• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Horyzontalna > Pub "Fontanna Szczęśliwego Losu" > Brzegi fontanny
Brzegi fontanny
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-05-2025, 22:13
Brzegi fontanny
To właśnie tu, tuż przy magicznej fontannie w centrum pubu, rozgrywa się większość najciekawszych scenek z życia pubu. Kilka niskich stolików otacza marmurowy akwen z migoczącą wodą, która delikatnie podświetla twarze gości miękkim, srebrzystym blaskiem. Czasem nad powierzchnią pojawiają się ulotne obrazy — urwane wspomnienia, nieopowiedziane marzenia, a może zwykłe halucynacje po trzecim kieliszku ognistej whisky. To punkt, do którego ciągną stali bywalcy i nowi goście, każdy z własną historią — albo pragnieniem, by jakąś zostawić. Bo przy fontannie, jak mówią, los ma wyjątkowo dobry słuch.

Rzuć kością

Zanurz dłoń w wodnej tafli i rzuć kością k5:
1 - woda jest przeraźliwie lodowata. Przechodzi cię naprawdę upiorny dreszcz i gwałtownie odskakujesz.
2 - woda jest letnia, dostrzegasz w niej pofalowane i zdecydowanie niekorzystne odbicie swojej sylwetki.
3 - w wodnym zwierciadle odnajdujesz wdzięczny obraz samego siebie. Wzmaga się tobie pewność, tego dnia nic nie stanie ci na przeszkodzie. Otrzymujesz +5 do wszystkich rzutów do końca dnia.
4 - zanurzona w zbiorniku dłoń odnajduje złotą monetę. Gratuluję, otrzymujesz galeona. Zgłoś się do Mistrza Gry.
5 - los ci sprzyja. Zostałeś wypatrzony przez tajemniczego czarodzieja z końca sali - otrzymujesz darmową kolejkę ulubionego trunku.

    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
15-02-2026, 22:00
Znów podejmuję się analizy wieczoru podczas zjazdu — klatka po klatce, niczym w filmie, śledzę nasze słowa i gesty. Doszukuję się powodu zamieszania i poruszenia, które owładnęło Mayą. I nadal nie potrafię zrozumieć, dlaczego aż tak wzburzyłem jej uczuciami. Nigdy wcześniej nie stawiałem jej w podobnej sytuacji, nie dawałem też odczuć w czasach szkolnych, że igram sobie z jej uczuciami. Zdaje mi się nawet, że byłem bardzo wyrozumiały oraz delikatny. Oddzieliłem też grubą kreską przeszłość od teraźniejszości, jedynie z czystej przekory sprawdzając, czy ma podobnie. I początkowo wszystko szło bardzo dobrze, gładko, zdawać by się mogło za obopólną zgodą, bo przecież bawiła się dobrze. Widziałem jej spojrzenie podczas tańca i gesty, zachętę płynącą z niewymuszonej bliskości. Przez moment królowało wrażenie, że czerpie przyjemność, a moja obecność jest mile widziana. W Sowiarni, po kilku słowach, okazało się jednak, że moje wrażenie było mylne. Nie. Ciągle coś mi umyka, ciągle czegoś nie rozumiem, ani w swoim ani w jej zachowaniu. Czy w ogóle do tego dotrę? Czy jest na to szansa? Powinienem odpuścić, a z jakiegoś powodu kolejne minuty płyną mi na rozmyślaniu o rzeczach wcale nie przybliżających mnie do spokoju ducha.
Niech to wszyscy diabli i Merlin razem z nimi.
Camilla zdaje się jednak zupełnie nie czuć napięcia, czegoś co wisi mimowolnie w powietrzu od momentu, kiedy wraz z Gilbertem zajęliśmy dwa wolne krzesła. Patrzy na mnie z rosnącym zainteresowaniem, prowokacją w błyszczącym przesmyku źrenicy. Zdecydowanie jest mi łatwiej odnaleźć się właśnie w tego typu otwartości, poufałości jeszcze nie, ale w czymś, co wyraźnie łaknie uwagi i poświęcenia. Czy w takim razie powinienem zignorować Mayę? Nadal nie potrafię podjąć ostatecznej decyzji.
— Masz rację, Camillo — odpowiadam na jej zaczepkę. — Choć może nie co do wszystkiego — ciągnę przekornie. — Zbyt lekko szafujesz moją duszą, skąd pewność, że jeszcze ją w ogóle posiadam? — pytam, niemal drapieżnie, mrużąc oczy i rzucając jej wyzwanie zaklęte w spojrzeniu. Zatrzymuję palec, który do tej pory kołował swobodnie po rancie szkła. Zakładam nogę na nogę i nie zamierzam kapitulować w swym nieoczekiwanym posunięciu. Jedynie gdzieś na peryferiach pola widzenia majaczy mi panna Crouch. Zaczynam się śmiać. — Fontanna to w sumie nie jest złe miejsce ani na początek ani na zakończenie wieczoru, choć faktycznie, nie jedyne ani nie najlepsze — dodaję. — A ty, Mayu, co myślisz o zmianie? — Odrywam oczy od Camilli i zerkam na jej towarzyszkę. Znów nieoczekiwanie robiąc zwrot, może nieco intencjonalnie dając jej pstryczka. Wiem, że przecież ciągle tu jest i zapewne wnętrzności ściskają się nieprzyjemnie przez same tylko dźwięki konwersacji. Nie musi być nic więcej.
