• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Sowia poczta
Sowia poczta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 21:53

Sowia Poczta
Naprzeciwko Banku Gringotta znajduje się jedno z najważniejszych miejsc na ulicy Pokątnej - sowia poczta. Dla tych czarodziejów, czarownic i nawet niemagicznych, którzy nie posiadają własnej sowy, a potrzebują wysłać list właśnie przy pomocy sowy, działa sieć sowiej poczty. Inna filia znajduje się chociażby w Hogsmeade. Jest to nieduży budynek z brązowej cegły, zadbany i schludny. Wnętrze jest zdecydowanie większe niż wydaje się patrząc na pocztę z zewnątrz. Każdą ścianę pokrywają żerdzie i klatki, podzielone jednak na sekcje, w zależności od tego jak daleko sowa ma zanieść list bądź paczkę. Do dalekiej podróży potrzebna jest zdecydowanie bardziej wytrzymała sowa bądź inny ptak pocztowy. Sowy są podzielone i na tyle mądre (lub wytresowane), że doskonale wiedzą która żerdź jest im przydzielona. Niektóre są przyjazne, inne dziobią po palcach, gdy próbuje się je pogłaskać, inne żądają przysmaków. Wszystkie cierpliwie jednak czekają na przydzielenie im zadania (chyba, że akurat wyleciały na polowanie).
Na końcu sali znajduje się wysoki blat z kilkoma okienkami, gdzie pracownicy poczty (zazwyczaj zmęczeni życiem i nadmiarem pracy) przyjmują listy do wysłania, odpowiednio stemplują, wybierają właściwą sowę i pobierają opłatę. Wnętrze poczty jest jasne i zadbane, lecz pracownicy nie nadążają czasami ze sprzątaniem nieczystości, zdarza się więc, że petenci wdepną w coś, w co nie powinni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
17-02-2026, 20:56
Za darmo to i ocet słodki, a srebrna moneta w dłoni szczyla szczerzy się do mnie zachęcająco. Weź mnie, szepcze, no weź, weź, namawia. Ja, kupiony i skuszony bardziej niż czerwoniutkim jabłuszkiem z błyszczą, woskowaną skórką, rzucam się na sykla, za którego wracając do domu, kupię może ciepłe lody, bo Sandy bardzo je lubi, a ostatnio była jakaś niepocieszona z powodu zbyt małej ilości słońca, więc może smakiem słodkiej czekoladki rozpuszczającej się na języku przypomnę jej o czasie nieodległym, gdy skóra będzie sama z siebie będzie wydzielać słony pot, a na każdym rogu stanie budka z chemicznymi smerfowymi kulkami. Kilka słonecznych dni nie wystarczyło, by zrobiła sobie zapasy witaminy D, więc snuje się z nosem spuszczonym na kwintę i rozweselają ją tylko łaskotki i odkurzanie figurek porcelanowych piesków. Ona wyciera je z kurzu i pokazuje mi jedną po drugiej, a ja muszę zgadywać rasę oraz podawać imię. Wierzcie lub nie, ale znam je wszystkie, czasem tylko się zająknę na jakimś wyjątkowo głupim, jak na przykład Hrabina Henrietta dla charta afgańskiego.
– Mhm – piniądz już bezpiecznie leżakuje w kieszeni, zatem mogę się zgodzić z dobrodziejem, a co mi tam – przedmiot ucisku – podsuwam młodemu idealiście, zastanawiając się, gdzie jego puszka do zbierania datków i plakietka z wydrukowanym imieniem i nazwiskiem oraz przynależnością partyjną. Coś czuję, że odnalazłby się doskonale wśród moich znajomych komuchów i byłby na czarnej liście z zakazem pracy w prasie, edukacji i administracji państwowej. – Ale za coś trzeba jeść, nie? – uśmiecham się krzywo, przy odrobinie szczęścia chłoptaś może uznać tę minę za zbolałą i dać mi kolejnego srebrnika albo zaproponować, że zapłaci za moje sprawunki. Albo po prostu zejść mi z drogi: nie kupuję tej gadki o uprzejmości, o dobrych manierach, coś tutaj śmierdzi i nie chodzi o pierda o zapachu bioodpadków, którego puszcza ktoś w kolejce do pocztowego okienka. Ta salwa (choć to cichacz) daje znak do odwrotu, co też próbuję zrobić: wymanewrować i obejść wyrośniętego chłopaka, zaaferowanego kolejkami oraz moim imieniem i nazwiskiem, jakby urzekła go wizja podwójnego “D” w monogramie.
