whisky, z metaliczną nutą wilgotnych cegieł. Powietrze było ciepłe, niemal duszne, jakby klub oddychał własnym rytmem, zsynchronizowanym z muzyką sączącą się spod drzwi. Klub przywitał ich półmrokiem i niskim sklepieniem, które sprawiało wrażenie, że dźwięki nie mają gdzie uciec odbijając się od surowych, ceglastych ścian wracały zwielokrotnione. Saksofon zawodził miękko, elektryczna gitara odpowiadała mu szorstkim brzmieniem, a perkusja trzymała wszystko w ryzach, pulsując głęboko i nieustępliwie. Rozmowy gości stapiały się z muzyką w jeden szmer, przerywany śmiechem i stukiem szklanek o drewno stołów. Kapitan poprowadził ich pewnie między stołami, omijając krzesła i stojących gości, aż zatrzymał się przy niewielkim, okrągłym stoliku ustawionym tuż przy ceglanej ścianie. Odsunął krzesło, pozwalając jej usiąść pierwszej, a sam zajął miejsce naprzeciwko, opierając dłoń o blat, jakby chciał zaznaczyć swoją obecność w tym gęstym od bodźców wnętrzu. Nie zdążyli jeszcze dobrze rozejrzeć się po sali, gdy obok nich niemal bezszelestnie pojawiła się obsługa. Kelnerka, z notatnikiem w dłoni i lekkim uśmiechem, pochyliła się w ich stronę, przekrzykując muzykę tylko na tyle, ile było trzeba. W jej głosie słychać było rutynę, ale i pewną swobodę właściwą temu miejscu. Zamówił whisky i poczekał, aż zamówienie złoży również Riven. -Tańców mi nie odpuścisz, także oto jesteśmy. - Wskazał na napełniającą się salę ludźmi, muzyka, która jeszcze była typową do picia i rozmów, zaczynała nabierać tempa dając znać, że zaraz parkiet będzie mógł gościć pierwszych tancerzy. Kenneth zdjął kurtkę, którą przewiesił przez oparcie krzesła, tym samym zaznaczając, że to miejsce jest już zajęte. Była to kwestia paru chwil, jak przybędą kolejni spragnieni klimatu tego miejsca i zaczną szukać wolnych stolików oraz krzeseł. Kelnerka szybko wróciła z ich zamówieniem.
-Za dzisiejsze przygody, panno Thorne. - Uniósł swój trunek w geście małego toastu i pociągnął solidny łyk. Ciepło alkoholu rozlało się po ścianie gardła i rozgrzało przyjemnie język. Skupił cała swoją uwagę na Riven. Najpierw śledził linię jej profilu, zupełnie niewinnie, zatrzymując wzrok na włosach; rozpuszczonych, miękko opadających na ramiona, łapiących światło w sposób, który sprawiał, że wyglądały cieplej, bardziej intymnie niż w ciągu dnia. Patrzył na nie chwilę za długo, rejestrując drobne pasma, które poruszały się, gdy pochylała się bliżej stołu albo odwracała głowę w stronę sceny. Potem jego uwaga, niemal niezauważalnie, przesunęła się niżej. Na szyję, odsłoniętą, delikatną, z wyraźnym wgłębieniem tuż pod uchem. Zatrzymał tam spojrzenie na ułamek sekundy dłużej, niż wypadało, jakby zapamiętywał ten fragment skóry, jej naturalny odcień, subtelny ruch pulsującej żyły. Nie było w tym nachalności, raczej skupienie, cicha fascynacja, którą próbował utrzymać w ryzach. Ślady po namiętnym spotkaniu, o którym mu mówiła nadal były widoczne i wtedy przyszło zrozumienie. Wrócił myślami do spotkania z Keithem, który opowiadał mu podobną historię. Zmarszczył brwi w zamyśleniu powoli łącząc fakty, a czy może to była jego własna wyobraźnia. Czy wkraczał na teren kumpla? Riven zdawała się mówić, że było to niespodziewane, pod wpływem dziwnych substancji, które zostały im dosypane. Głośniejszy akord muzyki wyrwał go z zamyślenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
30-12-2025, 16:04
Chwilę zajęło mi zorientowanie się gdzie jestem. Udało mi się w końcu rozeznać, rozpoznając uliczki Londynu. Trochę się spięłam, ponieważ moje ostatnie pobyty tutaj nie kończyły się dobrze. Najpierw afera w drogim lokalu, potem ta przygoda z Keithem. Nie wiedziałam cóż wydarzy się w Londynie i tym razem, miałam nadzieję, że coś mniej szalonego. Chociaż, czy u boku takiego szaleńca jak pan Fernsby, mogłam liczyć na coś spokojnego? Uśmiechnęłam się pod nosem, krocząc tuż obok i dając się prowadzić w kolejne, przewidziane dla nas na dzisiaj, miejsce. Trafiliśmy do klubu, w którym nigdy nie byłam. Pobrzmiewała tu muzyka prosto z saksofonu czy gitar. Muzyka była głośna, wiele stolików zostało zajętych, na parkiecie kilka par tańczyło do granej melodii. Błysk w oku, tańce, które mi obiecał. Zresztą, mówiłam, że mu nie odpuszczę. Jeśli by mnie tu nie zabrał, sama porwałabym go w obroty, do tylko sobie znanej muzyki. Ta nie była przypadkowa, saksofon nie był zwykłym instrumentem. Wygrywał nuty drażniące odpowiednie struny, był zmysłowy, pobudzał myśli. Nie tylko moje.
