Drzwi tawerny otworzyły się z hukiem, jakby nie zamierzały stawiać żadnego oporu, a do środka wlała się fala hałasu, śmiechu i rozbawionych głosów. Załoga Brzasku wpadła do środka jednym zwartym ruchem, głośna, rozgadana, jeszcze nie do końca oderwana od pokładu. Przekrzykiwali się nawzajem, rzucali komentarze, ktoś już śmiał się tak, jakby był po trzecim kuflu, choć ledwie postawił stopę na lądzie. Ciągnął się za nimi zapach otwartego morza, soli, wilgotnych ubrań i wiatru. “Fernsby!” krzyczało kilka gardeł na raz. Nie było wątpliwości, kogo mają na myśli. Poklepywali go po plecach, po ramionach, ktoś niemal wcisnął mu się pod łokieć. Kenneth szczerzył się szeroko, bez cienia zmęczenia, trzymając w dłoni dokumenty z wyraźnymi pieczęciami, które jeszcze przed chwilą były ważniejsze niż cokolwiek innego. Teraz stały się pretekstem do świętowania. Ktoś krzyknął coś o udanym rejsie, ktoś inny o szczęściu, które znowu im dopisało, a śmiech rozlał się po sali, zaraźliwy i głośny. Tawerna szybko podchwyciła ten nastrój. Kilka głów odwróciło się w ich stronę, ktoś uniósł kufel w niemym geście powitania, ktoś inny zaczął przesuwać krzesła, robiąc miejsce. Ekscytacja wisiała w powietrzu, gęsta i szczera, a Brzask i jego załoga zaznaczyli swoją obecność tak, jak potrafili najlepiej. Głośno. I bez najmniejszej ochoty, by to tłumić.
Kenneth zaśmiał się w głos słysząc jakiś żart, po czym schował listy do swojej kurty marynarskiej. Nie był na lądzie prawie od roku, a to miejsce zdawało się, że nic a nic się nie zmieniło. -Panowie! - Zawołał przekrzykując harmider wokół siebie. -Pierwsze dwie kolejki są na mnie! Za kapitana! - Zakrzyknął, a wraz z nim reszta załogi. “I za nowego pierwszego oficera, Fernsbiego!”- dołączyły inne głosy, a wraz z nim huk oklasków zmieszanych z okrzykami. Nie było wątpliwości, że tego dnia w tawernie nie będzie spokojnie, a odbędzie się świętowanie do białego rana. Świeżo mianowany pierwszy oficer na Brzasku podszedł do lady i uderzył otwartą dłonią w jej blat. -Dwie kolejki dla całej załogi! - Zawołał i zamarł kiedy zobaczył nową, młodą twarz. Nie mogła mieć więcej jak osiemnaście lub dziewiętnaście lat. Tak na szybko oszacował po jej wyglądzie. Musiała zatrudnić się w tawernie jak tylko skończyła Hogwart i kiedy on wypłynął na prawie roczny rejs. -Jesteś tu nowa, Złotko. - Bardziej stwierdził niż zapytał. Tawernę i jej obsługę znał doskonale. -Kenneth Fernsby, ze statku Brzask. - Przedstawił się i uśmiechnął szeroko. -Będzie trochę głośno, świętujemy mój awans. -Poklepał się po kurtce, tam gdzie w wewnętrznej kieszeni schował odpowiednie dokumenty.
Stał wyprostowany, ramiona miał rozluźnione, a szeroki uśmiech rozciągał mu twarz w sposób, który natychmiast przyciągał spojrzenia. To nie był grzeczny, uprzejmy uśmiech ani wyuczony gest. Był szczery, zuchwały, podszyty świadomością własnej pozycji i tego, co właśnie osiągnął. Czarował nim bez wysiłku, jakby robił to odruchowo, wiedząc, że działa. W jego ruchach było coś swobodnego, niemal drapieżnego. Śmiał się głośno, odpowiadał zaczepkami, przyjmował poklepywania bez najmniejszego skrępowania. W oczach błyszczała ta charakterystyczna dzikość, której nie dało się pomylić z niczym innym. Otaczała go energia człowieka, który znał morze i nie bał się ryzyka.
