Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
23-01-2026, 11:06
Śmierć miała w sobie coś osobliwie pięknego ― nie w sensie romantycznym, rzecz jasna, lecz użytkowym. Ciężko było jednoznacznie uchwycić, co właściwie czyniło ją tak pociągającą; może ostateczność, może porządek, a może ten rzadki luksus zamknięcia spraw bez konieczności dalszych wyjaśnień. W umyśle starego Karkaroffa rodziły się dziesiątki parafraz, ilekroć czynił zło innym: w imię doktryny, w imię rodziny, w imię samego siebie ― zawsze w imię czegoś wzniosłego, jak przystało na człowieka o skrupulatnie uporządkowanym sumieniu. Posyłając kogoś w odmęty objęć cudownego końca, mógł czuć się jednocześnie panem i sługą: władcą losu i skromnym wykonawcą konieczności. Rachmistrzem krzywd, księgowym win i długów, który jednym ruchem zamykał bilans. Śmierć była narzędziem doskonałym ― nie dyskutowała, nie stawia warunków, nie wracała z pretensjami. W tym sensie była niemalże uprzejma.
A jednak, z całą swoją konsekwencją, nigdy nie potrafił odnaleźć wizji śmierci idealnej dla siebie. Zabawne, wręcz ironiczne. Człowiek, który rozdawał ją hojnie, nie umiał wyobrazić sobie własnego końca bez irytującego dysonansu. Tym bardziej nie chciał widzieć w stalowych tęczówkach obrazu śmierci kapryśnej żony ani upodlonego syna, zalegającego gdzieś daleko na północy ― zbyt daleko, by można było to naprawić, zbyt blisko, by całkiem o tym zapomnieć. Nie takie obrazy powinny nawiedzać ojca i męża, nawet jeśli był on jedynie karykaturą obu tych ról.
― Zadajesz sobie nie tyle boleść, acz odbierasz jaźń i czystość rozumowania otoczenia ― Przeokrutne bywało również patrzeć, jak ktoś młodszy od niego, jeszcze nie do końca stwardniały, dobitnie walczy sam z sobą po stracie młodej żony. Walczył nie z wrogiem, lecz z pustką ― a to zawsze starcie nierówne i długotrwałe. Karkaroff obserwował to z mieszaniną znudzenia i niechcianego zrozumienia, jakby śmierć pozwalała sobie czasem na niepotrzebne okrucieństwo, przekraczając nawet jego własne standardy. ― Wściekłość jest dobrym katalizatorem na wrogów, nie… towarzyszy wspólnej sprawy.
Gardło zachrypiało dziwacznie, jakby zapomniało strukturę norweskiej mowy ― tej twardej, kanciastej, nieprzyjemnej dla ucha, a jakże użytecznej w czasach gdybania nad handlem i jeszcze wcześniejszych, szkolnych latach dobrodziejstwa wieku, kiedy człowiek uczył się rzeczy ważnych: jak milczeć, jak patrzeć i jak nie ufać nikomu zbyt długo. Teraz głos odmówił współpracy, skrzypnął jak źle naoliwiony zawias, co było irytujące i w pewnym sensie upokarzające. Starzenie się zawsze zaczynało od drobiazgów. Ochłapy spalonego tytoniu zalegały w popielnicy w sposób nieestetyczny, lecz uczciwy ― jak wszystko, co było zużyte i spełniło swoją funkcję. Gdzieś obok, zupełnie nie na miejscu, wesoło ćwierkający ptak pomknął ku jesiennemu słońcu, które wybiórczo oświetlało twarze towarzystwa, przesączające się zza konarów starego drzewiska w oddalonej części ogrodu. Natura miała tę nieznośną manierę kontrastowania z rzeczywistością; zawsze wtedy, gdy człowiekowi było najmniej do śmiechu.
Takich gości się nie spodziewał. Tym bardziej z angielskiej ziemi, która rodziła ludzi poprawnych, grzecznych i do bólu przewidywalnych. Człowieka młodego, a już obciążonego spojrzeniem, jakiego nie powinien mieć nikt przed czterdziestką. Człowieka, z którym miał styczność przypadkiem ― niechcący niemal ― i którego zdążył nieco poduczyć tego, co umiał najlepiej: czarnej magii pozbawionej sentymentów oraz sztuki nabywania informacji bez zadawania zbędnych pytań.
― Bądź mądrym wilkiem, niż szczeniakiem ― poprawił go w ramach dziwacznego porozumienia, czy raczej dobrodziejstwa przyjaznych zatargów. Nie spodziewał się jednak, że u Lestrange’a dostrzeże opokę żałobnego całunu tak ciężko zalegającą na duszy i sercu. To nie była zwykła melancholia ani angielska skłonność do dramatyzowania własnych niepowodzeń. To było coś gorszego ― żałoba uczciwa, nieprzyzwoicie szczera, niepasująca do świata, w którym słabość należało maskować albo wykorzeniać. Patrzył na niego z niechętną ciekawością, jak na błąd w dobrze zaplanowanej operacji. ― Dokonałeś zemsty, czy zrobił to wasz wymiar sprawiedliwości, hm?
Zaciągnął się jeszcze raz, choć smak był już wyłącznie popiołem. Śmierć, strata, pustka ― wszystko to znał aż nazbyt dobrze, lecz zawsze z bezpiecznej strony stołu. Widok młodego Anglika, który niósł to na sobie bez tarczy cynizmu, był niemalże obrazą dla porządku rzeczy. Westchnął krótko, sucho, bardziej z irytacji niż współczucia.
