• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Lulworth Cove (Dorset)
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 23:52

Lulworth Cove (Dorset)
Jest to niewielka, niemal idealnie okrągła zatoka ukryta w wapiennym wybrzeżu południowej Anglii. Białe klify łagodnie schodzą ku wodzie, tworząc naturalną misę z błękitnym morzem w środku. Kamienista plaża skrzypi pod stopami, a fale cicho muskają brzeg, zostawiając ślady piany na wilgotnych kamieniach. Woda w zatoce bywa niemal przezroczysta – spokojna i szemrząca. W słoneczne dni mieni się odcieniami turkusu, granatu i seledynu. Wokół rosną trawy i dzikie zioła, a z wysokich klifów roztacza się widok na otwarte morze i sąsiednie formacje skalne, jak Durdle Door – łuk wyrzeźbiony przez czas i wodę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
30-12-2025, 23:13
10 kwietnia 1962



Wiatr nad klifami niósł się nisko, tnąc powietrze ostrymi podmuchami, jakby chciał przypomnieć, że to miejsce nie powstało z myślą o rozmowach, które mają być łatwe. Amodeus stał blisko krawędzi — wystarczająco, by czuć pustkę pod stopami, ale nie na tyle, by ktokolwiek mógł uznać to za brawurę. Równowaga była oczywista. Naturalna. Zawsze wiedział, gdzie przebiega granica. Ta świadomość dawała mu spokój — przynajmniej pozorny.
Tym bardziej nieufność budziło morze poniżej — zbyt gładkie, zbyt równe wobec tej samej przestrzeni. Nie było w nim nic, co przynosiłoby ulgę. Raczej zapowiedź zmiany, która nie potrzebuje ostrzeżenia. Amodeus znał ten mechanizm aż za dobrze. Rzeczy, które sprawiają wrażenie opanowanych, często tylko czekają — i to one pękają pierwsze.
Stał nieruchomo, z ciężarem ciała rozłożonym równo, dłonie trzymał głęboko wsunięte w kieszenie płaszcza, jakby w ten sposób chciał zachować nad sobą kontrolę. Sylwetka pozostawała spokojna, niemal swobodna, lecz napięcie było obecne tuż pod powierzchnią — w barkach unoszących się przy płytszym oddechu, w sztywności, której nie widać było na pierwszy rzut oka. To napięcie nie wzięło się znikąd. Narastało od wielu dni. Od rozmowy w ogrodzie. Od ciszy, która zapadła pomiędzy nimi i która zamiast przynieść ulgę, zaczęła ciążyć coraz mocniej — jak coś niedopowiedzianego, czego nie da się już ignorować.
A teraz list.
Jedna kartka. Kilka zdań. Wystarczająco dużo, by nie brzmiało jak cofnięcie się o krok, i wystarczająco mało, by nie było w tym cienia błagania. Wysłany bez pewności, odebrany bez emocji. Potem odpowiedź — chłodna, oszczędna, pozbawiona wszystkiego, co można by odczytać jako zachętę. Zgoda. Tylko tyle i aż tyle.
Nie znosił tego stanu zawieszenia. Momentu, w którym nie wiedział, czy poruszają się w tym samym kierunku, czy jedynie krążą wokół siebie, każde osobno, uparcie nie nazywając rzeczy po imieniu. Przez długi czas wierzył, że to wystarczy. Że sprawy mogą dojrzewać same, we własnym tempie. Teraz było jednak jasne, że bezruch nie rozwiąże niczego.
Poruszył palcami w kieszeni płaszcza — ledwie zauważalnie, jakby sprawdzał, czy wciąż trzyma napięcie w ryzach. Prawa dłoń dała o sobie znać przy tym drobnym ruchu. Czysty, starannie założony bandaż kontrastował z ciemnym materiałem. Rana pod nim była dość świeża i głęboka, pulsująca tępo, miarowo, jakby przypominała o sobie przy każdym uderzeniu serca. Ten rytm był znajomy. Rany, blizny i oparzenia były częścią jego świata — konsekwencją pracy, której nigdy nie oddzielał od reszty życia.
Druga dłoń natrafiła na niewielkie pudełko. Palce zacisnęły się na jego krawędzi, zanim zdążył to powstrzymać. Było lekkie, niemal niepozorne, a mimo to ciążyło bardziej, niż powinno. Spoczywało tam jak coś pomiędzy impulsem a decyzją — nie deklaracja, jeszcze nie, raczej dowód na to, że myśl o niej nie dawała się zepchnąć na margines. Ucisk w żołądku był znajomy i nieprzyjemny, pozbawiony strachu, za to na wskroś konkretny.
Uniósł wzrok i przeciągnął nim niecierpliwie po zielonych grzbietach klifów, jakby próbował odnaleźć w krajobrazie coś stałego.