– Ropuchę? – muszę mieć wyjątkowo głupią minę; mija chwila moment, ale zbieram się do kupy, odchrząkuję i już wracam na właściwie tory dyktowania warunków. – Niekoniecznie, synku. A może wyglądam ci na kogoś, kto nie potrafi na głos sformułować swoich myśli, hm? – blisko-coraz bliżej do obiecanej bójki, napięcie wisi na włosku i nawet sykiel wsunięty do kieszeni jak do automatu z kauczukowymi kolejkami - nie zapobiegłby katastrofie, gdyby ta miała nadejść, rozkwasić parę nosów i zalać czerwienią czarno-białą posadzkę. – No. Dobrze – spuszczam z tonu, a w moim głosie pobrzmiewa zadowolenie. Stawiam kropkę nad i, klamka zapadła, a ta w pocztowych drzwiach gnie się pod pewnym dotykiem, wpuszcza do pomieszczenia świeże powietrze znowu jestem bohaterem - wszystkich tych, którzy dobrowolnie poddali się opresji wdychania cudzych bąków, zamiast wskazać winowajcę i ogolić mu głowę, by wstydził się cały dzień, dopóki szanowna małżonka coś na to nie zaradzi. Wychodzę, drzwi trzaskają, a ja idę, pogwizduję, skręcam papieroska i myślę o tym uparciuchu, ropuszym royalsie. Cztery rzeczy na raz, plus jeszcze oddychanie, również należy mi się korona i jakiś tytuł za znakomity multitasking. Natomiast to jeszcze nie wszystko: pykając papieroska, tu spetuję, tam przystanę, by zawiązać buta, gdzieś zatrzymam się, żeby wydać parę knutów na najnowszy numer Proroka. Przetasowania u władzy ani mnie nie bolą, ani nie dotyczą, lecz lubię wiedzieć, co w trawie piszczy: tym sposobem dość prędko orientuję się, że niegramotny ninja z poczty podąża za mną, normalnie śledzi mnie z gracją słonia w składzie porcelany, goryla w balecie, walenia na wrotkach czy jego ulubionych ropuch kręcących hula-hopem. Wiedząc to: do domu nie pójdę, nie z ogonem, nawet jeśli ćwierćinteligentnym. Zahaczam się więc to tu, to tam, w każde miejsce, do którego chadzam jak sklep z używanymi szatami i apteka, a także tam, gdzie moja noga absolutnie nigdy wcześniej nie postała, uwzględniając sklep miotlarski, w którym kupuję pastę do polerowania rączki (biorę paragon - zwrócę później) czy sklep zoologiczny, gdzie zadaję znudzonemu sprzedawcy kilka pytań o długowłosego kundla z wiecznym ślinotokiem. Ja mam obsesję na punkcie Marlenki, Sandy na punkcie tego stworzenia, którego zobaczyła któregoś dnia na wystawie jak bawiło się piszczącą piłeczką. Dalej: z górki i to dosłownie, wycofuję się z Pokątnej, a mój cień dalej tupta za mną, niezrażony setką spraw do załatwienia, zwodzony zapominalstwem i mnóstwem innych kłamstewek, z jakich składa sobie mój pamięciowy portret. Nudzi się jednak mi, nie jemu, więc jak byk na corridzie, idę po swoje - skręcam w jedną z wąskich, wiktoriańskich uliczek niedaleko Katedry św. Pawła i czekam na niego w zaułku, z rękami założonymi na piersiach i papieroskiem wystającym spomiędzy warg.
– No i na co ci to było, synku? – pytam, a złoty ząb wyłania się z ust, jak piracki skarb wykopany spod miejsca oznaczonego iksem na mapie. – Przecież pytałem, czy masz mi do powiedzenia coś jeszcze – rozmawiamy. Na razie, a ja nie mógłbym być bardziej przyjazny, bardziej przyjemny i bardziej uśmiechnięty niż jestem teraz. – Ostatnia szansa – tykam go palcem w pierś i odpycham kilka cali do tyłu. – Albo zębowa wróżka odwiedzi tej nocy małego Josha, małą Fanny i Caleba, który stracił jedynki.

| orientuję się, że mam ogon
also - sprawdzam, jak bardzo jestem groźny
1x k100 (Zastraszanie):
99
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 21:12
Może powinien odpuścić. Przyjąć, że to nie więzy krwi, a wybory wiążą rodzinę—tak opowiadał mu przecież Felix, zanim kilka miesięcy później nazwał go wścibskim bękartem.  Caleb nie wiedział nawet, że był ślubny. Mama nie raczyła mu tego powiedzieć, a on trochę bał się dopytywać.
