Wszystko było takie nowe. Ciekawe. Interesujące. I momentami tak bardzo nierealne, że Lillie musiała parę razy przecierać oczy ze zdumienia, czy aby na pewno widziała te wszystkie piękne rzeczy.
Magiczne. To był jej drugi rok w Hogwarcie. Mało tak naprawdę na razie umiała. Chowała się trochę po kątach, nie chcąc być na świeczniku - a przez jej azjatycką urodę tak dokładnie było. Dzieciaki zwracały na nią uwagę, a ona była tym faktem mocno zawsze zawstydzona. Na jej szczęście w jej w domu był Keith, również azjatyckiej urody i dzięki temu mogła trochę odetchnąć i spędzić z nim czasu, ale gdy go nie było obok - zawsze miała wrażenie, że wszystkie dzieci się na nią patrzą. Nie czuła się pewnie pod ich spojrzeniami. Nie było co prawda tak źle jak w sierocińcu, jednak momentami bywało to stresujące dla młodej Lillie.
Pierwszy rok przemknął jej bardzo szybko. Była zafascynowana wszystkim, dobrze się czuła w swoim mundurku, przystrojonym w żółte barwy i dzięki temu również skupiała się na wszystkim - na zamku, który lubił płatać jej figle i czasami sprawiać, że się gubiła w korytarzach; na magii, tak nowym doświadczeniu, o którym do tej pory wcześniej słyszała, co jakiś czas podpatrywała jak ojciec czy jej nowi przybrani rodzice korzystali, mogąc wreszcie samej coś poczarować; na innych dzieciach, tak innych od tych wszystkich szkrabów z sierocińca. Co prawda, nie przepadała za uczniami ze Slytherinu - miała wrażenie, że ich trzeba unikać, że są to osoby z którymi latwo o problemy... Ale na co dzień raczej nie spędzała z nimi czasu. No i starała się nie zwracać zbyt dużej uwagi na starszaków. Wiadomo, że raz nie dwa na któregoś wpadła, ale mimo wszystko raczej trzymała się swoich. Puchonów, jak to na nich mówiono. Słodkie stwierdzenie, od początku jej się spodobało.
Droga do Londynu pociągiem minęła bardzo szybko. Nie zdązyła się nawet wygodnie usadzić w przedziale, a już musiała wysiadać. Może to dlatego że trochę już tęskniła za państwem Wellers? Święta miała spędzić z nimi, w domu, w ciepłej i miłej atmosferze. Dobrze się u nich czuła, jakby faktycznie w końcu miała swoje miejsce (nie licząc jej prawdziwego domu oczywiście). Często wracała myślami do zdarzeń sprzed paru lat, ale Wellersowie wiedzieli, że było to nieuniknione. Ona sama musiała po prostu się z tym pogodzić, bo chociaż mówiła, że już to zrobiła, prawda była inna.
Hans Wellers odebrał dziewczynkę z pociągu i już niedlugo potem znaleźli się w Cardiff. Lillie nie zamykała się buzia - ciągle opowiadała, czego się uczyła, co było dla niej ciekawe, w czym sobie radziła, a co było dla niej trudne. Ale gdy byli już blisko domu, Hans zatrzymał się i stanął naprzeciw dziewczynki, po chwili klękając przed nią.
- W domu czeka niespodzianka. - uśmiechnął się do małej Lillie i podszedł do drzwi od domu. Lillie nie bardzo wiedziała, o co chodzi - przecież były święta, prawda? Zawsze były jakieś niespodzianki na święta w domu. Ale żeby tak otwarcie ojciec o tym powiedział? To nie było normalne.
Powoli weszła za nim do domu, zrzucając ciuchy wierzchnie i zostawiając wszelaki bagaż w przedpokoju. Niepewnie ruszyła w stronę salonu, będąc nieco zmieszaną i niepewnym krokiem przeszła próg pokoju. I stanęła zdziwiona. Chyba nie tego się spodziewała, bo w pomieszczeniu stał ktoś nieznajomy - a może widziała już gdzieś tę twarz? W szkole? - Um... Dzień dobry? - powiedziała cicho, przechylając glowę w bok i zamrugała zaskoczona oczami. Po chwili padły słowa Hansa Wellersa, że to jej brat. Lillie uniosła wyżej brwi, zaskoczona nagłą informacją. Ale że.... nowy brat?
