• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Dolina Godryka, Gingerbread Lane 2 > Kuchnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
05-01-2026, 00:48

Kuchnia
Królestwo Dolores Day, mamy Ambrose'a. Nikt poza panią domu nie wie do końca, co znajduje się w kuchennych szafkach i wedle jakiego pedantycznego klucza jest uporządkowane. Suszone zioła są poukładane w szufladach, rzadko schnąc pod sufitem. Na półkach dumnie stoi nieco kiczowata porcelana. Wielki stół codziennie ozdabiany jest polnymi kwiatami i świeżo wyprasowanym obrusem, a serwetki dobrane są kolorystycznie do koloru kwiatów. Rola Ambrose w tym pomieszczeniu ogranicza się do sprzątania i jedzenia domowych obiadów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
27-01-2026, 00:27
20 marca 1962

Dopiero co opierał widły o ścianę stodoły, dopiero co wyplenił ze swoich nozdrzy gryzący zapach obornika, dopiero co zrzucił do wiadra skórzane rękawice i dopiero co wszedł na ganek, mijając się z wychodzącą z domu Dolores Day. Powiedział jej tylko kilka krótkich słów – o tym, że wszystko jest oporządzone, o tym, gdzie ustawił pojemnik z nawozem i ukradkiem spytał gdzie właściwie się udaje. Myślałem, że spędzimy chwilę w trójkę – westchnął, ale niewiele to dało. Miał dziwne przeczucie, że Dolly nie cieszyła się, że Harrison przyleciał tu z jej synem – jednak nie mógł stwierdzić tego ze stuprocentową pewnością. Może gryzło ją coś innego? Może nigdy się nie dowie, bo czasami rozmawiając z tą poczciwą kobietą… Miał wrażenie, że ta mówiła mu dużo, po prawdzie nie mówiąc właściwie nic? A po rozmowie kończył bardziej skołowany, niż przed nią.
Ale teraz nie czuł się… Skołowany. Czuł się właściwie dość dziwacznie sprawczy. Tak – chętnie przyszedł do tego domu z Ambrose’m, przekonany, że jest w stanie zaoferować mu adekwatne wsparcie w rozmowie z Dolly. Tak – czuł się dobrze w Dolinie, zaprzęgnięty do prac, które nie sprawiały mu problemów innych od oczywistego wysiłku fizycznego. Tak – chyba czasami zazdrościł jej życia w takim otoczeniu. I tak – zazdrościł Day’owi rodziny – jakakolwiek by ona nie była. Ale nie czuł się dziś niepewny.
Dwa dni temu zdjął z siebie ziemisty sweter, który właściwie szczególnie nie swędział go nigdy, bo Harrison od najmłodszych lat przyzwyczajony był do towarzystwa szorstkiego lnu i wełny, która nigdy nie zobaczyła gliceryny czy mleka. Zdjął go, by ubrać na siebie szyty na miarę mundur, a ten, nawet pomimo gładkich szwów i przyjemnego materiału… Jakoś mu nie leżał. Przetrwał dzień, potem drugi – w uczuciu dziwnej antycypacji. W towarzystwie myśli dręczących, ale i kuszących.
I tak nie mógł spać, rozemocjonowany z zupełnie zrozumiałych przyczyn, a gdy nie spał – myślał o tym, co wydawało się wracać do niego falami co jakiś czas – najczęściej w korelacji ze wspomnieniem gorącego lata w Szkocji. W nocy myśli zawsze układały się lepiej. Powoli przestawał zadręczać się wspomnieniem sprzed kilku dób – powoli odnajdywał się w miejscu, w którym pójście naprzód było… Realne. Od kiedy kilka dni temu zaznał sugestywnej wizji, nie miał złudzeń – to chyba właśnie ten moment.
Moment… Na co? Na zmianę?
Teraz stoi oparty o blat kuchenny i patrzy przez okno. Gdyby tu mieszkał – prowadziłby przegląd sąsiedzki przy każdej możliwej okazji. Obserwowałby ptaki lądujące na sztachetach idealnie wymalowanego płotu, motyle mrugające skrzydłami na kwiatostanie zasianych tu ziół, dzieciaki biegające po żwirowej drodze, ledwo widocznej zza drzew… Marzył o czymś jeszcze większym od tego – o powrocie do korzeni – jednak to co miała w zasięgu Dolores… Wydawało się przytulne. Miłe. Ciepłe. Bliższe domu.
Nie zawsze tak na to patrzył, ale patrzył tak tego dnia. Kilka dni po nagłym oświeceniu.
– Rosie, nie przyleciałeś tu chyba po to by pomagać mamie sprzątać… – zwraca się do mężczyzny, kiedy słyszy dźwięk odkładanych na sobie talerzy. Obraca się od okna, żeby podejść do półki, której porządek pozostałby zachowany i bez ponownego przetarcia talerzy. Opiera się bokiem głowy i wiszącą szafkę kuchenną. – Trochę zasiedziałem się na podwórku, ale rozmawiałem z sąsiadem dwa domy dalej, bo pomyślałem, że skoro zaraz wiosna, będzie można zacząć wyprowadzać Mandata na łąkę. Zje sobie trochę młodej trawy. Musiałbym go wtedy częściej kontrolować, bo nie wiem czy kiedyś ci o tym mówiłem, ale żołądek konia musi przystosować się do wypasania za każdym razem na każdą wiosnę, żeby nie puchł boleśnie, to jakieś tam procesy fizjologiczne – nie do końca umiem opisać jakie, ale koń może wzdąć się i cierpieć – tłumaczy to Day’owi po swojemu – czyli jak zawsze.
Chyba zawiesza spojrzenie na nieco zbyt długo. W słoneczny dzień i w świetlistej kuchni – twarz mężczyzny wygląda dużo młodziej. Oczy wydają się jaśniejsze, a włosy perłowe.
Harrison cieszy to, że może go oglądać. Nawet jeżeli nie przywykł jeszcze do innowacji w relacji i jeżeli nieco peszył go dłuższy kontakt wzrokowy.
– A Mandat już nie jest najmłodszym koniem, Rosie – ostrzega go. – Trzeba dobrze o niego dbać… I pilnować uważniej – drapie się po szyi, kiedy dodaje. – Chciałbym kiedyś zajmować się jeszcze zwierzętami – wyznaje, a wyznanie to jest jak krzyk w dolinie przed lawiną. – Chodziło mi po głowie, żeby do tego wrócić. Rzucić magipolicję i poszukać może… Czegoś innego.
Chodziło po głowie, no tak. Serio to rozważał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
28-01-2026, 16:00
Przez dwa tygodnie był na matkę tak obrażony, że może byłby o krok od nieodzywania się do niej jeszcze dłużej. W fantazjach nie musiał wracać do Doliny Godryka, przynajmniej przez jakiś czas. Mógł zaszyć się w mieszkaniu Titusa i zostawić wszystko za sobą. Żonę, dzieci, matkę, cały ten ciężar ich niespełnionych oczekiwań.
Ale musiał wziąć się w garść. Nie byli już nastolatkami w Szkocji, byli dorośli. Do obowiązków, jakie Ambrose na siebie nałożył, doszła kwestia ochrony ich nowego sekretu. Musiał mieć własne miejsce do spania i pokazywać się tu przynajmniej raz na jakiś czas, by pobyty u Titusa mogły służyć jako ułatwienie sobie pracy (Dolina była daleko), a nie zamieszkanie.
No i mieli tutaj konia. A Titus kochał tego konia. I zdawał się wierzyć, że nadal będzie mógł się nim zajmować nawet jeśli Ambrose nie stawi czoła matce—ale to Ambrose znał ją lepiej.