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
01-02-2026, 18:56
Praca w tawernie była dla mnie codziennością. Od roku pracowałam już na pełen etat. Jeszcze dwa lata temu krążyłabym pewnie właśnie po korytarzach Hogwartu, może bym się uczyła, odrabiała lekcje albo migdaliła się w zaułku razem z jakimś starszym chłopcem. Jednak miałam już dziewiętnaście lat, okres szkoły miałam już za sobą, a przed sobą dorosłe życie i pracę. Gdzie indziej jak nie w tawernie “Pod Mewą i Księżycem’. Uwielbiałam to życie, było wszystkim co znałam i jednocześnie wszystko co pragnęłam. Nie miałam dużych wymagań, praca w tawernie dawała mi satysfakcję i pieniądze. Gdy skończyłam Hogwart i zaczęłam pracę pod okiem ciotki Boyle na pełen etat, w końcu zaczęła mi płacić. Dotychczas każde wolne, czy to były wakacje czy przerwa świąteczna, pracowałam za darmo. Pracowałam za barem, obsługiwałam salę, spędzałam mnóstwo czasu z klientami poznają ich, ucząc się od nich słuchając historii. Ciotka zawsze mówiła, że spłacam tym samym dług, który zaciągnęłam u niej w dniu, gdy pojawiłam się w jej tawernie. Spłaciłam go, mogłam iść do przodu.
Dzisiejszy dzień nie różnił się od większości innych, przynajmniej do pewnego momentu. Gdy drzwi tawerny otworzyły się z hukiem, a do środka wpadła banda marynarzy krzycząc i ciesząc się z… jeszcze nie wiedziałam czego. Nastrój jednak udzielił się szybko, lał się alkohol, ludzie świętowali, więc i na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Jeden z mężczyzn, wołali na niego Fernsby zdecydowanie był w centrum ich zainteresowania. Klepany po plecach, składane mu były gratulacje. Czuć było ekscytację, radość, harmider obudził tawernę wprowadzając przyjemny nastrój. To miejsce żyło i zdecydowanie było czuć.
Docierały do mnie tylko urywki tego o czym rozmawiali. Wyłapałam, że byli marynarzami statku, na który wołali “Brzask”, a owy Fernsby został pierwszym oficerem. Gdzieś pomiędzy nalewaniem jednego a drugiego piwa mogłam na nich zerknąć, paru mężczyzn kojarzyłam. Nowy pierwszy oficer miał twarz dla mnie nie znaną. Podskoczyłam, gdy podszedł do lady, a huk uderzenia o blat rozniósł się po pomieszczeniu. Zamarłam, widząc jego twarz. Był starszym ode mnie mężczyzną, niezwykle przystojnym. Wysoki, o ciemnobrązowych włosach i tych oczach… miał piękne błękitne oczy. Rozchyliłam lekko wargi, w dłoniach trzymałam pusty kufel, który docierałam szmatką, ale zatrzymałam się w pół ruchu.
- Wcale nie nowa, oficerze - uśmiechnęłam się do niego, odstawiłam posty kufel i zaczesałam kosmyk włosów za ucho. - Musieliśmy się minąć.