Jeszcze niedawno to miejsce było inne. Neutralne. Niemal przyjazne. Wystarczył jednak jeden moment, by wszystko się przesunęło. Teraz klify wydawały się ostrzejsze, a światło bardziej bezlitosne, jakby samo otoczenie domagało się jasności.
I właśnie wtedy poczuł zmianę w powietrzu — cichy trzask teleportacji, ledwie zauważalny, ale wystarczający, by przyciągnąć uwagę. Nie dźwięk kroków, lecz subtelne przesunięcie przestrzeni. Odwrócił głowę powoli, bez pośpiechu.
Lydia stała kilka kroków dalej, wyraźna na tle jasnych skał i ciemnego morza. Przez moment skupił na niej całą uwagę. Na linii jej sylwetki. Na stroju poruszanym przez wiatr. Na sposobie, w jaki stała — pewnie, bez zawahania. Gardło zacisnęło mu się mocniej, niż się spodziewał. Ciało zareagowało szybciej niż myśl.
Bez uśmiechu. Bez ironii, którą zwykle trzymał pod ręką jak ostrze.
Wyjął dłonie z kieszeni dopiero wtedy, gdy ruszył w jej stronę. Zbliżył się o krok. Potem o drugi. Zatrzymał się w odległości, która nie była ani zaproszeniem, ani ucieczką. Wiatr poruszył poły jego płaszcza, odsłaniając na moment linię bandaża spod mankietu.
Uniósł spojrzenie, spotykając jej wzrok. Błękit jej oczu uderzył w niego z nieoczekiwaną siłą — tą samą, za którą tęsknił, choć rzadko pozwalał sobie to przyznać. Było w nim skupienie i napięcie, które nie potrzebowało nazwy.
— Dziękuję, że przyszłaś — powiedział w końcu. Głos miał niski, spokojny, pozbawiony miękkości, ale nie chłodny. — Nie chciałem zostawiać tego w ciszy.
Nie oczekiwał gotowych odpowiedzi ani łatwych deklaracji. Nie zamierzał też pozwolić, by to, co między nimi istniało, rozmyło się bez słowa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lydia Travers
Czarodzieje
Możesz już wyjść albo w ciszy postójmy, bo tak mi wstyd że nie dam rady dziś zasnąć
Wiek
26
Zawód
kostiumografka, projektantka i hafciarka
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
9
30
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
03-01-2026, 13:10
Nie wątpiła, że w końcu się spotkają. Nie była tylko pewna, czy spotkanie to będzie ich inicjatywą, czy miną miesiące, Amodeus zjawi się kiedyś w domu Traversów przy kolejnej okazji, zachowując się jakby nic się nie stało.
Tego się obawiała i gdyby miała obstawiać, to właśnie to. Do tej pory w zasadzie żadne z ich spotkań nie było zaplanowane, a już z pewnością nie przez niego.
Dlatego widok listu po trzech tygodniach milczenia w pierwszej chwili skwitowała uniesieniem brwi.
Jak na Notta tempo reakcji było zabójcze.
Ona w tym czasie robiła to, co zawsze. Zamykała się w pracowni kiedy była w domu, po pracy w teatrze szukając okazji aby przedłużyć swój pobyt w Londynie. Zwykle nie było to trudne, bo miasto życiem tętniło, problem tkwił w znalezieniu dla siebie zajęcia, które nie będzie jej przytłaczać, bo wystarczająco już była obciążona natłokiem emocji, wspomnień i zmartwień.
Gorycz zaczęła jej towarzyszyć po przebudzeniu i ulatniała się tylko na kilka godzin, w trakcie których męczyły ją z kolei sny niespokojne. Wszystko ją zdradzało, ulubiona poduszka, ulubiona pozycja przyprawiały ją o bóle karku, w których ulgę chwilowo przynosiły gorące kąpiele.
W jednej takiej leżała właśnie za długo, decydując się na zaplanowane spóźnienie, chociaż to w złym guście dać tak komuś na siebie czekać.
Ona czekała na niego już wystarczająco długo, w porównaniu do kilku lat ostatnich pół godziny nasłuchiwania gwizdu wiatru wśród klifów to nic nieznacząca kropka na osi czasu.
Przeżyje. Powinien być przyzwyczajony do takich warunków atmosferycznych od trzydziestu lat.
W tym czasie poziom jej irytacji skoczył w górę odrobinę, kiedy usiłowała sprawnie naciągnąć zdobione rajstopy na rozgrzaną po kąpieli skórę. Przywoływało to wspomnienia warstw niewygodnych ubrań, które musiała nosić w wieku dziecięcym, prosto stać, nie biegać, w czasach, kiedy nie było jej jeszcze łatwo zapanować nad rozpierającą ją energią.