Chrzanić goździki i jakiekolwiek eksperymenty. Kupił jej ogromny bukiet czerwonych róż i przeprosił z uśmiechem, który ktoś kto go nie znał mógłby uznać za całkowicie szczery. Niestety, Dolores go znała. Na szczęście, Dolores była kobietą. Dlatego Titus obserwował ten pokaz nieszczerości, a Ambrose wyglądał dobrze. Celowe oplatanie matki urokiem wciąż go peszyło i było tabu, które złamał tylko raz, ale mógł przecież... być wyjątkowy. Zawsze wtedy miękła, zmiękła i teraz—pewnie uznała, że odrobił lekcję. Przy Titusie nie powiedziała zresztą wiele, walnęła kazanie o tym, że Ambrose zaginął w Londynie i złamał jej serce dopiero, gdy Harrison poszedł do konia i zostali sami.
Ku własnemu zaskoczeniu, nie zabolało go tak mocno jak zwykle, choć przytomnie przybrał skruszoną minę.
Ku własnemu zaskoczeniu, miał dobry humor. Bardzo dobry humor. Od dwóch dni.
Gdy matka wyszła, a Titus wrócił do kuchni... wreszcie poczuł się jak w domu.
- Przyleciałem ją przeprosić. - odpowiedział, polerując kolejne eksponaty z kolekcji porcelany Dolores. - Sprzątanie to tego część. - mruknął. - Zaraz się wyrwę. - obiecał, oglądając się przez ramię. Kilka tygodni temu założyłby ponuro, że Titusowi i tak wszystko jedno: że Harrison spędzi ten czas z koniem, ze swoim kolegą od ryb, ze swoją koleżanką od plotek, z kolegą kolegi od ryb, albo nawet z jego matką. W odróżnieniu od Day'a, Tite potrafił zapełnić sobie czas. I wszyscy go lubili, jak mogli go nie lubić? Ale dziś Ambrose pozwolił sobie na myśl, że może chciał spędzić ten czas z nim.
Nie odzywał się w kwestii konia, bo miał niewiele do powiedzenia. Nie przerywał pracy, ale niby przypadkiem przeszedł o dwa kroki bliżej do Titusa i ustawił się tak, by móc na niego patrzeć.
- Możemy tu przyjechać na cały weekend, w kwietniu... - zaproponował, bo wbrew pozorom słuchał; Titus potrzebuje więcej czasu żeby kontrolować konia na łące, bo cośtam procesy koni. - Ale niby jak zabronisz mu jeść trawę jak zje za dużo? - kopnie cię w głowę, Tite, cisnęło mu się na usta, ale zachował to dla siebie. Potem trochę... się wyłączył, czując na sobie spojrzenie Harrisona. Poczuł jak kąciki ust wyginają mu się w uśmiechu, jednym z tych, które ostatnio przychodziły bez ostrzeżenia i których nie umiał kontrolować. I w sumie nie chciał. Oparł się wygodniej o kuchenną ladę i zwolnił z polerowaniem porcelany, gdy Titus zaczął mówić dalej. Lubił go słuchać, gdy mówił o czymś z pasją. Lubił barwę jego głosu i życie tchnięte w jego opowieści. Teraz mógł też przyznać, że lubił jak Tite wtedy wyglądał i...
rzucić magipolicję - wybrzmiało zdradziecko pomiędzy miłymi i niebudzącymi podejrzeń słowami o zajmowaniu się zwierzętami.
Przez chwilę kuchnia wyglądała tak samo. Przez chwilę Titus wyglądał tak samo. Jak to możliwe? Jak mógł się tak uśmiechać i spoglądać na świat tak łagodnie, gdy mówił coś takiego? Jak to możliwe, że słońce świeciło nadal tak samo... słonecznie, a kuchnia nadal była tak samo cicha?
Nie była. Przedmiot trzymany przez Ambrose'a w rękach upadł na kuchenne kafelki z głośnym trzaskiem, ale Day nawet nie obejrzał się na podłogę; świdrując Titusa spojrzeniem coraz większych i coraz jaśniejszych oczu.
- Co? Co? - dopytał, ale przecież się nie przesłyszał. - Rzucić magipolicję? Kiedy? KIEDY, Tite? I kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? Przed, czy po... - nie zwrócił uwagi na to, że Titus właśnie mu mówił. Myślami wrócił do przedwczorajszego poranka. I wczorajszego wieczoru. I dzisiejszego poranka też. Ostatnio przecież odkrył, że lubi się całować, a nowe hobby rozwijał starannie. 
Ale nie, w tym samym czasie można myśleć o zajmowaniu się zwierzętami i rzucaniu magipolicji. Poczuł na policzkach gorąco, w skroniach też.
Poczuł przykrą, drażniącą myśl, że wcześniej Titus jakoś nie rzucał magipolicji. Dopiero teraz, gdy oni...
- Dwa dni, szybko poszło. - nie zachował tej myśli dla siebie, krzywiąc usta z goryczą. - Już masz mnie dość, czy po prostu już mnie nie potrzebujesz? - jak każda z tych fanek, która chciała tylko go dotknąć, świetnie, po prostu świetnie. Cofnął się o krok, przyjmując lodowatą minę—co poszłoby mu nieco lepiej gdyby nie był ze wstydu i złości taki czerwony.

co tłukę?
1 - filiżankę z edycji limitowanej porcelany, rok 1939
2 - talerz z jakimś dziwnymi wzorkami, w tym sierpem i młotem
3 - złoty glob z konferencji naukowej magiastronomów (nigdy nie pytałem matki, co tam robiła)
4 - porcelanowego borsuka z grawerem "D+V"
5 - szklany wazon... zaraz, czy on był kryształowy?
6 - porcelanowego pająka, który zjada własne dzieci (normalne wzornictwo...)

żegnaj pajączku
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
28-01-2026, 22:05
A gdyby wyrwali się razem, przecież mogliby iść na spacer – wypatrywać pierwszych oznak wiosny w pobliskim lesie albo po prostu iść przed siebie i cieszyć się swoim towarzystwem. Albo w stodole, jeżeli tylko by tego chciał. Albo pod jabłonką, jak lata temu. Albo mogli iść do centrum, byle przebywać wśród innych mieszkańców – może któryż z nich ucieszyłby się nawet, że ich zobaczy? Albo mogli zostać tutaj i po prostu pogadać przy stole – poczytać dział sportowy i powkurzać się na układ tabeli. Zakładał, że właśnie tak spędzą resztę tego dnia. Albo chociaż podobnie. Chciał nawet proponować by zostali tu na noc, ale zanim to zrobi, Ambrose wychodzi z inicjatywą równie przyjemną, grzejącą serce serdeczną myślą. Szczególnie, kiedy mężczyzna przysuwa się o kilka kroków i poświęca mu nieco więcej uwagi.
– Bardzo chętnie – przyjmuje propozycję niemalże automatycznie – wciskając się ze swoim entuzjazmem pomiędzy propozycję, a kolejne, bardzo sensowne, ale też bardzo proste pytanie: – Wiesz Rosie – to nie jest tak, że Mandat kontroluje mnie. To jest koń, który od niemal pierwszego roku życia był szkolony do roli, którą wymyślił mu człowiek. Nawet pomimo tego jak go potraktowano, wiesz – kilka lat temu… Wciąż słucha człowieka, wciąż jest posłuszny. Jeśli zaprowadzę go do stodoły po dwudziestu minutach – nie będzie protestował – pewnie nawet się nie zaprze – ale przestaje tłumaczyć już, uciekając na chwilę spojrzeniem w kierunku blatu. Zawiesza wzrok na dłoniach Ambrose’a – na palcach, które przecierają wielooką główkę stworzenia czy przestrzenie pomiędzy grubymi, pajęczymi nogami.. Porcelanowe dzieło może wydawać się upiorne, ale Harrison znajdował się obecnie w stanie, w którym nawet go nie zauważał.
Ale mówi dalej, a to co powiedział oddziałuje w pomieszczeniu wyjątkowo mocno. Wbrew ogólnej paranoi – nie rozważa tego wszystkiego na wstępie jako decyzji fatalnej (chociaż zrobiłby to każdego innego dnia, ale nigdy od momentu sennego objawienia). Wbrew wszystkiemu wydaje mu się, że Ambrose przecież zrozumie. Tak samo jak zrozumieli się dziś rano, wczoraj wieczorem, przedwczoraj…
Pająk upadł na ziemię. Rozbił się w kontakcie z nią.