Usiedliśmy przy stoliku, uważnie rozglądałam się po klubie doceniając wystrój, przyglądałam się obecnym ludziom. Byli oni młodzi, część z nich ekstrawagancko ubranych, ale ja w swojej sukience w pepitkę nie odznaczałam się zbytnio. Bardziej, trochę wyrwana z kontekstu, u boku marynarskiego stroju kapitana. Na nim również zawiesiłam swoje spojrzenie, nim jednak zdążyłam cokolwiek powiedzieć, pojawiła się obsługa. Kenneth zamówił rum, w mojej krwi również dzisiaj płynął już ten alkohol, więc nie bacząc na to, że mocny, że z każdym łykiem wypalał mi gardło, również o niego poprosiłam.
Czułam na sobie jego spojrzenie, jak przygląda mi się uważnie.
- Za dzisiejszej przygody - wzniosłam z nim toast.
Przyglądał mi się, jak przełykałam alkohol, jak pod wpływem jego moce moje policzki się rumienią. Przyglądał mi się uważniej, myślał, że nie dostrzegę jak ponownie zawiesza swój wzrok na mojej szyi? O ułamek sekundy za długo? Nie mogłam tego dłużej ignorować, mogłam wykorzystać. Uśmiech zabłądził do mojej twarzy, dłoń po blacie powędrowała w stronę jego palców. Niewinne procenty dodawały mi śmiałości, może to tego potrzebowałam, aby dzisiaj wygrać? Uniosłam się z krzesła, nie puszczając jego palców podeszłam bliżej i chwyciłam drugą dłoń.
- Nie przyszliśmy tu pić, ani tak naprawdę rozmawiać, a tańczyć - pociągnęłam go, aby ruszył za mną w stronę parkietu. - Trafiła ci się dobra tancerka.
Błysk w oku pojawił się na chwilę, gdy trzymając go delikatnie za palce, pociągnęłam w stronę parkietu. Nie musieliśmy tańczyć długo, ledwie chwilę, ale chciałam wykorzystać ten moment. Musiałam odbić piłeczkę, po tym co wydarzyło się przy sterze. Gdy znaleźliśmy się blisko siebie, otoczeni innymi ludźmi, a jednak jakby osobno, dłońmi zgarnęłam włosy z szyi. Odsłoniłam ją, przechylając głowę. Pokierowałam jego dłonią tak, by mógł palcami dotknąć mojej skóry. Tych zasinionych miejsc, po malinkach.
- Widzę jak patrzysz, jak nie możesz oderwać wzroku - powiedziałam pewnie, odważnie prowokując, a może wręcz z lekkim atakiem. - Moje wcześniejsze wyjaśnienie, nie zaspokoiło twojej ciekawości. Pozwolę ci zadać jedno pytanie, odpowiem na nie szczerze.
Poczułam dziwną ekscytację, ścisk w żołądku z lekkich nerwów. O co zapyta? Mała gierka, którą sama zainicjowałam. Nie bałam się starcia, konfrontacji. Pozwoliłam mu się przyjrzeć, mojej szyi, moim siniakom po gorącej nocy. Czekałam, nie pospieszałam. Przygryzłam dolną wargę, w napięciu, którego powoli nie mogłam znieść. To jego miałam kusić, a jednak to ja czułam ciepło rozchodzące się od podbrzusza.
