• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Irlandia > Skellig Michael
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-09-2025, 12:33

Skellig Michael
Daleko od stałego lądu, w sercu Atlantyku, wyrasta stroma, skalista wyspa Skellig Michael – ostre iglice kamienia, na których od setek lat stoją kamienne chaty mnichów. Droga na szczyt to wąskie, wykute w skale stopnie, gdzie każdy krok stawia się nad przepaścią. Tutaj morze jest zawsze głośne, a wiatr wyrywa słowa z ust. Tysiące maskonurów i mew krążą nad wyspą, ich krzyk miesza się z hukiem fal. Mówi się, że ci, którzy spędzili noc w klasztorze na Skellig Michael, wracają inni, jakby ocean zabrał im coś, czego nie byli świadomi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
26-09-2025, 11:04
15 kwietnia '62

Każdy poszukiwacz miał w swojej historii własny złoty graal, przedmiot, który istniał na granicy obsesji i marzenia, który potrafił nawiedzać w snach i wracać uparcie w najmniej spodziewanych chwilach. Dla Lucindy takim graalem był Clach na Naoi Guthanna - kamień dziewięciu głosów. Sama nazwa niosła w sobie ciężar zapomnianego języka, którego nikt na Wyspach już nie używał, jakby wraz z nim przepadła cała legenda. Ślady, które udawało jej się odnaleźć, były skąpe, pourywane. Zapiski w manuskryptach ginęły nagle, jakby ktoś celowo je wymazywał. Wspomnienia starszych czarodziejów przypominały raczej echo niż prawdziwą historię. Lata spędzone na poszukiwaniach nie zbliżyły jej ani o krok do prawdy, a jednak nie potrafiła się poddać. Było w tym coś więcej niż zwykła ciekawość. Legenda mówiła, że kamień nosi w sobie dziewięć głosów. Jedni twierdzili, że odpowiadają na każde pytanie, inni, że prowadzą do obłędu, mnożąc wątpliwości zamiast je rozwiewać. Jedno pozostawało pewne, jeśli naprawdę istniał, nie był czymś, obok czego można przejść obojętnie.
Nie wszyscy jednak wiedzieli, że mnisi, którzy przybyli na Skellig Michael, mieli własny, ukryty cel. Nie chodziło jedynie o modlitwę i kontemplację - pod osłoną habitów tropili ślady starożytnej magii, o której nawet w klasztorach bano się mówić. To oni pierwsi natknęli się na Clach na Naoi Guthanna. Widzieli, jak kamień migocze w słońcu i słuchali głosów, które przynosiły im wizje niepojętych światów. Prawdę.
Mnisi próbowali zapisywać te doświadczenia, choć szybko odkryli, że żadne słowa nie potrafią oddać prawdziwej istoty kamienia. Każdy z nich słyszał coś innego - jednemu głosy mówiły o spokoju duszy, a drugiego ostrzegały przed pychą i zdradą. Wielu opuściło wyspę z poczuciem, że przedmiot ten należy zniszczyć. Pozbyć się go na zawsze, bo nikt nie powinien wiedzieć więcej. Rozumieć więcej.
Kilka razy podążała ku wyspie, zaglądała w skaliste zakamarki, lecz wejście do podziemi dawnego klasztoru pozostawało nieosiągalne. Po latach nieustannych poszukiwań i przewracania kolejnych starych zapisków w końcu odpuściła. Ciąża przyniosła jej nieoczekiwaną ciszę i czas, którego wcześniej brakowało, a wraz z nim możliwość wertowania notatek męża. Nie wszystkie były dla niej dostępne, wiele pieczołowicie zamknięto, jakby chronił własne sekrety, ale i tak okazało się, że przez lata zgromadził właściwie skarbiec trudno dostępnych manuskryptów. Jej serce zabiło szybciej, gdy wśród pożółkłych kartek natrafiła na brakującą stronę z dziennika mnichów. Sama strona nic nie znaczyła, była wyrwana z kontekstu, ale w połączeniu z jej częścią dziennika w końcu dawała odpowiedź jakiej oczekiwała. Odpowiedź, której szukała całe swoje poszukiwacze życie.