Krótko po tym, następuje opowieść o codzienności w Ministerstwie. Nie zaskakuje mnie to zbytnio, bo znakomite imię wymagało nie mniej znakomitego stanowiska urzędniczego. Wierność rodzinnym tradycjom została zachowana. Może nieco mnie to tylko rozczarowało — zawsze myślałem, że Maya ma w sobie iskrę niezależności, co ostatecznie doprowadzi ją do odnalezienia własnej drogi życiowej. Nie tej, którą aprobuje ojciec oraz matka. Cóż, jak widać jednak nie znam jej zbyt dobrze. Odsuwam te przemyślenia na rzecz tonu, którym wyraża się Camilla: nietrudno odkryć w nim pragnienie dominacji. Jak przykro, że przyjaźń kończy się tam, gdzie nagle pojawia się obecność mężczyzny. Bawi mnie to nieco, ale też i w jakiś sposób pozostawia niesmak na języku. Próbuję zniwelować go łykiem alkoholu, ten po czasie staje mi w gardle.
— Mayu. — Mało brakuje, a zwróciłbym się do niej po nazwisku, tym samym burząc grę pozorów. Ale czy mi się zdaje czy to ona właśnie postanowiła wyjść przed szereg. — Skąd taka surowość wobec mojej osoby? Jeszcze nie zdążyliśmy nawet wymienić nadmiaru uprzejmości. — Marszczę czoło wyraźnie. Teraz, tak szczerze, zaczyna mnie to boleć. Odstawiam szkło na blat z wyraźnym stukotem. Uśmiecham się kwaśno i zwracam bardziej ku jej osobie. Siedzimy obok, więc nie potrzebuję wiele wysiłku. Po chwili trącam ją lekko pod stołem, na tyle dyskretnie, aby Camilla się nie zorientowała.
O co ci chodzi?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
16-02-2026, 13:47
Już dawno nie czuła się w żadnej sytuacji równie niekomfortowo. Mierzenie się ze współczującymi spojrzeniami, jakie rzucano w jej stronę na korytarzach Ministerstwa, było niczym w porównaniu z koniecznością utrzymania na ustach uprzejmego uśmiechu. Kolejne wyjście do pubu w podobnym składzie graniczyło z cudem.
— To najwyższy czas, żeby się o tym przekonać — Camilla pławiła się w upragnionym zainteresowaniu Lysandra. Faworyzowana lekkością, z jaką była przez niego traktowana, przestała postrzegać ją jako zagrożenie. Stała się postronnym obserwatorem, zmuszonym do uczestnictwa w rozmowie poprzez formalne konwenanse. Toczącą się pomiędzy nimi potyczkę trudno było nazwać rywalizacją, skoro zniosła swoje roszczenia i uznała zwycięstwo koleżanki. Pojedynczo wyprowadzane ciosy miały za zadanie przypomnieć, że nadal siedzi przy stoliku i rejestruje płynącą przez nią dyskusję, której dla zasady praktycznie nie słuchała. Potrzebowała chwili, by przypomnieć sobie kontekst zadanego przez niego pytania i odpowiedzieć na nie ze względnym sensem.
— W Londynie jest naprawdę dużo dobrych miejsc, więc dlaczego mielibyście ograniczać się do Fontanny? — wzruszyła ramionami, patrząc na dalszą rozrywkę z perspektywy osoby chcącej zakończyć ją możliwie szybko i bezboleśnie. Jeśli Lys liczył na pojawienie się w niej czegokolwiek poza zmęczeniem, już teraz mógł skapitulować. Paraliżujące, wychwytujące najmniejszą zmianę napięcie ustąpiło miejsca sennemu znużeniu. Odmiana była na tyle przyjemna, że zanurzyła się w niej po sam czubek głowy i odcięła od wszystkiego, co wiązało się z rozgrywającą się wokół grą. Nie biorąc pod uwagę prób podtrzymania jej uwagi przymknęła powieki i odetchnęła głęboko, ciesząc się chwilowo odzyskanym spokojem. Niestety nie trwało to zbyt długo.
— Surowość? Wobec Ciebie? — zapytała ze szczerym zwątpieniem, ciekawa, dlaczego zdecydował się wyrazić swoje odczucia poprzez taki zestaw słów. — Realizm. I to wobec siebie — wyjaśniła skrzętnie, korzystając z równie oszczędnego, jak i nie bardziej ubogiego arsenału. Wygrana Camilli nie podlegała dyskusji i wolała to zaakceptować już teraz, byle zakończyć ten wieczór choćby z niewielkim poczuciem godności. Oszukiwanie się nie leżało w jej naturze. Przynajmniej nie dziś, bo względem zachowania podczas zjazdu absolwentów nie mogła być pewna. Trącona pod stołem rzuciła Lysandrowi ostrzegawcze, a zarazem zamglone spojrzenie, z sypiącymi się z kącików oczu iskrami. Miała dość nieustannego odczuwania jego obecności. Mniej lub bardziej, w natężeniu zależnym od kaprysów własnych myśli, będące wyłącznie obietnicą bólu rozdzierającego ciało. Drgnęła niczym rażona zaklęciem i nieporadnie wcisnęła się w bok krzesła, chcąc jeszcze zwiększyć dzielący ich dystans. Przetaczające się przez serce pragnienie ucieczki zwyciężyło i dała się ponieść, niesiona wgryzającym się w mięśnie nerwowym impulsem.
— A teraz, jeśli państwo wybaczą, razem z Grace udamy się pod bar i uzupełnimy nasze kieliszki — wyjaśniła, zaciskając palce na nóżce pustego szkła. Z niemrawym uśmiechem na ustach odeszła z koleżanką we wskazanym kierunku, ani razu nie oglądając się za siebie. Bała się, co mogłaby zobaczyć.