Dzisiaj byłam pobudzana i kuszona od samego poranka. Drażnił się ze mną, przeciągał strunę. Kiedy już myślałam, że dotarliśmy do portu, port okazywał się jedynie złudzeniem. A teraz sama to robiłam, sama sprawdzałam na jak wiele mogę pozwolić. Ile on jeszcze wytrzyma. Wielu w tym momencie po prostu wessało by się w moją skórę. Zostawiło swój własny ślad, byle mocniejszy, byle silniejszy. Czy Kenneth się będzie w stanie powstrzymać? Stałam tu przed nim, jak ta łania, delikatnie kiwając się w rytmie grającego saksofonu. Odsłaniająca szyję, ofiara wystawiająca się na drapieżcę. Ale on wiedział, na pewno wiedział, że robię to specjalnie. A ja tylko czekałam na reakcję. Mogłam już teraz wygrać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
30-12-2025, 16:30
Dostrzegła jego spojrzenie, zdradził się swoim zamyśleniem, ale nie odezwał się słowem. Niska piwnica oddychała dymem, saksofon przeciągał frazy leniwie, a kontrabas trzymał wszystko w ryzach, jakby przypominał, że noc ma swoje zasady. Czuł to w klatce piersiowej, w ciężkim, spokojnym rytmie serca. Kiedy wyszli na parkiet, świat zwęził się do półmroku, zapachu whisky i ciepła ciał przesuwających się tuż obok. Widział, jak prowadzi grę, jak świadomie odsłania szyję, jak pamięć nocy zostawiła na skórze cienie. I właśnie dlatego nie pozwolił sobie na więcej. Wiedział, co robiła. Wiedział też, że dziś nie da się uwieść tym samym ruchem, tym samym wyzwaniem. Taniec niczego nie ułatwiał. Jego dłoń spoczęła pewnie na jej plecach, wystarczająco wysoko, by było to właściwe, wystarczająco nisko by zahaczyć o nieobyczajność. Drugą ręką prowadził ją delikatnie, pozwalając biodrom podążać za rytmem, ale nie wyprzedzać go. Kiedy obróciła się bliżej, poczuł jej ciepło, zapach perfum wymieszany z dymem i wtedy, na ułamek sekundy, musnął palcami jej szyję. Ledwie dotyk.
Przesunął opuszki po miejscach, które nosiły echo namiętności z innym mężczyzną. Ten gest był cichy, kontrolowany, niemal ceremonialny. W jego ruchach nie było pośpiechu. Była siła, która polegała na powstrzymaniu się. Walczył z impulsem, czuł go wyraźnie, w napięciu przedramion, w spowolnionym oddechu i pozwolił mu przejść, nie przekraczając granicy. Jej spojrzenie prowokowało, tak samo jak pytanie. Gdy saksofon podniósł frazę, Kenneth przyciągnął ją minimalnie bliżej, tylko na tyle, by zsynchronizować krok. Potem znów odsunął się o włos.
Wiedział, że mógłby zrobić więcej. Wiedział też, że nie musi. Parkiet stał się miejscem cichej walki, którą podjęła bardzo ostro i bez zawahania. Wykrzywił usta w uśmiechu. -Poczekam z nim, aż znikną całkowicie. - Już miał swoją odpowiedź. Wiedział z kim straciła poczucie czasu i pamiętał jak wyglądał jego kumpel po tej nocy. Mógł być sobie bawidamkiem, ale pewne zasady były w jego życiu. Mógł chcieć porwać tę kobietę w ramiona, a potem przyjąć pięść kumpla prosto w twarz. Gdyby był to mężczyzna, którego nie znał, nie wahałby się ani sekundy. W tym przypadku sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Pozwalał, by rytm prowadził biodra, ale to on decydował o tempie - raz przyspieszał krok, zmuszając ją, by dotrzymała mu kroku, innym razem zwalniał niemal do bezruchu, zostawiając ją w zawieszeniu, w tej najbardziej drażniącej pauzie pomiędzy dźwiękami. Saksofon przeciągał frazę, a on uśmiechał się kącikiem ust, świadomy, że jej ciało reaguje szybciej niż rozsądek. Nachylał się czasem bliżej, tak że mogła poczuć jego oddech przy uchu, ale nie szeptał niczego. Cisza działała mocniej. Gdy ich spojrzenia się spotykały, pozwalał sobie na krótkie, prowokujące uniesienie brwi, jakby rzucał jej wyzwanie: nadążysz? A kiedy odpowiadała ruchem bioder albo śmielszym krokiem, reagował spokojem, którym tylko podkręcał napięcie. Muśnięcie palców wracało. Znów na szyi, znów lekko, jakby przypadkiem. Przesuwał opuszki po skórze dokładnie tam, gdzie wiedział, że reaguje najmocniej, ale nigdy dość długo, by mogła się nasycić. Rozgrzewał ją fragmentami uwagi, skrawkami dotyku, pozostawiając resztę wyobraźni. Czuł w sobie narastające pragnienie, wyraźne i ciężkie, ale zamiast mu ulec, kanalizował je w precyzji ruchów, w napięciu ramion, w opanowaniu. Byli blisko, wystarczająco blisko, by czuć ciepło, zapach skóry, drobne drżenia, a jednak ani razu nie przekroczył granicy, która zamieniłaby napięcie w spełnienie. I właśnie to sprawiało, że każda kolejna nuta paliła mocniej, a parkiet pod stopami zdawał się mniejszy, ciaśniejszy, jakby cały klub sprzysiągł się, by ich nie wypuścić z tej chwili.