It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
04-01-2026, 21:13
Leciał na miotle na złamanie karku, jak zawsze gdy był wkurzony. Czasami nie potrafił nazwać własnych emocji, ale dzisiaj rozumiał je doskonale: był oburzony, zniesmaczony i wkurwiony. I wcale nie załatwił tego, co chciał.
Brat tej ladacznicy (Ambrose postanowił, że obydwoje nie mają dla niego od dziś imion) zagroził, że wezwie magipolicję. Ambrose uraczył go kpiącym wiesz kim jestem?! (w przyszłości z satysfakcją wlepi najwyższe mandaty każdej gwieździe sportu, która tak się do niego odezwie - czasem z krytycznym komentarzem na temat ich gry), ale ostatecznie przegrał bójkę i musiał się zwijać. Sumienie trochę go kłuło, bo w całym szeregu decyzji jakie dzisiaj podjął… żałował jednej. Tego, że nie bił się aż do całkowitej przegranej. Od kiedy był takim tchórzem?!
Postanowił tchórzliwie wejść do domu mamy i się przebrać (z dwojga złego wolał pokazać się w takim stanie mamie niż rodzinie), ale już z góry zobaczył, że pod jabłonią siedzi Titus, który zatrzymał się tutaj, bo nie miał gdzie pójść. A spod jabłoni było widać tylne i przednie drzwi. Zaklął pod nosem, nie rozumiejąc co przyjaciel widzi w siedzeniu na łonie natury. Groziły mu tutaj pyłki, robaki i brudna gleba.
Co więcej, przez ladacznicę Titusowi groziło złamane serce i alkoholizm. Ambrose nie nazwałby tych rzeczy samodzielnie, ale mama wyszeptała do niego tą ponurą wizję przyszłości i od tamtej pory nie mógł przestać o tym myśleć. Myślał, że przestanie gdy naprawi wszystko z kobietą, która okazała się ladacznicą, ale się nie udało.
Ze wszystkich razy akurat dzisiaj się nie udało.
Zamaszyście wylądował tuż przed Titusem, wcześniej zrobiwszy w powietrzu półsalto żeby poprawić przyjacielowi humor. Akrobacja zmyła z jego twarzy resztki gniewu, nie licząc zarumienionych policzków. Może Titus pomyśli, że to z wysiłku. -Hej. - przełknął ślinę i skrzywił się lekko, bo miał pękniętą wargę i rozcięty łuk brwiowy. Co więcej, miał też na sobie piękny, karminowy sweter z lwem wyszywanym złotą nicią. Nigdy wcześniej nie pokazał się Titusowi w tym swetrze, choć dostał go już na początku jego narzeczeństwa (porozmawiał z tą kobietą za plecami przyjaciela… tak jak teraz). Wyglądał w nim świetnie, ale sweter był już zrujnowany. Po pierwsze, uszyła go ladacznica, a po drugie na złotej nici była plama krwi. - Jest mama? - nie będzie zachwycona, ale po pierwsze go uleczy, a po drugie od rozmowy z Titusem wolał już teraz rozmowę z mamą. - Myślisz - pedantycznie oparł miotłę o pień jabłonki i wygładził dłońmi sweter. - że to się spierze? - mówił tylko po to, żeby zagłuszyć ciszę, bo to mama będzie wiedzieć, czy się spierze. A potem może odda ten sweter biednym sierotom, choć sieroty nie zasługiwały na ubrania szyte przez chciwe ladacznice i nie nosiły raczej rozmiaru Ambrose’a.
Nie lubił kłamstw ani pytań retorycznych, więc nerwowo posłał Titusowi sztuczny uśmiech (!), a potem prędko wyjął paczkę papierosów. Dłonie trochę mu drżały, ale najwyżej powie, że lot był za długi. - Zapalisz? To lepsze niż piwo, wiesz? - nie zostaje się od tego alkoholikiem, na przykład. Ambrose nie był pewien, czy papierosy leczą złamane serca (może mógłby spytać jakąś dziewczynę, której złamał serce), ale chyba warto spróbować.
In my dreams, I'm dying all the time then I wake, it's kaleidoscopic mind
Wiek
36
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 00:30
Gdyby wizje miały ciężar, Titus Harrison porównałby tą konkretną, samospełniającą się przez ostatnie tygodnie do ciężaru cementowych butów. Mimo, że próbował przeciwstawić się przyszłości na wszelkie możliwe sposoby – zmieniając swoje podejście do każdej możliwej dziedziny życia… Nie czuł żadnej sprawczości.
Zmierzył się z każdym etapem swojej żałosnej przepowiedni, po kolei żegnając przybranego ojca, gospodarstwo, Jenę, a potem… A potem nie mając na tym świecie miejsca dla siebie. Ten paskudny eliksir wypijał po łyczku, czując jak ból utraty wypala ściany gardła bez przerwy, bez ustanku, bez szansy na odpoczynek. Czuł, że wszystko to nie jest już nawet żalem – że jest przedziwną agonią, w której smutek mieszał się z odwiecznie obecnym w jego życiu gniewem. Stłumił go, kiedy magimedyk określił ojca martwym – jakby spodziewał się tego i szykował na to przez cały ten czas. Kierował gniew w stronę młodych Harrisonów, kiedy ci nakazali mu zostawić wszystko to, co pozostawało całym jego życiem. Gniew kierował w kierunku siebie, kiedy Jeneva dokonała jedynego, dobrego wyboru, a kiedy on nie umiał… O to wszystko zawalczyć.
Wiedział, że walki tej nie wygra, ale jeszcze kiedyś, jeszcze w szkole, walczył z całych sił aż do samej porażki lub zaskakującego zwycięstwa – nigdy nie myśląc nawet o wywieszeniu białej flagi.
Wczoraj coś się zmieniło, a los wydawał się brutalniejszy niż zwykle. Utrata poczucia sprawczości wycisnęła z oczu Harrisona tyle łez, by wciąż czuł na wargach ich nieprzyjemnie słony posmak. Poczucie to zalewał piwem z zielonej butelki – lekko rozgrzanym, utlenionym i cuchnącym polnym, ciętym trawskiem.