Grace jako druga z całego grona nie była zainteresowana rozgrywającym się przy stoliku spektaklem. Świadczyła o tym nie tylko znużona mina, ale przede wszystkim błyszczący na palcu pierścionek, jakim mogła pochwalić się od przeszło czterech miesięcy. Postać narzeczonego skutecznie zniechęcała ją przed jakąkolwiek ingerencją w zachowanie pozostałych dziewczyn. Tym bardziej nie była zdziwiona, gdy zaledwie w połowie trasy poprosiła ją o przekazanie przeprosin, po czym wmieszała się w tłum i podążyła w stronę wyjścia. Całkowicie osamotniona dotarła do baru niczym w transie - z każdym krokiem odczuwając coraz więcej i więcej, jakby brak choćby minimalnego kontaktu z człowiekiem uruchomiło powiązane ze sobą reakcje wybuchowe. Przetwarzała każde spojrzenie Camilli i Lysandra, wymieniane przez nich słowa i uśmiechy zbyt wiele razy w zbyt krótkim czasie. Drinki wypite przy stoliku nie pomagały. Nie była pewna, ile myśli faktycznie mogło być jej autorstwa, a jak dużo spowodował krążący w żyłach alkohol. Prosząc o przygotowanie kolejnego kieliszka doszła do wniosku, że w tym momencie nie ma to żadnego znaczenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
17-02-2026, 17:50
Camilla chętnie wchodzi w konwersację, widzę jej zainteresowanie, które z każdą chwilą pęcznieje. Pochlebia mi to, nie będę udawał. Tyle, że triumf smakuje strasznie nijak kiedy obok siedzi Maya — myśląc sobie zapewne niestworzone rzeczy na mój temat. A może dramatyzuję? Po jej minie widzę, że raczej jej obojętne, jest nawet nieco znużona całą sytuacją, należałoby odliczać tylko do momentu, w którym wstanie i wyjdzie. Nie powinienem jej wtedy zatrzymywać. Tak będzie lepiej, bezpieczniej dla naszej dwójki.
— Odważna jesteś — stwierdzam w odpowiedzi na słowa rudowłosej. Lubię takie — chciałbym dodać, ale nie mówię nic poza tymi dwoma, miałkimi słowami. Poza tym, Maya wcale nie pozostaje dłużna i komentuje tok rozmowy. — Ty się nie wybierzesz? Szybciutko nas wypychasz z Fontanny — przyznaję. Wiem, do czego pije i zapewne Camilla czuje jedynie triumf nad swoją koleżanką z Ministerstwa. Zaczyna mnie to naprawdę strasznie uwierać, bo odbiera jakikolwiek polot spotkaniu. Czy właśnie tak to teraz będzie wyglądać? Znudzona mina i przepychanie mnie byle dalej od siebie? Coś we mnie drga. Uśmiech, który próbuję ubrać na twarz jest strasznie sztuczny, nieprzyjemny, na dodatek wcale nie chce się trzymać na miejscu, bo kąciki opadają zaraz, gdyż chcę westchnąć — równie niechętnie.
Realizm. Realizm względem siebie… Czy to znów złośliwość czy gorzka prawda na jej temat. Aż tak źle myśli o sobie? Nie. Nie. Wypieram to zaraz, bo znów zrobi mi się źle, przykro może nawet, że w istocie jestem strasznie nieczuły, skory do zabawy czyimś kosztem. To gra, z całą pewnością. Nie, nie pasuje mi to. Nie przypominam sobie, aby taka kiedykolwiek była, z drugiej strony przecież nie znam jej za dobrze.
— W takim razie, jesteś okropnie mało wyrozumiała względem siebie — dodaję z zacięciem. To przykre. Nie jestem jednak w stanie kontynuować mojej myśli, gdyż Camilla nagle przechodzi w stan czujności. Chyba coś jej przestaje tu pasować, a moje chwilowe zacietrzewienie wypływające bez refleksji, przeszkadza. Coś jest na rzeczy, a ona to widzi. Na szczęście, bierze to jedynie za kolejną z niedogodności, które musi pokonać i zaczyna się śmiać. Rzuca coś o tym, żebyśmy nie psuli nastroju, po czym, kiedy Maya stwierdza, że musi się przejść po drinka, bez ogródek przysuwa się bliżej mnie. Nie odpuści, nie da nawet odrobiny przestrzeni na manewr.
Jest śliczna i na tym staram się skupić, zamiast wędrować spojrzeniem za panną Crouch. Zdenerwowałem ją. Niepotrzebnie drażniłem swoją obecnością, namacalną wręcz, burzącą dystans, który nas dzielił.
Myślę o tym na tyle intensywnie, że słowa Camilli poczynają przypominać bezkształtną mnogość dźwięków, których nie umiem w żaden sposób rozszyfrować. W zamian ofiarowuję jej spojrzenie, uwagę skupioną na twarzy i bliskość, bo łapczywie przysuwa się jeszcze i jeszcze, przypadkowo stykając udo z udem, potem dosuwa kieliszek blisko mojej szklanki. Robi mi się duszno, tak zupełnie prawdziwie. Przytłacza mnie obecność rudowłosej, bo złośliwy głosik z tyłu głowy zaczyna recytować litanię win. Ratuje mnie nieoczekiwanie wybranka Gilberta — zdołałem zapomnieć jej imię. Roześmiana, zerka nieco zdziwiona, że nie ma z nami Mayi i Gragce lecz po chwili odpuszcza drążenie tematu i z wypiekami na twarzy prosi przyjaciółkę o to, aby poszła z nią do łazienki. Najwyraźniej mają coś ważnego do przedyskutowania albo… albo podtrzymują jedną z największych kobiecych tajemnic, a mianowicie cel wychodzenia w parach do toalety. To chyba jakaś prawidłowość. A może chodzą tak z premedytacją, obserwując biedne męskie móżdżki niemal smażące się podczas próby zrozumienia. Camilla uśmiecha się do mnie, przeprasza, na odchodne muska palcami grzbiet mojej dłoni i tyle je widzieli.