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
31-12-2025, 01:11
Ledwie skończyłam Hogwart kiedy Kenneth zaczął pojawiać się w Cardiff. Przystojny, było na czym oko zawiesić. Z początku jedynie krótkie, przelotne spojrzenia. Im częściej u nas bywał, tym mi częściej zdarzało się spoglądać na niego dłużej. Wyczekiwałam jego powrotów, czasem znikał na kilka dni, czasem na wiele tygodni. Ulga, to czułam, gdy otwierały się drzwi do tawerny, a on pojawiał się w progu. Zaczęliśmy rozmawiać, podawałam mu od razu jego ulubiony alkohol. Droczył się ze mną od zawsze, przekręcał moje imię, zaczepiał, ciągnął za przysłowiowy warkocz. Nigdy nic więcej. Kiedy on wychodził z tawerny z kolejną panną, ja wodziłam za nim utęsknionym wzrokiem. Robiłam wszystko, by zwrócił na mnie uwagę, ale nigdy nie wyrywał mnie. Zawsze inną. W końcu odpuściłam, swoje uczucie ulokowałam w innym. Też niezbyt trafnie, przyjaciel nie był dobrym wyborem. Więc miałam wielu pomiędzy, niektórych nawet imion nie pamiętałam. Kenneth był dobrym znajomym, z którym mogłam się pośmiać. Do którego miałam zaufanie. Dlatego do niego wtedy przyszłam. I nagle zwrócił na mnie uwagę, chciał tylko mnie na całe dwadzieścia cztery godziny, pod pretekstem “spłaty długu”. Ledwie parę dni wcześniej i to wszystko wyglądałoby zgoła inaczej. Kilka lat temu poszłabym do jego łóżka bez wahania. Teraz, po tych wszystkich latach, kiedy ja patrzyłam na niego tęskno, a on obracał kolejne panny, jeśli myślał, że tak po prostu wskoczę mu do koi - grubo się mylił.
- Nie chcesz pytać, ale ja ci powiem - mruknęłam, uśmiechając się lekko. - To - przechyliłam ponownie głowę, odsłaniając kark, by znowu mógł przejechać po skórze dłonią - było błędem. Coś, co nie powinno się wydarzyć.
Ruszaliśmy się w jednym rytmie. Prowadził mnie, a ja mu na to pozwalałam. Dyktował tempo, raz zwalniał, innym razem przyspieszał. Trwała między nami cisza, drażniąca cisza. Nachylał się nade mną, czułam jego oddech na swojej skórze. Drżałam, nie mogąc opanować swojego ciała. Wiedziałam, że to widzi, czuje, a ja nie byłam w stanie tego powstrzymać. Gdy nasze spojrzenia się spotykały, a on rzucał mi wyzwanie, podejmowałam je z wysoko uniesioną brodą. Kiedy próbowałam go zmusić do reakcji, ostrzejszym ruchem bioder, on spowalniał. Nie pozwalał mi przejąć inicjatywy. Czekał, aż odpuszczę, a potem sam napierał. Muskał moją skórę swoimi dłońmi, wiedział gdzie mnie dotknąć, abym mruknęła, ale nigdy wystarczająco długo, abym nacieszyła się tą czułością. Pozostawiał po sobie pustkę i pragnienie czegoś więcej.
Przymknęłam oczy, pozwalałam mu robić ze mną co chciał. Oddawałam się pieszczotom, które były niemal tak bolesne, jak najgorsza kara. Bo rozpalał we mnie żądzę, pragnienie, a nie zaspokajał. Każdy urwany gest, każde delikatne muśnięcie skóry, każde podrażnienie płatka ucha i jego oddech na mojej szyi - bolało. Dłonią powędrowałam do jego głowy, chwyciłam go za włosy i zmusiłam, by się nade mną pochylił. Gdy znalazł się wystarczająco blisko, uchyliłam powieki. Spojrzałam mu głęboko w oczy. Piękne, niebieskie, jak głębia oceanu. Poczułam jego oddech na swoich ustach, moje ciało drżało. Ostatkami sił powstrzymywałam się, aby nie dotknąć jego warg swoimi wargami. Niemal czułam w ustach smak rumu, który przed chwilą wypił. Smakował inaczej niż mój. Czułam zapach morza, soli, drewna, popołudniowego słońca.