Kręciłam się po tawernie od jedenastego roku życia. Byłam tu w każde wakacje, każdą przerwę świąteczną. Pierwotnie ciotka nie wpuszczała mnie na salę gdy byli klienci. Przecież byłam dzieckiem. Szorowałam podłogi przed otwarciem, siedziałam w kuchni pomagając przy gotowaniu. Im stawałam się starsza, tym bardziej ciotka mnie wypuszczała. Ale ze względu na to, że bywałam tu tylko podczas wolnego, a potem na bite dziewięć miesięcy znikałam z życia tawerny nie wszyscy mnie kojarzyli. Nie wszyscy przecież zwracali uwagi na szesnastolatkę, jeśli nie byli stałymi klientami, z którymi nawiązałam jakąś relację. Oficer Fernsby nie był osobą, z którą mogłam kiedyś rozmawiać. Również go nie znałam, a na pewno nie pojawił się w tawernie przez ostatni rok. Jeśli bywał wcześniej, to nie mieliśmy okazji, aby zwrócić na siebie uwagę. A szkoda.
- Nie ma najmniejszego problemu, zdążyłam już usłyszeć - dodałam radośnie, biorąc się za nalewanie piwa. Jednym machnięciem różdżki ustawiłam przed sobą na blacie puste naczynia, do którego po kolei nalewałam do pełna. - Gratuluję awansu, oficerze. Jestem Riven.
I ja się przedstawiłam. Odwróciłam na chwilę wzrok w stronę sali, gdzie marynarze radośnie rozmawiali. Rozsiedli się przy stolikach i przy długiej ławie, panował przyjemny harmider, a mi od razu ich nastrój się udzielił. Wróciłam spojrzeniem w stronę Kennetha, nie mogłam oderwać od niego wzroku. Gdy tylko się do mnie odezwał, poczułam dziwne ciepło u szczytu żołądka. Coś mnie tknęło, aby utrzymać z nim rozmowę. Musiałam go przy tym barze utrzymać jak najdłużej.
- Brzask dzisiaj zacumował, czy morze było dla was łagodne? - Zapytałam. Byłam szczerze zaciekawiona. Nie słyszałam o nich od dłuższego czasu. - Gdzie pływaliście?
Historie powracających marynarzy z wypraw były czymś, co mnie naprawdę fascynowało. Uwielbiałam słuchać tych opowieści, a “Brzask” po tak długim okresie nieobecności z pewnością zwiedził różne miejsca na świecie. Tym samym, marynarze mieli dużo cudownych historii, którymi chcieli się dzielić. Czekałam na jego odpowiedź w napięciu, jednocześnie będąc w trakcie nalewania kolejnej partii piwa do szklanych kufli.
Przyglądał się jej z czujnością człowieka, który stara się ocenić czy ktoś sobie z niego właśnie żartuje lub wpuszcza w przysłowiowe maliny. Dziewczyna przed nim miała jednak uczciwe spojrzenie, szeroki uśmiech oraz sprawiała wrażenie miłej oraz pomocnej. W szybkim rozrachunku, który dokonywał w swojej głowie uznał, że go nie okłamuje. -Ha! Możliwe, rok byliśmy na morzu. - Zgodził się ostatecznie z jej stwierdzeniem. Założył, że tawerna się nie zmienia, zostając stałym punktem życia marynarzy z Cardiff, a przecież rok to szmat czasu. Wiele w przeciągu dwunastu miesięcy mogło się wydarzyć. Ba! Tawerna mogła się nawet zamknąć, co byłoby wielką stratą. Na szczęście przywitała ich tak jak zawsze i mogli wreszcie poczuć się jak w domu. Wszystkie morskie stworzenia mu świadkiem, że tęsknił za lądem. Jak kochał morze i nie wyobrażał sobie innego życia, tak tęsknił za stałym gruntem, który czułby pod nogami dłużej niż przez dwa albo trzy dni. Jednak Brzask miał swoje zadanie do wypełnienia, a załoga wypełniała polecenia kapitana bez szemrania.