W końcu dotarli na Skellig Michael. Próbowała ujarzmić gotujące się w niej podekscytowanie, lecz było to niemal niemożliwe. Może naprawdę mieli szansę dotrzeć do jej własnego marzenia? Sama nie potrafiła do końca wyjaśnić, dlaczego tak bardzo jej na tym zależało. Czy chciała zadać kamieniowi pytania, które od lat kotłowały się w jej myślach? Czy może ciekawiło ją, jak zabrzmią wszystkie dziewięć głosów razem, w jednym niezwykłym chórze? A może chodziło po prostu o to, by odnaleźć coś, czego nigdy nikomu się nie udało. Dotarli niemal na sam brzeg klifu, a ona jeszcze raz spojrzała na zagadkową kartkę zapisanej na brzegu wskazówki, czując, że wkrótce wszystko może się zmienić. – Nie dotykaj mnie by zobaczyć, nie słuchaj mnie by usłyszeć, powiedz moje imię, a wejście się otworzy. – przeczytała jeszcze raz rozglądając się dookoła. – To brzmi jak wyznanie niezadowolonej z życia kobiety. Ty się lepiej znasz na kobietach więc… - kąśliwy uśmiech pojawił się na jej twarzy. Wiedziała, że to miała być jej wyprawa, ale naprawdę liczyła, że jej pomoże. W końcu stanowili jedną drużynę już do końca. Do końca życia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
13-10-2025, 21:07
Mając w pamięci naszą rozmowę o wspólnej wyprawie zdawałem sobie sprawę, iż takowa prędko dojdzie do skutku, jednakże nie sądziłem, iż Lucinda zdecyduje się na równie trudny, a przede wszystkim niezwykle zagadkowy cel. Clach na Naoi Guthanna – kamień dziewięciu głosów, którego legendę zasłyszałem właśnie od niej, stanowił poniekąd mityczną opowieść rozbudzającą wyobraźnię i napędzającą ambicję, a jednocześnie, zważywszy na szczątkowe informacje, tłumiącą zapał. Wielokrotnie snuła plany, poświęciła niezliczoną ilość wieczorów na poszukiwanie nowych to wzmianek czy informacji, jednakże zwykle kończyło się to tym samym – rozczarowaniem. Podobnie z resztą jak podróże na skaliste wybrzeża, o jakich skora była napomknąć dopiero wtem, gdy nasze drogi spoiły słowa przysięgi oraz nakreślone na dłoniach runy. Znaki wierności, oddania i rodziny. Staliśmy się nie tylko małżeństwem, ale zespołem; na próżno było już szukać indywidualności, a konkurencja przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
Rozumiałem jej podejście; w istocie, to właśnie ta nieustępliwość czyniła ją wyjątkową. Lecz z biegiem miesięcy zacząłem wątpić w sens ograniczania swego zainteresowania wyłącznie do tego jednego artefaktu – przedmiotu niewątpliwie wyjątkowego i pożądanego, ale, jeśli faktycznie nie był jedynie wytworem wyobraźni, skrytego z niebywałą starannością i pieczołowitością. Gdy tylko jednak chciałem o tym napomknąć przypominałem sobie jak sam goniłem za niemożliwym – za pogłoską, za ledwie pijackim wspomnieniem mężczyzny rozkoszującego się kolejnym kieliszkiem wódki. Zebrani byli przekonaniu o jego bajdurzeniu, zaś ja przeczuwałem, iż za tymi opowieściami kryło się coś więcej – coś do czego sam nie potrafił dotrzeć i to właśnie poczucie przegranej zamknęło go w czterech ścianach przeciętnej karczmy. Napędzony wizją sławy, bogactwa i spełnienia rozpocząłem swego rodzaju pogoń nie widząc problemu w nieprzespanych nocach, nie czując zmęczenia podczas licznych wypraw prowadzących wyłącznie do ślepych zaułków. Miałem cel, miałem plan. Brakowało tylko jednego – informacji.
I gdyby nie wizyta w Londynie, który wnet wciągnął mnie w swój mrok, gnałbym zapewne dalej; nie potrafiłem odpuszczać. Nie umiałem powiedzieć sobie dość i Lucinda miała w sobie dokładnie to samo; zaciętość, upartość i niezłomną ambicję.
Skłamałbym twierdząc, że czasem nie wracałem myślami do wschodnich ziem. Minąłbym się z prawdą opływając w zachwyty w kwestii stabilności, lukratywnej posady i względnie przewidywalnej codzienności. Żyłbym w ułudzie i fałszywej utopii przekonując o zamkniętym rozdziale – ta księga miała spocząć na zakurzonej półce gabinetowej biblioteczki dopiero wtem, gdy na blacie masywnego biurka spocznie skarb. Artefakt, którego nazwy do tej pory nie zdołałem poznać. Ale wierzyłem, że istnieje.
Tak samo jak najważniejsza dla mnie osoba wierzyła w kamień dziewięciu głosów i nie zamierzałem jej tej nadziei odbierać – wręcz przeciwnie; pragnąłem pomóc jej to marzenie ziścić.