Wypiłby więcej i wypiłby mocniej, gdyby miał za co.
Dolly Day zaproponowała mu piwo, a on nie oponował.
Nie mógł wiedzieć, że w domu Day’ów wszystko było testem, a ten jeden podyktowany rozpaczą wybór przyprawił go o łatkę alkoholika. Tego najżałośniejszego typu, ze złamanym współ sercem. Gdyby był psem – byłby skopanym szczeniakiem.
Ponownie siedzi pod jabłonką. Owoce z wczorajszej – tej na ziemi Youngów – na pewno urosną kwaśne. Te z dzisiejszej… Możliwie nie urosną wcale, bo nie podlewa ich już z taką intensywnością. Harrison stara się nie płakać – nie kiedy patrzy na niego Rosie, nie kiedy patrzy n niego Dolly. Schowany za pniem przyciska butelkę do siebie, nie mogąc zrozumieć… Dziwnej ciszy pojawiającej się w głowie.
Jakby przepowiednia się wypełniła, jakby znajdował się właśnie w miejscu docelowym i jakby to, co kierowało jego decyzjami przez ostatnie tygodnie… Nagle go porzuciło. O nim zapomniało.
Osierocony na dobre.
W złości uderzył tyłem głowy o pień starej jabłonki. Tak mocno, by poczuć przyjemny, uziemiający ból. Tak słabo, by zobaczyć jedynie mroczki, zamiast spodziewanego mroku.
Nie zauważa gestu Ambrose – nie zauważa akrobacji powietrznej – nie zauważa tego, co poprawić miało mu nastrój.
Przekrwione spojrzenie spotyka się zaś z… Obitą twarzą Day’a.
Kolejna rozpacz do kompletu. Idealna twarz naznaczona rozcięciami.
Ignoruje powitania, pytania i wszystkie inne grzeczności.
– Skąd to masz? – pyta od razu, nie mogąc zapanować nad nieprzyjemnie zachrypniętym głosem. Nie ma siły nawet powiedzieć tego odpowiednio głośno – może i dobrze, przecież nie chce ściągnąć uwagi Dolly…
Nie poznaje swetra przyjaciela, nie skupia się na nim – wzrok opiera raczej na czymś, czego nie widział jeszcze kilka godzin temu. Na czymś, co przydarzyć się mogło na boisku albo w szatni – jeżeli ktoś nie umiał zapanować nad nerwami… Ale czy tak właśnie było?
Jak na złość… Nigdy o tym nie śnił. Nie w ten sposób. Nie w tym miejscu.
– Zapalimy razem? – proponuje wyciągając dłoń do góry, byle sięgnąć po paczkę należącą do Day’a. – Nie wiem czy to lepsze niż piwo. Piwo miesza w głowie i… – próbuje tłumaczyć coś nieokreślonym gestem dłoni, kręcąc palcami przy uchu, nawijając coś… Właściwie co? – Potem mniej myśleć. Myśleć się chce… Psia krew – wzdycha nad ubóstwem swojego wokabulaża.
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 14:57
Spojrzał w czerwone oczy Titusa i od razu tego pożałował i szybko odwrócił wzrok. Wymówka o sezonie na alergie była mniej przekonująca gdy byli już starsi, a Ambrose poczuł znajomą choć od dawna zapomnianą mieszankę złości, ucisku na skronie i zupełnego skołowania. Łzy Allie już od dawna przestały robić na nim wrażenie, odkąd zrozumiał, że przywoływała je na zawołanie niczym własną magię; ale nadal nie radził sobie dobrze ze szczerym płaczem, zwłaszcza... zwłaszcza... Ze złamanego serca nie da się podnieść — mówiła mama, a on nie chciał jej wierzyć, ale zawsze miała rację. Chciał to naprawić, miał to naprawić i się nie udało. Zacisnął mocno szczękę, zastanawiając się czy jeszcze mogłoby się udać. Nigdy nie robił przy pomocy uroku niczego t a k poważnego i dzisiaj nie wyszło, ale dlaczego urodził się wyjątkowy jeśli nie mógł poradzić sobie w tej jednej rzeczy? Jedynej ważnej, jedynej, która mogłaby komuś pomóc. Może wystarczy tam wrócić, gdy jej brata nie będzie w domu...
Zamrugał, przytłoczony odbiorem emocji przyjaciela i snuciem planów na raz. Wielozadaniowość była trudna, a teraz jeszcze musiał rozmawiać. - Ze Szkocji. - odpowiedział machinalnie, interpretując pytanie Titusa w kontekście geograficznym. Nie zarejestrował nawet jego troski o stan własnej twarzy, bo po pierwsze obrywał już mocniej (choć zapalczywość brata materialistki go... zaskoczyła), a po drugie nic się nie stało (nie lubił przegrywać), a po trzecie to zupełnie nieważne. Zwłaszcza w obliczu problemów Titusa.
A Titus... miał dodatkowo problemy z piwem. Ambrose zacisnął mocno wargi, słysząc jak przyjaciel miota się z doborem słów. - No jasne, że miesza. Jak widać. - podsumował trzeźwo i dość bezwzględnie, ale równocześnie kucnął, żeby znaleźć się na wysokości siedzącego Titusa (ale nie pobrudzić spodni trawą) i wyjąć dla niego papierosa. - Potrzymaj, zapalę. - wyjął też mugolską zapalniczkę, prezent od przyjaciela. Nie ufał, że w tym stanie Harrison zdoła w ogóle odpalić papierosa. Zrobił to za niego, postanawiając, że pozbędzie się z domu mamy całego alkoholu. Jeszcze tego brakuje, by Titus znalazł w jej kredensie (nikt nie buszował bez pytania w kredensach Dolores, ale Titus miał złamane serce, więc pewnie był nieobliczalny) cholerny koniak od teścia. - Papierosy są lepsze. - potwierdził ochryple. Trudniej po nich obudzić się w nieswoim życiu, z nielubianą żoną i dwójką dzieci. Z goryczą pomyślał, że Titus miał rację wtedy, w szatni. Może nie powinien był odbijać Allie tylko po to, żeby zrobić komuś na złość.