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
27-01-2026, 21:03
Jego głos działał mu na nerwy w sposobie zaskakująco trywialnym – łatwym dla niego, trudnym dla odbiorcy, bo pogodzenie się i uporanie z piętnem żałoby kosztowało znacznie więcej, niż zamknięcie tych kilku napoczętych rozdziałów w życiu. Ono całe balansowało na krawędzi styku, bo pustka, która spłynęła na niego otuliła szczelnie, odcinając od świata zewnętrznego. Nie wiedział, skąd znalazł siłę – motywację, by się tu zjawić, być może akt rozpaczy – głupie, bo jakże szczeniackie zapędy o pogrążeniu się w mroku kierowany rozpadem życia na części. A może to, coś innego; coś jeszcze bardziej absurdalnego niż mógł podejrzewać…
Uśmiech nieoczekiwanie zakwitł w kącikach ust, lecz nie objął swym udziałem reszty twarzy. Czuł gorycz – prawdziwie gorzką smakowaną z popiołem i wódką. To nie mogła być prawda, a ta myśl, coraz mocniej w niego uderzała. Ze zdwojoną siłą otwierając oczy, wobec oczywistości.
Karkaroff dawał mu coś więcej, niż brat; niż przyjaciele, czy rodzina. To było trudne do określenia, bo nienazwane nigdy, lecz w swym mrocznym, nieco ekscentrycznym zachowaniu, miewał momenty prawdy, która spadała klarowną jasnością, bez przesadnej troski, ale i również bez srogiej brutalności. Zwracał się do niego, jak do towarzysza z jednego okopu; bo choć dzieliły ich lata i podejście w tak wielu kwestiach, to dziwnym trafem potrafił przyswajać jego słowa, i to bez zbędnej ironii.
— Myślę, ciągle i nieprzerwanie, w którym momencie popełniłem błąd, to niedopatrzenie, które zaowocowało tragedią; to nie boleść, to też nieużalanie się, to szukanie odpowiedzi, która wciąż umyka — odpowiada rozważnie dobierając słowa, mógł go szczerze – momentami – nienawidzić za ogólny kształt charakteru, dość zniechęcający po zapoznaniu, lecz nigdy nie odbierał mu należnego szacunku. Bo był jednym z pierwszych, jacy otworzyli przed nim ramiona i wciągnęli w głąb labirynt nieprzebytej wiedzy, która przez tak wielu była potępiana. Ta estyma połączona ze szczyptą sympatii sprawiała, że słuchał go w sposób inny, niż brata, czy nawet ojca.
— Bywają dni, gdy ta wściekłość rozsadza żyły od środka. Powiedz, byłeś kiedykolwiek w swym życiu, tak głęboko poruszony, dotknięty, a może zraniony, że nie odczuwałeś bólu wyrządzonej boleści, a wyłącznie furię? — Jego głos pozostawał w ryzach, tak samo mimika, bo uśmiech uleciał na nagłym jesiennym wietrze. Pozostawała tylko ta zimna żelazna rama, w jakiej zamykał emocje.
— Paradoksalne jest to, że przy kimś takim, jak ty myślę trzeźwiej, niż w rodzinnych stronach. — Ciepłe jesienne powietrze uderzyło w nozdrza, pozwolił sobie na ten moment odetchnąć nim. Odpłynąć od miejsca i osoby czarodzieja stojącego przed nim.
Łącząca ich dola, była natury przypadkowej; dziwnej, ale jednocześnie trafnej, bo nie mógł, jak podejrzewał, trafić na kogoś gorszego, ani bardziej cynicznego. Jednocześnie dobrego w kształtowaniu kruszcu pod naciskiem pewnych, spracowanych dłoni w akompaniamencie wypowiadanych słów.
Wymiar kary…
Uśmiechnął się, demonstrując biel zębów w kpiącym z lekka wyrazie.
Pragnął zemsty – zemsta jest moja. Powtarzał, chciał tego; wyrwać z klatki żeber serce wciąż ciepłe, a ciało oddać krukom i wronom. Chciał, by morderca niewinnej osoby poczuł, czym w istocie jest strach, ten lęk przed nieznanym zagrożeniem czającym się w mroku.
Niestety służby zadziałały nad wyraz skutecznie. Domyślał się, dlaczego, a gdy rozsądek powróci, odetchnie z ulgą, choć wciąż w to wątpił.
— Pocałunek dementora — uciekł wzrokiem w dal; w przestrzeń na krajobraz rysujący się przed jego oczami.
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
29-01-2026, 10:26
Popiół leżał w popielnicy jak wzorcowy obywatel ― cichy, równy, nikomu nie wadził. Patrzył nań z tym samym niesmakiem, z jakim patrzył na tamtejszy porządek: zbyt czysty, by był prawdziwy, zbyt gładki, by nie krył pod spodem pleśni. Anglicy mieli osobliwy talent do zamiatania pod dywan; dywan był gruby, perski, importowany z dawnych kolonialnych triumfów, więc mieścił wiele. Grzechy, zbrodnie, tchórzostwa ― wszystko dało się wcisnąć, byle nie przeszkadzało w popołudniowej herbacie. Mówili o stabilności, jakby była cnotą samą w sobie, a nie wygodnym paraliżem. O prawie, które niby równe, lecz zawsze znajdowało sposób, by pochylić się w stronę tego, kto miał lepszy akcent i czystsze buty. O moralności, którą nosili jak marynarkę: zakładaną tylko publicznie, zdejmowaną natychmiast po powrocie do domu. Tchórzostwo opakowane w etykietę kultury, hipokryzja sprzedawana jako rozwaga ― oto lokalny towar eksportowy.