Zjawiwszy się na wybrzeżu Skellig Michael widziałem jej podekscytowanie. Niemal namacalna była kłębiąca się w niej ciekawość, a zarazem pewność, iż tym razem naprawdę znalazła właściwą wskazówkę. Udzielił mi się jej nastrój, bowiem sam pragnąłem czym prędzej wdrapać się na klif i dotrzeć do zaznaczonego na prowizorycznej mapie miejsca. Być może to było powodem niepasującej do nas ciszy, przerywanej jedynie lakonicznym wskazaniem właściwego kierunku krótkiego marszu.
Zmrużyłem oczy słysząc wypowiadane przez nią słowa. -Nie dotykaj mnie by zobaczyć, nie słuchaj mnie by usłyszeć- powtórzyłem za nią nieco ciszej i zbliżyłem na tyle, aby samemu móc przeczytać zapisane w dzienniku słowa. -To może być wszystko- mruknąłem pod nosem zaciskając wargi w zastanowieniu. -Ale wciąż ich nie rozumiem, a zatem może postarasz mi się to wytłumaczyć? Wczuj się, pewnie też byłaś niezadowolona z życia, gdy zwinąłem ci artefakt- wygiąłem wargi w kpiącym uśmiechu, ale właściwie od razu spoważniałem. Nie był to ani czas, ani miejsce na żarty – zależało nam zbyt bardzo, aby skupiać się wyłącznie na szczenięcych zaczepkach. -Nie dotykaj mnie by zobaczyć- wypowiedziałem ponownie rozglądając się wpierw po sąsiednich skałach, a następnie ziemi. -Runa, napis. To może być to- zerknąłem na dziewczynę, by już po chwili rozglądać się po licznych kamieniach szukając jakiegokolwiek wyróżniającego się. -Nie słuchaj by mnie usłyszeć może oznaczać, że należy coś przeczytać. To by miało sens- w istocie, bo przecież od tego były zagadki – wiele rzekomych rozwiązań, a jedno właściwe. Zwykle najmniej oczywiste. -Powiedz moje imię, czyli trzeba przeczytać to na głos- dodałem oddalając się od Lucindy – nie było czasu do stracenia. Musiałem sprawdzić, czy miałem rację. -Co jeśli klif, na którym stoimy, jest bramą, której nie można dotknąć?- zerknąłem na nią przez ramię. W mojej głowie roiło się od pomysłów, a nowa, szybka analiza goniła następną - byłem narwany, niezaprzeczalnie. -Corpus Umbrae- rzuciłem kierując różdżkę wprost na siebie. W wielkiej wierze, bo czar był trudny, zbyt zaawansowany jak na moje możliwości, jednakże musiałem spróbować.
1x k100 (Corpus Umbrae):
66
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
19-10-2025, 17:46
Ten upór, który od zawsze nosiła w sobie, już dawno przestał być tylko cechą charakteru - stał się jej znakiem rozpoznawczym, częścią tożsamości, którą pielęgnowała z dumą. Czasami był ciężarem, częściej jednak ratunkiem. To właśnie dzięki niemu wciąż potrafiła stawiać kroki naprzód, nawet wtedy, gdy świat próbował zatrzymać ją w miejscu. Bo gdyby nie on, nie byłoby jej tutaj - nie tylko na irlandzkiej ziemi, ale w tym punkcie życia, w tej historii, którą sama zdążyła już napisać. To upór pchał ją ku marzeniom, które inni uważali za nierealne. To on sprawił, że została łamaczką klątw, że ruszyła w świat, by szukać artefaktów tak pożądanych, jak i przeklętych. Przedmiotów, o których większość wolała tylko słyszeć, nigdy ich nie dotykając. To dzięki tej sile woli poznała jego - bo gdyby nie ona, pewnie nigdy nie przecięłyby się ich drogi. A nawet jeśli, skończyłoby się na uprzejmym skinieniu głowy, kilku grzecznych słowach i niczym więcej. Nie byłoby obietnic, nie byłoby wspólnej przyszłości. Nie byłoby ich. Czasem przerażała ją myśl, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby wtedy uległa. Gdyby pozwoliła, by ktoś inny wytyczył jej ścieżkę, gdyby poddała się oczekiwaniom, które próbowano w nią wcisnąć. Zadrżała na samą myśl o tej wersji siebie - cichej, pokornej, zgaszonej. Dlatego zawsze, nawet dziś, była sobie wdzięczna. Za każdy bunt, za każdą odmowę, za każdy krok wbrew. Bo choć wszelkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że kamień, którego szuka, to tylko legenda, ona nie potrafiła odpuścić. Każda nowa wskazówka, każdy najmniejszy trop dawał jej nadzieję. Wiedziała, że gdy w końcu go odnajdzie - jeśli w ogóle - nie będzie to tylko spełnienie marzenia. To będzie dowód. Na to, że miała rację, że nie warto było słuchać innych. A jednak - apetyt rósł w miarę jedzenia. Wiedziała już, że nawet jeśli spełni jedno marzenie, zaraz narodzi się kolejne. Takie, które znów każe jej ruszyć w drogę.