Chyba się nie zrozumieli.
Harrison przez chwilę również ignoruje opiłki figurki.
– Przecież właśnie rozmawiamy, o tym co chodzi mi po głowie – mówi nieco ciszej, a mina rzednie mu z każdą kolejną sylabą. No bo przecież powiedział to, prawda? Że o tym myśli, rozważa to. – Nie wiem… Kiedy. Po prostu przyszło mi to do głowy. Że przecież nie stanie się nic jeżeli wyślę kilka listów i zapytam duże gospodarstwa o to czy nie przydałbym się gdzieś – mówi, wciąż wpatrując się w oczy mężczyzny, obserwując emocje zmieniające się na jego twarzy. Obserwując rumieniec rozlewający się po jego policzkach.
Ale potem ton Day’a wydaje się jeszcze mniej przyjemny. Zadrwił z jego podejścia do tej relacji? Harrison poczuł w sobie element złości – ten krótki moment, kiedy irytacja przebija się do świadomości, a mięśnie napinają się nieznacznie – jak pod wpływem krótkiego kontaktu z niskim napięciem.
Dochodzi do niego, że sama propozycja zraniła Day’a na tyle, by wątpił w prawdziwość… Tego wszystkiego.
Impulsywnie wyciąga różdżkę zza skórzanego paska. Szybko kreśli przed sobą wzór, wypowiada krótką inkantację: – Reparo – a części rozbitej figurki łączą się w całość – lądując na blacie kuchennym zaraz obok ścierki używanej przez Ambrose’a jeszcze chwilę temu.
– Nie mam cię dość, nigdy nie mam cię dość, nie będę miał cię dość, nie czujesz tego? Żyje się nam tylko lepiej. Więc o czym ty właściwie mówisz? – a kiedy tamten oddala się o krok, Harrison zbliża się o dwa. – I jakie nie potrzebujesz? Rosie… – słowa układają się jakoś same, tym razem dość spokojnie, kiedy różdżka znowu ląduje na swoim zwyczajowym miejscu, a dłoń mężczyzny próbuje zawiesić się gdzieś w okolicy łokcia Ambrose’a, gdzieś pod zagiętym rękawem jego koszuli, blisko miękkiego zagięcia ciała. Jakby chciał go powstrzymać od oddalania się o kolejne kroki. – Po prostu myślałem o tym, że… Że jeszcze trochę, a będę miał czterdzieści lat. Ile mógłbym dłużej czekać? Aż nie będę miał siły w rękach? – tłumaczy jeszcze w kontekście swoich wcześniejszych, oburzających słów. – Ale zabolało cię to – dodaje od razu. – Mam przestać o tym mówić?
A mówiąc to próbuje zsunąć dłoń po przedramieniu, na jego spięte palce.

|| #1 Czy Dolores dołącza do miłej rozmowy?
k1 - tak, inne k - jeszcze nie.
Co turę odejmujemy ściankę kości.
1x k7 (Baba jaga patrzy):
7
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
29-01-2026, 01:42
Nie chciałby iść i rozmawiać z sąsiadami, choć wielu z nich pewnie ucieszyłoby się z widoku Titusa. Podczas krótkiego pobytu w tym domu, gdy szukał miejsca dla siebie—i kolejnych pobytów gdy przyjeżdżali tu razem—Titus stał się w Dolinie Godryka chyba bardziej lubiany niż Ambrose kiedykolwiek. Przynajmniej przez mężczyzn i starsze sąsiadki. Kobiety i dziewczęta niezmiennie lubiły Ambrose'a, ale on nie chciał z nimi rozmawiać. Zwłaszcza nie przy Titusie. Nie chciał ani tłumaczyć się ze swojego powodzenia ani wzbudzać zazdrości Harrisona, ani słuchać jak Tite rozmawia z sąsiadkami o ciastach albo z sąsiadami o rybach.
Zaborczo i ciesząc się tym, co odkryli, chciał go dziś tylko dla siebie. Ale spacer do lasu... brzmiałby dobrze. Nawet stodoła brzmiałaby dobrze, bo Day postanowił sobie bardzo nieśmiało, że może poprosi Titusa o nieco instrukcji w sprawie Mandata i powoli spróbuje przemóc swoje obawy. A komentowanie meczu w kuchni brzmiałoby bardzo, bardzo dobrze, zwłaszcza, że matka wyszła.
Samo słuchanie o Mandacie też było miłe, nawet jeśli Ambrose więcej uwagi poświęcał tembrowi głosu Titusa niż samej treści.
Ale potem wszystko się skończyło...
Pająk leżał zgruchotany na podłodze, a wcześniejsze zrozumienie też gdzieś prysło. Teraz myśli Day'a galopowały szybciej niż Mandat na wyścigach i wcale nie zmierzały w dobrą stronę. Nastrój, niestety, za nimi nadążył—a gdy Titus zaczął go uspokajać, było już za późno.
- Jako kto? Jako parobek? - wypalił z totalnym niezrozumieniem. - Czy ja wysyłam listy do drużyn, czy nie potrzebują podstarzałego rezerwowego? Nie mamy już dwudziestu lat, Tite! - zmarszczył brwi, nie rozumiejąc w ogóle tego pragnienia. Nie wydawało się nawet pragnieniem, wydawało się ucieczką. Od magipolicji, od wspólnej pracy, od niego. Rozpędzał się w tych domysłach coraz bardziej.
- Nie naprawiaj tego za mnie! - zacisnął mocno usta, bo to sprzątanie prawie dodawało do obrazy. Zrobił ruch jakby chciał znowu strącić figurkę, ale uświadomił sobie jakie to dziecinne i ze złością opuścił rękę.
Nie mam cię dość, nigdy nie mam cię dość, nie będę miał cię dość. Mina na moment mu złagodniała, bo mimo wszystko bardzo chciał to usłyszeć...
Nie czujesz?
...ale nie w takiej chwili. Zacisnął szczękę.
- Czuję? Nie, nie czuję. Jest lepiej, w pracy też jest tylko lepiej, znowu pracujemy ze sobą, już mamy jakąś pozycję, a słyszę, że chcesz... że tego nie chcesz? - że mnie nie chcesz, bo o co innego mogło chodzić? Ambrose wybrał tą pracę dla Titusa, choć zarazem szczerze ją pokochał. Nie mógł za nim jechać na jakąś farmę z końmi, bał się koni i to byłoby w ogóle poniżające. Jego życie było w Londynie. Jego praca była w Londynie. Miał.... miał tylko tą pracę. - Trzydzieści sześć. Masz trzydzieści sześć lat, Tite, a w maju trzydzieści siedem. Nie żadne czterdzieści. - uczepił się tego panicznie, kręcąc głową. O to chodziło, o jakieś zmiany? O kryzys wieku średniego? On też był jakąś zmianą?
Cofnął się panicznie, nie pozwalając Titusowi złapać się za łokieć. A potem splótł ręce na klatce piersiowej, ciasno, w pozycji obronnej. Gdy Titus proponuje, że przestanie o tym mówić, w jasnych oczach Day'a widać tylko zagubienie i niezrozumienie. Jak przestać? Jakie zabolało? Był człowiekiem faktów—nawet jeśli obecnie czuł zbyt wiele emocji, których nie chciał nazwać—a fakty były takie, że Titus już to powiedział, słowo się rzekło, mleko się rozlało.