Najbardziej bawiło go jednak to udawane oburzenie. Jak szybko potrafili krzyczeć, gdy cudza krew kapała za głośno, lecz jak konsekwentnie odwracali wzrok, gdy kapała po cichu, zgodnie z procedurą. Nie lubili brudu, ale kochali czystość rąk ― nawet jeśli oznaczało to, że ktoś inny musiał wykonać robotę za nich. I jeszcze podziękować. Westchnął ciężko, nie z melancholii, a z irytacji. Anglia była krajem, w którym wszystko miało swoją kolej, oprócz odwagi. Tu przychodziła zawsze za późno albo wcale. I może właśnie dlatego tak wielu ludzi czuło się tam bezpiecznie ― bo nic naprawdę żywego nie miało szansy się rozpanoszyć.
― Niby wasz kraj to ten cywilizowany świat, hm? ― Praworządność tam kwiczała niczym ich przepełnione więzienia, rozdęte statystyką i moralną hipochondrią. Na Bałkanach sprawy bywały prostsze: czerwone pasożyty systemu potrafiły człowieka wymazać z dnia na dzień, bez formularzy, bez przeprosin i bez potrzeby udawania, że to wszystko dla dobra ogółu. Ot, zniknął ― i tyle go pamiętano, co kurz na schodach. Sam czuł ten syf zbiegu wydarzeń na własnej skórze, lecz przywykł do absurdu komunistycznego dołu tak dalece, że zmiana wydawała się wysiłkiem niegodnym zachodu. Chaos bywał uczciwszy niż porządek na pokaz. ― W tutejszych stronach by mordercę dorwali i po cichu... Sam byś dokonał kary adekwatnej; tortury, długie i ciągnące się wieczność... Wiesz jak długo w agonii, czas potrafi się dłużyć? ― Był chyba do końca chorym popierdoleńcem, skoro potrafił funkcjonować, czując oddech śmierci na karku jak codzienny przeciąg. Winy lubiły wypływać szybciej, niż zapowiadały to jakiekolwiek raporty czy sumienia; zwłaszcza cudze. A jednak ― dwojako współczuł młodemu wdowcowi. Niewinne życie, szczególnie kobiece, nie powinno być mielone przez brutalność świata jak mięso w tępej maszynce. To była myśl niemodna, niepraktyczna, ale uparcie wracała. ― Poruszony, czy dotknięty? Reaguję dwojako, śmiertelnie poważnie, bądź tylko poważnie.
Oczywiście istniało też owo „chociaż”. Chociaż sam zabijał. Chociaż ręce miał brudne po łokcie, a pamięć zbyt dobrą, by udawać niewiniątko. Różnica polegała na tym, że nie dorabiał do tego moralnych wstążek. I wolał, by Lestrange o tym nie wiedział nie z lęku, lecz z czystej pogardy dla cudzej potrzeby oceniania. Nie każdy musi znać całą prawdę; wystarczy, że zna swoją rolę. Strzelił karkiem, jakby chciał wypłoszyć z kręgów resztki cierpliwości, i wsłuchał się w animozje Anglika, który z uporem godnym lepszej sprawy epatował dobrym samopoczuciem w jego towarzystwie. Też mu coś ― miało to schlebiać, czy raczej obnażać dno, na którym obaj stali, każdy z innego powodu? Prychnął w myślach, rozprostowując kości, jakby ciało wciąż domagało się dowodu, że jeszcze należy do niego, a nie do wspomnień i starych rachunków.
― Tutaj nikt nie ocenia, słuchamy i dyrygujemy to, co według nas jest doskonałe w sprawie ― Przez chwilę względnie wbił szarość tęczówek w wielkie oka domostwa, martwe i czujne zarazem, gdzie czaiła się jego prywatna kostucha. Ta jedna śmierć była nie na sprzedaż; tej nie życzył nigdy, nikomu, nawet sobie w gorszy dzień. Ironia losu polegała na tym, że inne zgony przychodziły mu łatwo, niemal odruchowo, jak zapalanie papierosa po obiedzie. Lecz ta ― miała imię, miała zapach i potrafiła wracać nocą. ― Zbyt dobra śmierć dla mordercy, zbyt mało przelanej krwi... ― Ech, ty podła Irino… ― pomyślał bez czułości i bez gniewu, bo oba uczucia dawno się w nim wypaliły. Została tylko sucha świadomość, że pewne rzeczy nigdy nie przestaną ciążyć, choćby człowiek obłożył je cynizmem jak bandażem. Odwrócił wzrok, dając Anglikowi to, co ten najbardziej lubił: pozór uwagi i brak odpowiedzi. W końcu nie każde milczenie było kapitulacją; niektóre bywały wyrokiem odroczonym. ― Łap za różdżkę, wylej nienawiść w prosty sposób.