Parsknęła śmiechem i spojrzała na niego z lekkim wyrzutem, choć w jej oczach pobłyskiwało rozbawienie. - Ty za to byłeś z siebie bardzo zadowolony - zauważyła, udając powagę. - Pewnie schlebiało ci to, jak za tobą latałam, żebyś mi go oddał. - dodała, wracając wzrokiem do zapisków na kartce, jakby chciała zatuszować, że wcale nie o pergamin teraz chodziło. Wspomnienie tamtej przygody wciąż żyło w jej głowie - barwne, pełne emocji. Może i minęło sporo czasu, ale pamiętała doskonale to napięcie, tę rywalizację, jego bezczelny uśmiech, gdy triumfował i własną satysfakcję, gdy zdołała mu się odwdzięczyć. - Chociaż wydaje mi się, że napsułam ci wtedy sporo krwi - rzuciła z udawaną niewinnością, zerkając na niego kątem oka. Wiedziała, że nie było dziś miejsca na zamknięcie się we wspomnieniach, ale nie byliby przecież sobą, gdyby do rzeczy poważnych i trudnych nie dodawali tej frywolności i dobrze znanej im złośliwości.
Skupiła się na jego słowach, sama próbując znaleźć rozwiązanie zagadki. Tak naprawdę te słowa nie odnosiły się do niczego konkretnego, a jednocześnie do wszystkiego. Nie dotykaj mnie, by zobaczyć, nie słuchaj mnie, by usłyszeć. Może właśnie dlatego nikomu dotąd nie udało się dotrzeć do kamienia - bo sama zagadka stanowiła wystarczające zabezpieczenie przed wścibskimi poszukiwaczami. - Runa - powtórzyła po nim cicho, mieląc to słowo w myślach. - Może o to chodzi - dodała, rozglądając się uważnie po kamieniach. Nigdzie jednak nie dostrzegała niczego, co przypominałoby choćby fragment napisu, ryciny czy runy. - Masz rację - przyznała po chwili, a kącik jej ust drgnął w lekkim uśmiechu. Nic dziwnego, że dziś był tam, gdzie był - potrafił łączyć fakty i znajdować rozwiązania z taką łatwością, jakby to było jego drugie imię. - Postarajmy się niczego nie dotykać, skoro rozwiązanie może kryć się wszędzie. - dodała, ignorując jego uwagę o tym, że może to sam klif jest tym, czego nie powinni dotykać. Nawet nie chciała brać takiej opcji pod uwagę.
Obchodziła skałę, wytężając wzrok. Miała wrażenie, że są już blisko, ale wciąż nie na tyle, by dotrzeć do odpowiedzi. Na powierzchni kamieni widziała różne rzeczy - naturalne zacieki, ale też dawne napisy, zostawione przez innych ludzi, którzy chcieli udowodnić, że tu dotarli. Żłobienia układały się w przeróżne kształty - uśmiechy, fale, kropki - ale żadna z nich nie przypominała runy. Znów poczuła rozczarowanie. Znów miała wrażenie, że trafiła w ślepą uliczkę. Przystanęła przy krawędzi klifu i spojrzała w dół, na spienioną wodę. Wsłuchała się w jedyny dźwięk, który ich otaczał - w rytm fal odbijających się od skał.