Może powinien bać się podążać w nieznanym mieście za nieznanym mężczyzną, którego przed chwilą sprowokował. Może powinien przewidzieć, że to nie skończy się dobrze... ale w głowie dudniło mu tylko jedno: to jedyna okazja, potem go zgubię, weź mnie, jestem jedyną okazją.
Rzucił się na tą okazję niczym Daniel Dodge na srebrną monetę. Może potrzebował tej monety—myślał Caleb, śledząc go na Pokątnej i usiłując znależć jakikolwiek fakt o Danielu Doge, który załagodziłby negatywne pierwsze wrażenie.
W ciągu bardzo długiego i nerwowego (nie chciał być wykryty, więc co jakiś czas przystawał, chował się za rogiem, kupił nawet tego nieszczęsnego Proroka Codziennego żeby w razie potrzeby zakryć swoją twarz gazetą, ale na szczęscie do tego nie doszło...) spaceru dowiedział się, że: Daniel Dodge pali papierosy, Daniel Dodge czyta gazety, Daniel Dodge ogląda ubrania, Daniel Dodge odwiedza apteki (czy coś mu dolega? Czy w rodzinie przewijają się choroby genetyczne oprócz łysienia? Ojczym zachorował i umarł nagle, więc Caleb ma chyba prawo wiedzieć...), Daniel Dodge lata na miotle i chyba ma w domu pupila (no dobrze, to trochę ociepla jego wizerunek).
Z wrażenia zapomniał o liście do Amira (który potrafiłby doradzić w sprawie bardziej skutecznego śledzenia kogoś w miejskich uliczkach, ale niestety Caleb nie mógł czekać na jego list przez kilka tygodni...) i o sprawie w banku i o sprawunkach na Pokątnej. Zapomniał też o tym, gdzie właściwie idzie i że nie zna mugolskiej części miasta...
Nagle znalazł się pod jakimś budynkiem z wielką kopułą, który napewno nie był meczetem. Potem znalazł się w wąskiej uliczcce, w której Daniel Dodge musiał chcieć załatwić...
...właściwie co, skoro była ślepą uliczką?
Zanim zorientował się, że został przyłapany—skręcił już za mężczyzną i niezręcznie znalazł się naprzeciwko niego, niczym mucha złapana na ropuszy język. Blisko, za blisko. Otworzył usta. Zamknął usta. Daniel Dodge patrzył mu prosto w oczy.
Chyba pozostawało mu się... wytłumaczyć?
- Eee....   - wydukał, bo nagle jakoś odebrało mu mowę. I jaja. I odwagę. Może to przez ten nieprzyjemny sposób w jaki uśmiechał się Daniel Dodge. Jego spojrzenie pozostawało wtedy chłodne, zupełnie jak wzrok Felixa gdy coś kombinował. A może przez to protekcjonalne synku, odbierające pewnosć siebie i animusz. A może przez to, że mimo wszystko został wychowany w szacunku do starszych i że w głębi sumienia wiedział, że śledzenie kogoś w biały dzień jest bardzo niegrzeczne (w ciemną noc też).
- Ja... - zaczął, ale urwał, bo Daniel Dodge mu... groził? Jak to straci jedynki? Zamknął usta, zafrapowany, bo mimo wszystko nie uderzyłby swojego... nie uderzyłby Daniela Dodge, mimo, że w kolejce miał na to ochotę, ale wtedy jeszcze nie wiedział, kto to. Egipcjanie wierzyli, że za takie zbrodnie mogła komuś uschnąć ręka. Nie chciał się bić. Jak deeskalować sytuację?
Był prawie pewny, że wyznanie prawdy nie deeskaluje teraz sytuacji.
- To trochę skomplikowane... - zaczął znowu, ale nie dokończył, bo Daniel Dodge go popchnął. Nawet nie jakoś mocno, ale Caleb i tak cofnął się i zatoczył lekko do tyłu, bardziej ze strachu i oszołomienia niźli z impetu uderzenia (bo był wysoki i zdrowo się odżywiał, trzeba czegoś więcej by nim zachwiać; natomiast właśnie okazywało się, że jego psychiką zachwiać zaskakująco lekko). - To nie tak... - gdzieś w podświadomości dobijało się do niego wspomnienie tego, że już przecież był w tej sytuacji. Ale wtedy to wuj Albert mówił, że to nie tak, a Caleb górował nad nim ze złością w ciemnym zaułku za burdelem,, a potem poszli do notariusza, ale przecież to nie tak miało być...