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
05-02-2026, 14:44
***
Duchota w płucach paliła Bułgarską gościnnością, w jakiej tliła się również niewypowiedziana surowość. Treningi pod jego okiem, nigdy nie należały do najprzyjemniejszych, ale statystycznie dawały mu znacznie więcej, niż ślepa próba rozumienia zawartości ksiąg czarnomagicznych. Pole walki było, jest i będzie najlepszym sposobem na weryfikację możliwości i ocenienie potencjału. Wiele mu jeszcze brakowało do poziomu prezentowanego przez Yavora, wręcz szczerze wątpił, aby kiedykolwiek sięgnął tego – dna, bądź szczytu siły, a to w zależności od perspektywy, jaką człowiek obiera myśląc, o czarnej magii. Ta wypalała swe piętno na duszy, trwale okaleczając i wyzbywa z resztek wrażliwości, a może i odbierała po części też człowieczeństwo? Czym ono było dla Bułgara, czym ono jest dla Lorcana?
Westchnął, otrzepując koszulę i spodnie z piachu i drobinek listowia. Rozmasował bolące barki i nogi, które najmocniej ucierpiały podczas ostatniego zaklęcia. Splunął siarczyście, gdy drobinki piachu zazgrzytały o zęby i skrzywił się w próbie wyprostowania sylwetki.
Westchnął, ale nie skomentował negatywnie tego ruchu, była to konieczność, bo w prawdziwym pojedynku już dawno, by zginął. Wyłącznie praktyka w tej dziedzinie, mogła ocalić mu skórę, gdy trafi na kogoś podobnie niegodziwego co jego towarzysz.
— O legilimencji, a dokładnie… treningu tej umiejętności — wiedział, na bazie ich doświadczeń, że szkolił się w tej sztuce, już w młodości poznając jej podstawy. Teraz po śmierci Persephone nabrał przekonania oraz motywacji, aby rozwinąć się jeszcze mocniej, ale potrzebował kogoś zaufanego. Kogoś przed kim będzie, mógł się potknąć na wyboistej drodze do perfekcji. Yavor nie był idealnym wyborem, wręcz był najgorszym z możliwych, jakie miał do wyboru, ale właśnie to przekonywało historyka, o sięgnięciu po jego pomoc. Krytycyzm, wrodzona pogarda i kpina z okazywanych słabości sprawiały, że jako mentor i zarazem manekin do testów Karkaroff nadawał się idealnie – ku dobru wspólnej sprawy.
— Znam podstawy, chcę się rozwijać; szkolić, by osiągnąć najwyższy możliwy poziom — smak ambicji pozostawiał słodką goryczkę na języku. Rozczarowanie, które prowadziło do śmierci jego żony, bo nie dostrzegł oczywistości – nie przejrzał jej myśli, a gdyby to zrobił. Rozpoznałby strach czający się na dnie jej serca i nie opuściłby jej ten jeden ostatni raz. — Dla sprawy — kierowany żałobną nutą ambicji, której Bułgar nigdy nie zrozumie, a przynajmniej tak myślał. Bo aż strach pomyśleć, czego on musiał doświadczyć w swym życiu, by stać się, tym kim jest.
— Przygotuj się… — suchość na wargach drażniła, pragnienie paliło, ale to nie był czas na odpoczynek. Ten trening jeszcze trwał: — Legilimens!
Ciało drżało przyjemnie ― nie z wycieńczenia, raczej z tego rodzaju ulgi, która przychodzi dopiero wtedy, gdy napięcie wreszcie raczy odpuścić bez negocjacji. Ostatnie dni po powrocie z rosyjskiej spiekoty partyjnych zatargów były pasmem drobnych irytacji, tych najbardziej podstępnych, bo nie dość dotkliwych, by je nazwać, a wystarczająco uciążliwych, by zatruwać myśl. Spokój, który skrzętnie budował latami, zaczął palić się jak mokre drewno ― bez płomienia, za to z dymem. Grunt pod stopami robił się miękki; bagno, wierny przyjaciel ambicji, domagało się uwagi. Cholera. Zignorował to z wprawą godną weterana własnych błędów, pozwalając, by resztki adrenaliny zrobiły swoje.
― Legilimencji... ― Gardło ugaszone solidnym łykiem napitku przestało protestować, a stalowa tęczówka beznamiętnie obliczała ślady zmęczenia na twarzy gościa. Tego akurat lubił ― nie człowieka, rzecz jasna, lecz moment, w którym pot i zadyszka zdradzały więcej niż słowa. Ćwiczebne starcia miały tę przewagę nad rozmową, że prawda wypływała szybciej. Anglicy, z całym swoim nabożnym umiłowaniem reguł, bywali w tym zadziwiająco prostolinijni. Niby wyrafinowani, a jednak w końcu zawsze potykali się o własną pewność. I to było w nich najbardziej pouczające. ― Umiejętność potrzebna w świecie i chwalona, jednakże... Ostrzegam... ― Mógł sobie gadać swoje, młokosy nigdy nie słuchały. Wiedział to po swojej latorośli, który gdzieś wsiąknął jak kamień w wodę. Blyad. Brew powędrowała w górę niemal sama, odruchem wyuczonym latami obcowania z głupotą, gdy z ust szczeniaka wypadło to nieszczęsne słowo ― legilimencja. Doprawdy, poczucie humoru świata bywało niskich lotów. Czy to miał być żart, czy demonstracja ambicji pozbawionej instynktu samozachowawczego, jeszcze nie rozstrzygnął. Sama technika nie była mu obca ani z gruntu odrażająca; potrafił docenić narzędzie, które w elegancki sposób wyciągało z cudzej głowy fakty, wspomnienia i brudy, bez konieczności łamania kości. Ot, ingerencja na pełnych obrotach, dla ludzi ceniących ciszę i porządek. ― Jutro wynajdę Ci pachołków różnorakiej maści do ćwiczeń, nie chciej ingerować w mój umysł.