Olśnienie przyszło nagle, jakby ktoś zdjął z jej myśli mgłę, przez którą od początku próbowała się przebić. Nie słuchaj mnie, by usłyszeć. Nie dotykaj mnie, by zobaczyć. - Miałeś rację - powiedziała cicho, podchodząc bliżej skały, na której dostrzegła wyryty kształt… fali. Ten symbol powtarzał się niemal we wszystkich językach hieratycznych, w każdym z nich znacząc coś pierwotnego, coś żywego. - Jedyne, co słyszymy, to uderzające o brzeg fale - zaczęła powoli, myśląc głośno. - Ale nie o samą falę tu chodzi, tylko o to, co ona symbolizuje. - uśmiech rozjaśnił jej twarz, gdy słowa same ułożyły się w całość. - A symbolizuje wodę. Odpowiedzią jest… woda. - wypowiedziała to niemal jak zaklęcie i w tej samej chwili ziemia pod ich stopami delikatnie zadrżała. Kamienna ściana, na której widniał znak fali, pękła wzdłuż, jakby rozcięta niewidzialnym ostrzem. W powietrzu uniósł się kurz i echo kruszącego się kamienia, a przed nimi otworzyło się przejście prowadzące w głąb klifu. Do wnętrza. Do kamienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
21-11-2025, 21:12
Byłem przekonany, że gdyby nie jej upór, to nigdy nie znalazłaby się w tym samym miejscu swego życia – nie tylko zawodowego, ale przede wszystkim rodzinnego. Poddając się surowemu wychowaniu, idąc za powinnościami płynącymi z krwi, ulegając tradycjom i stawiając czoła wymaganiom nie miałaby możliwości sięgnąć po własne marzenia, a tym bardziej cele. Mimo swej wyjątkowości stałaby się jedną z wielu – żoną zamożnego, błękitnokrwistego mężczyzny, dla którego hańbą byłaby jakakolwiek wykonywana przez nią praca. I być może przyszłoby nam się poznać; być może skupiłbym na niej swój wzrok niezmiennie podziwiając urodę i cudowny uśmiech, ale czy istniałaby jakakolwiek szansa na rozwój tejże znajomości? Czy byłby choć cień nadziei, że pozostawałaby wolna od małżeńskich zobowiązań nim miałbym okazję zjawić się na salonach? Wątpliwe – nie oszukujmy się, praktycznie niemożliwe. Wielu skradła serce, wielu oglądało się za nią z błyskiem w oku i byłbym głupcem, gdybym tego nie zauważał. Pozostało jedno istotne pytanie – czy jednak wciąż byłaby wtedy sobą? Kobietą magnetyzującą, pewną siebie, tryskającą energią, odważną i wyjątkowo mądrą? Czy drzemiąca w niej iskra nie zostałaby stłamszona przez szarą rzeczywistość? Klatkę, w której zapewne musiałaby nauczyć się egzystować? Trudno to było nazwać życiem; prawdziwym, pełnym niespodzianek i przygód, chwil radości oraz smutku, momentów ciężkich, ale i tych napawających wiarą, że każdy krok miał sens, a każda decyzja, nawet jeśli niektóre okazały się błędne, doprowadziła do upragnionego celu. Samorealizacji tudzież spełnienia marzeń – bo to było możliwe tylko wtedy, gdy człowiek był wolny.
-Oczywiście, że tak- odparłem z przekąsem. Malujący się na twarzy, złośliwy uśmiech tylko potwierdzał moje słowa. -To było akurat całkiem zabawne- rzuciłem z lekkim wzruszeniem ramion, bo choć pierwotnie zależało mi wyłącznie na poznaniu jej planów, to z każdym kolejnym spotkaniem uczynek nabierał nowego, bardziej skomplikowanego kształtu. Przestało chodzić wyłącznie o pracę, o zadziorność i bezczelność, której trudno było mi wtem odmówić, a o sposobność spędzenia wspólnie czasu oraz rozprawiania na temat podróży i artefaktów. Zaciekawiła mnie sobą; sprawiła, iż pierwotne motywacje odeszły w niepamięć, podobnie jak interesowne podejście do kobiet. Wielokrotnie zastanawiałem się czy dobrym ruchem byłoby oddać jej mapę i notatki, jednakże – co abstrakcyjne – gdzieś w głębi siebie obawiałem się, iż sam pozbawiłbym się asa z rękawa. Bowiem co, jeśli był to jej główny cel wspomnianych spotkań? Co, jeśli nigdy nie chodziło przyjemność, a wyłącznie wyrachowane pragnienie odebrania swojej własności?
-Zdecydowanie testowałaś moją cierpliwość- zmrużyłem oczy nie spuszczając z niej spojrzenia. -Długo musiałem czekać, a jeszcze więcej wycierpieć nim sukienka zapraszająco opadła na posadzkę- wygiąłem wargi w szelmowskim wyrazie będąc przekonanym, iż doskonale pamiętała nie tylko ten wieczór, ale i wiele innych – być może zwłaszcza ten, kiedy to przywitała mnie mosiężnym świecznikiem. -Do tej pory pobolewa mnie głowa, zrobisz coś z tym? Chyba należą mi się jakieś przeprosiny?- uniosłem pytająco brew, a dłonią potargałem włosy w miejscu pamiętnego guza.