- Czekać. - powtórzył powoli. Jak to - czekać? Tite planował to dłużej? - Pewnie, nie mów o tym! - prychnął, z nietypową jak na siebie ironią. - Po prostu zrób to bez zapowiedzi! Wiesz co, może napisz od razu do Malcolma Younga? Czy możesz być jego służącym? A potem co? Oświadczysz się jakiejś dziewczynie? Zapragniesz dzieci? Z tym nie czekaj do czterdziestki, są bardziej męczące niż zwierzęta! - wyrzucał z siebie kolejne słowa, z rosnącą, paniczną irytacją. - Odwiedzisz mnie raz na pół roku w Londynie... nie, nie w Londynie, bo pewnie sprzedasz kawalerkę. A potem przestaniesz nawet pisać. Nie pisałbyś nawet, gdybyś odziedziczył tamto gospodarstwo. Ale byłbyś tam szczęśliwy. - oskarżał, nie dając Titusowi dojść do słowa. Malując w pesymistycznych barwach przyszłość, pierwszy raz odniósł się do przeszłości. Pierwszy raz dał po sobie poznać, że doskonale widział i wiedział, że wtedy Titus postanowił urwać ich przyjaźń. W swojej zapalczywości oskarżał tylko o to krowy, a nie jedną konkretną krowę.
A potem wyrzucił z siebie ostatnie słowa i urwał.
- Byłbyś tam szczęśliwy...? - spytał cicho. Beze mnie. Jasne, że bez niego. Ambrose nie znosił wsi i bał się koni. Ambrose kochał magipolicję. Ambrose podszedłby do tej rozmowy dojrzalej, gdyby... nie to wszystko, co przedwczoraj.
- Idę się przelecieć. Pisz sobie do kogo chcesz. Papeteria jest w trzeciej szufladzie od góry. - nadął się, próbując go wyminąć i unikając jego spojrzenia. Nie chciał, żeby było widać jego szkliste oczy; nie pamiętał jaki jest dziś sezon na alergie.
1x k6 (czy mama wraca?):
6
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
29-01-2026, 10:48
Gdy daje się komuś zaufanie – zawsze liczy się na to, że ktoś zaufania tego nie wykorzysta. Titus zauważa już dogłębnie, że trafił w niesamowicie czułe struny. Ton, wyraz twarzy, słowa dobierane chyba tak, by uczynić pragnienie Harrisona mniej poważnym, mniej atrakcyjnym. Nim jednak zauważy, że ten piękny, słoneczny dzień zamienił się dla Ambrose’a w coś niezwykle nieprzyjemnego – tak nieprzyjemnego, by ten kilka chwil później wypełnił swoje oczy łzami (alergią) – jest już za późno by to odwrócić. Muszą więc płynąć z tym porywistym nurtem.
W pierwszych chwilach mięśnie nie wiedzą nawet jak stawić temu opór.
– Nie mamy i co z tego, czegoś mi brakuje? – mówi nieco niezadowolony, bo po pierwsze – nie rozumie co złego jest w pracy parobka, od najmłodszych lat wychowywany w szacunku do każdej, nawet najbardziej prozaicznej pracy wokół zwierząt. Po drugie chyba trochę ubodło go, że zmiany czynić można jedynie w wieku lat dwudziestu. W wieku lat dwudziestu ktoś zmusił go do zmian. W wieku lat dwudziestu trafił tutaj – zdrowiejąc po nagłych zmianach przez wiele tygodni. Teraz czuł się bardziej gotowy – tak samo jak kilkadziesiąt godzin temu czuł się bardziej gotowy by powiedzieć Day’owi o własnych uczuciach. – Będę naprawiał, ty też po mnie naprawiasz, zawsze tak robiliśmy, czemu to ma się zmienić?
Próbował podejść do tego… Racjonalnie. Ale z każdym kolejnym słowem uciekającym z ust Ambrose’a, chyba coraz ciężej przeżywał całą tą kłótnię, której początkowo… W ogóle się nie spodziewał. Czuje, że nie jest jej ofiarą – nie wie jednak nawet kiedy, w którym momencie stał się katem. Na samym początku? A może dopiero kiedy podjął próbę złapania mężczyzny za łokieć, a ten odsunął się nagle, jakby wcale nie chciał go widzieć, a już na pewno nie chciał go czuć. Tak więc z racjonalności zostało niewiele, a panika wstąpiła do głowy w swoim klasycznym, dobrze znanym, brawurowym wydaniu.
Ambrose zakpił. Użył ironii. Piekło zamarzło.
– Rosie… – próbuje się wtrącić, ale nie może. Musi słuchać o byciu służącym dawnego przyjaciela, o zaręczynach z jakimiś chętnymi na dzieci kobietami. Dzieci? Na gacie Merlina, przecież nie chciał mieć żadnych dzieci! Harrison kładzie dłonie na rozgrzanym karku, splatając palce na wyczuwalnych wyrostkach kręgów. Wbija zdezorientowane spojrzenie w przestrzeń pomiędzy jego brwiami – jakby nie wiedział na którym oku powinien się skupić. Każde wydawało się podszyte lodowatym srebrem.
– Nie, nie. Przestań, nie myślałem wcale o tym, nie – przerywa, a raczej nieudolnie próbuje przerwać gdzieś pomiędzy odwiedzinami raz na pół roku, a sprzedażą kawalerki. Oczywiście, że by ją sprzedał, gdyby wynosili się gdzieś indziej. Ale nigdy przecież nie zakładałby, że wynosiłby się… W pojedynkę. – Może byłbym tam szczęśliwy, może byłbym wiecznie sfrustrowany – nie wiem, kurwa, skąd mogę to wiedzieć, nie chcę tam wracać – odpowiada rozproszony. Nigdy nie chciał wrócić na to samo gospodarstwo – ostatecznie to skazało go na więcej cierpienia, niż mógłby sobie wtedy wyobrazić. – To było kilkanaście lat temu...
Nie skończy się tłumaczyć.
Gdy Ambrose próbuje go wyminąć, Titus momentalnie napina się i próbuje wejść mu w drogę. Ustawić się tak, by nie był w stanie dostać się na ganek – stojąc niemal w drzwiach. Czerwone oczy partnera wypełniają się łzami, a Harrison wie już, że to wszystko jego wina. Doprowadził go do płaczu. Wielkie gratulacje.
– Rosie, proszę, stój – nie wyciąga do niego dłoni, bojąc się, że scenariusz sprzed kilkudziesięciu sekund powtórzy się znowu. – Przepraszam. Nie chcę cię zostawić, nie chcę cię zostawić, nigdy nie zrobię tego bez ciebie – powtarza, bo za pierwszym razem brzmiało to chyba zbyt niepewnie – zbyt niewyraźnie. – Wiesz co kocham w mojej pracy? W pracy w magipolicji najbardziej kocham ciebie – to przecież tak boleśnie oczywiste. Ubrał mundur pod wpływem braku pomysłu na siebie – pod wpływem namowy znajomego Dolores Day. Wtedy płacili dobrze i karmili na posterunku, a on był biedakiem bez grosza przy duszy. Szybko splamił mundur korupcją – ale o ile Chris Rashford robił to często dla zabawy i czystej korzyści, pierwsze miesiące Harrisona uzależnione były od odpowiedniej porcji łapówek. – I nie dość, że musimy uważać z… Braniem do kieszeni, to jeszcze… – zapowietrza się lekko, opierając się plecami o drzwi. – O ile łatwiej byłoby mieszkać razem… Nie będąc tak blisko posterunku. Nie bojąc się, że ktoś domyśli się za szybko – jemu też chyba doskwiera alergia.
1x k5 (Babo, wpadasz?):
5
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
03-02-2026, 01:21
- Brakuje? A czego w magipolicji ci brakuje? - odparował z wyrzutem, rozzłoszczony, że musi w ogóle tłumaczyć Titusowi kwestie tak prozaiczne jak kontrast pomiędzy mundurem i służbą w imieniu wszystkich czarodziejów, a przerzucaniem siana dla jakiegoś obcego człowieka. Był tak zirytowany tym tokiem rozumowania, że gdyby nie wieloletnia przyjaźń z Titusem, to na końcu języka miałby jakąś złośliwą uwagę o tym, że może najlepiej rzucić i magipolicję i magię i iść przerzucać siano dla mugola. Ale o niemagicznym świecie, mugolach i mugolakach nie żartował nigdy; nawet w złości; nawet gdy mama mówiła o nich nieprzychylne rzeczy.