You make this world a little wild, We love it on the other side
Powrót na te święta nie cieszył mnie wcale. Nigdy nie cieszył wprawdzie… ale tym razem to inny rodzaj „nie cieszenia”. Ile razy nie wracałem do domu, zawsze budził się we mnie strach przed Earem, ale jedna rzecz pozostawała pokrzepiająca — był ze mną Kyros. I choć oddaliliśmy się od siebie przez ostatnie lata i nie rozmawialiśmy tyle, co za czasów, kiedy jeszcze nie myśleliśmy nawet o Hogwarcie, jednak starczało, że „był”. Tak po prostu, po ludzku czułem się z tym dobrze, bo obecność brata wydawała się jedyną pewnością w życiu.
Nadal nie mogę pozbyć się z głowy obrazów z tamtego dnia; wciąż czuję zapach spalenizny i wciąż słyszę krzyk. Budzę się codziennie, zlany potem, bo koszmary nie chcą się odczepić, choć przecież zagrożenie już dawno minęło. Nie ma też już mojego wujka, przepadł bezpowrotnie. Mam w sobie tak wiele złości, a nie mogę jej wyrazić, bo jedyna osoba, na którą mogę ją przelać zupełnie sprawiedliwie, wyparowała. Zostałem sam.
Kiedy w szpitalu pojawili się Wellersowie wcale nie czułem ulgi. Nie cieszyłem się, że prawdopodobnie nie będę musiał się martwić ani o jedzenie, ani o dach nad głową. Było mi obojętne, czy okażą się lepsi od mojego wujka, czy będą bardziej wyrozumiali. Znałem panią Wellers od jakiegoś czasu i była bardzo życzliwa względem mnie — to jednak mogło przecież ulec zmianie. Nie miałem jednak nic do gadania. Decyzja była szybka, a równie szybko nadszedł rok szkolny. Moje rzeczy zrzucono do ich przydomowego składziku, ja natomiast musiałem udać się do Hogwartu, z lekkim opóźnieniem, ale jednak. Nie miałem czasu oswoić się z nowym domem. Wszystko ma się zmienić dzisiaj.
Nadchodzące święta oznaczają, że trzeba wyjechać. Niby pani Wellers mówiła, że mam dowolność, że mogę zostać, ale jednak zasugerowała, że byłoby dla mnie lepiej, jeśli wróciłbym do ich domu i wreszcie zapoznał się z resztą domowników. Wcześniej unikałem tego jak ognia.
Tak też się stało. Nadszedł grudzień, a ja wsiadłem do pociągu, a kiedy opuściłem go w Cardiff, serce podeszło mi do gardła. Znałem drogę do Wellersów, przechadzałem się wzdłuż tamtej drogi dość często, kiedy Kyros jeszcze żył. Udałem się więc skrótami, przez szczerbate płoty, przez dachy niskiej zabudowy, aż do znajomych drzwi. Pani Wellers zdawała się lekko zaskoczona i wypatrywała za moimi plecami swojego męża, jednak po krótkiej chwili wpuściła mnie do środka. Zostawiłem swoje rzeczy we wskazanym przez nią pokoju. Kiedy znów rozległo się wołanie pani Wellers, podążyłem za nim. Nikogo jednak nie zastałem w pomieszczeniu. Dopiero po czasie dotarły do mnie odgłosy krzątaniny w korytarzu i ujrzałem twarz Hansa, potem jeszcze kogoś. Przedstawienie brzmiało jak abstrakcja. Na słowa „brat” krzywię się wyraźnie, bo wciąż żywa rana odzywa się boleśnie. Zaciskam usta w wąską linię, ale witam się uprzejmie, najpierw z panem Wellersem, potem z dziewczyną.
Chyba ją kojarzę? Tak mi się zdaje. Jest młodsza, pewnie niedawno rozpoczęła naukę. Wcześniej może też ją gdzieś widywałem? Nie jestem pewien. W końcu silę się na uśmiech. Hans mówi, że musi wyjść na moment, a pani Wellers powinna za jakiś czas przygotować nam coś do zjedzenia, my w międzyczasie mamy chwilę na zapoznanie.