Nienawidziła tego dyskomfortu sensorycznego, opadających ramiączek pod rękawami, sztywnych garsonek, które utrudniały ruchy rąk, osuwających się rajstop, wysuwającego się ze spódnic materiału koszul, który marszczył się i gniótł przy brzuchu.
Na całe szczęście miała siebie, dbającą o swoją własną garderobę i kroje, ale nawet ona nie była w stanie wygrać z uśmiechem walki z elastycznym materiałem, który okręcał się teraz wokół jej nóg, chociaż trzy razy już poprawiała.
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, czarny materiał kończący się na linii pępka i koronkowy, granatowy biustonosz.
A może niezależnie od tego, czy ubierałby to wszystko na rozgrzane ciało czy nie i tak zrobiłaby to w stanie wzmożonej irytacji, mając świadomość, że w Dorset czekają już na nią słowa, których nie była w stanie przewidzieć. Gdyby chociaż wiedziała, czego może się spodziewać.
Koronka przy dekolcie granatowej sukni przez chwilę ją drażni, ale odsuwa to od siebie, skupiając się na długości sukni.
Nie po to tyle walczyła z tymi rajstopami, żeby się teraz nie móc obnosić z wygraną.
Poza tym o wiele łatwiej było jej przecież skoncentrować myśli na czymś, co choć w małym stopniu było związane z jej pracą, niż na tykających wskazówkach zegara. Pod wpływem zaklęcia warstwy sukni kurczą się, odsłaniając bogate wzory na nogach Lydii.
Zaklęcie cofnęła o sekundę za późno, obserwując swoje dzieło z każdej strony, teraz już za późno (wcale nie), musi iść z odsłoniętymi kolanami.
Na co natomiast było późno to na wyjście, ale przecież tym postanowiła sobie głowy nie zaprzątać już godzinę temu, kiedy dopiero wchodziła do wanny pełnej gorącej wody, zamiast już się szykować.
Zetknięcie z silnym wiatrem, kiedy w końcu zjawiła się w Dorset, jest szorstkie po ciepłej kąpieli, nieprzyjemniejsze nawet niż sama sekundowa teleportacja, z którą po czasie, jak chyba większość czarodziejów, już się oswoiła. Chwilowe, abstrakcyjne uczucie rozciągania ciała przez ciasnego, gumowego węża znika wraz z pierwszym uderzeniem wiatru w rozgrzane policzki.
Dlaczego chciał się z nią spotkać akurat tutaj?
Dlaczego nie w miejscu, w którym wiatr nie będzie zagłuszał ich słów i wdzierał się pod powieki kłując sucho w oczy?
Mrugnęła odruchowo, zatrzymując w końcu wzrok na sylwetce mężczyzny, nie wiedząc co powinna czuć. Serce przyspieszyło, jak zawsze gdy Amodeus znajdował się w jej pobliżu, ale teraz nie była pewna, czy tempo w jakim biło było spowodowane tęsknotą, czy rozczarowaniem. Czy jeszcze czymś, nad czym nie chciała nawet się zastanawiać, żeby nie wyciągać pochopnych wniosków, dopóki nie usłyszy czym chciał wypełnić ciszę między nimi.
Ruszyła w jego stronę przytrzymując jedną dłonią materiał krótkiej peleryny, którą miała na ramionach.
– Dzień dobry. – Jej wzrok na sekundę wyłapuje zarys opatrunku i w głowie Lydii naturalnie rodzi się pytanie, ale spycha je na dalszy tor, na potem, na bardziej odpowiedni moment. Nie spotkałby się z nią przecież nie mając na to siły.
– Oczywiście. – Odległość, w jakiej się zatrzymała leżała w bezpiecznych ramach przyzwoitości, chociaż w innych warunkach szukałaby jego bliskości od razu. Odjęła dłoń od klatki piersiowej zostawiając pelerynę i splotła ręce przed sobą, kreując tym jeszcze jedną barierę w tej konfrontacji, chociaż uważnym spojrzeniem jasnych oczu skutecznie ją naruszała.
– Cieszę się, że napisałeś. – To prawda. Ale w żaden inny sposób nie zamierzała mu ułatwiać początku tej rozmowy.
Utrudniać też nie. Przecież nie na tym jej zależało, aby odejść stąd dzisiaj z płaczem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
05-01-2026, 01:05
Wiatr nad klifami przez długi czas był jedynym dźwiękiem — monotonnym, uporczywym, na tyle jednostajnym, by przestać go zauważać, i jednocześnie zbyt intensywnym, by naprawdę go zignorować. Niósł się nisko, uderzał o skały, wracał, jakby krążył w zamkniętym obiegu, nie znajdując ujścia.
Czekał na nią przeszło pół godziny. Niewiele — przynajmniej w teorii. W praktyce wystarczająco długo, by myśl, której nie chciał, zdążyła się zadomowić i rozgościć bez zaproszenia, rozkładając się wygodnie tam, gdzie zwykle panował porządek.