Tej granicy nie przekraczał (nawet mama jej nie przekraczała przy Titusie, Allie za to przekraczała ją ciągle).
Nawet gdy Titus właśnie zachwiał całym jego światem i to w dwa dni po obietnicy, że ten świat będzie już tylko lepszy.
Zacisnął usta i wydął lekko policzki, tak jakby naprawienie porcelanowego pająka personalnie go obrażało.
- Zawsze? Czemu coś ma się zmieniać? Właśnie mówisz, że chcesz zmienić pracę! - zarzucił mu, nie rozumiejąc jak Titus może nie rozumieć, że właśnie postawił wszystko pod znakiem zapytania. Świat wydawał się mniej stabilny i przerażająco chaotyczny gdy jajka były nieodpowiednio ścięte, a cisza nocna nierespektowana (ciężar, z którym Ambrose uczył się żyć dla dobra relacji sąsiedzkich)—jaki miał się wydać, gdy ktoś z tak porażającą beztroską rozważał zmianę pracy? Dobrej, stabilnej pracy, w której widywali się codziennie? Pracy, dzięki której znów mogli widywać się codziennie po tamtych kilku smutnych latach, które zredukowały ich przyjaźń do coraz krótszych listów? Magipolicja ich wtedy uratowała, tak o tym myślał. Wiedział, że wciąż byli dla siebie gdy świat się walił; pewnie do końca życia byliby w ten sposób dla siebie i by coś naprawiali jak tego cholernego pająka—Ambrose oferując Titusowi kąt po wygnaniu z gospodarstwa, Titus rzucając wszystko by znaleźć syna Day'a, i tak dalej—ale to było za mało, to zawsze było dla niego za mało. Na każdy list i każde spotkanie przypadało kilka meczy, na których Titusa nie było na trybunach. Kilka idiotów, którzy wkurwili Ambros'ea (albo on ich) i na których nie mógł się pożalić. Kilkanaście dowcipów, których nie zrozumiał i kilka, z których głupio było się śmiać w pojedynkę. Codzienność, którą utracili po szkole i odzyskali dopiero na komisariacie. A teraz Titus... chciał to wszystko zmienić? Jak wtedy? I tuż po tym, jak już wszystko zmienili—może i na lepsze, ale przecież Ambrose wciąż przyzwyczajał się do myśli, że już nigdy nie poprawi włosów partnera, że już nigdy nie wysłucha uwag o ich bliskiej przyjaźni bez lęku, że już zawsze będą uważać...
Nie znosił zmian dobrze, nawet jeśli były dobre. A ta właśnie zaproponowana przez Titusa nie była dobra. Nie potrafił tego zrozumieć, nie potrafił się nawet skupić, mając wrażenie, że zapętlił się we własnych myślach. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak proponowane przez Harrisona rozwiązanie miałoby wyglądać—wracał tylko myślami do tego, jak wyglądało przed laty. A dla niego wyglądało koszmarnie.
Matka i Allie znały jego słabe punkty i zawsze próbowały coś zmieniać, gdy ich zdaniem zrobił coś nie tak (w przypadku matki go to ruszało, w przypadku żony nie). Dlatego wyrzucił z siebie kolejną falę oskarżeń, słowa o Jenevie i o dzieciach, próbując odepchnąć wrażenie, że może Titus robi to samo; że może zrobił coś nie tak.
Nie może, na pewno. Nie przez ostatnie dwa dni, nie był aż tak dramatyczny by w to uwierzyć, ale...
- Nadal masz mi za złe Allie, to stąd te wszystkie pomysły? - wyrzucił, choć do dzisiaj nie chciał znać odpowiedzi. Bo znał odpowiedź. Widział ją w oczach Titusa ilekroć ten wymawiał imię jego żony i myślał, że po rozwodzie wszystko się skończy, ale... - Wtrąciłem ją do więzienia, a nie cofnę przecież czasu! Może mogłem zrobić to wcześniej, ale dzieci były małe, a ja nawet nie wiedziałem, że oszukują z teściem... - przypomniał Titusowi w desperacji, ale to przecież nic nie dało. Ambrose liczył na jego radość, gdy pochwalił się tym, co zrobił, ale zderzył się tylko z zaskoczeniem. I w sumie nie powinno go to dziwić. Samemu nie potrafił sobie wybaczyć tamtej nocy, podchodząc do tamtego durnego nastolatka z całą surowością zgorzkniałego stróża prawa; z całym bagażem wyrzutów, jakie robiła mu potem matka (wyzywając go od najgorszych) i teściowie (wyzywając go od nieodpowiedzialnych). Titus nigdy nic nie powiedział, ale wspomnienie jego rozczarowanej miny tamtego lata było jeszcze gorsze, najgorsze. - Nieważne. - wycofał się nagle, rozumiejąc, co właściwie powiedział. Przypomniał mu się sen sprzed paru dni, w którym Titus rozpadal się w pył. Znowu się tak czuł. - Albo ważne. - zmienił zdanie. Chciał wiedzieć, jeśli cholerna Allie i cholerne gospodarstwo mają nad nimi wisieć jak miecz Damoklesa. Albo jednak nieważne, bo dopuścił do siebie myśl, że to jednak żadna zemsta, że po prostu Tite będzie tam szczęśliwszy i poczuł, że nie wytrzyma tego ani chwili dłużej. Musiał ochłonąć, musiał się przewietrzyć, musiał się wzbić w powietrze, gdzie nikt nie zobaczy ani jego miny ani jego alergii. Może wyląduje na ziemi jako ktoś odrobinę mniej egoistyczny i odrobinę szlachetniejszy i zdoła wydusić pewnie, hoduj sobie te konie.
- Nie przepraszaj! - zirytowało go to, nie chciał tego słuchać. Nie chciał przyjmować tych przeprosin, bo Titus przecież miał prawo do swoich marzeń, do swoich koni, może nawet do jakiejś miłej dziewczyny z jakiejś cholernej wsi. Stanął dopiero, gdy Harrison powiedział wprost, że nie chciał go zostawić.
- Ale... jak zrobiłbyś to ze mną? Nie umiem zajmować się zwierzętami. Boję się koni. - wyznał, obracając się powoli w jego stronę. 
W ogóle tego nie przemyślał?
No tak. To był Titus. Może... tego nie przemyślał.
Mina trochę mu złagodniała, a potem Harrison powiedział to... o pracy w magipolicji, co w niej kochał, i Ambrose wreszcie zamilkł i pozwolił mu dokończyć, spoglądając na niego wielkimi oczyma. Nie były już zimne jak lód, ale za to ani razu nie mrugnął, bo zapomniał, że powinien.
Wysłuchał go do końca z dość niemądrą miną.