On jednak ciszy nie ufał. Preferował metody bardziej jednoznaczne, krzykliwe w swej szczerości: krew, pot i to charakterystyczne załamanie głosu, gdy błaganie o litość stawało się wreszcie autentyczne. To było wyrafinowanie ― nie te subtelne grzebania w cudzym umyśle, udające naukową finezję. Odstawił naczynie z wyraźnym stukiem, ostrzegając spojrzeniem; Lestrange chyba nie był aż tak głupi, by próbować czegoś podobnego. Chyba.
Poprawił się na krześle, mięśnie napięły się o ułamek sekundy za późno. Decyzja już zapadła, ruch poszedł w świat. Kurwa. Jedna myśl była krystalicznie czysta, wolna od metafor i wątpliwości: jeśli ten chłystek rzeczywiście spróbuje ― zabije go. I nawet nie nazwie tego stratą.
― Сволочь! ― Pieprzona umiejętność. Nim zdążył sięgnąć po różdżkę ― ten jeden, spóźniony ułamek sekundy, który zwykle decydował o tym, kto wychodzi z pokoju o własnych siłach ― poczuł, jak coś brutalnie rozsadza bariery jego umysłu. Bezceremonialnie, bez finezji, jak łom wsadzony między żebra sejfu. Jedna po drugiej pękały osłony, stawiane latami dyscypliny i krwi; precyzyjnie, bez błądzenia, prosto w miejsca, których nie udostępniało się nikomu. Nawet sobie, w gorsze noce. ― Zabiję Cię... ― przemógł przez wargi zaciśnięte, gdy żerdź znowu została pochwycona.
Sekrety wypływały gęsto, ciężkie od znaczeń. Zbrodnie, których nie żałował. Tortury zapamiętane do ostatniego krzyku, do charakterystycznego momentu, gdy człowiek przestaje udawać bohatera. Doktryny ― proste, twarde, skuteczne ― wedle których świat wymagał ręki silniejszej, nie sprawiedliwej. I wreszcie ten dzień, oczywiście że ten. Rozkaz, suchy jak formularz. Pozbyć się. Przyjaciela, jedynego, który wiedział za dużo i miał ten niebezpieczny luksus chęci odejścia. Spokoju. Normalności. Zdrajcy zawsze mieli wybór ― krótszy albo dłuższy koniec. Rozdarcie przyszło bez patosu. Był krzyk, był ból, ale nie było błagania; staremu Krumowi nigdy nie brakowało dumy. I było zaklęcie, śmiercionośne, czyste w swej funkcji, mknące bez wahania. Ot, procedura. Jeśli młody sądził, że znalazł coś, co miało złamać kręgosłup ― cóż. Trafił jedynie na katalog powodów, dla których wciąż oddychał.
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
16-02-2026, 14:05
Karkaroff różnił się od swoich braci Bułgarów, był waleczny, nieustępliwy i wytrwały, czasem przypominał mu bardziej Rosjanina przez rys stereotypowego charakteru, aniżeli człowieka, którego kraj został wymazany z kart historii na wieki, którego społeczeństwo przywykło do życia pod butem okupantów. Tu na peryferiach Europy, gdzie cywilizacja ledwie wyciąga swe macki, a w powietrzu dalej czuć zapach minionych historii, wśród dzikich gór kształtowały się charaktery ludzi smutnych, defetystycznie patrzących na otaczający ich świat.
— Fundament zaufania drogi towarzyszu, budujemy na wzajemności — słowa padały ostrożnie, tak jakby kalkulował ich ciężar, nim opuszczą usta. Yavor bywał impulsywny i najzwyczajniej w świecie mściwy, lecz sam uczył go tego od lat, co przedstawiała swoją osobą, pokazując mu słabości ludzkiej psychiki, te rozpadliny, w jakie należało uderzyć, by osiągnąć sukces. Zanurzanie się w umysłach parobków, było marnowaniem cennego czasu, obydwaj o tym wiedzieli. Dlatego Lestrange postąpił w sposób najbardziej dobitny, tym samym pieczętując swoją relację z tym człowiekiem, którego zapewne samo piekło, gdy tam pewnego dnia trafi, wypluje z odrazą.