Zostaję sam z Gilbertem, nie mam ochoty na rozmowę. Wywracam tylko oczami.
— I jak tam, Lys? Widzę, że ostatecznie postawiłeś na inną — zaczyna się śmiać i zapala papierosa. Nikotynowy wyziew rozchodzi się wokół stolika, czego już nie zdzierżę.
— Idę rozprostować nieco nogi. Coś chcesz? — pytam czysto formalnie, nie czekam na odpowiedź i idę do baru. Dokładnie w tym kierunku, gdzie przepadła panna Crouch. Los chce, że odnalezienie jej nie jest aż tak trudne. Stoi oparta o kontuar pośród innych klientów. Chyba mnie nie widzi, bo stoi tam jak zaczarowana. Nie przepuszczam więc okazji i wychylam się ponad jej ramieniem, żeby mnie zauważyła.
— Tu się chowasz — rzucam rozbawiony. — Aż tak cię mierzi moja obecność, hm? — pytam. Potem wciskam się między nią, a jakiegoś nieznajomego. — Wciąż chyba nie rozumiem, co tak cię ubodło podczas zjazdu. Wydawało się, że dobrze się bawisz, po czym storpedowałaś wszystko po mistrzowsku. Może wreszcie mnie oświecisz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
18-02-2026, 13:09
Podążenie za nimi byłoby torturą, po której dochodziłaby do siebie przynajmniej przez tydzień. Obraz Camilli dominującej już na etapie budowania bariery wokół Lysandra był wystarczająco bolesny. Patrzenie na to, jak szepcze mu do ucha słodkie słówka, przesuwa opuszkami palców po ramieniu lub bawi się zawieszoną przy marynarce biżuterią nie należało do jej obowiązków. Samo wyobrażenie momentu oznaczającego poufałość większą niż ta zarezerwowana dla przeciętnych znajomych sprawiało, że mięśnie napinały się w przygotowaniu na ewentualne zagrożenie. Uderzenie ostatecznie nie nadchodziło, ale swobodne spojrzenie rzucane przez koleżankę było bardziej niebezpieczne niż jawna konfrontacja. W przeciwieństwie do niej poznała swoje miejsce w szeregu i nie zamierzała walczyć o coś, co i tak nie było jej przeznaczone.
Niestety nawet akceptacja przegranej nie zatamowała zatruwającej ciało goryczy.
Drgnęła przestraszona w tej samej chwili, w której Lysander wyjrzał zza jej ramienia, czając się tuż obok niczym duch. Zanurzona w mglistym zobojętnieniu nie zauważyła, kiedy wynurzył się z tłumu - do tego musiałaby obejrzeć się za siebie, ale za bardzo obowiała się rozgrywki prowadzonej przez Camillę. Już teraz znajdował się zdecydowanie zbyt blisko, a po wciśnięciu się w wąski przesmyk pomiędzy nią a nieznajomym mężczyzną zostało im niewiele wolnej przestrzeni. Czuła w tym lęki piętrzące się od wspomnianego zjazdu i zazdrość żywioną względem koleżanki, nie z własnej woli pozostawiając się w stanie permanentnego strachu. Gniew pojawił się dopiero, gdy on sam odniósł się do tamtych wydarzeń w sposób sugerujący brak jakiejkolwiek refleksji.
Przymknęła powieki. Było o wiele łatwiej, kiedy widziała go w mdłych refleksach czerni, szarości i bieli.
— Przez cały wieczór podszczypywałeś mnie półsłówkami jak małe dziecko. Nie miałeś nic przeciwko takiej zabawie, dopóki nie wyłamałam się i zrobiłam coś, co leżało daleko poza wygodną dla Ciebie narracją. I wtedy uznałeś to za wystarczający powód do ucieczki — każdego dnia nie mogła wybaczyć sobie naiwności, z jaką podeszła do zadawanych przez niego pytań. Żywy powrót do wydarzeń z tamtej nocy sprawił, że niepokój związany z jego obecnością wzmógł się, aż do utrzymania się na nogach mocniej oparła się o blat. Dzielący ich niewielki dystans był zbyt krótki, nie dawał wystarczającej przestrzeni na cokolwiek poza ciskaniem się od jednego uderzenia serca do drugiego. Owładnięta nienawiścią do samej siebie spoglądała na niego jak odrętwiała. — Potem nie miałeś oporów stwierdzić, że to ja bawiłam się twoimi uczuciami — prychnęła, pławiąc się w gorzkim rozbawieniu. — Tylko to wszystko, Lys, było prawdziwe. Nie kłamałam, nie udawałam, nie robiłam tego celowo. Wtedy, na parkiecie... Przez te pięć minut w końcu czułam Cię całą sobą. Magia płynąca wokół nas równie dobrze mogła zniknąć, bo nie istniało we mnie nic więcej poza chorobliwym, w pełni niemoralnym pragnieniem skupionym wyłącznie na tobie — każde kolejne słowo kosztowało ją coraz więcej wysiłku. Przyduszona ciężarem rozkładającym się na klatce piersiowej była prawie pewna, że cedzi je bez najmniejszego składu i układa w przypadkowo brzmiące zdania. Brzydziła się brakiem opanowania, lekkością, z jaką przyszło jej zatopić się we wspomnieniach. Zazwyczaj tlące się bezpiecznie uczucie pożerało ją od środka, zamieniało wszystko w miałką materię popiołu. — Czy jesteś w stanie spojrzeć mi prosto w oczy i powiedzieć, że powód twojego zachowania był równie prawdziwy co mój?
