• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Dolina Conwy
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-09-2025, 19:31

Dolina Conwy
Na północy Walii, między górami a wybrzeżem, rozciąga się Dolina Conwy - kraina wijącej się rzeki, zielonych łąk i średniowiecznego zamku strzegącego jej ujścia. Woda płynie leniwie, tworząc zakola, przy których stoją stare kamienne mosty. Mgła o poranku unosi się nad doliną jak biała wstęga, a wśród pól widać pasące się owce. Dolina jest żyzna i cicha, ale kryje w sobie ciężar historii, która wciąż unosi się w powietrzu niczym echo dawnych bitew.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
09-04-2026, 01:39
19.05?

Nie miał pojęcia, jak przedstawić narzeczoną własnej rodzinie, więc—skoro jeszcze nie wymyślił rozwiązania—postanowił włożyć energię w coś, nad czym miał kontrolę. Czyli w robienie dobrego wrażenia na jej rodzinie. Leonie chyba nie do końca rozumiała, dlaczego go to tremowało. Był uzdrowicielem o stabilnej pensji, za sprawą przypadku leczył też z ciężkiego zatrucia jej brata i narzeczona pewnie uważała, że to wystarczy. Jasper myślał jednak bardziej długoterminowo: co pomyślą o nim Figgowie, gdy adrenalina związana z zatruciem ich syna opadnie? Wdzięczność nie trwa przecież wiecznie. Leonie bardzo długo nie utrzymywała z rodzicami kontaktu i nie wyznała im czemu. Co, jeśli szukając po omacku odpowiedzi, pomyślą, że to przez niego? Poznali go w końcu znienacka, dowiadując się o zaręczynach na szpitalnym korytarzu.
Nie znał dobrze państwa Figg, ale o przyszłym teściu wiedział jedno. Pan Figg był podobno fanatykiem wędkarstwa i  zdolny był określić wartość człowieka tym, jak wielkiego suma złowił. Jasper mgliście kojarzył, że sumy mają wąsy, ale na pewno nie rozróżniłby szczupaka od dorsza. Był jednak człowiekiem zadaniowym i postanowił nadrobić zaległości w trybie ekspresowym. Zwłaszcza, że znał nie jedną, a dwie osoby, które mogły mu pomóc. Te osoby nie znały się jeszcze nawzajem, ale dzisiaj je sobie przedstawi.

Do Titusa Harrisona miał stosunek... ambiwalentny. Raził go jego ubiór, raził go entuzjazm, z jakim magipolicjant opowiadał czasem o mugolskim świecie, raziło go jego pochodzenie (półkrwi lub mugolskie—Jasper nie wnikał, ale nikt z dobrej rodziny nie wiedziałby tyle o niemagicznych), raził go brak rezultatów w kwestii poszukiwania Eileen. Raziło go nawet to, że to Harrison był na służbie wtedy, gdy Jasper musiał w kostnicy zidentyfikować ciało swojej żony. Od słowa do słowa, wynajął jednak usługi tego człowieka. Szukając zaginionej siostry polegał jedynie na swoich snach i przeczuciach (no, i pieniądzach), a jako racjonalista doskonale wiedział, że potrzebuje pomocy kogoś bardziej doświadczonego. Rodzice nie zgłosili zaginięcia Eileen jako przestępstwa, a bez twardych dowodów Jasper też nie mógł tego zrobić, ale magipolicjant z wydziału zajmującego się między innymi poszukiwaniami zgodził się pomagać Prince'owi na boku. Jego znajomość mugolskiego świata stanowiła oczywisty atut, bo Jasper wciąż był w tym świecie zagubiony i przestraszony; a to przecież tam należało szukać Eileen.
Szkoda tylko, że zapadła się jak pod ziemię i te działania nie przynosiły rezultatu. Pomimo irytacji, nie zwolnił jednak Harrisona. Zupełnie jakby łudził się, że póki tego nie zrobi to się nie poddaje i jest lepszy od rodziców. Albo jakby przeczucie kazało mu jeszcze tego nie robić.
W ciągu długiej—choć przeplatanej raczej okazjonalnymi spotkaniami i listami—znajomości Jasper dowiedział się, że gadatliwy Harrison lubi rozmawiać między innymi o rybach. Że zna się na rybach. Że może nauczyłby go wędkować. I że łowi zawsze w Dolinie Godryka, ale tam nie mogli się przecież udać, by nie wpaść na Thaddeusa Figg.