- Boisz się. - wydedukował wreszcie, cicho i powoli. To dlatego chciał uciec na jakieś gospodarstwo? - Ja... - też. -...bałbym się, że to jakiś obcy gospodarz się domyśli. Zwłaszcza, gdy mieszkałbyś tam z kimś tak bezużytecznym. Pan Harrison tolerował moją pomoc tylko dlatego, że byłem twoim najlepszym przyjacielem. - przypomniał Titusowi smętnie. - Mundur daje nam autorytet, a czasem najciemniej jest pod latarnią. - zauważył, przecierając oczy. Titus tak na to nie patrzył? - Możemy przestać, żeby... nie bać się przynajmniej tego. - zaoferował impulsywnie. W jego życiu nie było już teścia, który wypominałby mu pensję; a myśl o przyszłości dzieci zeszła na dalszy plan gdy na szali leżała własna. - Przestać z łapówkami i całą resztą. Powiemy współpracownikom, że nowy Minister to nowe kontrole i musimy... zapauzować, to idealny moment. - zapalił się. - Mogę nawet spotkać się parę razy z jakąś kobietą w kawiarni naprzeciwko komisariatu. Albo co tydzień z inną, żeby mieć łatkę bawidamka. A ty... - Titusowi też mógłby załatwić jakąś dziewczynę, ale sama myśl wzbudziła w nim dziwną irytację (nie pomyślał nawet, że jego propozycja spotykania się co tydzień z inną kobietą też mogła zostać źle odebrana) -...ty brzmiałeś przekonująco, gdy w muzeum Quidditcha sugerowałeś Dodge'owi, że Jeneva na zawsze złamała ci serce. Możesz iść w to w zaparte...  - myślał głośno. - Ja naprawdę kocham tą pracę. - wyznał na jednym wydechu. - Jesteśmy w niej dobrzy. - może mogliby nawet poprosić kiedyś o awans, jakby sytuacja z łapówkami była czysta... Może odbiliby je sobie na tym... - A ile kosztowałoby własne gospodarstwo? Bez żadnego gospodarza nad głową. - wypalił. Może myślał trochę... za szybko. Na pewno mówił trochę za szybko, ledwo dając Titusowi dojść do słowa gdy samemu układał ten cały plan w odpowiedzi na jego lęk. - Powtórzysz... to co mówiłeś wcześniej? - zakończył wreszcie, a na jego spiętą twarz wkradł się lekki uśmiech i lekki rumieniec. - To o tym, co... no wiesz, w pracy. - kluczowe słowo jakoś nie przeszło mu przez gardło, ale chciał je usłyszeć. Jeszcze raz. Spokojniej. - Ja ciebie też. - szepnął impulsywnie, wyciągając do Titusa dłoń. - Wiesz o tym, prawda? Może nikt się nie domyśli, bo jeszcze się nie domyślił, a przecież... ja tak od zawsze. - może i pocałunek zmienił wszystko, ale przecież tak naprawdę nie zmienił nic. Nie w tym, co istotne.
1x k4 (czy mama pozwoli mi złapać Titusa za rękę?):
1
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
05-02-2026, 00:09
Czuł pęczniejące wewnątrz ciała… Wyrzuty sumienia. Bo może i czuł się gotowy na zmianę – może czuł się okrutnie wręcz uskrzydlony tym, jak gładko poszła przedwczorajsza rozmowa i jak dobrze przyjął czułość, początkowo budzącą w nim tylko odrętwiającą nieśmiałość, może i czuł, że może spróbować wrócić do korzeni czyli tam – gdzie czuł się dobrze, niesamotny, bezpieczny… Ale nie umiał nie zauważyć wyraźnie, że jego gotowość wcale nie oznaczała jednoczesnych chęci Ambrose’a.
Czy spodziewał się więcej radości i zrozumienia? Pewnie tak. Czy spodziewał się jednak, że W TYM MOMENCIE przywołana zostanie tutaj postać Allie Day? Nie. I nie miał zamiaru tego pominąć. Nie wie nawet, kiedy w jego głosie pojawia się żal. Może i element złości.
– Mieliśmy. Nie. Wspominać. Już. O. Allie. – przecież powiedział to, powiedział to tak niedawno – czy kilkadziesiąt godzin wystarczyło, by Ambrose o tym zapomniał? Harrison pamiętał wiele ich rozmów sprzed kilkunastu, nawet kilkudziesięciu lat – pamiętał nawet dokładnie ostatecznie bolesną w skutkach obietnicę z ostatnich wspólnych wakacji. Pamiętał, że miał nie wypominać mu już Allie. Pamiętał, bo sam stwierdził, że robił to już ostatni raz. Wzdychając głęboko uciekł spojrzeniem na bok. – Nie chcę się na tobie odegrać, do licha jasnego, nie chcę się nad tobą… Na tobie odegrać – głos mu się załamał, sens zdania też stracił gdzieś w połowie. Nienawidził kłócić się z Ambrose’m. W dawnych latach wolał rozwiązywać te sprawy szarpiąc się, krzycząc, ale nigdy nie tłumacząc swoje uczucia – szczególnie, kiedy też wydawały się gryzące i niewygodne – dziwnie zawstydzające, odbierające mu powagi. Może dorośli już nieco, skoro w ogóle podejmowali trud szczerej rozmowy… A może wiele musieli się jeszcze nauczyć. – To nie jest związane z Allie, nie jest związane z twoim rozwodem, z jej więzieniem, z twoimi bliźniętami, z niczym, co nie dotyczy naszej dwójki i tylko naszej dwójki, Rosie.
Na sam koniec trzęsie się już z napięcia, a chyba tylko sztywna faktura drzwi i uparte spojrzenie chłodnych oczu trzymają go w ryzach. Opierając się o nie (drzwi, nie oczy) patrzy przestraszony na przyjaciela kalkulującego wszystkie słowa – wszystkie wyznania, których ciężar przeważa wyłącznie w jedną stronę – nie chcąc robić nic w pojedynkę, przepraszając za własne zachcianki, kochając tylko jego… Może znowu powiedział za dużo. Ale kiedy jak nie teraz? Przecież to wszystko było prawdą. Przed kim miał pozwolić sobie na prawdę, jeżeli nie przed Ambrose’m? Przed przyjacielem – na co liczył – na zawsze?
Ale wzrok Day’a łagodnieje, jego palce przecierają oczy, a jego słowa… Stają się mniej chaotyczne. Bardziej wyrozumiałe. Snujące scenariusze.
Jak ciężka była droga do Katharsis? Chyba domyślnie ciężka, inaczej nie nazywałoby się w ten sposób… Ale może to jeszcze nie było to? Może to jeszcze nie koniec?
Przez potok słów Day’a ma chociaż możliwość zebrać myśli. Uspokoić się. Ochłonąć. Zrozumieć, że dla mężczyzny… To wszystko też nie jest tak proste. Oczywiście, że oboje się bali – a przecież na ten moment nie zrobili jeszcze nic złego.
– Boję się, tak – musi to przyznać, przecież przez całe życie odkrywał przed Ambrose’m wszystkie swoje miękkie punkty – licząc jednakowoż, że ten nigdy ich nie wykorzysta, nawet jeżeli w swojej samolubności niekiedy czuł, że nadzieja ta jest płonna – że cały ciąg sympatii który ciągnął się za nimi przez lata, przyczynił się jednocześnie do zbyt wielu zawiedzionych oczekiwań. – Ale nie chodzi tylko o strach… A na pewno nie chodzi mi o to, żebyś proponował, bym kilka wieczorów w miesiącu musiał siedzieć i myśleć o tym, jak zapewniasz sobie łatkę bawidamka – prycha na sam pomysł. Wie jednak, że ten nie wydaje się zły. Tak samo jak czas na porzucenie pewnej gałęzi bezprawia wydaje się faktycznie… Idealny. I tak samo, jak to, że faktycznie byli w tej pracy przedziwnie dobrzy. Byli dobrzy, bo wykonywali ją razem. Byli dobrzy, bo chociaż Ambrose nie potrzebował wyraźnie zewnętrznej motywacji – Harrison znajdował jej część w pracy właśnie z nim. – Nigdy nie będzie mnie stać na własne gospodarstwo – nigdy nie będzie mnie stać na hodowlę koni, Rosie. Nigdy nie dorobimy się do tego uczciwie – to może żałosne, ale niezmiennie myślał w tym planie o nich, nawet jeżeli tylko on wydawał się na tą decyzję gotowy i chętny. Harrison opuszcza wzrok, a kiedy chce powiedzieć, że na początek mogliby spróbować być… Uczciwsi, Ambrose prosi go o powtórzenie… Tego czegoś.
Chociaż Titus nie jest zrobiony z tak szczerej porcelany, wcześniej wyznał to wszystko trochę zbyt impulsywnie. Teraz czerwieni się nieszczęśnie, podnosząc spojrzenie na uśmiech Day’a.
Harrison kładzie jedną dłoń na swoim policzku. Czuje jego ciepło i czuje własne napięcie.