Patrzyła i nie patrzyła na Lysandra jednocześnie. Dostrzegała wyraźną linię szczęki, miękkość opadających włosów i świetlisty błysk tęczówki, ale poza nim świat był niewyraźny i pokrytymi obłymi kształtami. Czekanie na odpowiedź rozciągało czas do niewyobrażalnie wielkiego rozmiaru - każda sekunda kończyła się i rozpoczynała na nowo, wbrew logice powracając do pierwotnego kształtu. Liczyła na cokolwiek. Każda opcja, nawet ta zakładająca najgorsze, była lepsza niż milczenie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
19-02-2026, 00:07
Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co przyniesie mi nasza rozmowa. Czy w ogóle ma to sens? Czy powinienem stać teraz tuż obok niej i próbować wyjaśnić nieporozumienie, które zaszło? Pewnie wyświadczyłbym nam obydwojgu przysługę pozostając z Camillą lub ulatniając się niepostrzeżenie z lokalu. Ja jednak nie potrafię tak po prostu odpuścić, zwłaszcza kiedy gotuje mi się pod skórą złość i rozczarowanie jej postawą. Myślałem, że wie na co się pisze. Byłem strasznie naiwny sądząc, że skoro podejmuje moją grę jest zdecydowana, bo przecież jesteśmy dorośli i zapewne już nie tak niewinni jak przed laty. Może nasza rzeczywistość różni się aż nazbyt. Przebywaliśmy przecież z różnymi ludźmi, w odmiennym środowisku, które nas ukształtowało ostatecznie(?). Ja wciąż grałem nieczysto, zawsze musiałem coś sobie udowadniać. Zawsze zdawało mi się, że i ludzką uwagę muszę zdobywać w sposób pokrętny, bez stawiania nacisku na szczerość i naturalne mechanizmy, które przecież zachodzą pomiędzy ludźmi.
Wybrakowany. Właśnie w ten sposób się określam, co jest swoistą klątwą. Nie mogąc wydostać się z okowów poczucia niższości, nie jestem w stanie uwierzyć, że po tylu latach ktokolwiek mógłby mnie szczerze lubić lub po prostu dobrze traktować. Dla mnie to zawsze iluzja, która niewiele ma wspólnego z prawdą.
Obserwuję ją bacznie, czekam aż otworzy usta. Może wcale tego nie zrobi? Wybierze milczenie i odejdzie? Ja zostanę zupełnie sam, rozgoryczony, sfrustrowany, pozbawiony odpowiedzi. Może być jednak pewna, że nie odpuszczę łatwo. Bywam uparty, bywam wręcz nachalny, kiedy pytania krążą po głowie bez wytchnienia. Zdaje mi się, że albo to załatwię, albo nigdy nie zaznam pełni spokoju.
Gramolę się jeszcze bardziej, odsuwając ramieniem tamtego faceta, który zapewne nie ma świadomości, skąd we mnie taka zaborczość względem barowej lady. Mruczy coś tylko niechętnie, ale przesuwa się ostatecznie wyraźnie nie chcąc się narażać. Mam szczęście. Przynajmniej w tym jednym.
Maya decyduje się przemówić. Słucham jej słów z zaciętą miną. Na próżno szukać uśmiechu, którym chętnie grałem przy stoliku. To nie pora na błazenadę, wiem doskonale. Potrząsam głową. Czuję chłód, który od niej bije, nieprzyjemną niechęć: kanciastą, ocierającą boleśnie duszę. Wciąż omawia nasze zachowanie w sposób polaryzujący. Sobie przypisując szczerość, mnie zaś zabawę, dziecięcą igraszkę, brak czystych intencji. Kiedy zupełnie nie o to mi chodziło, gdy cedziłem zarzuty co do jej nagłej zmiany. Dlaczego widzi we mnie oszusta, kiedy nigdy nie doświadczyła z mej przyczyny żadnego zawodu. Poza tym jednym, dyktowanym zupełną szczerością.
— Bo mnie oskarżyłaś. Nagle zmieniłaś zdanie? Nie, to nie to. Stwierdziłaś po prostu zupełnie niedorzecznie, że to co robię podszyte jest fałszem. Że brak w tym szczerości, albo inaczej, że twoje i moje uczucia nie są równoważne, bo te twoje są naznaczone prawdą w przeciwieństwie do moich. Błagam cię. — Prycham w końcu. — Można o mnie źle myśleć i sam sobie na to zapracowałem, ale w tym momencie robi mi się realnie niedobrze, kiedy tak łatwo wpadasz w narrację ogółu. Maya. — Gorycz znajduje ujście. Wplatam palce między kosmyki, opieram się przez moment o ladę, ignorując przechodzącego barmana.
Zaczyna mówić o tańcu, o uczuciach, które nią kierowały. Unoszę spojrzenie, Rozumiem. Wiem o co jej chodzi; mijające lata nie sprawiły, że przeszłość okrzepła dla niej całkiem. Wciąż zdawała się być do niej przykuta. Przez moment mam na krańcu języka złośliwe „daruj sobie”. Nie wypowiadam jednak dwóch pieczętujący przyszłość słów, bo odcięłyby możliwość dalszego dialogu.