Że może nie przyjdzie.
Że cisza okaże się wygodniejsza niż rozmowa.
Że list — starannie wyważony, oszczędny — był tylko gestem spóźnionym, próbą zatrzymania czegoś, co już zdążyło się przesunąć, być może nieodwracalnie.
Z tą świadomością łatwiej było stać nieruchomo niż się poruszyć. Każdy gest groził tym, że myśli nabiorą rozpędu, a on nie był gotów ich przyjmować. Czekanie miało w sobie coś bezpiecznego — dopóki trwało, nic jeszcze nie musiało zostać wypowiedziane.
Jednak teraz stała przed nim.
Dzień dobry.
Słowo zawisło między nimi na ułamek sekundy, zanim wiatr porwał je dalej, rozbijając o klify i gładką taflę morza poniżej. Kącik ust Amodeusa poruszył się niemal niezauważalnie — drobny, zdradliwy impuls, którego nie zdążył zatrzymać. Jakby ciało przypomniało sobie szybciej, niż rozum. Jakby reagowało na nią z pamięci, nie pytając o zgodę. Wspomnienie gabinetu powróciło nieproszone. Chłód głosu. Wyraźnie zaznaczony dystans. Wyprostowana postawa, niemal demonstracyjna. A potem dotyk jej dłoni — lekki, czuły — muskający jego skórę w sposób, który przeczył każdemu wypowiedzianemu wtedy słowu.
Ta sprzeczność nigdy go nie opuściła.
Nie pozwalała zapomnieć.
A teraz stała przed nim w tej samej formie, z tą samą siłą, jakby czas między tamtym momentem a teraz nie miał większego znaczenia.
Wiatr szarpał pelerynę na jej ramionach, odsłaniał nogi w rajstopach zbyt cienkich,  jak na oko Amodeusa jak na tę porę roku i miejsce. Suknia kończyła się wyżej, niż wypadało. Wyżej, niż rozsądek by podpowiadał. Zarejestrował to odruchowo, niemal natychmiast, zanim zdążył sobie cokolwiek wytłumaczyć. Ucisk pojawił się nisko pod żebrami, nieprzyjemny i znajomy, jak reakcja na bodziec, którego nie da się ani zignorować, ani szybko nazwać.
Kara czy prowokacja?
A może po prostu ona — konsekwentnie nieprzejmująca się tym, co powinno być rozsądne.
Pierwszym impulsem była potrzeba reakcji. Słowa cisnęły się na język, gotowe przywrócić poczucie kontroli, ustawić sytuację w bezpiecznych ramach. Musiał zdusić je w sobie, zanim znów pozwolił emocjom wyjść przed szereg. Był ostatnią osobą, która mogłaby strofować ją pod względem ubioru — choć ochota pojawiła się natychmiast, natarczywa i zupełnie nierozsądna, a gorzka świadomość własnej pozycji tylko ją potęgowała.
Marny byłby to jednak początek rozmowy.
I zbyt łatwy pretekst, by znów wszystko rozminęło się o coś równie banalnego.
Nabrał powietrza głębiej. Zimno znad klifów przecięło płuca, pozwalając, by chłód wypalił część napięcia — choć tylko na chwilę. Myśli galopowały, a widok koronki przy dekolcie nadawał im jeszcze większego rozpędu. Linia ramion. Odsłonięte kolana. Sposób, w jaki stała — jakby wiatr i przestrzeń nie miały nad nią żadnej władzy.
Jeśli panna Travers obrała taką taktykę — działała.
Szczęka zacisnęła się ledwie dostrzegalnie. Wystarczająco, by poczuć napięcie. Za mało, by je zdradzić.
Zrobił krok. Potem drugi. Bliskość zmieniła powietrze między nimi — zagęściła je, sprawiła, że wiatr przestał mieć znaczenie. Zawiesił wzrok na jej błękitnych tęczówkach, pozwalając, by ten moment trwał odrobinę dłużej, niż wymagała uprzejmość. Nie baczył już na etykietę. I tak byli sami.
Balansując na granicy przestrzeni i decyzji.
Wyciągnął rękę pierwszy. Gest był spokojny, wyważony, pozbawiony pośpiechu — wystarczająco otwarty, by mogła się cofnąć, i wystarczająco pewny, by nie trzeba było niczego dopowiadać. Gdy ujęła jego palce, zamknął je lekko, bez nacisku, jakby bardziej zaznaczał obecność niż przejmował kontrolę. Przesunął jej rękę na swoje przedramię, ruchem naturalnym, niemal odruchowym, jakby to miejsce było dla niej oczywiste od dawna.
— Przejdźmy się.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-01-2026, 09:28 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.