Refleksja ta nie rozciągała się jednak na dzisiejsze czyny Ambrose'a, które—choć nieudane—były w jego mniemaniu całkowicie uzasadnione. Opuścił zapalniczkę i, zanim sięgnął po własnego papierosa, jeszcze raz spojrzał na pobladłą twarz i zaczerwienione oczy przyjaciela. Nie wiedział, jak jeszcze mu pomóc. Nie wiedział i męczyło go to bardziej niż wszystkie inne rzeczy, jakich nie rozumiał w swoim życiu. Odruchowo wyciągnął rękę, by odgarnąć za ucho Titusa ten kosmyk włosów, z którym Harrison tak się męczył. Odruchowo nachylił się bliżej. Odruchowo poszukał spojrzenia przyjaciela, choć akurat to robił rzadko. - Tite, ja... - zaczął cicho, nie będąc pewnym od czego właściwie zacząć...
...ale Titus nigdy nie dowie się, czy Ambrose zacząłby od przyznania się do tego, co nagadał dzisiaj Jenevie Young; czy od propozycji by przeprowadził się do niego i Allie jeśli u Dolores Day jest stresująco (w odróżnieniu od Dolores, Allie byłaby otwarcie niezadowolona z takiego obrotu zdarzeń, ale z Allie łatwiej sobie poradzić) czy od wyznania, że samemu żałuje podjętych przez siebie decyzji i chciałby...
...właściwie czego? Chyba chciałby móc zapewnić Titusa, że wszystko będzie dobrze i że nadal mogą razem być przeciwko światu, tak jak planowali w Hogwracie. Tyle, że wszystko się spierdoliło. Ambrose był nagle uwiązany zobowiązaniami, których wcale nie chciał: żoną, dziećmi, kontraktem w drużynie. Jak na ironię, chyba chciałby wolności; ale Titus dostał jej aż za dużo i nagle stracił narzeczoną, dom i pracę. Nawet ktoś taki jak Day widział, że sytuacja jest beznadziejna; a zarazem chciałby żeby wszystko było takie proste jak dawniej, jak wtedy gdy przerzucali siano na (utraconej już) farmie i myśleli, że całe życie jest przed nimi i że zaplanują je po swojemu...
Zanim zdążył jednak zebrać myśli i słowa, usłyszał trzepot sowich skrzydeł—nie lubił tego dźwięku—ale tym razem sowa nie leciała (jak myślał) z kolejnym zleceniem do jego mamy, a wprost do nich. Leciała zmęczona, wprost ze Szkocji i upuściła czerwony pakunek na kolana Titusa.
Wzburzony nadawca wyjca zaczarował go tak, by nie dać adresatowi nawet pięciu minut na otworzenie koperty. Ta eksplodowała natychmiast, a w powietrzu rozbrzmiał głos oburzonego brata Jenevy Young: O' NEAL TY TCHÓRZU
NASTĘPNYM RAZEM POFATYGUJ SIĘ DO NAS SAM
ZAMIAST WYSYŁAĆ SWOJEGO WYSOKIEGO I AGRESYWNEGO KOLEGĘ
TO NIE PRZYSTOI
KTO WIE CO ZROBIŁBY JENEVIE GDYBY MNIE TAM NIE BYŁO
GDYBYŚMY WIEDZIELI Z JAKIM TOWARZYSTWEM SIĘ ZADAJESZ TO PODJĘLIBYŚMY PEWNE DECYZJE WCZEŚNIEJ
MĘŻCZYZNĘ POZNAJE SIĘ PO TYM JAK ZNOSI PORAŻKI
JEŚLI POJAWICIE SIĘ ZNOWU KOŁO NASZEGO DOMU TO WOŁAM MAGIPOLICJĘ
JENEVA PŁACZE PRZEZ NIEGO
MAM NADZIEJĘ ŻE JESTEŚ Z SIEBIE DUMNY
Ambrose wzdrygnął się najpierw i cofnął rękę, chyba tknięty fantomowym wspomnieniem pięści brata Jenevy (albo dziwnym poczuciem przyłapania na czymś, choć przecież to tylko głos i głupi wyjec). Zmarszczył brwi, słuchając przemowy z rosnącą irytacją, ale pod koniec parsknął nagle krótkim, gorzkim śmiechem. - I bardzo dobrze, że ta - na język cisnęło mu się dużo określeń, których nauczyła go mama, ale z wielkim trudem i w resztkach szacunku dla Titusa wybrał najłagodniejsze - materialistka - kurwa- płacze!
Ambrose poczuł się z siebie dumny, interpretując ostatnie zdanie wyjca dosłownie. - Accio papier - upuścił (!!!!!) papierosa i sięgnął po różdżkę, by wycelować w uchylone okno. - Już ja mu zaraz odpiszę, jakim prawem on w ogóle na ciebie krzyczy, i czemu oni do cholery nazywają cię O'Neal? - robili to już w domu, dzięki czemu obecne poczucie zaskoczenia nieco złagodniało.
In my dreams, I'm dying all the time then I wake, it's kaleidoscopic mind
Wiek
36
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 02:12
– Ze Szkocji… – powtarza bezrefleksyjnie.
Stan Titusa był czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż prozaiczny, młodzieńczy ból złamanego serca.
Nigdy nie pokochał Jenevy Young tak, by jej odejście było dla niego cierpieniem nie do zniesienia, nawet jeśli przyszłość pokaże, że nigdy nie złoży już obietnicy wierności i oczekiwania żadnej innej kobiecie – czyniąc Jennie prawdziwie wyjątkową postacią w jego pogmatwanym i smutnym życiu.