— Zawsze byłem względem ciebie szczery. Myślę sobie, że jeszcze w czasach szkolnych aż do bólu, przesadnie. Nie pozostawiając ci cienia złudzeń. — Zaczynam nieco inaczej. — Uważałem wtedy, że to chyba najlepsze wyjście z sytuacji. Że w ten sposób zaoszczędzę ci bólu. Przenigdy nie myślałem o tym, aby wykorzystać twoją słabość względem mnie. — Prostuję się, patrzę na nią. Próbuję zdobyć uwagę, bo widzę, że nie potrafi mi jej w pełni dać. — Podczas tamtej nocy owszem, byłem ciekawy. Tak zwyczajnie, po ludzku. Ale uwierz mi, gdybym wiedział, że tak to odbierzesz, tak ocenisz ostatecznie kilka wspólnych chwil, zastanowiłbym się dwa razy. — Nie bawi mnie ciągła przepychanka, nie chce mi się setny raz tłumaczyć. Ostatnie pytanie wcale mną nie chwieje i ani na moment nie spuszczam wzroku. Bardzo wierzę w swoją niewinność. — Tak — odpowiadam krótko. — Nie uknułem tu żadnej intrygi, nie zamierzałem być wyrachowany. Oceniasz mnie bardzo pochopnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
19-02-2026, 18:54
Doszła do wniosku, że podobne uczucie musiało towarzyszyć ludziom u biegu złotego i srebrnego wieku, kiedy jedynym sposobem było zdanie się na łaskę lub niełaskę bogów. Krążyli wokół siebie niczym ludzie pozbawieni wiary w swoją sprawczość, a kłótnia spychała ich na krawędź szaleństwa. Podburzali się wzajemnie, wymieniali niewygodnymi spostrzeżeniami, ale żadne z nich nie potrafiło ostatecznie zatriumfować.
— Jestem ostatnią osobą, o której możesz tak powiedzieć. Zawsze byłeś dla mnie przeciwieństwem ogółu i nigdy się to nie zmieniło — rzuciła zduszonym głosem, walcząc z zaciskającym się na gardle imadłem. — Zrujnowałeś wszystko, gdy odwróciłeś się do mnie plecami. Do tamtej chwili ufałam, że coś się między nami zmieniło i pozbawiona strachu mogę otworzyć się przed tobą tak, jak jeszcze nigdy nie zdołałam. Widziałam Cię poprzez pryzmat pozornie niewinnych słów i gestów, które wtedy wydawały mi się szczere. Tak po prostu szczere. Jak inaczej miałam zareagować, gdy próbowałeś wycofać się ze wszystkiego, co powiedziałeś i zrobiłeś, a także zrzucałeś winę na nieistniejącą przy mnie osobę? Jak powinnam zareagować, Lys? Jeśli uważasz próby bronienia się przed rozczarowaniem za absurd i niedorzeczność, to nie wiem, czy jestem w stanie dalej się tłumaczyć — jednym z popełnionych błędów było zaufanie, jakim obdarzyła go zaledwie po kilku godzinach od spotkania na błoniach. Uniosła się na fali euforii i zachłysnęła świeżym powietrzem, a po wejściu do Wielkiej Sali zanurzyła w odurzającym pięknie parkietu. Z goryczą zrozumiała, że Camilla w swojej sytuacji podjęła lepszą decyzję. Czerpała z naturalnego piękna, niewymuszonej subtelności w ten szczególny, zmysłowy sposób, który nie pozwalał mężczyznom oderwać od niej wzroku z własnej woli.
Próbowała wysłuchać go w skupieniu, jakim należało potraktować te okoliczności. Niestety każdy kolejny dźwięk wydobywający się z jego ust brzmiał równie przyjemnie co krzyk, odbijał się boleśnie od napiętej skóry i wzmógł pragnienie ucieczki. Przymknęła powieki, szukając pocieszenia w ciemności przetykanej pojedynczymi błyskami złota, ale w ostateczności i to przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego. Brzmienie głosu było pełniejsze, o głębszej barwie, docierające łatwiej do skrytych myśli. Także takich, których nie chciała poznawać od nowa, ale przez które musiała spojrzeć mu w oczy. Próbowała zrozumieć i dostrzec postrzeganą przez niego prawdę, jednak przypominało to odbijanie się głową od szklanego sufitu.
Nie mogła nawet się odsunąć, żeby odnaleźć się z dala od Lysandra i zdystansować od jego bliskości - za jej plecami stała zbita forma ludzkich ciał.
— Doceniam, że tamtego dnia byłeś ze mną szczery i nie zostawiłeś we mnie zbędnej nadziei. Jestem Ci za to wdzięczna bardziej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić — odparła cicho, dość niechętnie wracając do czasów szkolnych. Sięganie pamięcią po wydarzenie będące ich pożegnaniem okryło ją wstydem, przez które pomimo opierania się o blat straciła poczucie równowagi. A może przez to, co chciała mu powiedzieć. — Ale do zaspokojenia ciekawości zazwyczaj potrzeba jednego, może dwóch pytań. Ty już po pierwszym z nich wiedziałeś, że nie przestałam... — urwała gwałtownie, czując piekący ból rozdzierający klatkę piersiową. Ignorując zbierającą się na języku gorycz parła dalej, ale nie na tyle odważnie, by dokończyć przerwane zdanie. — Każde kolejne było tylko coraz bardziej okrutne. Chcę wierzyć, że naprawdę zrobiłeś to przypadkiem i nic, co padło między nami nie zostało celowo zbudowane na mojej słabości do Ciebie, bo inaczej nigdy nie przestanę się nienawidzić.
