• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Delancey St 4/6 > Mała kuchnia
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
03-10-2025, 21:32
Mała kuchnia
Kuchnia jest ciasna i przydymiona, pachnie najczęściej herbatą, ziołami i wilgocią. Ściany, niegdyś białe, przybrały szarawy ton, a podłogę zdobią wyszczerbione, ciemnobrązowe płytki. W centrum stoi ciężki, drewniany stół, służący do gotowania i rytuałów – na nim piętrzą się przeważnie miedziane garnki, miski pełne suszonych liści i czajnik, zawsze gotowy do parzenia. Zniszczone szafki w ciemnym odcieniu kryją zwykłe przyprawy i łakocie lubiane przez jej syna. Na parapecie rosną doniczki z miętą, rozmarynem i ciemniejszymi, trudnymi do rozpoznania roślinami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Vincent Rineheart
Zwolennicy Dumbledore’a
Za czyim głosem podążył tak czule, że się odważył na te podróż groźną. Rzucił wyzwanie ku morzu...
Wiek
32
Zawód
zielarz i łamacz klątw
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
20
3
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
06-11-2025, 12:52
22 marca
Gęsta, mleczna, rozpostarta nad Irlandią mgła, zaplątała się w zaostrzone wierzchołki strzelistych akacji rosnących wokół niewielkiej posiadłości. Jej napuchnięte brzuszysko szorowało po wilgotnej wstędze przymrożonej trawy oraz linii wyschniętych krzewów. Pojedyncze krople marcowego deszczu wsiąkały w miękką powłokę. Opadały z popękanej dachówki, sunęły po zabrudzonej szybie, wpadały do wyszczerbionego, plastikowego wiaderka służącego do magazynowania przedwiosennej deszczówki. Mimo wczesnego przedpołudnia, niebo okryło się już rozległą gamą ponurych szarości. A te, ułożone w nieregularne, podłużne pasma, maskowały ulotne promienie słońca pragnące przedostać się na wychłodzone poletka. Powietrze przesiąknięte nadmiarem nabrzmiałej cieczy przemycało specyficzną woń glinianiej ziemi, zbutwiałych liści, gryzącej pozostałości niedawnych przymrozków. Przyroda budziła się do życia powolnie, mozolnie, wydłużając cykl śpiącej hibernacji.
Ciężkie, drewniany drzwi w kolorze ciepłego burgundu, skrzypnęły nieznacznie, gdy rosła, postawna sylwetka wychyliła się na ów przenikliwy chłód. Dłoń o długich palcach wysunęła się poza lichą krawędź spękanego, betonowego progu, oceniając intensywność deszczu. A ten sączył się lepką, przywierającą drobnicą, osiadającą na tymczasowym okryciu. Prawe ramię obejmowało glinianą doniczkę oraz jej enigmatyczną zawartość. Wargi z trudem utrzymywały resztki ziołowego niedopałku, którego dym wykręcał się na wszystkie strony. Marszcząc brwi w lekkim niezadowoleniu, w pospiesznym przeskoku, przedostał się do niewielkiej szklarni znajdującej się tuż nieopodal domu. Roślina wylądowała na niezgrabnej, paletowej półce, a on oddał się ostatnim ruchom nałogowego rytuału, opierając się o chropowatą framugę. List, który niedawno ozdobił okrągły, jadalniany stolik, pozostawił wiele do myślenia. Pochyłe litery skreślone przez wyjątkową kobietę informowały o wybiórczych wydarzeniach, sugerowały sugestywne zaproszenie, które powinien potraktować priorytetowo. Nie pozostawał przecież całkowicie obojętny. Ogrom pracy, który opadł na jego szerokie ramiona zabierał większość wolnego czasu. Różnorodne obowiązki, których podjął się bez wahania, kończyły się w samym środku nocy, odciskając swe piętno w postaci ciemniejszych cieni pod jaśniejącym błękitem. Był rozkojarzony niespokojną sytuacją w kraju, do którego powrócił przecież tak niedawno. Demony przeszłości pojawiały się w najmniej spodziewanych momentach wypaczając