- Widzisz... widzi pan, bo nie wiem czy pan znał Geraldine... - wiedział, że ją znał, to musiał być ten Daniel Dodge, a może jednak lepiej nie mówić nic o mamie, wszystko źle. Cofnął się jeszcze o krok i o kolejny, walcząc z chęcią wykrzyczenia Danielowi Dodge prawdy i chęcią rzucenia się do ucieczki.
Jego dylemat przerwał los. Los miał cztery koła i silnik i był czymś, o czym Caleb nigdy w życiu nie myślał, bo rzadko zapuszczał się do mugolskich dzielnic (a w Afryce tych wynalazków było mniej), bo babcia mówiła mu, że to niebezpieczne. I miała rację, bo nagle usłyszał pisk jakby coś tarło o asfalt, a potem tylko refleks—bo czując uderzenie postąpił znowu go o krok do przodu—uchronił go przed wpadnięciem prosto pod koła mugolskiego samochodu. Refleks nie działał jednak cudów, bo uderzenie w bok i tak cholernie zabolało, a Cal upadł na kolana i prawdopodobnie je sobie rozwalił, tak jakby znowu miał osiem lat...

kto we mnie uderzył?
1. z samochodu wysiada spanikowana i zapłakana matka, a z tyłu siedzi trójka równie zapłakanych dzieci - martwi się mną, ale nimi bardziej, no i przynajmniej w odróżnieniu od niektórych przejmuje się swoimi dziećmi
2. z samochodu wysiada rozgniewany facet starszy ode mnie i młodszy od Daniela, który z przejęciem ogląda maskę i znajduje na niej RYSĘ. "To jest BMW, rozumiesz, idioto?!
krzyczy i będzie chciał się ze mną bić
3. nie wiadomo, bo tchórz odjeżdża z miejsca wypadku
1x k3 (kierowca):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
25-02-2026, 13:51
Nie pierwszy i nie ostatni raz ktoś próbuje wejść mi na głowę. Rozepchać sobie miejsce brudnymi, kościstymi łokciami, ale, ale, nie ze mną takie numery. Szczęka już dawno okrzepła od ciosów w brodę, knykcie raz po raz poddaję domowej terapii, by skóra na dłoniach nie była twarda, szorstka i nieprzyjemna, sztycha w brzuch jestem w stanie przyjąć nawet i bez jęku - jeśli tylko akurat pamiętam, żeby go napiąć, kiedy pada cios. Na etapie użerania się z ulicznikami bitki były na porządku dziennym, nie tylko bójki, ale właściwie ustawki, kiedy banda chłopów ścierała się ze sobą ot tak, dla zabawy, gdzieś pod lasem, gdzie trzeba było dymać półtorej godziny w jedną stronę. Wtedy jeszcze woziłem się Lidką, tłoczyliśmy się tam w pięć osób, a pechowcy na tylnych siedzeniach musieli trzymać kolana pod brodą i ryzykowali życiem na zakrętach, a potem, kiedy szło trochę o towar, trochę o barwy, a trochę o to, żeby spuścić parę i komuś najebać po pięciu dwunastkach z rzędu na taśmie. Przemysł zbrojeniowy usiadł, ale wszyscy jakoś mieli pracę: nawet jeśli niezupełnie legalnie dorabiali w sobotę i niedzielę: raz, będąc poza prawem, dwa, w zależności od wyznania, bo Żydzi i katolicy mają przecież zupełnie inne zasady.
Ogon - to też nie pierwszyzna.
Ale rzadko się zdarza, by na przeszpiegi szedł ktoś tak… niegramotny.
Gdy wchodzę do sklepu: on za mną. Czasem tylko kuka za szybę - w takiej aptece, medykamenty są za szybką, pan i pani farmaceuta zasuwają na osobnych stanowiskach, dziadek w grubych brylach zamawia coś na potencję, za nim matka z dwójką dzieci zatyka im uszy, a potem kupuje witaminki z zabawkowym radyjkiem (w gratisie), zauważyłbym go od razu. Stoi więc przed drzwiami: Caleb Diggory, opiera się o murek i udaje że czyta gazetę. Tania sztuczka - lecz znana, znana, w mieście tak ogromnym i bezwzględnym jak Londyn, ten trik - jak granie w trzy karty na rogu Leicester Square - mogła się nawet udać. Prawie. O tyle zabrakło. Mogłem przecież mrugnąć. Zapomnieć, jakie łachy ma na sobie albo że przewyższa większość wiary tak dobrze o głowę. No niestety: słowo się rzekło, mleko się rozlało, et cetera, et cetera: tym sposobem mam go na muszce, normalnie sadzimy się na siebie jak nabuzowani testosteronem wrestlerzy. Mała, lecz zasadnicza różnica: to nie żaden teatrzyk. A tym bardziej nie cyrk.