Ratunek i nowe łowieckie tereny (grunty? wody? Nawet tej terminologii Jasper nie znał) przyszły w postaci Freddiego Kruegera, chłopaka, którego Jasper poznał podczas jednej z własnych eskapad do mugolskiej części Cardiff. Oszalałby, gdyby z każdym przeczuciem udawał się do Harrisona (przecież nie zwierzy się magipolicjantowi z tego, że sen kazał mu szukać Eileen wśród takich kominów w porcie, to niedorzeczne!), więc gdy jasnowidzenie prześladowało go niejasnymi wizjami, szukał śladów siostry w takich miejscach na własną rękę. Wtedy akurat wpadł na mugolskich chłystków, którzy chyba mieli chrapkę na jego portfel—w którym nie znaleźliby tego rodzaju pieniędzy, jakie szukali, a poza tym Jasper z dumą nosił sakiewkę, nie portfel—ale zanim zdążyli go zaczepić, zagadał go chłopak, który chyba (pewnie po geście, jakim Jasper odruchowo szukał różdżki... albo po komicznym stroju...) rozpoznał w nim czarodzieja. Jego obecność wystarczyła, by tamci zrezygnowali (Jasper nigdy nie dopytywał, czy się znali, wolał nie wiedzieć), a wdzięczny Prince pociągnął Freddiego Kruegera za język i dowiedział się, że nie nosi różdżki (!) i jeździ na mugolskim rowerze (!!!) i, już po dłuższym czasie, że wychował się w mugolskim sierocińcu.
Istnienie czarodziejów takich jak Freddie było dowodem na nieudolność Ministerstwa i całego czarodziejskiego świata. To, że ktoś pozbawiony rodziny był skazany na wychowanie się w niemagicznym świecie i brak wsparcia w tym czarodziejskim było dla Jaspera skandaliczne. Czyniło krzywdę takim ludziom, marnowało ich potencjał. Freddie był dorosły, ale bardzo młody i choć Jasper nie zamierzał się wtrącać do jego życia, to zaczął zjawiać się w tamtym porcie (jak już Freddie wyjaśnił mu zasady bezpieczeństwa i jak czytać nazwy mugolskich skrzyżowań) częściej, chyba po to, żeby mieć oko na tego chłopaka. Żeby kupić od niego rybę, której nie umiał przyrządzić i pokazać mu, że lepiej się trzymać z czarodziejami i nienatrętnie (no dobrze, dość natrętnie) przypominać, że jednak warto nosić ze sobą różdżkę. Kiedyś poznał też jego drugie źródło zarobku i palnął mu kazanie o toksykologii i o tym, jakich proporcji łączyć ze sobą nie można; ale się nie wtrącał. Nie będzie przecież rujnował dzieciakowi życia.
I może gdzieś w głębi duszy łamało mu się serce, że samemu nigdy nie zostanie ojcem; a w mugolskich dzielnicach muszą wychowywać się czarodzieje bez ojców.
Jako, że lubił dawać Freddiemu możliwość uczciwego zarobku, to wpadł na pomysł by wynająć dzisiaj jego pomoc i jego barkę. Na niej będą mogli wypłynąć tam, gdzie Thaddeus Figg na pewni nie wędkował.

- Freddie, to mój kolega - nie musi przecież mówić, że z magipolicji... - Titus; Titus, to Freddie, znamy się nie od dziś. - przedstawił ich sobie przed barką. - Skoro obydwoje lubicie i umiecie wędkować to podwójna nauka mi nie zaszkodzi, hm? - Titus był wtajemniczony w jego motywacje, Freddie na razie jedynie w to, że mieli razem płynąć na ryby. - Odkąd ostatni raz się widzieliśmy... - zwrócił się do Kruegera. Kupił wtedy u niego rybę, której nie umiał przyrządzić, więc ostatecznie na kolację z Leonie podał mięso. -... tak się składa, że się zaręczyłem i że podobno mój przyszły teść ocenia kandydatów pod kątem wiedzy o rybach. Jeszcze mnie nie ocenił, bo oświadczyłem się, zanim poprosiłem go o zgodę. Nieoceniajcie, to długa historia.- paplał. - W każdym razie potrzebuję pomocy, pilnie. Nigdy nawet nie trzymałem w rękach wędki, mój ojciec nie interesuje się takimi rzeczami i koledzy z Munga też nie. - odchrząknął, uświadomiwszy sobie, że może wypsnęło mu się za dużo. Nie, żeby wędkowanie było hobby klasy niższej średniej, ale... trochę nim było, nie? Dla Titusa, dla Freddiego to wszak uczciwy zawód.