- Jeśli się poddam, to stracisz mną zainteresowanie - mruknęłam. - Myślisz, że liczyłabym te twoje panny, gdybyś był mi obojętny?
Nie chciałam do tego dopuścić. Nie chciałam być znowu tylko barmanką. Tyle lat czekałam na jego uwagę, musiałam zaciągnąć dług, by wpadł na to, że mogę być dobrą towarzyszką. Że jestem warta uwagi, mogę dotrzymać mu tempa, być równie odważna co sam kapitan statku. Czy ja chciałam pozwolić na to, by być znowu niezauważoną? Drapieżca, gdy już zdobędzie swoją zdobycz chwilę się nią bawi. A gdy skończy, nudzi się, odstawia zabawkę. Poluje na inną.
- Mogę być jedną z wielu kochanek - szepnęłam, nasze usta się niemal złączyły. - Mogę się dzielić z “Łanią”, morzem i oceanem. Ale utrata twojej atencji, po tym co dzisiaj mi pokazałeś? Jeśli miałbyś jutro udawać, że nic się nie stało, to odpuść. Wróćmy na statek, spłacę dług, zapomnimy o całej tej farsie. Jednak… - zawiesiłam się na chwilę, zaglądając mu głębiej w oczy. Jakbym chciała przejrzeć jego duszę. - Jednak jeśli miałoby być inaczej, to walcz - zacisnęłam mocniej palce na jego włosach. - Staraj się, a nagroda będzie słodka. Będzie wielka, jak ten skarb na dnie oceanu.
Delikatny uśmiech pojawił się na mojej twarzy, odsunęłam się, nie pozwalając by ta delikatna nić, która drżała z emocji, pękła. Nie pozwoliłam sobie na nic więcej. Teraz pozostało mi tylko czekać. Zamknięta w jego ramionach, spętana w sidłach.
Wygrałeś?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
31-12-2025, 11:07
Nie od razu zwrócił na nią uwagę. Młoda dziewczyna za barem, uśmiechnięta, pomocna, ładna. Z czasem zaczęła więcej mówić, podawać ulubiony trunek wraz z pytaniami o morskie wyprawy i ich przebieg. Lubił opowiadać i snuć historie, a była wdzięcznym słuchaczem. Z czasem zaczął się z nią droczyć, być coraz bardziej swobodnym oraz bezpośrednim. Stała się twarzą wpisaną w jego codzienność, rodziną jak to w porcie bywało, gdzie wszyscy trzymali się razem. Riven Thorne stanowiła tę patchworkową rodzinę, zszytą z ludzi którymi targało życie, którzy starali się należeć do świata magicznego, ale też tego przy morzu, gdzie ląd zamieniał się w wodę. Nie tak dawno zaczął patrzeć na nią inaczej. Przez to zaczepiał ją częściej, przekręcał imię i badał teren. Jednak nie wydawała się aż tak zainteresowana, raczej lekko obojętna, a Fernsby przez ostatnie lata nie szukał nikogo na dłużej. Żył jak żył, i choć lubił brać wszystko dla siebie, tak nie chciał nikogo okradać z jego życia. Bliższa relacja z kapitanem Złotej Łani tak mu się właśnie jawiła. Nie mógł obiecać spokojnego życia, obecności na dobre i na złe. Będąc na morzu mógł słać jedynie myśli oraz listy, ale kobieta na lądzie musiała być gotować do działania samodzielnie, musiała być silna i gotowa na samotność. -Już mówiłaś. - Mruknął -Błędy zwykle wynikają z podejmowania pewnych decyzji. - Rytm muzyki dyktował dalszą rozmowę. Tą bez słów, a wyrażoną jedynie gestami.