Czuje też, że wie co czują wszystkie kobiety obdarzane podobnym, łagodnym grymasem i łagodnym spojrzeniem spod pięknych, jasnych rzęs Ambrose’a. Zawsze widział w nim więcej, niż tylko przystojne oblicze – dziś jednak – po tym jak oboje przeczołgali się wzajemnie pomiędzy chęcią ucieczki z miejsca zdarzenia, a emocjonalnej konfrontacji… Chyba na widok ten lekko miękły mu nogi.
– Przecież wiesz dobrze co powiedziałem… – próbuje odpędzić od siebie własną, wcześniejszą zapalczywość. Już miał właściwie powtórzyć posłusznie to wszystko – poprosić Day’a by ten nachylił się do niego, byle zamknąć wyznanie w przestrzeni pomiędzy ich twarzami… Ale musi złapać go za dłoń.
Tak, musi to zrobić, bo drzwi za jego plecami otwierają się, a bezpieczna, drewniana i sztywna powierzchnia ucieka mu spomiędzy łopatek. Tracąc oparcie odnajduje je w dłoni Ambrose’a, a potem w jego (już nie idealnie) wyprasowanej koszuli, której łapie się palcami – bojąc się nagłej utraty równowagi.
I może to dobrze, bo gdyby nie skrócona między nimi odległość… Bardzo skróciłby tą dzielącą jego od wchodzącej do pomieszczenia Dolores Day.
Tak, Harrison prawie przewrócił się na Dolores Day. Tak, przez chwilę utknął przed jej oczami w pozycji nieco niekomfortowej do wyjaśnienia. Tak, kiedy obejrzał się przez ramię i ujrzał spojrzenie matki przyjaciela… Momentalnie oderwał się od niego, wyminął go i podjął próbę umieszczenia się za ustawionym metr od nich stołem – za oparciem najdalszego od wejścia krzesła, jakby meble te miały uchronić go od nieprzychylnego wzroku.
A własnym wzrokiem śledzi wchodzącą głębiej Dolly. I tylko raz na kilkadziesiąt sekund – na ułamek chwili – zerkając kontrolnie ku jej synowi.
Ale nie mówi nic. Bo co ma powiedzieć? Powtórzyć to co mówił wcześniej?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
10-02-2026, 17:58
Przymknął ze zniecierpliwieniem oczy, jakby licząc, że wtedy temat jakoś sam z siebie zniknie. Albo że wtedy chociaż przestanie myśleć o tym, jak Allie wpłynęła na ich przyjaźń i na tamte gorzkie lata tuż po ślubie—bo może i mieli o niej nie mówić, ale niemyślenie o niej okazywało się zaskakująco ciężkie. Raz, dwa, trzy, na pewno weźmie głęboki wdech i zdoła się uspokoić...
- Mieliśmy, ale teraz znowu...! - podniósł głos i otworzył  oczy, które teraz ciskały gromy. Urwał w połowie zdania i spróbował wziąć kolejny, krótki wdech. -... znowu chcesz... nie wiem, gdzieś wyjechać, zniknąć? - dokończył, już ciszej, ale nie spokojniej. Też nie lubił się kłócić z Titusem, ale to się po prostu działo. I może lepiej było jak się działo, bo we wspomnieniach (bliźniaczo podobnych do snu, w którym Titus rozpadł się w pył,  co jeśli ten sen był proroczy...? Nigdy nie miewał tak wyraźnych snów...) znowu widział tamto popołudnie gdy przeczytali list o ciąży. List, który zgruchotał jego—ich—nadzieje na przyszłość. Spodziewał się wtedy kłótni. Ba, spodziewał się bójki. Ale Titus po prostu zrobił bardzo wielkie oczy i odszedł, zostawiając Ambrose'a ze wspomnieniem swoich oczu i swoich pleców.
A później każde kolejne ich spotkanie właśnie tak się kończyło, widokiem jego pleców—pomimo wysyłanych sobie listów, nawet pomimo gościny u Dolores, Titus zdawał się być coraz dalej: w Szkocji, w Manchesterze i jakoś niezręcznie daleko nawet wtedy, gdy widzieli się w cztery oczy.  Wszystko naprawiło się dopiero, gdy zaczęli razem pracować i mogli znowu widywać się codziennie, a teraz Harrison chciał to rzucić. - I może powinieneś mieć pretensje albo się wtedy odegrać! - wyrzucił z siebie gniewnie. Może wszystko byłoby inaczej gdyby wtedy się pobili. - Wszyscy mieli do mnie pretensje, ale ty nie. Ty po prostu... zniknąłeś. - i to zabolało sto razy mocniej, a Ambrose zamrugał szybko i ze złością, bo właśnie teraz zaczęła się jego... alergia. - Dopóki nie zaczęliśmy razem pracować. Przecież nie byłem ślepy. - choć udawał, że nie widzi jak Titus dystansował się (jego zdaniem) bardziej i bardziej, bo jeszcze byłoby tylko gorzej. - I sam miałem... mam do siebie pretensje. - nigdy nie przestał, a wielkie oczy Titusa miały z tym sporo wspólnego. - W tamte wakacje chciałem... już nigdy jej nie widzieć, chciałem z tobą... - chciał mu obiecać to wszystko. Chciał jakoś naiwnie wierzyć, że będą mieszkać niedaleko siebie, nawet jeśli stadion i hodowla były od siebie daleko. Wtedy wierzył, że po prostu planuje przyszłość ze swoim najlepszym przyjacielem, ale teraz wiedział już, że stało za tym coś więcej.
Od dwóch tygodni kłuło go to też, co wyrwało się Titusowi gdy wspominali tamte czasy: kit. Jego chęć przyjazdu na farmę Harrisonów nigdy tym nie była. Dlaczego Tite nie wierzył mu nawet teraz? - Nieważne, rozumiem czemu wtedy... - wycofał się niezręcznie. Naprawdę rozumiał. Może postąpiłby tak samo, gdyby to Tite zaręczył się pierwszy. - Nie rozumiem tylko czemu teraz chcesz gdzieś wyjechać. - burknął, bo Harrison wyliczył mu powody, z którymi to niby nie było związane. Ale w takim razie z czym było? To dotyczyło tylko ich dwójki, ale w takim razie co znowu zrobił nie tak? W jego myślach musiał istnieć jakiś powód, więc skrzyżował obronnie ramiona, ciasno, rozpierany pokusą by stąd wyjść.
- Ja też. - przyznał o wiele łagodniej. Też się bał. - Jakoś to ogarniemy. - i zaczął myśleć i na raz opowiadać jak, choć w jego planie istniały ewidentne luki. - Ja... ta łatka była przydatna. - zaparł się obronnie, zabawy z fankami zapewniły mu spokój od Allie gdy skończyły mu się inne preteksty (ciąża, okres po ciąży, dzieci, niebycie gotowym na kolejne dzieci, bla bla bla). - Nie zrobię tego jeśli nie chcesz. Ale to nic nie znaczy, nigdy nie będzie. - dodał łagodniej, nieświadom, że te obietnice mogą trafiać na jałowy grunt.
- Jak to nie? - zapytał ze szczerym, smutnym zaskoczeniem, gdy Titus uświadomił mu realia ekonomiczne angielskiej wsi. Ile mogą kosztować konie?!
Zanim zdążył to skomentować, Harrison powiedział jednak coś... ważniejszego.
Uśmiechnął się szerzej, widząc nagłe speszenie przyjaciela. Nie szeroko, ale w ten trochę nonszalancki, a trochę łagodny sposób, gdy jeden kącik ust unosi się wyżej i trudno pohamować nagłą wesołość. 
- Powiedziałeś coś o pracy... - mruknął, trochę się drocząc. Jego oczy lśniły figlarnie i nachylił się bliżej, podświadomie wiedząc jak—ale dziś jakoś samo się to działo, dziś nie myślał o każdym geście. - Może słyszałem. - chłodnymi palcami dotknął rozpalonego policzka Titusa. - A może chciałbym usłyszeć jeszcze raz. Albo wiele razy. - drążył radośnie i na świecie istniała chyba tylko jedna osoba zdolna zepsuć teraz jego dobry humor (no, nie licząc mało prawdopodobnego powrotu Jenevy Young do życia Titusa).