- Za fatygę. - wcisnął Kruegerowi do ręki małą sakiewkę gdy weszli na pokład. Titusowi nie zaoferował zapłaty, bo podobno to jego pasja, a poza tym i tak wydał już niebotyczne kwoty na bezowocne szukanie Eileen.

wysyłam Freddiemu 10g
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
14-04-2026, 12:54
Ale wiesz, że znalezienie kogoś zaginionego jest łatwiejsze niż kogoś, kto wcale nie chce zostać znaleziony? – powiedział, szybko skracając dystans, w końcu byli w jednym wieku i znali się pobieżnie z korytarzy Hogwartu. Pewnie nie powinien, pewnie ich pozycja była zupełnie inna – ale jakoś wcale go to nie obchodziło. I tak czuł się przy nim szlamą i wieśniakiem, jakby jeszcze było się czego wstydzić. Doktor Prince był chłopcem z innego domu – ułożonym, zupełnie niezainteresowany światem, który pożarł jego siostrę. Światem, który nie wydawał się dla Titusa światem nieprzyjaznym – właściwie wydawał się nawet momentami milszym i przystępniejszym. Zrozumiale interesującym dla Eileen – nawet jeżeli niezrozumiale interesującym dla całej czystokrwistej rodziny.
Więc poszukiwania nie były proste, bo nawet przeczucia wydawały się mylące. Pieniądze otrzymywane od Jaspera za robótkę, którą wykonywał często przy okazji innych poszukiwań… Przydawały się, pozwalały na częstsze wyjście na ryby, piwo czy kupienie lepszej kawy.
Czasami zastanawiał się jednakowoż czy właściwie chciał jej dalej szukać – nawet jeżeli romantyzm sytuacji, w której brat poszukuje siostry z uporem maniaka trafiał mu do serca i jeżeli chciał zobaczyć ich wreszcie pojednanych. Harrison nie wydawał się specjalnie przejmować związkiem mugola z czarownicą, tak samo jak nie przejmował się związkiem dwudziestolatki z sześćdziesięciolatkiem, faceta z facetem, błękitnokrwistych z półkrwistymi czy psa z kotem. W ogóle wydawać się mogło, że mało rzeczy go obchodzi – nie wydawał się politycznie zainteresowany, swoją pracę wykonywał tak, byle dostać łatkę “dobrego”, ale nie “zajebistego” i dopiero przy bliższym poznaniu…
Dojść można było do wniosku, że posiadał tematy, na punkcie których plótł jak wściekły. Wędkarstwo było jednym z nich – chociaż w wędkowaniu nie chodziło wyłącznie o etap szarpania się z rybą. Raczej o ciszę, spokój, obcowanie z wodą i wszystkim tym, co znajdowało się na nabrzeżu. Często o tej porze roku siedział na brzegu i trącał łokciem swojego wielokrotnego towarzysza podróży – Thaddeusa Figga – pokazując mu kaczkę mandarynkę z kaczątkami na plecach. Albo po prostu kładł się na mokrej trawie i pił piwo, ignorując pojedyncze branie.
Nie zignorował za to przypuszczenia, które pojawiło się na horyzoncie myśli. Leonie Figg, córka Teda – fanatyka wędkarstwa, narzeczona magimedyka Jaspera. Jasper Prince, świeżo upieczony narzeczony, którego przyszły teść ocenia ludzi pod względem znajomości gatunków ryb. Byli może w tym świecie ludzie wierzący w niewiarygodne przypadki – ale nie Harrison. To nie był przypadek.
Ale chyba niespecjalnie spieszy mu się do połączenia tych faktów na głos.