Kufle ustawiły się w równym rządku na ladzie, a dziewczyna na przeciwko niego zaczęła polewać sprawnie piwo oraz z równą łatwością nawiązywała rozmowę. Oparł się o ladę swobodnie. Drugą dłoń położył na drewnie, czekając aż kobieta za barem poleje trunki. Nie ponaglał jej. W międzyczasie odpowiadał na zaczepki niemal automatycznie. Ktoś klepnął go po plecach, ktoś inny pochylił się bliżej, rzucając gratulacje za udany rejs. Kenneth rzucał krótkie komentarze, śmiał się, odpowiadał pół zdaniami, jakby prowadził kilka rozmów naraz i każdą miał pod kontrolą. Co chwilę ktoś nowy wpychał się do tawerny, a wraz z nim kolejne spojrzenia i okrzyki. Informacja rozeszła się po porcie szybciej, niż zdążyli porządnie usiąść.
-Cały rok czekaliśmy, aż znowu zawiniecie do Cardiff — padło z tłumu, a Kenneth tylko uniósł brew i uśmiechnął się szerzej.
-Port by się zanudził bez nas - odparł spokojnie, bez fałszywej skromności. Stał oparty o ladę, w centrum hałasu i ruchu, jakby był stałym punktem tego miejsca. Dziewczyna za barem znów się odezwała więc skupił na niej swoją uwagę. -Wzdłuż wybrzeży Grenlandii, potem zamarudziliśmy na morzu Baffina, a później przez morze Labradorskie, aż do samego Portoryko i z powrotem. - Wyjaśnił, a w tym czasie palcem wodzi po ladzie baru jakby rysował całą trasę. -Zatrzymaliśmy się na chwilę na Bermudach, ale musieliśmy uważać na mugolskie statki i amatorów skarbów. Mówili, że znaleźli informacje, że może tam znajdować się piracki skarb. - Nachylił się w stronę Riven i zachęcił, aby również się do niego zbliżyła. -Wcześniej my znaleźliśmy ten skarb. - Dodał konspiracyjnym szeptem, a gdy się pochylał nad ladą spod koszuli wysunął się naszyjnik w kształcie kotwicy. -Mogli szukać, ale i tak nie znajdą. - Puścił zadziornie oczko do czarownicy. W tym momencie drzwi do tawerny trzasnęły z hukiem.
-Fernsby! Ty draniu!- w progu stanął rosły mężczyzna, z potężną blizną przechodzą przez pół twarzy i o posturze boksera. -Odważny jesteś, że masz czelność tu się zjawiać!
Kenneth odwrócił się wolno, a jego twarz ozdobił bezczelny uśmiech osoby, która jawnie kpi sobie z wszelkiego niebezpieczeństwa.
-Tommy! Miło cię widzieć. - Odpowiedział z jawną prowokacją w głosie, a w tawernie ucichło jak makiem zasiał.
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
23
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
12 minut(y) temu
Widziałam to spojrzenie jakim mnie obdarzył. Czujnym, jakby sprawdzał czy go przypadkiem nie okłamuję. Nie miałam ku temu powodów, naprawdę nie byłam tu nowa, a skoro sam mnie nigdy nie zarejestrował (a po tym jak poruszał się po tawernie mogłam stwierdzić, że był tu kiedyś gościem całkiem częstym), to przecież nie była moja wina. Szybko jednak odpuścił, chyba wierząc moim słowom i przytaknął stwierdzając, że przecież rok ich nie było. Nie miałam zamiaru wdawać się bardziej w tę dyskusję, przecież i tak mnie nie pamiętał, nawet jeśli kręciłam się tu jak byłam młodsza. Mogłam być dla niego nową twarzą, albo po prostu twarzą zarejestrowaną po raz pierwszy. Co za różnica.