Pogodził się też ze śmiercią osoby starszej i chorującej – ze śmiercią przyszywanego ojca – będąc na nią gotowym tak, jak gotowym stawał się z wiekiem na decyzje o pożegnaniu każdego cierpiącego stworzenia na gospodarstwie.
Nie był gotowy na utratę gospodarstwa. Nie był gotowy na wielką kumulację nieszczęść, na gwałtowne zderzenie z przeznaczeniem, którego płynący strumień mógł zobaczyć, a którego nie mógł zatrzymać, a tym bardziej nie mógł zawrócić.
Wciska papierosa między wargi i posłusznie godzi się na to, by Ambrose podjął się trudu podpalenia jego końcówki. Od wczoraj na piersi nosi łatkę nieudacznika. Wierzy, że spieprzy obecnie nawet zaklęcie tak prozaiczne. Nawet te, które pozwoli mu uspokoić oddech przy pomocy zabójczo kuszącej nikotyny.
Zaciąga się, zapraszając do płuc pierwszą porcję gorzkiego dymu, jednocześnie spoglądając z niewypowiedzianą wdzięcznością ku zarysowanemu obliczu przyjaciela.
– Mhm… – godzi się na prym papierosów chyba dla świętego spokoju. Nie umie powiedzieć, że alkohol mógłby wypełnić jego umysł przyjemnym zamieszaniem – uczuciem, które zastąpi chaos obecny w jego myślach w przeciągu ostatnich tygodni. Nie powie też, że najzwyczajniej w świecie… Nie chce być teraz sam. Prośba wydawała się nie na miejscu – tak samo jak wydawała się nie na miejscu wtedy, kiedy po zakończeniu szkoły wrócił do Szkocji, z sercem bolejącym nad czymś, co wydawać się mogło końcem ich przyjaźni. Wydawało mu się jednak, że najbardziej nie znosi teraz ciszy.
Przykłada do warg trzęsące się palce i zaciąga się znowu, by z drżącym oddechem wypuścić przez nos nieregularne partie dymu. Nie odchyla się od pomocnej dłoni Day’a, gdy ten w dobrotliwym geście zajmuje się jego zapomnianą przez Boga fryzurą. Czuje przemożną ochotę oparcia się o palce mocniej, tak jakby dłoń mężczyzny zdjąć mogła ciężar z ostatnio wiecznie napiętej szyi.
Ale tak samo jak Ambrose nigdy nie dokończy sekwencji słów, Titus nie dokończy sekwencji zdarzeń.
Wyjec pluje im w twarz wiadomościami, które zmuszają Titusa do otwarcia oczu szerzej. Uważne spojrzenie kieruje ponownie w stronę znajdującego się przy nim przyjaciela. Jeszcze chwilę temu wdzięczny był mu za ulotny moment niewinnej bliskości; z każdym kolejnym słowem wylewającym się z listu czuje jednak, że znajdują się… Zdecydowanie za blisko.
I że znowu nie umie opanować gniewu wynikającego z żałosnej bezsilności.
Bezsilność czyni go niemym przez kilka momentów od ponownego zwinięcia listu.
Złość czyni go za to… Dość wokalnym.
Papieros zostaje miotnięty na trawę pod drzewem, zaś dłonie bardzo szybko odnajdują nowe zajęcie. Harrison popycha Day’a z całym impetem, wstając do klęczek, licząc nieco na swoje szczęście. Na element zaskoczenia. Na siłę płynącą z iskier złości, przebiegających przez całe jego ciało.
– ZE SZKOCJI! – krzyczy, nie myśląc o potencjalnych konsekwencjach. O tym, że matka Ambrose może pojawić się w domu w każdy, wymarzonym jej momencie. Gdy przyjaciel mierzyć się musi z kontaktem z glebą, Harrison podejmuje próbę wstania. Podpierając się o pień jabłonki czyni to niezgrabnie, ale skutecznie. Oczy znowu wypełniają mu się łzami, a własna, nieopanowana słabość rozpędza go do setki w kilka sekund.
– NIE DOBRZE ŻE PŁACZE ROSIE! – podnosi głos, by potem położyć dłonie na twarzy i podjąć żałosną próbę opanowania nerwów. Nieskuteczną, bo kucając – jednocześnie wyrywa z gardła żałosny krzyk. Tłumiony dłońmi nie rozchodzi się po całej okolicy – chociaż z pewnością mógł przyciągnąć uwagę sąsiadów…
W tej półsiedzącej pozycji mierzy Ambrose wrogim spojrzeniem.
– Coimzrobiłeś. Co. Im. Nagadałeś – oddycha ciężej. – MÓWIĄ MI TAK NA ZŁOŚĆ. Drwią ze mnie bo teraz mnie nienawidzą. Brawo, kurwa wielkie gratulacje. Czy ktoś cię o to prosił? CZY KTOŚ CIĘ O TO PROSIŁ? – podnosi głos, znowu czując przemożną potrzebę popchnięcia przyjaciela. Dopada go więc w parterze w tej durnej, nerwowej szarpaninie, robiąc wszystko, byle zdołać zacisnąć trójkąt na szyi blond przeciwnika.
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 23:11
Miły moment pod jabłonią bezpowrotnie minął, pozostawiając niedopowiedzianymi mnóstwo słów—przede wszystkim to, że Ambrose też nie chciał żeby Titus był teraz sam. Nie chciał, żeby w ogóle był sam, więc postanowił naprawić sprawy z Jenevą Young. Chociaż jej nie lubił, to do niedawna (z chwilą zwątpienia, gdy podarowała mu sweter) chciał przecież wierzyć, że małżeńtwo przyjaciela będzie inne niż jego. Będzie z przekonania i miłości, takiej prawdziwej—która dla Day'a pozostawała jedynie zbitkiem sylab, ale której Harrison mógł przecież doświadczyć.