rzeczywistość, którą zdążył uporządkować, a może częściowo opanować? Zaginiony brat walczący ku bezpieczeństwu zbłąkanych na placu dusz. Tajemnicza obecność najbliższej przyjaciółki, wmieszanej w ciasnotę tłumu, reagującej na opiekuńczą obcość podejrzanych osobistości. Czy los postanowił po raz kolejny zanurzyć się w deformującej drwinie, stawiając go w samym środku? Niemalże uśmiechnął się do swych myśli, unosząc brwi i kręcąc głową z niedowierzaniem. Cienki filtr znalazł swe miejsce w podłużnej, kryształowej popielniczce, a on zabrał się do pracy. Przymierzył nową doniczkę, oceniając wielkość kwiecistej zawartości. Dwukolorowa odmiana fiołka australijskiego znalazła się w specjalnej mieszance przepuszczalnej ziemi. Czerwień mieszała się z ciepłym odcieniem fioletu, które kojarzyły mu się z Anastasią i małym Charliem. Zadbał o satysfakcjonującą kompozycję, zabezpieczenie oraz odrobinę magii chroniącej przed przenikliwym zimnem i najwredniejszymi szkodnikami. Wracając do mieszkalnego przybytku, spakował kilka rzeczy, które przygotował w ramach gościnnej wyprawki. Lniana torba leżąca na wysłużonym blacie, skrywała świeży chleb oraz osełkę masła otrzymaną od żony jednego z niedawnych klientów. Był tam też słoiczek akacjowego miodu, prosto od lokalnego producenta. Ciemnowłosy zadbał również o dwa, świeże pomarańcze, cytryny oraz zielone oliwki, zdobyte od portowych handlarzy. Dołożył mniejszą pojemność dereniowej nalewki oraz tabliczkę czekolady, która na pewno spodoba się najmłodszemu. Przynajmniej miał taką nadzieję. Papierowa torebka z mieszanką świeżych ziół znalazła się na samym końcu kolorowego zestawu, a druga trafiła do wnętrza skórzanej torby przewieszonej przez prawe ramię. Przy okazji wizyty w Londynie, miał zamiar dostarczyć jedno ze zleceń, zaopatrując mniejszą, rodzinną aptekę na miastowych przedmieściach. Przebierając się w lepsze ubrania, zakładając granatową koszulę zebrał najpotrzebniejsze przedmioty. Rozejrzał, się odetchnął ciężko i teleportował sprawnie - tym razem na południe.
Znalezienie właściwego adresu nie zajęło mu zbyt wiele czasu. Nie zapowiedział się wcześniej, specjalnie nie odpowiedział na list. Jego wizyta miała formę niespodziewanej niespodzianki, której nie mogła przewidzieć. Nie chciał robić jej kłopotu niepotrzebnymi przygotowaniami, wzmożonymi staraniami, czy kulinarnymi popisami. Wiedział, że ogrom obowiązków ciążących na głowie blondynki wychowującej małoletniego syna, mogła okazać się przytłaczająca. Udało mu się wślizgnąć przez główne drzwi, razem z jednym z sąsiadów. Mężczyzna łypnął na niego podejrzliwe, mimo kurtuazyjnego przywitania oraz krótkiego, uprzejmego uśmiechu. Czuł na sobie jego wzrok, gdy powolnym krokiem wspinał się po drewnianych schodach. Czyżby prowadził swe własne, dociekliwe dochodzenie? Pokręcił głową z dezaprobatą, zapominając o zwyczajowej ludzkiej wścibskości. Gdy znalazł się pod właściwymi drzwiami, na moment zatrzymał się w odpowiedniej odległości. Wypuścił powietrze, uspokajając oddech i rytm serca. Wolna ręka prześlizgnęła się po lekko rozwichrzonych lokach, doprowadzając je do należytego ładu. Palce przeniosły się na okolice brody, kołnierza koszuli, który wyprostował starannie, starając się rozłożyć go na grafitowej połaci zimowego płaszcza. Poprawił torbę i wyselekcjonowane tobołki, po czym zapukał delikatnie, aby nie hałasować nadmiernie. Po kilku, intensywniejszych uderzeniach, zrozumiał, że przyjaciółki nie było w domu. Czyżby wybrała się na spacer, drobne zakupy, a może coś ją powstrzymało? Czy coś stało się Charliemu? Zmarszczył brwi