Nalewając piwa obserwowałam go uważnie. Jak swobodnie czuje się w tawernie, jak ludzie do niego lgną, gratulują i ucinają sobie krótkie pogawędki. Mimo że był tu, przy barze, to jakby jednocześnie był przy stolikach przy oknie, przy długiej ławie, pod krakenem. Rozmawiał, śmiał się, reagował na zaczepki z taką lekkością i łatwością, że byłam pod wielkim wrażeniem. Nie mogłam oderwać od niego wzroku, czasami tylko zaczesywałam niesforny kosmyk włosów za ucho, aby nie przeszkadzał mi w spoglądaniu w jego stronę. Równie dobrze mógł od baru odejść, przecież złożył zamówienie i nic go tu nie trzymało, a jednak został i gdy zagadnęłam go o trasę podróży bez najmniejszych oporów zdecydował się opowiedzieć mi gdzie pływali. Na ten moment przestałam nalewać piwa, a skupiłam się na trasie, którą malował palcem po blacie. Jakby widział mapę przed oczami. Patrzyłam tak, jak bym też ją widziała.
- Oh, co za chłodne rejony. Wymroziło was pewnie wokół Grenlandii - zauważyłam, teatralnie pocierając dłońmi o ramiona. - Ciekawa trasa, zahaczyliście o inne rejony? Po drodze jest Nassau chociażby, chociaż bardziej na zachód w stronę Florydy. Kolebka piratów - uniosłam brew ku górze wodząc tym samym palcem po jego "mapie" na blacie w kierunku, w którym od Bermudów powinno znaleźć się Nassau.
Nie bez powodu o to zagadnęłam, skoro już po chwili sam o nich wspominał. Nachyliłam się konspiracyjnie, spoglądałam w jego niebieskie oczy. Szybko stwierdzając, że są niezwykle ładne. Kolor jest piękny i głęboki. Potem przeniosłam wzrok na naszyjnik w kształcie kotwicy, a kącik ust uniósł się ku górze gdy usłyszałam, że to oni znaleźli skarb. Błysk w oku pojawił mi się nieświadomie, takie historie mnie kręciły, a myśl o zdobytym złocie i bogactwie kusiła. Już rozumiałam dlaczego tak świętowali. To nie była tylko radość z awansu oficera Fernsby, ale także szczęście i ulga, że z tym bogactwem wylądowali na lądzie. Z pewnością każdy z nich nieźle się wzbogacił. To dobrze, będą skorzy do wydawania złotych monet w tawernie, a tym samym i mi trochę tego złota wpadnie do sakiewki.
- W takim razie udana wyprawa i… - nie dokończyłam, podskakując wystraszona gdy dotarł do mnie trzask otwieranych drzwi.
Moje spojrzenie od razu powędrowało w stronę wejścia, w drzwiach stanął barczysty mężczyzna. Miał okropną bliznę na twarzy. Rzadko pojawiał się w tawernie, ale kiedy już się tu pojawiał atmosfera zawsze gęstniała. Nie lubiłam tu być, gdy jego stopa przekraczała próg “Pod Mewą i Księżycem”. Oficer Fernsby słysząc jego krzyk uśmiechnął się lekko i obrócił, stojąc teraz do mnie plecami. Ja to za podniosłam się na ramionach, stanęłam na palcach tylko po to, by widzieć co się dzieje. Sala ucichła, na tyle, że nawet nasza kucharka ze zdziwieniem wyjrzała zza zaplecza. Wszyscy im się z zaciekawieniem przyglądali. I o ile zachowanie Kennetha było przyjazne, o ile można było to tak nazwać, tak Tommy stał w napięciu. Nie było sensu póki co ingerować, na razie nic się nie działo. Może rozejdzie się po kościach? Może to ich typowe zachowanie? Nie trzeba było od razu sięgać po najcięższe działo - czyli posyłać po ciotkę Boyle. Ona tu miała szacunek, jej pojawienie się zakończyło zawsze każde mordobicie. Ale może teraz do niego nie dojdzie, panowie się przywitają i znowu zaczniemy się dobrze bawić? Wodziłam wzrokiem to od jednego mężczyzny do drugiego, wyciągnęłam różdżkę zza paska spódnicy i trzymając ją w dłoni, tak na wszelki wypadek gdybym musiała ich szybko rozdzielać, wychyliłam się jeszcze bardziej. Przygryzłam dolną wargę. I mnie udzieliło się to napięcie.