Ale nie, jednak się nie mylił w intuicji, która kazała mu nie lubić tej dziewczyny. Panna Young okazała się cyniczną, sprzedajną—
—cóż, nie starczyłoby mu czasu na wyliczenie w myślach wszystkich epitetów, bo chciał się skupić na Titusie. A potem musiał skupić się na wyjcu, który jego również zirytował. Nie podobał mu się ton, jakim nadawca zwracał się do Titusa, nie podobał mu się ten brak szacunku i przeinaczanie faktów. Zaraz podyktuje własną odpowiedź, bo nie zwykł się poddawać...
...ale wtedy Titus odzyskał mowę, a Ambrose stracił wątek (no przecież mówił, że oberwał w Szkocji), stracił różdżkę (która wypadła mu z dłoni) i stracił równowagę.
I się poddał. Był zmęczony po kilkugodzinnym locie i wcześniejszej bójce, mięśnie drżały mu gdy spróbował podeprzeć się na łokciach, ale przede wszystkim... może Titus potrzebował dziś małego zwycięstwa. Nie próbował się bronić, ale Harrison chwilowo nie próbował uderzać dalej.
Ambrose zerknął na niego kontrolnie, sprawdzić, czy to krótkie starcie już poprawiło mu humor. Ujrzał łzy w jego oczach i usłyszał pieprzenie o Jenevie Young. - Dobrze, że płacze, niech płacze! - uparł się, a fala gniewu odczuwanego w Szkocji powróciła. - Ty przez nią płaczesz. - wytknął ze złością. Przez nią, przez nią, przez nią. Coś w tym fakcie strasznie go uwierało. Miał nadzieję, że przypomnienie Titusowi o zasadzie oko za oko uspokoi trochę Harrisona, ale nie wiedzieć czemu osiągnął odwrotny efekt. Zawahał się, gdy Titus wyrzucał z siebie kolejne słowa i pytania z prędkością błyskawicy, ale był mu winien szczerość. - Chciałem ją przekonać - zażądać - żeby do ciebie wróciła, ale nie chciała - głos drgnął mu nagle, bo tylko teraz nie mówił całej prawdy, zatajając sposób w jaki chciał Jenevę przekonać -więc nazwałem ją sprzedajną materialistką. - odpowiedział hardo, nie wstając z ziemi, ale dumnie zadzierając podbródek do góry. Nie przeprosiłby za żadne z tych słów, ani jej ani Titusa. - I się rozpłakała, a jej brat chciał się bi— nie dokończył tej opowieści (po co o coś pytać, jeśli nie chce usłyszeć się historii do końca?), bo Titus też chciał się bić.
I na początku po prostu mu na to pozwolił. Wiedział, że powinien się trochę bronić żeby zwycięstwo smakowało lepiej, ale łzy w oczach przyjaciela i to całe gadanie o tym, że Youngowie robią mu teraz na złość... trochę go skołowały. Może faktycznie nie powinien...
...nie powinien na przykład pozwolić, by ktokolwiek zacisnął dłonie na jego gardle, ale w tym otępieniu na to pozwolił, choć Harrison chyba się tego nie spodziewał. I samemu też się tego nie spodziewał, bo takie chwyty były w ich bójkach jednak rzadkością, albo nigdy nie zdarzały się na dłużej niż sekundę—
—odczekał sekundę i wtedy w jasnych oczach mignął strach.
Czy Titus byłby gotów go udusić dla Jenevy Young?
Zadziałał instynktownie i strzelił go kolanem w krocze.
Nie wybrałby takiego celu, gdyby się namyślił, ale się nie namyślił.
Namyślał się za to czasem nad kolejnymi słowami, które popłynęły z jego ust, ale nigdy nie miał odwagi ich wypowiedzieć. Teraz miał, niesiony na fali złości, która buchnęła w nim nagle; jeszcze intensywniej niż w pieprzonej Szkocji. - I CO CIĘ TO OBCHODZI, CZY CIĘ NIENAWIDZĄ?! - warknął, zrywając się na nogi. Zacisnął pięści, ale nie wymierzył ciosu; przede wszystkim chciał kupić sobie czas na wykryzczenie Titusowi ponurej prawdy—prawdy, ktorą zabrałby do grobu gdyby Jeneva faktycznie za niego wyszła i była mu wierna. - JA BĘDĘ ICH NIENAWIDZIĆ ZA NAS DWOJE JEŚLI TY NIE MASZ JAJ, BO JEJ BRAT LICZY TYLKO JAKIEŚ HEKTARY ŻYTA - Youngowie nie hodowali żyta, ale Ambrose by tego nie rozpoznał - A ONA NIGDY, NIGDY CIĘ NIE KOCHAŁA! BO MIŁOŚĆ MA BYĆ NA DOBRE I NA ZŁE, TAK? - nawet teraz, wściekły na Titusa, odruchowo się o tym upewnił. - Gdyby cię kochała - zmrużył nagle oczy, zniżając głos do jadowitego syku - to nie pchałaby mi się do łóżka - nie do końca tak było, ale gdzieś w nadużywaniu uroku zatracił różnicę. Urok miał nie działać na prawdziwą miłość (tak sobie wmówił), a działał. I to złamałoby mu serce, chyba, że—jak właśnie się okazało—ta ladacznica nigdy Titusa nie kochała. - JAK. KAŻDA. TANIA. KURWA. TAK TEŻ JĄ NAZWAŁEM, NA POŻEGNANIE!
In my dreams, I'm dying all the time then I wake, it's kaleidoscopic mind
Wiek
36
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
07-01-2026, 23:25
Nie pamiętał kiedy dokładnie pierwszy raz pomagał Malcolmowi Youngowi, ale wiedział, że kiedy robił to – nie miał pojęcia nawet, że ten miał jakąkolwiek siostrę. Poznał ją samemu będąc w wieku lat dziesięciu, w trakcie wakacji, które spędzała w Strathpeffer – była starsza od Titusa, bystra i bardzo podobna do swojego brata. Wyraźnie starszy chłopak przyszedł na farmę Harrisonów zaraz po Hogwarcie i pracował tam przez cały czas szkolnej nauki Titusa, pozwalając sobie na wolne jedynie w letnich miesiącach, w trakcie których jasnowidz mógł powracać w rodzinne strony i wyręczać go w obowiązkach – z każdym rokiem coraz skuteczniej. Nie ukrywał przed sobą, a i nie ukrywał też przed rodzicami, że Cole był mu pewnym wzorem; przyzwoitym, pracowitym człowiekiem, którego mógł nazywać przyjacielem – nawet jeżeli przyjaźń ta była chłodna, milcząca i z natury rzeczy – emocjonalnie wycofana.