Wszedł brutalnie, bez ceregieli i taryfy ulgowej – śmiało penetrując jego naznaczony cierpieniem umysł. Robiąc wszystko to wedle jego szkoły, bo chociaż nigdy nie trenował legilimencji bezpośrednio na Bułgarze, tak jego nauki w innych dziedzinach, były jednoznaczne. To matka go pouczała zawsze, by umiejętność sięgania po cudze myśli traktować z finezją, na jaką zasługuje, bez zbędnej brutalności, a klarownie, sukcesywnie, stanowczo – wywierać presję, by wyciągać informacje. Była kobietą wielkiej mocy, nieprzejednaną w gierkach słownych, a jej spojrzenie potrafiło rozbić w drobny mak niejedną nazbyt śmiałą i arogancką w swym obyciu personę. Brakowało mu tej subtelnej nuty – dominacji. Bo pewność siebie w przypadku tej umiejętności nie otwierała tak skutecznie drzwi, co wiedza, jak nacisnąć klamkę, tudzież jaką zastosować dźwignię…
W przypadku Yavora odczucie wsadzenia głowy w żar paleniska było jak najbardziej trafne. To mrowisko myśli wszelakich, lecz w większości okrutnych, naznaczone wspomnieniami brutalności jego osoby, nad jakimi górował donośny śmiech. Na próżno szukał usprawiedliwienia dla jego czynów, bo człowiek ten był wyprany, jak mu się zdawało z tak błahych emocji. Jednocześnie wiedział, gdzieś tam podświadomie, czego mógł się spodziewać, Bułgar, niemal ociekał tym wszystkim, co poczuł, a urywki z przeszłości, wspomnienie morderstwa, namacalny dowód jego winy wyłącznie wywołał w młodym angliku poczucie akceptacji, tego człowieka. Bez rozterek moralnych, bez żadnego doszukiwania się sensu, tych zbrodni, to był ktoś wybitnie wykraczający poza ramy zrozumienia przez przeciętnego czarodzieja, bo ten mógłby określić go słowem: morderca. I byłby w racji słusznie utwierdzony przez tłum jemu podobnych. Dlaczego więc Lorcan, tak na niego nie patrzył? Pozbawiony hamulców zdrowego rozsądku, trwał przy tym socjopacie, dla jakiego zabicie podróżnika, byłoby kolejną nic nieznaczącą kreską na ołtarzu wyroków.
Uśmiechnął się, smutno.
— Jesteś smutnym człowiekiem, Karkaroff— westchnął z widoczną rezygnacją, lecz śladu strachu, jakiejkolwiek obawy nie było widać na jego twarzy. Wręcz ceremonialnie schował różdżkę i patrzył tym swoim przenikliwym spojrzeniem na człowieka, którego prywatność legła w gruzach, który musi nauczyć się zaufać drugiej osobie – w dobrej wierze, bez sztuczności, haczyków i podstępów.
— Uważasz, że ludzie potrafią, być wobec siebie lojalni? — wiedział, o jaką narrację tego znaczenia mu chodziło, czystą, bo pozbawioną skazy.
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
19-02-2026, 10:48
W jednej chwili byłby gotów zabić za taką bezczelność. Przekroczyć próg jego jaźni, wejść z buciorami w obszar skrzętnie ogrodzony, opisany, posegregowany wedle własnej, surowej logiki ― to nie było faux pas. To był wyrok. Granice budował latami, warstwa po warstwie, jak fortyfikację z betonu i kości. Wspomnienia miał oprawione w ramy, poukładane w składni przeżyć, które roztrząsał wyłącznie wtedy, gdy sam wybierał temat i godzinę. Nikt nie miał prawa grzebać w archiwum. Nie przyznawał, rzecz jasna, że niektóre decyzje nie przyszły mu z tą legendarną lekkością, którą tak chętnie przypisywali mu inni. Zabicie przyjaciela ― owszem, wykonał rozkaz bez drżenia dłoni. Dłoń była stabilna. Zaklęcie czyste. Procedura dopięta. To, co przyszło później, było już mniej podręcznikowe. Żal nie był dramatem, raczej irytującym odpryskiem pod skórą. Odzywał się wyłącznie wtedy, gdy rakija lała się zbyt hojnie, a cisza stawała się zbyt gęsta. Wtedy, w półmroku, mruczał coś na kształt wybacz ― cicho, że nawet on sam mógł udawać, iż tego nie powiedział. Mara Kruma pojawiała się bez zaproszenia, jak omen, jak kontrola jakości sumienia.
― Matka Cię nie nauczyła, że prywatność dla ludzi to kwestia świętości?! ― Był wściekły. I był gościem w jego domu ktoś, kto ośmielił się zajrzeć za kotarę. A gości, niestety, nie wypada zabijać. To psuje reputację gospodarza. Szkoda. Anglik ― o nazwisku brzmiącym jak kichnięcie znudzonego żabojada ― wreszcie odpuścił. Nacisk zniknął. Ta lepka, natrętna obecność w zakamarkach umysłu wycofała się, jak złodziej, który uznał, że wyniósł już wystarczająco dużo cudzych sekretów. Myśli znów należały do niego. Równe. Uporządkowane. Zamknięte na trzy spusty. Chyba było dobrze. Prawda? ― Smutnym to zbyt panoszące się nazewnictwo... Zepsutym do szczętu, przegniłym już bywa lepszym określeniem i racją bytu ― mruknął, niezbyt walcząc z sarkazmem i prawdą zlepioną w jedną doktrynę. Szlachetną w swej prostocie; odechciało mu się kłamać. Zuchwalec miał go w niejakiej garści, chociaż sam by się nie przyznał. Tak wielu wiedziało, do czego on i jemu podobni byli gotowi, by bronić własnych racji. ― Lojalność nie istnieje.
Opadł ciężarem pleców na oparcie krzesła i zsunął się odrobinę niżej, jakby nagle zabrakło mu kilku centymetrów godności do utrzymania wyprostowanej postawy. Ramię uniósł niedbale, osłaniając twarz przed jesiennym światłem, które z bezczelną konsekwencją przeciskało się przez obnażone z listowia konary. Nie tyle raziło, co obnażało. Skroń pulsowała tępym bólem, przypominając, że ktoś przed chwilą rozbierał go z warstw, których nie pokazywał nawet w lustrze.