Teraz już nawet nie miała jak ukryć rozchodzącego się po ciele drżenia. Nie była w stanie chwycić podsuniętego przez barmana drinka.
— Następnym... Następnym razem, kiedy zdecydujesz się do kogoś uśmiechnąć, bądź po prostu uważny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
21-02-2026, 20:29
Jak okrutnie się rozminęliśmy; w ocenie sytuacji, w interpretacji wzajemnych poczynań: rzucanych słów i gestów. Jak bardzo przeceniłem iskierki igrające w jej oczach, odczytując je jako zaproszenie do wspólnej gry? Zmieniła się i to akurat nie umknęło mi wtedy, bo pewność, która emanowała z jej postawy zdradzała doświadczenie życiowe, które zdobyła na przestrzeni lat naznaczonych rozłąką. Dojrzała, ukształtowana twardością rodzinnych wartości, przede wszystkim ich nieugiętością w obliczu zmieniającego się świata. Wiem, że bywają rody o wiele bardziej konserwatywne, a nazwisko Crouch sprytnie lawiruje w meandrach polityki. A może tak mi się tylko zdaje, bo przecież gra wielkich rodzin zupełnie mnie nie obchodzi. Jako wyrzutek już u zarania mojej egzystencji, traktuję je raczej z rezerwą, aby nie powiedzieć niechęcią. Korzystam, jeśli da się z nich wycisnąć choćby galeon, ale nic ponad to. Nie mają mojej sympatii. Dziwnym jest więc to, że nadal tu sterczę i strasznie mnie kłuje akurat ta myśl, że mogłaby mieć o mnie złe wyobrażenie. Czy to ze względu na przeszłość? Nie wspólną, a jednak zespoloną w pokrętny, przepełniony dla jednej ze stron bólem, sposób.
— To już katastrofizm — rzucam prędko, wciąż próbując utrzymać swoją linię obrony. — Nie jestem święty, nie jestem więc w stanie trzymać w ryzach każdej swojej reakcji. Postanowiłem podejść do sprawy dość pragmatycznie. Nie chodziło mi o nieistniejącą przy tobie osobę lecz o kogokolwiek. Tamten wieczór był przedziwny i naprawdę przez moment myślałem sobie… myślałem sobie, że możemy cieszyć się swoim towarzystwem. Lecz równie mocno pęczniała we mnie obawa. Czy to aż tak dziwne? — Pytam nie oczekując jednak odpowiedzi. — Znasz ten świat, Mayu, wiesz jak z jednej głupiej, przypadkowej sytuacji można utkać scenariusz obrzydliwy i pozbawiony choćby krztyny prawdy. Wiesz, że Hogwart nawet po latach jest pełen przyjaciół ale i osób wrogich. Nie mówi mi, że przekreśliłem cokolwiek próbując odnaleźć się w tej dziwnej sytuacji z troską o ciebie — wyrzucam wreszcie, wyraźnie oburzony. Nie odpuszczę, nie dam tak łatwo postawić się w roli totalnego agresora. Tak jak ja nie potrafiłem dobrze rozpoznać jej zamiarów, tak i ona moje oceniała w sposób mylny.
Wytchnienie łapię tylko dlatego, że rozmowa znów idzie ku przeszłości. Czy faktycznie jest mi wdzięczna? Pewnie z perspektywy lat lepiej mnie ocenia w związku z tamtą sprawą, lecz wtedy widziałem w jej oczach zbierającą się wilgoć. Smutek ten przejął mnie w pierwszej chwili, przez co na zawsze pozostał w pamięci. Nie umiem go wyrzucić, bo wiem, że zraniłem ją bardzo, choć faktycznie była to wtedy najlepsza rzecz, którą mogłem ofiarować. Mijaliśmy się później na korytarzu, nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Czy ignorować ją? Czy witać się jak gdyby nic się nie stało? Los chciał ostatecznie, abym przestał zaprzątać sobie tym głowę, bowiem niczym grom z jasnego nieba spadła na mnie śmierć Kyrosa. Od tego czasu wszystko inne przestało mieć znaczenie. Po pół roku znów byłem samotny, ostatecznie zrywając z Fran i nigdy później nie wchodząc w żaden dłuższy związek — zdrowy związek.
Zagryzam wargę, tłumiąc niewygodne uczucia. Znów powraca, znów próbuje wskazać palcem na to, co zrobiłem źle i czym dokładnie zasłużyłem sobie na jej niechęć. Czy ma rację? Wolę myśleć, że reaguje nad wyrost, mam ochotę usprawiedliwić się tym, że przecież mnie zna, że z czasem moja przekora stała się narzędziem kąsającym nieznośnie, często bez takiej intencji. I powtarzam błąd niewybaczalny: zrzucam wszystko na karb wzajemnego niezrozumienia. Tym razem jednak dyplomatycznie gryzę się w język i postanawiam nieco spokornieć. Przymykam oczy, staram się wyrównać oddech, choć alkohol zaczął już działać i zaczyna rwać naturalny bieg myśli.
