Atak przyszedł o świcie, kiedy góry jeszcze oddychały chłodem nocy, a mgła leżała w dolinie, chroniąc uciekinierów. Wioska czarodziejów, przyczajona między skalnymi odnóżami, pozornie bezpiecznymi, nie spodziewała się niczego prócz kolejnego dnia — trzasku drewna w paleniskach, zapachu ziół, kociołków bulgoczących nad paleniskami.
Mugole przyszli bez magii, lecz z absurdalnym strachem, który napędzał motorykę wojny. Pochodnie plamiły świt, miecze wojowały, nim wypowiedziano imienną wojnę; w oczach mieli gniew karmiony niewiedzą; mieli wiarę w to, że wyniszczenie czarownic przywróci porządek. Krzyki odbijały się od zboczy i wracały echem, jakby same góry nie chciały ich przyjąć, goszcząc tylko magię, która mogła ich ocalić. Domy, budowane przez pokolenia czarodziejów, pękały, choć wytrzymywały setki lat, dlatego że nie przewidziano dla nich takiego końca. Zioła spalały się, zanim zdążyły zasłużyć się w eliksirach, księgi płonęły i wiedza traciła znaczenie.
Czarodzieje bronili się instynktem i pamięcią o wartościach, które setkami lat budowały ich struktury. Walecznością i próbą rozmowy, hierarchią, w której najcenniejsza wiedza kryła się wewnątrz, skryta w lasach i u szczytów gór, gdzie tylko magia mogła wspomóc ich istnienie.
Nie przebudzała się.
Pomruk niezadowolenia wydobył się z gardła dwoisto; współgrał z ciepłem sypialni, ale i dogaszającym się ogniskiem zakotwiczonym i na jawie, i w śnie. Dłoń przesunęła po łydce, która jako jedyna wysunęła się spod grubej kołdry i wszystko wydawałoby się na pozór takim, jakie zna — podobna sypialnia, choć zdobiona prymitywnością, której nie znała. Podniosła leniwie głowę znad poduszki pozwalając by rozwichrzone włosy opadły na rozgrzane, spocone od całonocnej wędrówki ciało. Dłoń przesunęła dalej, pod kolano, a zmysły rozbudziły się doszczętnie, wytrzeszczając kobiece tęczówki w szarawości postury będącej obok.
Musieli uciekać, kiedy mugolskie wojska wkroczyły na tereny czarodziejskich wiosek, mężczyźni nie byli pierwszym celem ataków. W swej prymitywności najbardziej bano się kobiet; a ona, jaskrawo blada w pochmurności codziennego życia, rzucała się w oczy ze zdwojoną siłą, nęcąc zmysły i prowokując wściekłość, która uderzeniem pięści o szybę była wyzwalana.
Musieli uciekać.
Postura obok wyłaniała się silniej, zdawać by się mogło, że widziała jego wściekły wzrok i rozwalone obok łóżko, w którym leżała jeszcze jedna, niedopowiedziana postać. Na stole znajdował się dzban z wodą, na zagłówku zwisało brązowe futro, ewidentnie męskie, którym momentalnie zakryła ciało ubrane jedynie w piżamę, jednolicie przylegającą do ciała. Pot zmienił się w wodę, woda skapywała z koniuszków jej włosów.
A dzień stał się porankiem, gdzieś w tle rozbrzmiewało nawoływanie koguta, lekka szemranina za oknem na tle ośnieżonych szczytów przypominała o miejscu, gdzie mieli się udać, aby wreszcie się skryć. Nawoływał ją ponownie, a ona w pomruku obaw podniosła się wreszcie, na bose stopy zakładając męskie obuwie. Pojąć się nie dało, dlaczego brakło tu jej ubrań, ale nim sama bohaterka snu zaczęłaby rozwiązywać ten problem, dłoń zacisnęła się wokół jej nadgarstka i pociągnęła ku wyjściu.
Słońce przebijało się przez korony drzew, błękit nieba przysłaniał dym palonych domostw, z kobiecych stóp buty opadały nerwowo przy każdym kroku, jak gdyby nakazywały jej pogodzenie się ze swoim losem. Może była na to gotowa? Może stawiała opór, gdy palce zaciskały się coraz mocniej na jej dłoni, a spojrzenie ponaglało?
— Dlaczego?
Zapytała, choć nie była gotowa usłyszeć odpowiedzi. Za nimi zebrały się gromne kroki, niosące śmierć wśród złocistych barw poranka. Las pachniał śmiercią, nawet sarny uciekły pod natłokiem emocji, które karmiły złowieszcze spojrzenia mugoli. Choć przed sekundą jej dłoń tkwiła bezwładnie w jego uścisku, teraz w tej samej dłoni znajdował się sztylet, jak gdyby sam umysł podsuwał jej drogę walki. Na ramieniu mężczyzny zwisała kusza, dużo bardziej przydatna.
— Dlaczego to robią?
Odpowiedziało jej milczenie, chwilowe, rozleniwione w całej dynamice sceny.
Nogi zalegały w konwaliach i porostach, ciało nagle opadło na chłód ziemi, ponownie przykryte futrem.
Znajdowali się w środku lasu, zapach krwi drażnił nozdrza.
Tu już nie było ludzi.