Skurwysyn. Oczywiście, że musiał posiadać taką umiejętność. Jakby świat nie był już wystarczająco przepełniony bronią, którą można wymierzyć w człowieka bez podnoszenia różdżki. Legilimencja ― subtelna, elegancka, niemal arystokratyczna forma gwałtu. Bez krwi, bez krzyku. Prawie kulturalnie.
― Widziałeś jak lojalność przegrała z oddaniem sprawie przegranej w tamtych czasach... ― Nie, nie był człowiekiem smutnym. Smutek implikował wrażliwość, a tę dawno wyplenił z siebie jak chwast. Był zepsuty ― owszem. Skonstruowany do zadawania bólu, do podejmowania decyzji, po których inni nie spali. Ulepiony z chłodnej kalkulacji i przyzwyczajenia do śmierci. To była konstrukcja solidna. Sprawdzona. Gdy zamknął oczy pod osłoną własnego przedramienia, przez ułamek sekundy zastanowił się, ile jeszcze warstw zostało mu do odebrania, zanim zostanie z niego tylko nagi mechanizm. I czy to aby na pewno nie byłby już koniec. ― Jestem złem, więc... Nie bierz ze mnie przykładu, nigdy. Rób swoje i trzymaj się narracji wykreowanej w głowie.
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
20-02-2026, 15:36
Przekraczanie granic prywatności, tej umownej linii, za jaką kryją się sprawy intymne, prywatne, gdzie schowane są najgłębsze myśli i najtajniejsze informacje – szabrowanie, kreślenie własnej analizy tych wydarzeń, wreszcie odczytywanie ich w sposób dobitny, którego ofiara nie mogła zatrzymać, było: najdelikatniej mówiąc brutalnym aktem dewastacji, a wiedział, że mógł mocniej – sięgnąć jeszcze głębiej, niemal do istoty jego człowieczeństwa, która skryta za woalem zepsucia, gdzieś tam przecież istniała. Bo musiała, prawda? Nie mógł, być i tego pozbawiony nie po tym, czego doświadczył i poczuł, sięgając w głąb jego umysł, bo nawet jeżeli było to bagno zgnilizny, śmierci, jadu i ogólnego zepsucia, tak ogniki nadziei jakąś cząsteczkę dobra bytowały nad tą pustą krainą. Tak również był świadom, że nie należał do najpotężniejszych w sztuce legilimencji nauka, jaka przed nim pozostawała, mówiła o tym jasno, że zaledwie napoczął tę umiejętność rozwijać w pełnym zakresie, lecz pozostawało jeszcze wiele pracy przed nim, by chociażby dorównać Alcyone.
Matka była bezsprzecznie ponadprzeciętnie utalentowana i stanowiła jego filar w tej dziedzinie. To ona otworzyła przed nim tajniki tej sztuki; ucząc cierpliwie, chociaż z przerwami.
Uśmiechnął się na słowa Yavora, mimowolnie, acz szczerze: — To właśnie matka mnie tego nauczyła. Umysł jest bronią i to jedną z potężniejszych. Radzę Ci więc; uważać na władcze i silne kobiety — podszedł niespiesznie do Yavora i nalał wody do szklanki. Pił długo, leniwie, bez ponaglania czy łapczywości, elegancko, nawet teraz potrafił emanować tymi zasadami wyciągniętymi z domu pod dyktando, których był wychowywany i częstokroć karcony.
Odetchnął jesiennym powietrzem, czuł na sobie przemijanie. To dobijało, bo było wyznacznikiem upływającego nieubłaganie czasu, który wybijał rytm ich żałosnego życia.
— Wiem, wiem… innymi słowy, paskudny z Ciebie człowiek Karkaroff — westchnął, bo czuł się, nieco obolały. Przeciwnik go i tak solidnie oszczędzał, tak jakby bał się skrzywdzić paniątko z Anglii, a przecież nie był z porcelany, co wielokrotnie mu udowadniał, tak Bułgar bywał wobec niego litościwy? Prawdopodobnie tak.
— Istnieje, tak sądzę, a puste zakładanie, że czegoś nie ma, bynajmniej nie oznacza, że tak właśnie jest, może zwyczajnie się z nią nie spotkałeś? — Zmęczenie, zawsze wprowadzało go w lekko filozoficzny nastrój, a jesienna aura temu sprzyjała, nawet jeżeli tutaj w Bułgarii, było zdecydowanie przyjemniej, niżeli na wyspach. Usiadł w fotelu prostując nogi planował wykorzystać, tę wizytę również w innych kwestiach, a mianowicie zawodowych, dlatego w duchu musiał być wdzięczny gospodarzowi, iż ten uniknął dogłębniejszego kaleczenia.
Słuchał go z widoczną powagą, treść słów biorąc sobie do serca, lecz nie przypisując im tego samego znaczenia, które i on posiadał. Raczej próbował nadłożyć swoje wyobrażenie o sprawach, które poruszali; odkrywał prawdę, poszukiwał jej, nawet w tych prostych rozmowach, jakie zazwyczaj, banalne wydawały się wyłącznie z początku.
— Lojalność wobec najbliższych i otoczysz nią, tylko tych, którzy na to zasługują. Lojalność idei? Czym ona jest, jaki ma ona sens, kiedy niektóre sprawy podnoszone na sztandary są z góry przegrane? — podążając za wzrokiem starszego mężczyzny, zawiesił spojrzenie na jesiennej panoramie okolicy. — Potrafisz być motywujący, jako mentor. Być może taka twoja natura, ale próbuj patrzeć inaczej na świat; nie dla samego siebie, ale dla najbliższych. By nie stali się tobie podobni lub gorsi — kolejne spaczone pokolenie, przez ojca tyrana, wzdrygnął się. Jak długo należało wałkować schemat, by to błędne koło w końcu pękło? Czy i on podąży śladem swego ojca, stając się apodyktycznym dupkiem, bez serca? Miał nadzieję, że nie.