rozważając te kilka scenariuszy, lecz postanowił nie odpuszczać. Zdjął zawartość obładowanych ramion. Doniczkę ustawił ostrożnie, z należytą delikatnością. Bez zawahania przylgnął do ściany obok drzwi, zjeżdżając do wygodnej, osadzonej pozycji. Czekał. Przymknął powieki poszukując chwili skupienia i utraconego wytchnienia. Chciał poświęcić swój czas na ów spotkanie, sprawdzenie czy wszystko działa jak należy. Specjalnie odwołał większość zawodowych sprawunków. Po krótkiej chwili wyciągnął z torby niewielką książkę tratującą tematykę nordyckich Starożytnych Run, a raczej jej odłamu. Ręka sięgnęła również po srebrną papierośnicę, aby ponownie oddać się zaspokojeniu nałogu. Nie chciał palić przy dziecku. Nie wiedział jak długo znajdował się pod drzwiami, lecz hałas wysokich obcasów i drobnej bieganiny, wkrótce pojawił się w oddali.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Anastasiya Trubetskoy
Czarodzieje
si tu n'existais pas déjà
je t'inventerais
Wiek
29
Zawód
utrzymanka i matka
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
21
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
15
Siła
Wyt.
Szybkość
10
5
10
Brak karty postaci
13-12-2025, 22:20
Rześkość marcowego powietrza burzyła nieład blond włosów, a twarz rozjaśniała nawet jakaś optymistyczna myśl ― bo wstała dziś prawą nogą, a Charlie nie był nader nadgorliwy na zakupach; bo nie spotkała żadnej parszywej, podstarzałej sąsiadki na klatce, zwyczajowo wytykającej ją palcami; bo w szkatułce wepchniętej w kąt sypialnianej komódki znalazła jakąś niedzisiejszą fotografię samej siebie, na lodzie i w łyżwiarskim, ekscentrycznie błyszczącym kostiumie, z pucharem w ręce. Relikt ten cisnął nawet na wierzch kilka mimowolnych łez, zaraz jednak ocierała je ostentacyjnie z policzka, przyjmując urokliwy prezent od syna; na bladej stronicy pergaminu majaczyło kilka wychudzonych postaci, różniących się od siebie bodaj wzrostem, podpisanych niejednoznacznością możliwie najbanalniejszymi etykietami. Ja, obok malca mama, z drugiej strony zaś enigmatyczna sylwetka taty. Czasami zastanawiała się, czy Charlie w ogóle pamiętał tego biologicznego; czasami zastanawiała się tylko, czy w zamieszaniu powstałym z okoliczności ― gdy średnio co drugi odwiedzający ją mężczyzna raczył go drobnymi prezentami ― nie przypisywał tej roli każdemu kolejnemu. Raz to Jacobowi, na którego kilkukrotnie, co najmniej, rzucała urok, byleby tylko wspomógł ją jakimś groszem; raz to Earnestowi, nonszalancko niezainteresowanemu tym, że oficjalnie majaczyła statusem byłej jego serdecznego kolegi a zarazem ojca trzylatka, wyraźnie ciekawego jednak miękkości jej ud i pośladków; wreszcie to Vincentowi, od jakiegoś czasu zaglądającego do niej rzadziej, zawsze zaś w przemiłym geście. Tego ostatniego lubiła całkiem szczerze, o tym ostatnim myślała całkiem przychylnie. Choćby i dlatego, że dbał o jej byt i samopoczucie, wreszcie ― poczucie wartości; choćby i dlatego, że na przekór tamtym zdolny był myśleć o czymś innym poza czubkiem własnego nosa. Był dżentelmenem i tradycjonalistą, zarazem posiadał to odświeżające, rozwojowe spojrzenie na przyszłość; momentami zaskakiwały ją nawet jego zgoła kontrowersyjne refleksje, z drugiej zaś strony odnajdywała w nich coś pokrzepiającego albo inspirującego. Lubiła go słuchać i lubiła na niego patrzeć, choć jak dotąd nie śmiała przekroczyć wygodnej, bezpiecznej bariery założeń przyjaźni; być może czyniła to ze strachu przed jego reakcją, być może zaś z tyłu głowy wciąż kłębiła się ta parszywa świadomość, że świat jako taki nie przyjmie jej w podobnej formie.