– Myślisz, że to jest zabawne? – nie muszę krzyczeć. Nie muszę zdzierać gardła. Nawet pięści nie muszę zaciskać, bo synek kornie i potykając się o własne stopy cofa się przed majestatem z zaszczanego zaułka. – Dla kogo pracujesz, co chłopcze? – pytam, w moich dłoniach pojawia się srebrny błysk, coś klika, lecz jeśli Caleb spodziewa się poczuć zimne srebro rozcinające wargę, to jeszcze nie teraz. Ogień wydostając się z zapalniczki liże cienką bibułkę, czuć benzynę i śmieci - to dzień wywozu. Do mnie też dociera ta słodycz, lecz nie ma ona nic wspólnego z wywalonymi warzywami z rosołu, ziemią, namokniętymi torebkami po ekspresowej herbacie. Czuję ją fantomowo, jak po tej jednej sprzeczce, kiedy potłukłem jej wszystkie perfumy i staliśmy oboje w łazience pośród ostrych szklanych skorup i po kostki w perfumowanej wodzie. Geraldine.
Latami nie słyszałem tego imienia, na tyle rzadkiego, że wymazuję je z pamięci prędziutko: choć jeszcze w Tower to o niej myślałem, jadąc na ręcznym - czasami o tym, że zmuszam ją do połknięcia, czasami o tym, że ona dochodzi, kiedy ją podduszam, a czasami o naszym ślubie, kiedy uszminkowanymi ustami wyciskała mi na wargach soczyste buziaki. Cała krew odpływa mi z twarzy i nagle jednocześnie i wszystkie na raz łapią mnie dziwne dolegliwości, ponoć typowe dla facetów po czterdziestce: serce zaczyna kołatać, kicha się skręca i przeszywa mnie ból głowy, jakby ktoś zdzielił mnie w skroń szpadlem. A przecież skończyliśmy z odśnieżaniem parę miesięcy temu.
– A co? Ta parszywa zdzira coś o mnie mówiła? Zniszczyła mi życie. I tobie też zniszczy. Rozpierdala wszystko, czego się dotknie. Jak jesteś jej kochasiem, to lepiej się zawijaj, zanim urządzi cię tak, jak urządziła mnie – spluwam na ziemię, a papieros w mojej dłoni spala się samoistnie i zaraz zacznie parzyć moje palce. Ten chłopak, wygląda co prawda na sporo młodszego, ale jej gust zawsze był nietypowy. Lubiła, jak mówiłem do niej mamusiu, a ja nie miałem matki, więc razem brukaliśmy tę figurę, tę świętość, a w niedzielę przy stole odwracała się zawsze i ona, i teściowa. To by było na tyle - gdzieś mam, co się nią stało, choć pewnie spałem lepiej, świętując nastą już rocznicę bez eksżony zajmującej wolne biureczko tam, gdzie moje dzienne zagwozdki. Ten łamaga jednak prawie wpada pod samochód, z którego też zaraz wytacza się podpalony kierowca, zgolony na zero i w dużych okularach przeciwsłonecznych.
– Och, spierdalaj, przecież widziałem tę rysę, ona już tu była – nawet nie patrzę na leżącego na ziemi Caleba, tylko na pewniaka podchodzę do karka. – Potrąciłeś chłopaka. Mam dzwonić na psy? Jesteś pewny? Nie masz tam przypadkiem czegoś, co by mogło ich zainteresować? – cwaniaczę, bo każdy w beemce to taki sam kozak. – To ile za piątkę tego szajsu, Towarek? A może jednak za darmo? – gadam, podwijając rękawy koszuli, mięśnie już wiedzą, co się święci, a Caleb już chyba dźwiga się z ziemi. Dwóch na jednego, co za pech. Muszę rozchodzić tę Geraldine.

| będzie bitka?
k1-2 - yep
k3-k4 - facet tchórzy i spada aż się kurzy
k6 - pan nagle ma refleksje i przeprasza Caleba
1x k6 (pan z BMW):
4
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 20:54 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.