Jeneva była siostrą starszego przyjaciela: dobrą duszą o bezpośredniej naturze, roześmianej twarzy i – zdawać się mogło – czystym sercu. Gdy oboje byli już dorośli, a ona nabrała nieco krągłości i rys na wcześniej nieskazitelnej masce, była bardziej ludzka, ale wciąż niezwykle otwarta. Umiała dogadać się z każdym – nawet z Titusem, który w porywach emocji bywał człowiekiem nieco zbyt… Konfliktowym.
Czego nie dało się nie zauważyć, obserwując tempo w którym zrozpaczony młody człowiek dopadał swojego najlepszego przyjaciela.
Day od zawsze pozostawał mu przedziwnie bliski, już od pierwszych dni w okrutnie wielkiej i okrutnie przytłaczającej Szkole Magii. Były momenty w których Harrison przyrzec mógł, że byli jedynymi prawdziwymi przyjaciółmi – ostatecznie zawsze stojącymi u swojego boku i wspierającymi się niezależnie od okoliczności.
Allie chyba to zepsuła. Bo raczej, że nie było to niemówienie prawdy i całej prawdy, kiedy ta mogła zarysować ramy cierpiącej na zazdrości relacji.
Cieszył się, że Rosie nie zakończył swojej opowieści. Nie chciał słuchać o tym, jak dawny przyjaciel bił obecnego przyjaciela; nie chciał słuchać o tym, jak Jeneva płakała przez obecnego przyjaciela i naprawdę nie chciał krzyczeć głośno, że nie płakał wcale przez nią, TYLKO PRZEZ NIEGO.
Ramię zaciska się na szyi nieco zbyt długo – wiedział o tym – nie mógł jednak odpuścić, kiedy w głowie dźwięczał głośny pisk, a na policzkach zasychały gorące strumienie smutku. Nie chce być otrzeźwiony w taki sposób, w jaki rani go Ambrose… Ale może zasłużył?
Nie, nie zasłużył. Na pewno nie czuje tego teraz.
Zdzielony we wrażliwą tkankę krzyczy krótko i boleśnie, by potem zsunąć się z postaci blond pałkarza i dokończyć przeżywanie bólu w ciszy, na plecach, z policzkami rozświetlonymi promieniami wiosennego słońca. Łzy nie przestawały płynąć, bo zwyczajnie nie mógł ich powstrzymać – kuląc się z bólu, pozostając jednocześnie niezwykle niechętnym do otwierania oczu. Jakby ból rozpłynął się po całym ciele, sięgając nawet mięśni twarzy, spiętych tak, by ukryć pod powiekami dowód jego słabości.
Wiedział, że Ambrose zdolny jest do nieczystych zagrań. Wiedział, że i jego samego niegdyś… Poniosło. Ale nie spodziewał się upokarzającego ciosu tu i teraz.
Dalsze pouczenia Day’a słyszane są jak zza szyby. Dopiero po kilku chwilach i po tym, jak przyjaciel nazywa jego narzeczoną… Tanią kurwą, otwiera oczy. Z trudem, niechęcią i jawnym wyrzutem.
– W dupie to mam, – odgraża się do dominującej wzrostem, stojącej nad nim sylwetki, w tym momencie jeszcze cicho. Nie na długo. – mogłeś ją i puknąć MAM TO GDZIEŚ – zapiera się, ale przecież co najmniej połowa oświadczenia pozostaje wierutnym kłamstwem. – I NAZYWAJ JĄ KURWĄ, NAZYWAJ JĄ JAK CI SIĘ PODOBA, ALE NIE MÓW ŻE ZROBIŁEŚ TO KURWA DLA MNIE – podnosi się na łokciu, wciąż niechętnie prostując nogi, wciąż czując echo skurczu we wszystkich mięśniach brzucha razem i osobno. – NIE POMOGŁO. NIE PROSIŁEM. CZUJĘ SIĘ GORZEJ. Skop mnie JESZCZE!!! NO KURWA DALEJ, – warczy, nie panując już nad nerwami. – MOŻE ZA TRZECIM RAZEM TRAFISZ W GŁOWĘ!!!
Może dobrze, że Dolores Day wyszła na trochę…
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
36
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
07-01-2026, 23:56
Skrzywił się, widząc spazm bólu na twarzy Titusa, bo samemu doskonale pamiętał jaki to rodzaj bólu. Ból ten był niezdolny powstrzymać nikogo przed spłodzeniem bliźniąt w stodole, niestety, ale i na szczęście - bo przecież życzył Titusowi szczęśliwej rodziny chociaż nie z Jenevą Young. Życzył mu szczęśliwej rodziny i prawdziwej miłości i tego wszystkiego, czego brakowało w jego rodzinie, ale co samemu Ambrose'owi zdawało się sprawą drugorzędną. Ale Titus zawsze był bardziej... wrażliwy... JAK WIDAĆ, i płakał teraz przez kobietę i nigdy nie powinien być w tej sytuacji. Powinien być w zupełnie innej i szczęśliwszej sytuacji, ale nawet w gniewie na materialistyczną ladacznicę Ambrose rozumiał, że szanse i perspektywy przyjaciela nie były obecnie... najlepsze. Dlatego chciał naprawić sytuację z byłą narzeczoną przyjaciela, jakby przyjęcie pierścionka do czegoś ją zobowiązywało. Bo powinno. Powinna też widzieć w Titusie więcej niż gospodarstwo, powinna doceniać jego cierpliwość i bujną wyobraźnię i łagodne spojrzenie ilekroć mówił o koniach. Powinna nie wodzić wzrokiem za wysokimi blondynami i zauważyć, że jej narzeczony był wyższy od niej (bo był!) i miał zaraźliwy śmiech i bardzo miękkie włosy pomimo ich niesymetrycznego ułożenia i mięśnie wyrobione przerzucaniem siana. I wolę walki i zaradność i na pewno przecież stanie na nogi po utracie tej farmy, kogo w ogóle obchodziła jakaś pierdolona farma?