Niestety, właśnie w tym momencie ta osoba weszła do domu.
Titus dosłownie wpadł mu w ramiona, co w innych okolicznościach właściwie by go ucieszyło akurat w tym momencie—ale choć odruchowo zamknął wolną dłoń na ramieniu Harrisona, to sopjrzenie równie odruchowo i trochę panicznie poderwał na drzwi. Tylko jedna osoba poza nim wchodziła tu bez pukania, a on przez lata był na ten dźwięk wyczulony. Zwłaszcza z czasów, gdy wracała w środku nocy.
Zamarł, bo stał pod ścianą i nie miał gdzie się cofnąć.
Mama spojrzała na niego z dołu (była od niego cztery głowy niższa), a on spróbował przejść do niezręcznej ofensywy (bo defensywa na nią nie działała).
- Wywrócilibyście się i te drzwi otwierają się za szybko! - wymamrotał, gdy Titus odsunął się przytomnie.
- A kto ich nie naoliwił? - Dolores ujęła się pod boki, piorunując wzrokiem najpierw Ambrose'a, a potem Titusa. - Twojemu przyjacielowi też o tym mówiłam, w czterdziestym piątym. Jestem zdana tylko na siebie, a nie sięgnę przecież do szczytu framugi. - westchnęła, mówiąc o Titusie tak jakby go tu nie było i podeszła do stołu, strategicznie ustawiając się pomiędzy Harrisonem i swoim synem. Spojrzała krytycznie na pająka. - Co ja mówiłam o odkładaniu rzeczy na swoje miejsce?
- Że jest ważne, bo inaczej nie można nic znaleźć. - westchnął Ambrose, który wciąż zapominał przy niej o istnieniu pytań retorycznych. Zgarbił się trochę i zmarkotniał i cały wydawał się przy niej jakiś... mniejszy. Przegapił nawet kontrolne spojrzenie Titusa.
- No właśnie. - zacmokała Dolores, nie pomagając dorosłemu synowi z koncepcją pytań retorycznych. - Wiesz, ta wścibska pani Tonks pytała mnie jak sobie radzisz po rozwodzie. I musiałam się jej tłumaczyć. Gdybyś był wdowcem to po prostu by ci wspóczuła, ale nie, ty musiałeś wszystko skomplikować, prawda? - zaćwierkotała, pod koniec niespodziewanie zadając pytanie nie synowi a Titusowi—zwracając się do niego gwałtownie i przyszpilając chłodnym spojrzeniem ciemnych oczu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
11-02-2026, 21:11
Chyba dobrali się idealnie (albo wręcz przeciwnie…), posiadając wspólną zdolność do nagłych zmian nastrojów – do tracenia kontroli nad własnymi emocjami, ubierając je w stosowne zdania dopiero po wielu latach. Rozmowa była jak meandrująca rzeka – błądząca obecnie po starorzeczach, z których wyrywała dawne, omszałe wspomnienia. Harrison mógł z pamięci wymienić pewne momenty, w których umyślnie oddalał się od Day’a – co kilka miesięcy, najczęściej wskutek odpowiednio ciepłego w odbiorze snu, który przypominał mu o słabości skłonnego do nie-tak-ulotnych sympatii umysłu. Myśl wróciła do niego, kiedy kilka dni temu rozważył nawet ucieczkę z własnego domu – ponowne oddalenie się – byle nie siedzieć w jednej przestrzeni z urażonym Ambrose’m, byle nie widzieć jego młodszej koleżanki podającej mu papierosa, jednocześnie nie będąc wtedy gotowym na szczerą rozmowę o zazdrości, którą nazwał po imieniu dopiero po pewnym czasie. Pchany wizją senną brał sprawy w swoje ręce, ale gdyby nie skłonność do wiary w doświadczane wizje… Z pewnością nie tkwiliby tu teraz. Nie zastanawiali się nad tym, czemu Harrisona ciągnęło do innego życia i czemu robił to teraz.
Nie do końca umiał odpowiedzieć na te pytanie, nawet jeżeli chyba czuł odpowiedź. Łapał pojedyncze myśli – wyłapywał pojedyncze braki. Czuł głód tego co pozpstawione w przeszłości – wspomnienia spokojniejszego życia, miłości rodziców, troski o gospodarstwo. Czuł, że obecnie za razem miał dom – ale domu tego nie miał. Czuł, że Londyn był miastem zbyt wielkim, a zarazem zbyt ciasnym.
Własne gospodarstwo byłoby za drogie, pomysł na ich wspólną “ucieczkę” był nieprzemyślany, dopuszczenie do umysłu pomysłu by Ambrose umawiał się z wieloma kobietami – na ten moment niekomfortowe, a myśl o tym, że jeszcze kilka chwil temu użył słów bardzo znaczących… Przytłumiła większość zmysłów.
Naciskany dalej kurczy się jeszcze bardziej – w głowie wałkując jedynie powtarzane kilka sekund ja ciebie też i od zawsze. Naprawdę godzi się już z myślą, że powtórzy ten impulsywny wyraz afektu…
Ale nie zrobił tego, a to i tak nie ma znaczenia, bo kilka chwil później już stoi oparty o szczyt krzesła – zaciska palce na drewnianych, ozdobnych gałkach oparcia i obserwuje panoszące się po pomieszczeniu zło. Znaczy… Dolores Day.
Nie zrobił tego w czterdziestym piątym? Nie pamiętał, może to zrobił. Może Dolly próbowała upokorzyć go bardziej, niż zrobił to sam – wpadając w ramiona jej syna i obserwując ją obecnie z palącym rumieńcem wstydu. Gdyby znaleźli się w tej sytuacji jako nastolatkowie – pewnie znalazłby w sobie więcej werwy do kłótni – pewnie czułby się mądrzejszy od czyjejś matki. Teraz… Bardzo chciałby, by to Ambrose załatwił jej wątek.
Wiedział jednak, że dopiero… Doszli do porozumienia. Czy właściwie wybaczyła mu do reszty, skoro kilka chwil temu wciąż sprzątał?
Powinien go bronić.
– To… Moja wina, na chwilę odciągnąłem go od sprzątania, przepraszam Dolly – brzmi żałośnie? Pewnie tak, a chociaż w tym wypadku właściwie nie musi kłamać, samo wypowiedzenie kilku słów ośmiela go do… Do sięgnięcia po starą przyjaciółkę półprawdę. Chyba nie umie inaczej. – Chciałem, żeby Ambrose – no proszę, pełne imię. – pomógł mi z siłowym zajęciem w stodole, tylko na chwilę… – spogląda w kierunku Day’a. Wciąż przecież musiał mu pomóc.
To kłamstwo ma krótkie nogi, ale Dolly ma jeszcze krótsze. Ma za to długi i cięty jęzor, bo kiedy wspomina o rozwodze swojego syna (oboje lubili dziś ten GORĄCY TEMAT) – Harrison znowu rozpamiętuje w głowie krótkie wyznanie partnera. Uśmiecha się do siebie na równie krótki moment – nawet w tym paskudnym stresie. Nawet, kiedy…
Nie, kiedy dochodzi do niego, że Dolores oskarża go o komplikacje w procesie – mina momentalnie mu rzednie.
– Co? – puszcza w powietrze, nerwowo unikając spojrzenia jej chłodnych oczu. Patrzy nad jej ramieniem, mimo woli poszukując jakiegokolwiek wsparcia w zastygłej twarzy przyjaciela. – Co takiego… Zrobiłem?
Nie namawiał Day’a do przyjścia do policji – ten podjął decyzję na własną rękę. Nie namawiał go do rozwodu – przez długi czas nie będąc nawet świadomym, iż ten zbierał informacje o swoim teściu i swojej żonie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 21:47 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.