— Lysander. — Wyciągam rękę przed siebie, chcąc się przywitać. Jakość trzeba zapełnić tę grobową ciszę. — Który rok? — Pytam dla pewności, po czym opadam na fotel, który stoi tuż za mną. Potem zaczynam bawić się od niechcenia pierścionkiem, który mam na placu. Szklane, zielone oczko połyskuje ładnie i na tym się skupiam.
Pierwsze święta u Wellersów były... dziwne. Specyficzne. Mówiąc szczerze, im były bliżej, tym bardziej mała dziewczyna się stresowała. Nie były one tak ciężkie, jak pierwsze święta w sierocińcu. Tam dopiero było dziwnie. Nie dość, że nie miała nikogo bliskiego przy sobie, to jeszcze dzieciaki... cóż, nie były to najszczęśliwsze momenty. Bywały momenty, kiedy naprawdę chciała po prostu zniknąć, przestać istnieć. Ale gdy pojawili się państwo Wellers, a ona została przez nich zauważona, coś się zmieniło. Poczuła, że jest ktoś, komu na niej zależy. Że wszystko zmierza ku lepszemu. A gdy pojawiła się w Hogwarcie, z początku była wycofana, chowała się w cieniu i nie potrafiła się odnaleźć. Czuła się jak w sierocińcu, chociaż to były zupełnie inne miejsca, w jednym znalazła się z przymusu, bo nikt inny jej nie chciał - w drugim zamierzała rozpocząć naukę. Sporo rzeczy przypomniało jej ojca. Gdy już się dowiedziała, że był czarodziejem, często słuchała jego opowieści. W końcu, po paru tygodniach szkoły, zaczęła szukać rzeczy, o których jej opowiadał. Na pierwszym roku nie wiele jeszcze możesz zrobić.
A w pierwszym semestrze nastąpiła jeszcze przerwa świąteczna i Lillie z początku nie chciała wracać. Ten czas od paru lat był dla niej bardzo przykrym czasem i nie do końca potrafiła sobie poradzić ze swoimi odczuciami jako dziecko. W sierocińcu mało kto się przejmował tym, jak się czuła. I podejrzewała, że tutaj będzie tak samo - że zostanie zepchnięta gdzieś na margines, odbębni ten czas w swoim pokoju i wróci do szkoły. Była tego nauczona przez ostatni czas, a nie zdążyła jeszcze zmienić całkowicie swoich myśli, swoich przyzwyczajeń. Jednak tamten okres czasu, ten zwłaszcza, pokazał Lillie, że nie ma czego się bać. Że miała przy sobie osoby, które się nią zajmą. Oczywiście nie był to czas totalnej beztroski, ale zdecydowanie lepszy niż te, które pamiętała ostatnio. Dlatego w tym roku wyczekiwała świąt. Chciała znów spędzić je przy jej nowych rodzicach, gdzie mogła być sobą, uśmiechać się i czekać na wszystko, co tylko mogłoby ją spotkać w tym okresie.
Ale tego, że spotka w domu kogoś jeszcze, nie spodziewała się w najmniejszym stopniu. Spojrzała na chłopaka, który się nagle pojawił przed nią i przechyliła głowę w bok. Był wyższy do niej, starszy i nie do końca wiedziała, co ma zrobić. - ...Lillie. - powiedziała spokojnie, unosząc swoją drobną rączkę i uścisnęła jego dłoń. Nie odwracała od niego spojrzenia, nie do końca wiedząc, jak powinna się zachować. W końcu puściła jego rękę i splotła dłonie przed sobą. - Em, drugi. W Hufflepuffie. - powiedziała coś więcej, niż została zapytana, ale skoro pytał o rok, to pewno chodził do szkoły. Przestąpiła z nogi na nogę i uśmiechnęła się niepewnie. - Też chodzisz do Hogwartu?
Cóż, jako malutka dziewczynka mówiąc szczerze nie zwracała uwagi na starsze roczniki... Nie na aż tak starsze osoby. To był zupełnie inny świat, nie ten wesoły, bez większych zmartwień... Nie zastanawiała się jeszcze, że kiedyś czekają ją egzaminy, że będzie musiała się na czymś skupić i tak...
You make this world a little wild, We love it on the other side