Southbank Underworld pulsował wokół nich, ale dla niego istniała tylko ona. Jej rytm, jej reakcje, to, jak ciało zdradzało emocje szybciej niż twarz. Prowadził ją świadomie, z precyzją, która wynikała z uważnej obserwacji. Czuł, kiedy napięcie w niej narasta, kiedy próbuje przejąć prowadzenie, przyspieszyć, wymusić reakcję. I właśnie wtedy zwalniał. Czuł satysfakcję, widząc, jak to ją drażni, jak drżenie przechodzi jej przez ramiona, gdy nie dostaje tego, czego się spodziewa. Nachylał się blisko, wystarczająco, by poczuła jego oddech na szyi, by wiedziała, że mógłby zrobić więcej, ale nie robił. Milczenie było narzędziem. Cisza między nimi ciążyła, gęstniała, aż stawała się niemal dotykiem. Kiedy ich spojrzenia się spotykały, nie było w nim pośpiechu ani uległości. Było wyzwanie, które mogła podjąć i to zrobiła. Z pełną zaborczością oraz siłą jakiej się nie spodziewał. Silny nacisk palców sprawił, że patrzył w te roziskrzone oczy, czuł słodki oddech zmieszany z posmakiem rumu. Uniósł nieznacznie jedną brew na tak jasne postawienie tezy. Nie mógł się jej dziwić, wszystko co robił, jakie kroki podejmował sprawiały, że tak mógł być odebrany. Każda z tych rzeczonych panien wiedziała, że jest jedynie chwilową zachcianką, spełnieniem nim wyruszy znów na morze. Czasami sądziły, że mogą liczyć na coś więcej, a on brutalnie sprowadzał je na ziemię. Nigdy nie zwodził, nie składał obietnic.
Dotykał jej świadomie, dokładnie tam, gdzie wiedział, że reaguje najmocniej. Muśnięcie szyi. Krótki kontakt palców z rozgrzaną skórą. Lekki nacisk dłoni na plecach, który obiecywał więcej, niż faktycznie dawał. Zabierał rękę zawsze za wcześnie. Zostawiał po sobie pustkę, którą czuł niemal fizycznie i wiedział, że ona czuje ją jeszcze silniej. Walczył ze sobą przez cały taniec, a teraz muzyka zwolniła rozlewając się wręcz upojną nutą po salach klubu. Ujął twarz czarownicy w obydwie dłonie, pogładził kciukiem dolną wargę. -Już dawno dług spłaciłaś. - Powiedział uśmiechając się leniwie.-Czy masz świadomość o co prosisz, River? - Uniósł jej brodę wyżej muskając ustami miejsce, które przed chwilą zaznaczył dotykiem. -Wrócimy do tego, kiedy te ślady znikną. - Spojrzenie znów przesunęło się na kobiecą szyję. -Podobnie jak morze, ja też bywam zaborczy. - Muzyka otuliła ich obydwoje swoim spokojem, cały świat wokół nie był teraz ważny. Czy ktoś na nich patrzył, czy rozumiał co się teraz dzieje. To nie było dla niego ważne. Liczyła się ta dziewczyna, która stawiała mu właśnie warunki, która wyjawiała swoje oczekiwania, prosto i konkretnie. Nie kluczyła, nie starała się robić uroczych min. Czy to wpływ rumu czy może odsłonięcie się bardziej> Na to jeszcze nie znał odpowiedzi. -Dlatego na razie musi wystarczyć wyłącznie to na potwierdzenie, że jutro nie stracisz mojej atencji. - Pocałunek nie był nagły. Zbliżył się powoli, niemal drażniąco, aż w końcu ich usta spotkały się miękko, jakby badał jej reakcję. Dopiero potem pogłębił go, bez pośpiechu, z ciężarem całego napięcia, które narastało między nimi przez cały dzień. Jego usta poruszały się świadomie, pewnie, a jednocześnie z tą powściągliwością, która sprawiała, że każdy kolejny moment był intensywniejszy od poprzedniego. Czuł, jak jej oddech rwie się i przyspiesza, jak całe ciało odpowiada na ten jeden punkt styku. Przytrzymał ją bliżej, nie pozwalając się odsunąć, ale też nie pchając dalej jakby chciał zatrzymać tę chwilę dokładnie na granicy. Pocałunek był głęboki, nasycony pragnieniem, które czaiło się tuż pod powierzchnią, pulsujące, ledwie utrzymywane w ryzach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Riven Thorne
Akolici
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
31-12-2025, 12:29
Nie wiem na ile ta podjęta decyzja była moją własną. Chociaż wtedy myślałam, że moje uczucia w pełni przeznaczone są dla mojego przyjaciela, że pragnę jego bliskości, to gdy faktycznie do niej doszło - żałowałam. Gdyby nie ten narkotyk, nie wiem czy by do tego doszło. Znałam Keitha, on nie przekroczyłby tej granicy. Ja bym też tego nie zrobiła bojąc się, że stracę przyjaciela. Ale stało się, nie mogłam tego cofnąć. Mogłam jedynie zadbać teraz o to, aby tej przyjaźni faktycznie nie stracić. Była dla mnie cenna. A potem pojawił się Kenneth, przypomniał stare uczucia, rozpalił mnie na nowo. Nie mogłam oderwać od niego myśli, odwrócić wzroku. Chciałam nad sobą panować, ale ciało mnie nie słuchało. Każdy jego gest, każde spojrzenie tylko mnie nakręcał. Wyczulona na każdy dotyk, oddech na swojej skórze, napięcie ciała. Alkohol mi nie pomagał, ale ta śmiałość, którą powodował - potrzebowałam jej.