Nie z cudzym dzieckiem. Nie bez pieniędzy i statusu. Nie z nazwiskiem i tożsamością imigrantki.
Nie z krwią kapryśnej potomkini wili. Nie z życiorysem, w którym wciąż pobrzmiewało nazwisko Augustusa Rookwooda. Nie z szaleńczym usposobieniem, które jednego dnia nakazywało kochać, by następnego już nienawidzić. Nawet samą siebie.
Milczenie kamienicy zaburzył dynamiczny krok jej syna, stukającego głośno o każdy to kolejny stopień, wprost do góry, wprost do wejściowych drzwi; ona snuła się kawałek dalej, gdzieś za nim, ciszej i wytworniej, choć ciężkie zakupy z wolna wymykały się spomiędzy palców. Wartki strumień powietrza zdmuchnął luźny kosmyk z twarzy, z piętra wyżej poniósł się zaś alarmujący głos rozentuzjazmowanego dziecka:
― Wujek! ― Który dokładnie?, przemknęło niemo od razu przez jej niepewną sylwetkę, poszukując ujścia w głębokim westchnieniu; język pamiętał jeszcze intensywny smak imbirowego ciasteczka, którym przed dwiema godzinami zagryzała gorzką kawę, ale na chwilę zdawał się zdrętwieć w niepewności ― do czasu aż nie wyjrzała zza rogu, doświadczając jedynie ulgi i zadowolenia. Załadowane torby postawiła na progu, pantofelki wytańczyły melodyjny rytm jej kroku, a uśmiech ― dość niepewny, w pewnym sensie nawet nieśmiało dziewczęcy ― zatańczył na wargach, z których spłynął zaskakująco eteryczny szept:
― Vincent... ― I tu skromny buziak spoczął powitalnie na męskim policzku, nim w roztargnieniu przygładziła sukienkę, zajrzała do torebki po klucze do mieszkania, i przemówiła ponownie. ― Dobrze wyglądasz. Prawie już zapomniałam jak ― rzuciła nienachalnie, wpuszczając do mieszkania najsampierw niecierpliwego najmłodszego, potem ― gościa. Chyba naprawdę za nim tęskniła. ― Długo czekasz? Gdybyś się zapowiedział, nie siedziałbyś tu Merlin wie ile... No i wybacz mi ten bałagan, nie miałam czasu posprzątać ― zauważyła łagodnie, osobiście pędząc do kuchni, gdzie zaraz nastawiała czajnik i nalewała synkowi szklankę soku. ― Nie obchodzi mnie, czy masz jeszcze jakieś sprawy do załatwienia... Szybko cię stąd nie wypuszczę ― zapowiedziała półżartem, półserio, krzątając się między stołem a blatem, między herbatą a blachą do ciasta.
Bo obiecała mu przecież nie lada szarlotkę i obietnicy tej chciała dotrzymać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-01-2026, 09:34 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.