Wkurwiało go, że najwyraźniej nie zauważyła tego wszystkiego. Skoro on to zauważał, to musiało to być przecież ewidentne i Jeneva musiała lekceważyć te zalety Titusa ze zwykłej złośliwości. A Ambrose też potrafił być złośliwy, choć w sposób mniej wyrafinowany i bardziej ewidentny niż Titus; co dzisiaj zademonstrował—zostając ponurą anegdotą w domu Youngów, gdzie będzie znany jako wściekły ogar wysłany na postrach przez tchórzliwego i upokorzonego gołodupca. No cóż. Na szczęście rzadko obchodziło go, co myślą o nim inni; szkoda tylko, że nie pomyślał, że obejdzie to Titusa.
Chciałby go jakoś pocieszyć, ale w zamian postanowił otworzyć mu oczy i wywrzeszczał prawdę obolałemu przyjacielowi, a on... -...jak to gdzieś? - bąknął, wytrącony z równowagi. Stracił rezon, a że nie mógł już się kłócić i krzyczeć to musiał patrzeć na łzy płynące po twarzy Titusa, a to sprawiało, że tracił rezon jeszcze bardziej. W skroniach poczuł ucisk, a w gardle dziwną gulę, więc postanowił się odezwać, bo w ciszy tego nie wytrzyma. - Nie powinieneś miec tego GDZIEŚ, do cholery!!! Ani wiązać się—ani bronić—laski, dla której nie będziesz najważniejszy! Ty, nie jakieś pierdolone gospodarstwo i na pewno nie ja! Zrobiła mi taki sam sweter jak tobie, taki sam! - odkrzyknął, choć nie aż tak głośno; jego własny głos dziwnie się załamał. Wzdrygnął się jak oparzony, gdy Titus wykrzyczał wprost, że pomimo jego starań to przez niego czuje się gorzej. Już wracając ze Szkocji czuł, że spieprzył, ale próbował odpychać tą świadomość, a teraz już... nie mógł.
I jeszcze przyjaciel prosił go o coś (w konsternacji nie wyczuł ironii), czego nie chciał spełnić. - N...nie. - nie kopnie go teraz przecież. - Wstawaj, Tite. - ponaglił. - Musisz się podnieść. - żeby mogli się dalej bić i podnieść w ogóle z tego. Ale co, jeśli to niemożliwe? Nie dał rady zwrócić mu narzeczonej, nie miał pomysłu jak zwrócić mu gospodarstwo (może mógłby porozmawiać z siostrą Harrisonów, ale może powinien jednak najpierw spytać o to Titusa), a w uszach znowu zadźwięczały mu słowa mamy: złamane serce, alkoholizm, Ambrose wyczytał kiedyś w książkach, że można umrzeć i na jedno i drugie (możliwe, że w kwestii złamanego serca nie zrozumiał jakiejś metafory). Zamrugał, bo zaczęły go piec oczy. - No WSTAWAJ! - wrzasnął łamiącym się głosem i w akcie desperacji szarpnął Titusa za ramię, ale ten albo nie mógł wstać albo nie wstawał mu na złość, albo już nigdy się nie podniesie i umrze tu na złamane serce. - Ona nie jest tego warta, okej?! - już użył tego argumentu, powtarzał to z czystej desperacji. Spróbował znowu podnieść Titusa na nogi, ale po długim locie nie miał tyle siły żeby go do tego zmusić; samemu opadł na jedno kolano i wylądowali w dziwnej pozycji półsiedzącej. - Przepraszam, następnym razem cię spytam... - wymamrotał, spoglądając w trawę. - I nie przespałbym się z twoją laską. - spróbował spojrzeć mu w oczy, bo deklaracja tego wymagała (w interesujący sposób Ambrose uznał to za ważniejsze od nie przespałbym się z kimś jako żonaty mężczyzna); ale spojrzał tylko na jego łzy. To wszystko było niewłaściwe, mężczyźni nie płakali, a na pewno Titus nie powinien płakać przez Jenevę Young, a Ambrose nie powinien się czuć przez to tak źle. - Jeszcze przecież będzie dobrze. Znajdziemy ci ładniejszą laskę. - spróbował zapewnić niezręcznie, bo jeśli w czymś był gorszy niż w opiece nad magicznymi stworzeniami to w pocieszaniu. Niezręcznie poklepał Titusa po ramieniu, co wydawało się lekiem zbyt marnym na złamane serce, więc—jeszcze niezręczniej i bazując głównie na wspomnieniu rodziców i starszych braci ściskających dzieci lub młodsze rodzeństwo na King's Cross (Dolores Day nie wierzyła w okazywanie czułości)—spróbował go objąć albo przytulić albo właściwie nie znał na to dobrego słowa.
In my dreams, I'm dying all the time then I wake, it's kaleidoscopic mind
Wiek
36
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 16:07
Pewnie ktoś umysłowo przytomniejszy zastanowiłby się, skąd w krzyczanych w przekonaniu słowach Day’a wziął się ten cały (niepasujący do niekiedy brutalnie racjonalnego rozumowania) romantyzm. Miłość na dobre i na złe, pozostawanie ze sobą w biedzie i w bogactwie, w zdrowiu i w chorobie…
Titus nie ma teraz czasu na roztrząsanie tego typu kwestii, a i nie wie czy właściwie chce wracać myślami do słów przysięgi składanej sobie przez małżonków na każdej kolejnej ceremonii. Swojej nie doczekał, na tej Ambrose’a bawił się umiarkowanie, a obecnie nie wiedział czy właściwie zostanie zaproszony jeszcze na jakąkolwiek – wydawało mu się, że wraz z gospodarstwem stracił wszelkie znajomości, wszystkie możliwości, a wraz z wysłuchaniem treści wyjca przekonał się, że nawet dla Youngów był już tylko uporczywą przeszłością.