Nie byłam pewna jak długo wytrzymam. Rozgrzana do czerwoności, pragnąca tego dotyku, delektująca się najmniejszym muśnięciem, a jednocześnie cierpiąca za każdym razem, gdy zabrał dłoń. Pustka była nieznośna, nie do wytrzymania. Byłam pełna podziwu, że Kenneth był w stanie to tak dobrze znosić. Ale jeśli jego uczucia do mnie były inne, niż te którymi ja darzyłam jego, nie miałam się czemu dziwić.
Zawsze chciałam być tą jedną panną, która wychodziła z nim z baru. Wiedziałam, że miał ich od groma, nie tylko w Cardiff, ale prawdopodobnie w każdym porcie, w którym się zatrzymywał. Byłam młoda i głupia, cieszyłam się z każdego jego spojrzenia, każdej rozmowy. Myślałam, że się wyleczyłam. Dzisiejszy dzień pokazał, że jednak nie. Jego obecność sprawiała mi przyjemność, wspólne przygody dostarczały radości, powodowały uśmiech na twarzy. To uczucie adrenaliny, wyzwanie, niebezpieczeństwo dzielone wspólnie.
Jego reakcja mnie zaskoczyła. Niemal byłam przygotowana na kpiący uśmiech, chwycenie dłoni, powrót do Cardiff i spłacenie długu. Niemałe zaskoczenie pojawiło się na mojej twarzy gdy stwierdził, że już go spłaciłam. Ujął moją twarz, a ja wpatrywałam się w niego nie wiedząc co czuję. Słysząc pytanie, przygryzłam wargę.
- Mam - odparłam tylko, krótko, bez większego zastanowienia.
Przecież wiedziałam. Znałam to portowe życie bardzo dobrze, wiedziałam z czym się wiąże. Wiedziałam czego mogę oczekiwać, a czego nigdy nie dostanę. Szalonego kapitana Fernsby też znałam, lepiej niż mogło mu się wydawać. Na jego zaborczość, jedynie się uśmiechnęłam. Bycie kobietą kapitana wiązało się z wyrzeczeniami, oczekiwaniem, strachem. Może nieświadoma skali, ale byłam na to gotowa.
Nie owijałam w bawełnę. Musiałam postawić sprawę jasno, inaczej przez kolejne godziny, które nam zostały, nie doszlibyśmy do niczego. Jedynie odbijalibyśmy sobie piłeczkę, rano byśmy się rozeszli i to co się między nami wydarzyło, nie doprowadziłoby do niczego. A ja musiałam wiedzieć na czym stoję. Musiałam.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, jego usta złączyły się z moimi. Niespodziewanie. Wszystkie mury runęły. Granice zostały przesunięte, a mi się chciało piszczeć z ekscytacji. Dostałam coś, na co cały dzień tak mocno, może trochę nieświadomie, czekałam. Smakowałam jego usta, poznawałam ich fakturę. Smakował słodko, inaczej. Chciałam więcej, nagle to pragnienie urosło jeszcze bardziej. Szybki oddech, przyspieszone bicie serca. Waliło tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć z mojej klatki piersiowej. Dłońmi chwyciłam jego kamizelkę, zacisnęłam na niej mocno palce i na chwilę urwałam pocałunek.
- Jak wrócisz z kolejnej podróży, to ich już nie będzie - mruknęłam. - Będę wiedzieć, że “Łania” zawija do portu, będę czekać…
Ustami musnęłam ponownie jego wargi. Delikatny uśmiech na chwilę zabłądził, pewnej satysfakcji. W końcu to on pierwszy pocałował mnie, nie ja jego. To on przekroczył granicę, zerwał niepisaną zasadę. Chciałam całować go więcej, mocniej, bardziej. Ale jeśli ten pocałunek na razie miał mi wystarczyć, to raczej nie mogłam liczyć na nic więcej. Zatrzymałam się na kąciku jego ust.