– Freddy, hej, Titus Harrison, fajna łajba – gada do chłopaka, przedstawiany i ściska mu rękę z radosną miną. Jasper miał jakąś sympatię do czarodziei wyglądających jak mugole? Może miał z siostrą więcej wspólnego niż mu się wydawało? Harrison miał wyraźnie szkocki akcent, nosił militarny deszczak, flanelę, czerwone kalosze i wytarte jeansy – to strój na takie okazje, mówił, a jego współlokator gderał w czterech ścianach coś czasami o tym, że tych spodni nie dało się nawet wyprać – zawsze walić będą już rybą i że ich miejsce znajduje się w piwnicy. Fred zaś… Wyglądał jak biedny, mugolski dzieciak. Gdy spojrzał mu w oczy zobaczył cień odbicia przelatującej wzdłuż doliny mewy. I zwierzę te zapamiętał. – Wyglądamy na skorych do oceniania? – wtrąca się magimedykowi w słowo, byle poprawić mu nastrój – chyba. – Ja nie jestem, a ty jak, młody? Mogę na tej usiąść? – a kiedy dostaje zgodę, siada na krawędzi jednej z ustawionych na pokładzie skrzyń i zaczyna przygotowywać sprzęt wędkarski. Nowiutki, piękny, w sam raz do przetestowania. Jeszcze kilka dni temu miał tylko stary złom – dziś zaś miał coś, co złoży w rękach Jaspera tylko z ostrzeżeniem o “ostrożności”.  – A gdzie najczęściej wędkuje twój teść? To może zgadniemy na jakie gatunki zasadza się najczęściej – a kiedy chce precyzji, nawet jeżeli zna odpowiedź – wyciąga już z kieszeni paczkę fajek, które rzuca na skrzynię obok siebie, byle mogli się częstować. Odpala od zapalniczki i tą układa zaraz obok papierosów. – Tutaj to trochę słonowodnych, trochę słodkowodnych… – memła papierosa w ustach, dopytując.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Freddy Krueger
Czarodzieje
zawsze budzę się za późno, nawet jeśli nie spałem
Wiek
21
Zawód
rybak, diler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
2
0
OPCM
Transmutacja
4
4
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
11
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
14-04-2026, 15:47
W porcie istniała jedna niepisana zasada - nie wchodźmy sobie w drogę - i o dziwo ci, którzy stanowili dla świata margines pozbawiony kręgosłupa moralnego, trzymali się jej niemal bez wyjątków. Niemal, bo nawet w tak małym półświatku pojawiały się twarze nowe, niekiedy przypadkowe i nieopierzone, a tym samym nieznające tego, co tu obowiązywało. Choć niektórzy przyjmowali go ze zrozumieniem, zdarzały się przypadki trudniejsze – nieokiełznane i najpewniej pozbawione zdrowego rozsądku. Kary za niesubordynację były wysokie i wymierzane z wyjątkową surowością, co finalnie traktowano jako lekcję lub powód rychłej ucieczki. Pozostawało pytanie, czy naprawdę istniała szansa na wyrwanie się z tejże społeczności? Rzadko kreowali ją ludzie i ich charaktery, częściej konieczność oraz brak wyboru,więc nowe miejsce oznaczało wyłącznie inne otoczenie i ofiary, nie zmianę panującego porządku.
Ja nie potrafiłem się przeciwstawiać; zwykle nie wypowiadałem głośno własnego zdania chłonąc to, co opowiadali inni. Nie wynikało to z jego braku, ale niepewności – przekonania, że mój głos nie miał siły i jakiegokolwiek przebicia, aby mógł coś zmienić. Potrafiłem się dostosować, niczym mantrę powtarzałem, że właśnie taki był mój los – nigdy u władzy, a zawsze pod jej butem. Mimo goryczy i swego rodzaju nijakości miało to swoje korzyści wszak właśnie tamtego, pamiętnego dnia, kiedy na mej drodze znalazł się uzdrowiciel… byłem pierwszy i widząc mnie u jego boku grupka mugolskich dzieciaków odpuściła. Nie z respektu do mnie, nie ze strachu – a wspomnianych zasad.
Obserwowałem go od dłużej chwili, bo nie pasował do tego miejsca. Odziany w elegancką koszulę wciśniętą za pasek spodni oraz wypolerowane, skórzane buty, wyglądał bardziej na wysoko postawionego załoganta, przybitego niedawno do portu statku, niżeli okolicznego mieszkańca tudzież spragnionego wrażeń, podrzędnego żeglarza. I niemniej nie szukał pucybuta wszak minął takowych przynajmniej kilku. Dzieciaki zawsze szukały w tym szansy łatwego zarobku – sam zresztą niegdyś czyniłem podobnie. Kusić mógł jego portfel, choć gdzieś z tyłu głowy pojawiła się obawa, iż mógł być wypełniony mugolskim mytem, co mogło ściągnąć na mnie problemy, a te zwykłem omijać szerokim łukiem. Najpewniej z tego powodu skradł mi więcej czasu niżeli inne ofiary, bowiem nie mogłem zrozumieć co tak naprawdę tutaj robił. Czego szukał? Może zaś kogo? Czy ktoś na niego czekał? Może tylko sprawdzał? Kręcił się niczym wesz we włosach, dlatego kiedy w końcu przystanął uznałem, że to dobry moment. Być może jedyny, aby ułatwić sobie życie na kilka kolejnych dni.