Złośliwości były niczym chwila oddechu – tak było zawsze, gdy prowadziliśmy wspólne poszukiwania. Przeplatały się z prawdziwym celem, snuły pomiędzy rozmowami poważniejszymi i skupiającymi się na zrobieniu kroku w przód. Wbrew wielu przeświadczeniom wykonanie go wymagało wiele godzin, a nierzadko nawet dni czy tygodni pracy lub prób rozwiązania napotkanych na drodze zagadek, nie wspominając już nawet o konieczności mierzenia się z wieloma rodzajami magicznych zabezpieczeń. Odpowiedzialni za ukrycie cennych przedmiotów pragnęli, aby nikt nieproszony ich nie znalazł, więc dwoili się i troili w swej kreatywności.
-Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić- krzyknąłem w kierunku Lucindy zaraz po tym, gdy moja inkantacja okazała się ledwie beznadziejną próbą. Warknąłem pod nosem – czyniłem to zawsze, gdy orzechowe drewno odmawiało mi posłuszeństwa – ale nim zdążyłem ponowić zaklęcie usłyszałem przyznanie mi racji. Znalazła coś? Uniosłem na nią spojrzenie, po czym bez dłuższej zwłoki ruszyłem w kierunku blondynki i zatrzymawszy się tuż obok skupiłem na skalnych żłobieniach. -Myślisz, że to by było takie- przerwałem czując drżenie ziemi. -Łatwe- dodałem cicho – właściwie sam do siebie. Obserwowałem kruszejący kamień, ledwie łupiny lądujące na mokrej trawie, które po chwili utworzyły podłużną szczelinę i odkryły przez nami wejście w nieznane. Kątem oka zerknąłem na Lucindę; odniosłem wrażenie, iż lekko drżała, a z każdym uderzeniem skały jej ciekawość i adrenalina tylko rosły, podobnie jak szeroki uśmiech – gest triumfu. Nie myliła się. Nie poddała. To była jej zasługa. -Powiedziałbym Panie przodem, ale- nie kończąc zdania wcisnąłem się do środka. Proste lumos rozświetliło wilgotne ściany. -Bezpieczeństwo to podstawa- dodałem z przekąsem w głosie. Oczywiście – mogłem puścić ją jako pierwszą, lecz jeśli cokolwiek czaiło się w ciemnościach wolałem wziąć to na siebie.
Spodziewałem się labiryntu korytarzy, ale na próżno. Nieustannie szliśmy prosto, a z każdym krokiem temperatura zdawała się spadać, zaś przejście zwężać. -Zimno- rzuciłem tylko po to, aby zobaczyć, czy pojawi się obłok pary i nie pomyliłem się – musieliśmy mieć to na uwadze. Pogoda nie rozpieszczała, jednak typowo zimową aurę mieliśmy już daleko za sobą, więc bez stawiania irracjonalnych hipotez mogliśmy uznać to za anomalię. -Ostrożnie- mruknąłem czując jak buty zaczęły ślizgać się po podłożu, jednak co dziwne, gdy zbliżyłem kraniec różdżki nie dostrzegłem tam lodu. -Karmię się strachem, karmię obawami. Krew i runy prowadzą mnie- zatrzymałem się w miejscu słysząc głos. -Czy ty też to słyszałaś?- obróciłem się w kierunku Lucindy, ale… jej już tam nie było. -Karmię się strachem, karmię obawami. Krew i runy prowadzą mnie- wyprostowałem się, gdy parszywy tembr znów wypełnił me uszy. -Lucinda?!- krzyknąłem – bezskutecznie. Zacisnąłem mocniej dłoń na wężowym drewnie obracając się dookoła własnej osi; być może jej szukając, być może łudząc się, że właśnie stałem się ofiarą jej perfidnego żartu. Ofensywy w zamian za wejście pierwszym. I znów, znów ten głos, znów te cholerne słowa – kiedy tylko ucichł na skalnej ścianie jasnym blaskiem ukazały się runy.

ᛈᛟᚹᛖᛞᛉ ᚲᛖᚷᛟ ᛋᛁᛖ ᛒᛟᛁᛋᛉ
ᛈᛟᚹᛖᛞᛉ ᛗᛁ ᛉᚨᚾᛁᛗ ᛈᛟᚹᛖᛞᛉᚨᚾ ᛏᛟ ᛉᚨ ᚲᛁᛖᛒᛖ ᚲᚱᛖᚹ ᛁ ᚲᛁᛖᚾ
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
13-12-2025, 12:34
Nie była typem ruminatora. Nie lubiła gdybać, rozwlekać myśli, rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze. W poszukiwaniach - owszem, tam refleksyjność była jej najwierniejszą towarzyszką, cechą niezbędną, z której nigdy nie rezygnowała. Lecz w codzienności… w codzienności pozwalała wielu sprawom po prostu się wydarzać. Już dawno zrozumiała, że jej droga wcale nie należała do niej. Mogła próbować podejmować decyzje, przyjmować różne postawy, ale los i tak robił swoje. Popychał ją tam, gdzie chciał, niezależnie od jej sprzeciwu, niezależnie od jej wysiłków.