Co teraz, panie kapitanie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
31-12-2025, 13:17
Podejmował decyzję, o której dawno myślał, ale odrzucał od siebie stanowczo przez ostatnie lata. Podjąć próbę związania swych losów z jedną kobietą. Nie obiecywał rodziny, nie składał pustych obietnic, których nie wiedział czy dotrzyma. Jedynie mógł zapewnić o swoim zainteresowaniu, o zaangażowaniu na dłuższy czas. Na jak długo? Tego też nie wiedział, ale był pewien, że nie będzie to miłostka na jedną noc. Wizja zaś, że ktoś będzie wyczekiwał jego powrotu była na swój sposób przedziwnie kojąca. Kiedyś była to matka, ale to był zupełnie inny układ. Żegnała syna z dumą w oczach, z pewnym żalem i troską, którą wyłącznie matki mają w oczach. Od jakiegoś czasu pragnął czegoś innego, ale nie dopuszczał do siebie, że taka opcja jest w ogóle możliwa. Być może ją zrani. Być może sprawi, że pożałuje tej decyzji i będzie wyklinać imię kapitana przez długie noce. Postanowił jednak podjąć ten trud. Nawet jeśli później miał składać roztrzaskane serce.
Nie uczyni z niej jednej z panien, które wychodzą z nim z baru. Uczyni ją swoją kochanką. Kobietą, do której ramion będzie wracał po każdym rejsie. Czuł do niej coś, czego nie potrafiłby ubrać w wielkie słowa. To nie była miłość z obietnicą wieczności ani deklaracja wypowiedziana pod wpływem chwili. Było w tym raczej przywiązanie, ciche i uparte, rodzące się z czasem. Z tego, jak słuchała. Jak patrzyła. Jak potrafiła być obecna, nawet gdy milczała. Myśl o niej osiadała w nim powoli, jak sól na skórze po dniu na morzu; niepozorna, a jednak niemożliwa do zignorowania.
Wiedział też, co by to dla niej znaczyło. Życie w rytmie portów i pożegnań, dni odmierzanych nie kalendarzem, lecz horyzontem. Długie samotne poranki, w których cisza domu byłaby zbyt głośna, i noce, kiedy każdy dźwięk wiatru przypominałby o statku, który jest gdzieś indziej. Nie łudził się, że byłoby to łatwe. Że jego powroty zdołałyby wynagrodzić wszystkie nieobecności. Ta świadomość ciążyła mu bardziej niż odpowiedzialność za statek i załogę. A jednak pragnął jej. Całym ciałem, bez wstydu i bez prób umniejszania tego uczucia. Czuł je w napięciu ramion, w ciężarze dłoni, które musiał powstrzymywać, w myślach, które zbyt chętnie podsuwały obrazy bliskości. Właśnie dlatego postawił granicę. Musiał mieć pewność, że to nie whisky podpowiada mu wizje wspólnego jutra, że nie jest to tylko nocna odwaga i rozgrzane emocje.
Jutro miał wypłynąć. Morze czekało, jak zawsze, niecierpliwe i obojętne wobec ludzkich rozterek. Postanowił, że gdy wróci, jeśli wróci i jeśli to uczucie nadal będzie w nim tak samo obecne, tak samo spokojne i uparte, wtedy pozwoli sobie spojrzeć na nią inaczej. Na razie wystarczało mu to, że jest. Że może ją pragnąć i jednocześnie słuchać zapewnienia, że będzie wypatrywać “Łani” kiedy ta zawinie do portu. -Liczę w takim razie, że zobaczę cię przy pomoście. - Odpowiedział na jej słodkie i pełne żaru zapewnienie. Ujął ją znowu blisko, ale tym razem w tym geście było coś innego niż wcześniej. Dłonie, które objęły jej twarz, były spokojniejsze, cięższe od myśli, które już zaczynały w nim pracować. Kiedy pochylił się, zrobił to wolno, jakby chciał zapamiętać drogę, jakby każda sekunda miała znaczenie. Pocałunek nie był zachłanny. Był głęboki, pełen tego rodzaju napięcia, które rodzi się wtedy, gdy nie wolno jeszcze sięgnąć po wszystko. Jego usta poruszały się przy jej wargach z uważnością, jakby składał obietnicę nie słowami, lecz dotykiem, że to nie zniknie wraz z porankiem, że to nie jest tylko noc i muzyka, dym i rum. Zatrzymał się na granicy, dokładnie tam, gdzie pragnienie stawało się najcięższe. Przytrzymał jej twarz jeszcze przez chwilę, opierając czoło o jej czoło, oddychając z nią, jakby chciał nasycić się tym zapachem, tym ciepłem na zapas. Wiedział, że będzie do tego wracał; na morzu, w nocy, gdy wachty się przeciągają, a horyzont jest pusty. Pocałunek był wyraźnym pożegnaniem. Był obietnicą czekania, tęsknoty, myśli, która będzie mu towarzyszyć przez cały rejs. I choć nie powiedział ani jednego wielkiego słowa, wiedział, że coś zostało między nimi złożone i że morze tego nie zabierze, choć bywa bardzo zaborcze.

|zt x 2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:46 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.