Myśl o kradzieży opuściła mnie, gdy tylko dostrzegłem charakterystyczny dla czarodziejów gest. Szukał różdżki. Gdyby nie fakt, że spoglądała na nas grupka młokosów z pewnością minąłbym go niezauważenie, ale w tej sytuacji wiedziałem, że najlepszym było… zwrócenie na siebie uwagi. Dla ich dobra. Jak ten ostatni kretyn zacząłem namawiać go na zakup świeżych ryb – których nawet w tamtym momencie na łajbie nie miałem – bo było to pierwsze, co przyszło mi do głowy. Zdrowy rozsądek szybko przekalkulował ryzyko i nie pisnąłem słówka o zawiniątku w kieszeni przetartych spodni, gdzie spoczywało coś znacznie lepszego. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kto szukał nielegalnych środków, a jako że widziałem go tu po raz pierwszy, to wolałem pozostać z niczym, niżeli tłumaczyć się lokalnym stróżom prawa.
Później przyszło nam się spotkać jeszcze parokrotnie; czasem z przypadku, niekiedy na pisemną prośbę. I tak też było tym razem, gdy Pan Prince wysłał mi list zachęcający do wspólnej wyprawy na ryby. Mimo niemałego zaskoczenia zgodziłem się wszak na otwartej wodzie bywałem niemal codziennie i okazjonalne towarzystwo było przyjemną odskocznią od ulewnych, a przez to ponurych, majowych poranków.
Do doliny Conwy wypłynąłem w środku nocy. Odległość dzieląca ją od rodzimego Cardiff była znaczna, a silnik – choć sprawny i niezawodny – lata swej świetności miał już dawno za sobą. Nie mogłem go nader mocno forsować, więc mniej więcej w połowie trasy uciąłem sobie dłuższą drzemkę. O brzasku ponownie usłyszeć można było jego charczenie, gdy ze szklaneczką bimbru w dłoni cumowałem do prowizorycznego, drewnianego pomostu.
-Pan Prince- rzuciłem z lekkim, choć niepewnym uśmiechem. Nie spodziewałem się, że zawita w moje skromne progi w towarzystwie innego mężczyzny. Coś pokręciłem? Byłoby to całkiem w moim stylu. -Eeee - wydukałem. -Dzień dobry Panu i no ten, no tak, no, dziękuję, że fajna ta łajba- mruknąłem do nieznajomego starając się nie zdradzać zakłopotania. Tak czy inaczej miałem je wymalowane na twarzy. -Miło mi, no ten, no że mogę gościć was- rzuciłem, starając się zabrzmieć uprzejmie, bo choć stres ściskał gardło, w głębi ducha cieszyłem się, że przyszli. -Zapraszam- dodałem zachęcając gestem do wejścia na pokład, po czym obróciłem się w kierunku kabiny, aby upewnić się, że miałem czym poczęstować niezapowiedzianego gościa. Trochę wstyd by było, gdybyśmy mogli na śniadanie pozwolić sobie dopiero po pierwszej zdobyczy.
Z uznaniem obserwowałem, jak Titus radził sobie z przygotowaniem wędki. Śruciny zaciskał z precyzją wytrawnego rybaka i najpewniej moja pomoc była tu zbędną – co z resztą już na samym początku dał do zrozumienia Pan Prince. Może zaś była to zasługa nowiutkiego sprzętu, od którego trudno było odciągnąć wzrok? Mogłem tylko pomarzyć o takim cacku…
-Gratulacje- rzuciłem z uśmiechem na wieść o zaręczynach. -Bo- zacząłem, ale zaraz przerwałem. Nie chciałem zrobić z siebie głupka pytaniem o to czy to dobrze, czy też źle. Chłopaki w porcie różnie powiadali; panienka to problem, ale panienkę mieć trzeba, byle nie na stałe. Prawdę mówili?
-Nie, nie trzeba Panie Prince- zareagowałem, gdy wcisnął mi w dłoń kilka monet. Chciałem, bo każdy knut się przyda, ale nie wypadało. Niemniej jego wzrok zdawał się nie znosić sprzeciwu – przynajmniej w tej sytuacji.
-Jasne, tak, oczywiście. Proszę czuć się jak w domu- odparłem i dopiero po chwili zrozumiałem, że było to nieco nietrafne porównanie – ale przyzwyczajenie robiło swoje. W końcu właśnie tutaj mieszkałem. -Może mają panowie ochotę na coś do picia?- spytałem wędrując wzrokiem gdzieś po linii horyzontu. Liczyłem, że tak, bo wtedy i ja dostanę niemą zgodę na coś mocniejszego, a tym samym szybciej przyjdzie mi przyzwyczaić się do towarzystwa. -Nim odbijemy od brzegu- mruknąłem nieco ciszej, bardziej do siebie, niż do nich.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 16-04-2026, 21:18 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.