— Pięknie tu masz… aż kusi zostać na dłużej, kiedyś może… — kupno ziemi i dom, niewielki, bo nie szukał blasku, ani tym bardziej przepychu. Położony gdzieś, wśród wzgórz z widokiem na morze i zbocza winnic, to było piękne marzenie szkoda, tylko że nierealne.
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
4 godzin(y) temu
Żadne z nas nie jest szczęśliwe ― to fakt. Żadne też nie ma w sobie tyle przyzwoitości, by odejść. Więc łamiemy się metodycznie, jak stare deski pod zbyt ciężkim meblem, i dla przyzwoitości nazywamy to miłością. Najlepsza alegoria instytucji, którą świat uparcie tytułuje małżeństwem. Z zewnątrz zwyczajne, niemal nudne. W środku ― pole minowe, na którym oboje znamy mapę, a i tak wchodzimy tam codziennie. Irina. Poznana w londyńskiej spelunie, nocą, którą naiwnie ochrzcił najlepszą w życiu. Oczywiście. Alkohol, obietnica kłopotów i kobieta, która nie odwróciła wzroku, gdy stal jego spojrzenia przecięła półmrok sali. Nie widział piękniejszej. Nie widział bardziej agresywnej w swojej namiętności, bardziej świadomej tego, że strach to tylko inna forma ekscytacji. Nie bała się obcości, która z niego kapała; przeciwnie ― smakowała ją jak coś egzotycznego. I oto był. Mężczyzna przekonany, że kontroluje wszystko, co w zasięgu jego dłoni, a jednak dobrowolnie włożył głowę w paszczę lwa i uznał to za przejaw odwagi. Poznanie jej było najlepszym, co go spotkało. I najkrwawszym. Namiętność z czasem przestaje być ogniem w kominku ― staje się pożarem, który trzeba doglądać, by nie strawił całego domu.
― Synalek mamusi, hm? Dosyć śmieszne, przez takie kobiety wyrastają niebezpieczne jednostki... Radzisz? ― Lestrange coś mówił. O uczuciach, o wyborach, o konsekwencjach — zapewne w tonie, który miał uchodzić za rozsądny. Nie słuchał uważnie. Zaśmiał się cicho pod osłoną własnego ramienia, krótko, gardłowo. Głupiec. Nie on ― tamten. Nie musiał go ostrzegać, bo swoje memento śmierci wybrał lata temu i był z tego dumny. ― Za późno, najdroższa memu sercu małżonka... W jednej chwili pozbawiła by Cię życia i mnie.
Krzesło skrzypnęło przeciągle, jakby protestowało przeciw ciężarowi lat i decyzji, które na nim przysiadły. Usiadł jednak z godnością właściwą komuś, kto przeżył więcej, niż powinien, i wciąż jeszcze nie raczył zdechnąć. Słońce, buńczuczne i bezczelne, wdarło się w oczy, jakby chciało go przesłuchać. Mrużył je z irytacją, lecz nie odwrócił wzroku. Nie będzie uciekał przed światłem ― to nie w jego zwyczaju.
Bywały chwile, które cenił bardziej niż złoto. On. Cisza. Brak myśli. Brak planów, które oplatały kark jak sznur lojalności. Przez kilka minut nie istnieli ci, którzy niuchali po kątach, zbierali plotki, składali z nich konstrukcje spisków. Wiedział, że to robią. Zawsze ktoś robił. Świat nie znosi próżni, a on był w nim figurą zbyt wyraźną, by pozostawić ją bez nadzoru.
― Tylko głupiec porzuca sprawę, której oddał życie. Nie zamierzam zaliczać się w poczet słabych, bliskich upadku... Zdrada równana jest śmierci, towarzyszu. Widziałeś co wyczyniłem w jej imię... ― Sięgnął po alkohol z ruchem wprawionego nadgarstka. Nalał, wypił jednym pociągnięciem. Bez celebracji. Płyn rozlał się w gardle jak znane, lojalne ciepło. To przynajmniej było przewidywalne. ― Skoro uważasz mnie za mentora, to trzymaj się jednego; moi najbliżsi są mądrzejsi niż ja ― Mentor. Cóż za słowo. Uczył czarnej magii, uczył pojedynków, uczył jak przekręcić interes tak, by cudze złoto gładko wpadało do własnej kieszeni. Tego akurat nauczał z pasją. Ale własnego syna? Nie. Igor zwiał, zanim zdążył wbić w niego właściwy fundament. Żona patrzyła na niego z chłodem, który mógłby konkurować z syberyjskim styczniem. Spojrzenie utkwił pośród bezkresu łagodnych pagórków, doszukując się dziwacznego letargu. ― Wieki konfliktów i podmiotowości ucisku obcych... Nie ma bardziej piękniejszego miejsca i narodu, niż Bułgaria ― Oraz rodzina, która Cię nienawidzi.
Co mu zostało?
Bułgaria. Twarda, szorstka, nigdy poddańcza. Jedyna, która nigdy nie udawała, że go kocha ― i dlatego była najuczciwsza.