― Zasnęłaś? ― odezwał się wreszcie po chwili dłuższego milczenia, po mętnym śledzeniu wzrokiem chmur układających się w nieregularne kształty; spomiędzy nich znowu wyjrzały promienie słońca, znowu ostro i nachalnie uderzyły ciepłą skórę, tą jej i tą jego. Historycznie upalne lato z wolna chyliło się ku końcowi, ale wskazywała na to wyłącznie umowna data, wyciągnięta ze zwyczajów kalendarza ― bo woda u tutejszych wybrzeży nie przestawała cieszyć kojącym chłodem, bo złota łuna niezmiennie kolorowała ich jasnym brązem łagodnej opalenizny. Przeciwsłoneczne okulary zsunęły się nieznacznie z nosa, a głowa spoczywająca na wilgotnawym ręczniku obróciła w jej kierunku; szare oczy natrętnie przyglądały się twarzy skrytej za złożonymi ramionami ― na ich szczycie, włącznie z plecami i odkrytymi pośladkami, dalej majaczyły ziarenka przyklejonego nieznośnie piasku. Sam czuł go też we włosach i na twarzy, pomiędzy palcami i chyba nawet na ustach; błogość nic nierobienia ― czy raczej nadchodząca doń wizja, że życie miało mu ją w końcu bestialsko odebrać ― kąsała jednak silniej od sypkiej skały, niechlubnie psując tę rajską fatamorganę pierwszych, angielskich wakacji.
Wakacji naznaczonych zasłużonym urlopem i możliwością ciekawskiego zwiedzania kątów nowego kraju.
Kraju, który nijak należał do niego, zwykle będąc ledwie ponurą wysepką pogranicza ― znacznie to chłodniejszą i bardziej deszczową od ojczystej Bułgarii, zarazem cieplejszą i bardziej nizinną od pozostawionej za plecami Norwegii. Doglądał w tym jakiejś bylejakości, mizerności, może i nawet brzydoty, bynajmniej nie siląc się proste słowa adoracji ― tej plaży, tego miejsca, tej okolicy. Potrafił jednak docenić ją, w całej ozdobności młodzieńczego oraz wysportowanego ciała, w całym uroku dziewczęcego uśmiechu i tego, o czym życzyła sobie mu opowiadać; w całej banalnej oszczędności tej niezobowiązującej znajomości i jej pogodności ducha, w której niekiedy odnajdywał też znajome dziedzictwa specyficznej melancholii. Niemalże jakby cieszyła ich i zarazem smuciła doraźność ciepła tego piasku, tej rozmowy, tej okoliczności; niemalże jakby odpowiadała im, a jednocześnie wprawiała w bliżej nienazwany niepokój, ta symboliczna anonimowość, w brzmieniu której naprawdę dobrze znali tylko swoje imiona i rysy oblicz.
― Peggy, nie śpij ― zarządził mrukliwie, natrętnie, choć bez zbędnej siły, wciskając własny palec wskazujący we wcięcie w kobiecej talii; zaraz jednak odpuścił, dłonie zajmując poszukiwaniem leciwego, pojedynczego bodaj, papierosa, a wraz z nim ― schowanej gdzieś pomiędzy stertą ubrań różdżki. Skromny płomień rozżarzył wkrótce jego końcówkę, leniwy wdech i długi wydech objawiły pojedynczą konstatację:
― Mówiłaś, że ciąży na tobie klątwa, a ja... trochę się na nich znam ― przyznał niby od niechcenia, tonem znowuż lekkim i swobodnym, jakby wyjątkową trywialnością było, że los odnalazł ich na tym jednym wybrzeżu, wypluwając przy okazji kilka to faktów z ich życiorysów. O oblekającym jej osobę przekleństwie wspomniała mimochodem już z początku, bez szczegółów ni konkretów, przy drinku drugim lub piątym, nie sposób powiedzieć; wtedy też, po prawdzie, godziła się na jego zaloty, przy tym wyraziście wyznaczając granice, których nie powinna była przekraczać. Deklarację tę poniekąd złamała, oglądając go tu dziś po raz kolejny, jemu dając zaś coraz to więcej siebie. On nie był jej w tym dłużny, prosząc znowu, pytając częściej, interesując się tym, czym być może nie powinien był się interesować. ― Może mógłbym ci z tym jakoś pomóc ― zwerbalizował w końcu to, co od dłuższej już chwili cisnęło się na język; kiep fajki przepadł zaraz w którejś z wydm, dym rozproszył się w powietrzu, przynosząc z powrotem zapach morskiej bryzy, a on ― niemo, choć w jawnym oczekiwaniu ― nastrajał się już na to, co winna mu była zdradzić. Z jakiegoś powodu uznawał, że zdążył sobie już na ten sekret zasłużyć.