— Nie powinnaś siebie nienawidzić. Zwłaszcza w oparciu o tamten wieczór. — Zgrzyt. Zaskoczenie. Nie mnie, a siebie samą. Uświadamiam sobie, że przecież nie jestem tak okrutny. Nie celowo. — Nie chciałem wykorzystać twojej słabości. Może… może po prostu świadomość zmąciła mi nieco osąd i popchnęła w kierunku „sprawdzam”, ale nie dlatego aby cię tym zranić. — Nie umiem przepraszać, bo gdy przepraszam czuję się słaby. Grunt ucieka mi spod nóg.
Drży cała.
— Nie wiem czy mam na tyle oleju w głowie. Jestem prostym człowiekiem. — Chwytam jej drinka i przysuwam bliżej. Uśmiecham się blado. — Ale mogę obiecać, że dwa razy zastanowię się, nim dam się porwać wyuczonym mechanizmom. Przynajmniej przy tobie — dodaję. Układam szklankę przy jej dłoni, czując ciepło bijące nawet od tak małego skrawka ciała. — Chcesz wyjść? — pytam. Fatalnie. Jestem kiepski w dotrzymywaniu obietnic; już wiem, że spaliłem to, co powiedziałem ledwie ułamek sekundy wcześniej. Ona jednak się nie dowie. — Odprowadzę cię, gdziekolwiek będziesz chciała. Chyba, że masz życzenie wrócić do dziewczyn…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 19:06
Aż za dobrze pamiętała ton, jakim zdecydował się wtedy posłużyć. Różnił się od tego, którym posługiwał się w czasie zdawkowej rozmowy podczas tańca, kiedy śledziło ich o wiele więcej oczu. W zacienionej, zamkniętej przed ludzkim spojrzeniem sowiarni byli sami, jeśli za towarzystwo nie uzna się siedzącego na żerdziach ptactwa. Świat, w jakim Lysander miał obawy względem jej reputacji, nie istniał, a na pewno nie w tej chwili.
— To już nawet nie chodzi o trzymanie się w ryzach, tylko minimum wyczucia wobec drugiej osoby. Możesz mówić co chcesz, ale nigdy nie odwracasz się plecami do kogoś, z kim jeszcze przed chwilą tak swobodnie rozmawiałeś — i to wyłącznie dlatego, że odważyła się na krok przeczący jego założeniom. Poczuła pod opuszkami palców to samo łaskotanie, jakie towarzyszyło przy muśnięciu nimi tamtego piórko. Merlin raczył wiedzieć, jak bardzo chciała je dostać, ale nie mogła sobie na to pozwolić. — Przez to wszystko trudno mi uwierzyć, że miałeś na względzie moje... dobro? Równie dobrze mógłbyś wcale nie zapraszać mnie na parkiet — wspomnienie jego dotyku wzmogło palący ból. Mięśnie, kości i nerwy wypełniły się żywym ogniem.
Przymknęła powieki, byle nie przewrócić oczami. Lysander popełnił kolejny błąd w ocenie sytuacji - z tym, z jakiego źródła płynęła wspomniana przez nią nienawiść. A przynajmniej tak postrzegała to przez sposób ubrania tego w słowa. Kołacząca się z tyłu głowy miękkość w ludzkiej ocenie chciała przytaknąć i przyznać, że wierzy we wszystko, co właśnie padło pomiędzy nimi. W tej zatłoczonej, dusznej od obecności innych przestrzeni, gdzie jaskrawe spojrzenie zazdrosnej Camilli wwiercało się im w plecy. Ciało sprzeciwiło się za nią, bo nie pozwoliło jej nawet otworzyć ust, jakby chroniło ją przed wypowiedzeniem kolejnej głupoty. Obietnica była frazesem rzuconym na wiatr, równie nietrwałym i kruchym co porcelanowa filiżanka. Wystarczyłoby jedno mocne stuknięcie o kant stołu, by sprawdzić jej trwałość. I być może dlatego niemal wzdrygnęła się, gdy przysunął kieliszek bliżej i brnął daleko poza dozwoloną granicę. Zrobił to już raz, zajmując wolne miejsce tuż obok niej przy kontuarze, zamiast poczekać lub poprosić, żeby się odwróciła.
— Sama znam drogę do wyjścia — zwróciła mu uwagę, posługując się na tyle lekkim tonem, na ile mogła sobie pozwolić w tych okolicznościach. Zawahała się dopiero na wspomnienie o dziewczynach, ale trwało nie dłużej niż kilka sekund. Parsknęła gorzkim śmiechem. — Obie nie zauważą mojego zniknięcia. Elena za chwilę sama wyprowadzi Gilberta z baru i w pośpiechu nawet nie obejrzy się za siebie, a Camilla... Camilla zrobi to samo. Sam powiedziałeś, że Londyn o tej porze oferuje mnóstwo lepszych atrakcji — nie powtórzyła tego dokładnie, ale taki był sens żartów o tym, że Fontanna jest zaledwie jednym z wielu lokali na mapie miasta. Na myśl o nim tkwiącym w objęciach koleżanki nie zadrżała mocniej, bo poczucie porażki i tak tkwiło wystarczająco głęboko. Zamiast rozważać w głowie scenariusze dotyczące ich dalszej ścieżki, oswobodziła się z zajmowanej przez niego przestrzeni i wysunęła się z miejsca zajmowanego przy kontuarze. Nie miała ochoty dalej cierpieć.
Uśmiechnęła się blado.
— Żegnaj, Lys.
Wolała nie obiecywać ani jemu, ani sobie kolejnego spotkania. Każde niosło ze sobą obietnicę destrukcji i niepokoju, na jaki niezależnie od prawd skrywanych w sercu nie zasługiwali. Idąc w stronę wyjścia nie obejrzała się za siebie.

z/t x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 22:24 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.