Nawet jeśli na początku kierowała nią czysta determinacja - chęć odzyskania tego, co jej skradziono, żal i niechęć do jego złodziejstwa - to samo odzyskanie mapy niczego nie zmieniło. Nie przestała chcieć go widywać. A gdy naprawdę próbowała wmówić sobie, że już jej na nim nie zależy, że ich historia dobiegła końca… los znów udowadniał jej, że ma wobec nich własne plany. Prowadził ich krętymi ścieżkami tak, by finalnie zderzyć ich ze sobą raz jeszcze.
Miesiącami pracowała nad tym, by o nim zapomnieć; sklejała swoje zranione, porozbijane serce; wyrzucała go ze snów, by choć przez jedną noc zaznać spokoju. Chciała nie widzieć jego oczu, nie słyszeć w głowie jego głosu, po prostu ruszyć dalej. I gdy już myślała, że się udało - że stawia pierwszy krok w nowej rzeczywistości, niczym dziecko uczące się chodzić - on znowu pojawiał się na horyzoncie. A ona znowu przepadała bez reszty, jak kamień rzucony w wodę. I nigdy tego nie żałowała. Ani przez chwilę. Bo los wiedział, co robi. Wiedział, jakie decyzje musi za nią podjąć, te decyzje, na które ona sama pewnie nigdy by się nie zdobyła. Dlatego prawda była oczywista: nieważne, co by zrobili, jak daleko by od siebie odeszli, na jakim życiowym zakręcie by się znaleźli - i tak musieli trafić tutaj. Do tego miejsca. Do tego momentu.
Do szczęśliwego zakończenia. Do ich zakończenia.
Prychnęła z udawanym oburzeniem, choć on znał ją już na tyle dobrze, by bez trudu wychwycić rozbawienie kryjące się pod tym gestem. - Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że tylko o to ci przez cały czas chodziło - rzuciła, unosząc na niego spojrzenie, w którym pobrzmiewało wyraźne pytanie. - O sukienkę, która opada na podłogę. - testowała jego cierpliwość przez miesiące. Jej własne opory nie brały się znikąd; gdzieś z tyłu głowy wciąż miała tę uporczywą myśl, że przez swoje pochodzenie nie powinna pozwalać sobie na pewne rzeczy. A jednak… pozwoliła. I tej decyzji nie żałowała ani przez moment.
Prychnęła ponownie, tym razem jeszcze bardziej teatralnie oburzona, jeszcze bardziej rozbawiona. - Ja mam cię przeprosić? - pokręciła głową z lekką rezygnacją, wracając spojrzeniem do poszukiwań wskazówki. - Jeśli ktoś w środku nocy zakrada się do domu kobiety, to zasługuje na znacznie większe konsekwencje niż tylko uderzenie świecznikiem w głowę. - zrobiła kilka kroków w stronę krawędzi klifu, bo myślami była już kawałek dalej, po drugiej stronie zagadki. - Ale może faktycznie przesadziłam z siłą - dodała z niewinną złośliwością. - Bo od tamtej pory zdarza ci się dziwnie bełkotać. - oczywiście nie wierzyła w to ani trochę. Oboje doskonale wiedzieli, że jego głowa była wystarczająco twarda, by przetrwać znacznie więcej niż jedno spotkanie ze świecznikiem.
Gdy jej dłoń spoczęła w wydrążeniu skały, od razu poczuła, że wybrała właściwie. Sekundę później ziemia pod ich stopami zadygotała, a skalna ściana rozstąpiła się, ujawniając wejście do długiego, ciemnego korytarza prowadzącego w głąb góry. Zrobiła krok do przodu, gotowa ruszyć bez wahania, ale powstrzymał ją głos męża. Rozumiała jego obawy, naprawdę - po prostu nie czuła ich tak jak on. Może przez ekscytację, a może dlatego, że niejednokrotnie podejmowała już podobne decyzje: ryzykowne, ale konieczne, ostatecznie zawsze opłacalne. Mimo to cofnęła się o pół kroku, pozwalając mu przejść pierwszemu. - Uważaj na siebie - powiedziała miękko, patrząc jak znika w mroku. Dopiero potem ruszyła za nim, unosząc różdżkę rozświetloną białym blaskiem Lumos.