Bo tak, myślał jeszcze że wciąż go lubią. Nie przyjmą do rodziny, ale chociaż lubią.
Chyba nie było już tu czego zbierać.
Titus jest teraz roztrzęsiony, ale z czasem zaadaptuje się do zmian. Stara się później trzymać myśli, że właśnie tak miało być. Że wizja dopełniła się, a jej ostatecznym elementem było całkowite zerwanie relacji z przeszłością i odcięcie się od niej grubą krechą. Musi wmawiać to sobie intensywnie, ale dar jasnowidzenia pozwala silniej uwierzyć w nieuniknione. Uwierzyć w prawdziwie dobre chęci Day’a, które pozornie traciły znaczenie w obliczu użytych środków.
Ale przecież nie robił tego wszystkiego by Harrisona skrzywdzić. Po prostu tak wyszło.
Nie zrozumie tego jednak z łzami w oczach i bólu w miednicy.
Zapamiętuje mimo woli informację o swetrze – ta boli go teraz, wydając się dziwnym dowodem emocjonalnej zdrady, ale po prawdzie nie bolałaby go gdyby wciąż pozostawał w związku z Jennie – ciesząc się wtedy, że ta chciała podarować cokolwiek jego przyjacielowi.
Obecnie czuje się jedynie skrzywdzony i próbuje wyrwać ramię z uścisku przyjeciela, kiedy ten nakazuje mu wstać. Po pierwsze – nie jest mu łatwo, a po drugie – chce obecnie działać tak bardzo na przekór, jak się tylko da. W pierwszej chwili nie wyczuwa nawet, że głos Rosie’go wydaje się mniej pewny, a treść jest… Coraz mniej krzywdząca. Nie chce go kopnąć – i słusznie, Harrison też nie chce być kopany, ale dopiero po czasie zauważa, że wydawanie tak bezpośrednich poleceń mogło okazać się dla niego feralne.
Gdy zmęczony szarpaniną Ambrose ponownie zbliża się do poziomu parteru, na którym Titus złożony został nieco z własnej woli – Harrison unika jego spojrzenia, po prawdzie wstydząc się swojej impulsywnej reakcji i emocjonalnego roztrzęsienia.
Oboje wiedzieli, że nie powinien płakać. Powinien znieść to wszystko w ciszy i z godnością.
Ambrose wiedział chyba jednak – obserwując to od wielu lat – że Titus wcale nie był twardym chłopcem, a te wszystkie wizje, sny, silne przeczucia… Wcale nie pomagały mu w kontrolowaniu przejawów wrażliwości.
– Nie będzie następnego razu – mamrocze obrażonym tonem, podnosząc spojrzenie dopiero kiedy mówił – nie mogąc darować sobie widoku przepraszającego Day’a. Chyba nawet było mu po tym trochę lepiej, chyba wciąż bolało go jednak to, że Ambrose przyjął na twarz łomot, broniąc jego honoru. Robił to w przedziwnie nieskuteczny i bolesny sposób, ale… To zrobił. Chyba z sympatii. W końcu przed całym tym wydarzeniem, po całych tych ślubach i przeprowadzkach... Niemal nie rozmawiali.
Gdyby wrócić jednak do słów jasnowidza – nawet mówiąc to wszystko jedynie na przekór, ma rację. Nie będzie następnego razu. Ciężko o drugą sytuację podobną do tej; nawet w kartach rzadko przegrywało się wszystko bez własnej winy.
Ledwo zauważył pocieszające klepnięcie (próbując skupić się na uspokojeniu oddechu i odesłaniu od siebie bólu), nawet jeżeli w skali Day’a każdy tego typu gest pozostawał wyjątkowo wyczuwalny, głównie przez jego rozmiar i siłę, ale i przez wzgląd na rzadkość podobnych gestów.
Objęty zaś – poczuł się niezręcznie.
Sweter od Jenevy nosił na sobie krew Day’a, a teraz chłonął również resztki łez Harrisona, który przyjął uścisk z pewną rezerwą. Chciał nie bać się tego gestu, ale minęło tyle czasu od kiedy ostatni raz spotkali się sam na sam, na dłużej niż kilka czy kilkanaście minut.
Oparł policzek na ramieniu przyjaciela, obracając głowę w kierunku drzewa.
Zielona butelka leżała na ziemi, a on stracił już właściwie całą ochotę na piwo – nawet jeżeli w gardle mu zaschło, a nadwyrężona krtań pozwalała mu niemal jedynie na ochrypłe, ciche komentarze.
– Nie wiem czy znajdziemy – mówi pozornie beznadziejnie. Wreszcie prostuje się do siadu i kładzie dłonie na ramionach Day’a. Zaciskając palce próbuje przerwać ten nieszczęsny uścisk nim myślami zawędruje za daleko, gdzieś do Szkocji, do beztroskich wakacji. Tam nie było już powrotu, pozostawałą tylko tęsknota. – Czuję się jak po kastracji – próbuje obrócić to wszystko w żart, ale boleje na samą myśl o chodzeniu. Próbuje też nie myśleć o Ambrose'm jak o wrogu, co z każdym kolejnym oddechem wydaje się prostsze, szczególnie kiedy tamten zdobył się na uprzejmy gest pocieszenia... – Przeproś też za to… – nakazuje, próbując oddalić się emocjonalnie od całej tej sprawy. Może krzyki, walka i fizyczny ból faktycznie mu pomogły i paradoksalnie – na dłuższą metę odprężą go skuteczniej.