W rzeczywistości nie wiedzieli o tej jaskini niemal nic. Nie mieli mapy. Nie znali długości korytarza, pułapek ani zaklęć zabezpieczających. Jedynym, czego mogli się trzymać, była legenda i przeczucie -oraz nadzieja, że od czasu żyjących tu niegdyś mnichów nikt inny nie odważył się zejść pod górę. Jeśli tak było, ich szanse na odnalezienie artefaktu rosły.
Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach jeszcze zanim Drew o tym wspomniał. Schodzili w dół, to prawda, ale nie spodziewała się, że temperatura spadnie tak gwałtownie. Szli ostrożnie, krok za krokiem, a ona ledwo widziała błysk światła przy końcu różdżki męża. - Ilość pajęczyn zwisających z sufitu utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze… - urwała, bo powietrze przeciął szept. Natychmiast odwróciła się z uniesioną różdżką. Brzmiało, jakby ktoś stał tuż za jej plecami. Szept odezwał się ponownie - tym razem przed nią. Znów się obróciła, szybciej, czując jak serce uderza mocniej o żebra. Znów. I znów. Szept okalał ją ze wszystkich stron. Obcy. Nieludzki. Złowrogi.
Zamilkła, wsłuchując się w powtarzający się jak mantra, lepiący się do myśli szept. Karmię się obawami. Krew i runy prowadzą mnie. Głos odbijał się od ścian, wracał do niej ze wszystkich stron jednocześnie. Obróciła się ponownie i dopiero wtedy dostrzegła, że za jej plecami nie ma już Drew. Ani jego sylwetki, ani najbledszego blasku lumos. Jakby rozpłynął się w mroku. Zimny dreszcz spłynął jej wzdłuż kręgosłupa. - Drew! - zawołała, ale jej głos był przytłumiony, jakby powietrze wokół pochłaniało każdy dźwięk. Szept natomiast nie milkł. Był wyraźniejszy. Bliższy. - Drew! - spróbowała ponownie, ruszając przed siebie na oślep, starając się wypatrzeć jego cień, chociażby najmniejszy ruch. Nic. Tylko ciemność i szept.
Blask jej lumos omsknął się po ścianie i wtedy to zobaczyła. Na chropowatej powierzchni wyłaniały się znajome znaki. Runy. Zatrzymała się jak zaczarowana. Palce same odnalazły błyszczące pismo. W chwili, w której ich dotknęła, szept poderwał się jak furia. Stał się głośniejszy, ostrzejszy, natarczywy - jakby wgryzał się jej prosto w myśli, jakby wiedział, czego się boi najbardziej. – Odpowiedz, odpowiedz, odpowiedz, odpowiedz – powtarzał głos. Nawoływał. Rozkazywał. Nie mogła się skupić na niczym innym. Czuła, że nie może uwolnić się od tego głosu, że nie znajdzie Drew, dopóki nie spełni polecenia niesfornego szeptu. Spotykała na swojej drodze już różne zjawy, oni razem takowe spotykali, a teraz jedyne co mogła to temu ulec, bo nic innego nie przyniosłoby rezultatu. Nie wiedziała skąd to wie, ale wiedziała. – Odpowiedz, odpowiedz, odpowiedz!
Więc zaczęła czytać. Każdą runę, każdy znak - tak jak robiła to już milion razy wcześniej. Litera po literze, znaczenie po znaczeniu, aż wszystko złożyło się w jeden sens. W jedno pytanie. - Powiedz, czego się boisz. Powiedz mi, zanim powiedziane to zostanie za ciebie - przeczytała, a na końcówce głos lekko jej zadrżał. - Odpowiedz! - nie miała już, dokąd uciec. Więc zrobiła to, o co prosił ją głos. Odpowiedziała. - Boję się… - przełknęła ślinę. - …boję się najbardziej śmierci własnego syna. Boję się zobaczyć jego ciało w trumnie. - zamknęła oczy, jakby mogła w ten sposób odepchnąć ten obraz, nie dopuścić go do siebie. Mała trumna. Małe ciało. Jej maleńki syneczek.
Chichot przeciął powietrze, nie jeden, nie dwa… nie była w stanie ich zliczyć. Nie wiedziała do kogo należą. – Wiemy to. Tak, tak. Wiemy. – mruknął głos. – Powiedziałaś nam prawdę. My też ją tobie powiemy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 10:10 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.