• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Tworzenie kart postaci > Gabriel Holloway
Gabriel 'Gabe' Holloway
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Jonathan Holloway, Tessa Holloway zd. Johnson
Aspiracje
żyć bez skrępowania i nigdy nie utknąć w jednym miejscu
Amortencja
świeżo wyprawiona skóra, bergamotka, dym cygara, gorzka czekolada
Różdżka
9 cali, pióro feniksa, sosna, lekko giętka
Hobby, pasje
biżuteria, podróże, gry słowne i subtelna manipulacja
Bogin
starsza, wyblakła wersja samego siebie o pustym spojrzeniu (poczucie uwięzienia)
Umysł
Data urodzenia
26 sierpnia 1924
Miejsce urodzenia
Nowa Anglia, Stany Zjednoczone
Miejsce zamieszkania
Londyn, Wielka Brytania
Język ojczysty
angielski
Genetyka
Potomek wili
Ukończona szkoła
Ilvermorny, Gromoptak
Zawód
jubiler, twórca wzorów, złodziej
Czystość krwi
Czysta
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
38
182
76
Wiek
Wzrost
Waga
niebieskie
blond
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Wysoka i smukła sylwetka o mocnych przedramionach. Blond włosy o srebrzystej poświacie tkwią w pozornym nieładzie, a jasna cera i harmonijne rysy twarzy są zbyt regularne, by uznać je za przeciętne. Uważne spojrzenie wspiera uprzejmy uśmiech, mając sobie coś rozbrajającego.
Znaki szczególne
Cienka, stara blizna pod lewym żebrem będąca pamiątką po nieudanej teleportacji, tak jak sieć drobnych znamion na ramionach i przy prawym nadgarstku. Lekko zgrubiała skóra palców od pracy z rzemiosłem. Kilka tatuaży na przedramionach i klatce piersiowej.
Preferowany ubiór
Na co dzień wybiera wysokiej jakości len, miękką wełnę i skórę. Z zamiłowaniem też sięga po aksamit, jedwab i głębokie, nasycone barwy. Doskonale skrojone ubrania, eleganckie garnitury i kurtki, często mają ukryte kieszenie, a biżuterię stanowią pierścienie oraz skórzane bransolety.
Zajęty wizerunek
Jamie Campbell Bower
Obrazek postaci

1924 - narodziny

Hollowayowie zawsze byli w drodze — geograficznie, finansowo i moralnie. Zaczynali w Stanach, tam, gdzie pieniądz krąży szybko, a jeśli coś znika, to zwykle tylko po to, by pojawić się gdzie indziej w ciekawszej formie. Nie byli bandą rzezimieszków z nożami w zębach, a raczej estetami okazji, ludźmi od przesuwania granic własności w sposób, by nikt nie był do końca pewien, czy w ogóle został okradziony. Podróże wpisywały się w rytm rodziny; dziś Salem, jutro Nowy Jork, a później Boston. Mój ojciec, Jonathan Holloway, miał w sobie coś, co sprawiało, że ludzie ufali mu szybciej, niż powinni. Potomek wili — nie tak olśniewający, jak kobiece odpowiedniki, ale wystarczająco czarujący, by rozmowy same skręcały na jego korzyść, a drzwi otwierały się odrobinę szerzej. Miał talent do znikania, z sal bankietowych, z krajów, z cudzych planów. W jednym z takich momentów poznał Tessę Johnson — kobietę z bardzo dobrego domu, zbyt dobrego, by mógł ją zatrzymać. W jej krwi również płynęła harpia moc, lecz jej urok miał w sobie coś niestabilnego i migotliwego, jak światło odbite w pękniętym lustrze. Olśniewająca, lekkomyślna, zbyt intensywna na salony, z których uciekła szybciej, niż ktokolwiek zdążył zapytać dlaczego. Ojciec podobno zakochał się natychmiast, a matka twierdziła, że to czyste przeznaczenie, zszyte z energii, znaków i szeptów, których nikt poza nią nie słyszał. Prawda, jak zwykle, leżała pewnie gdzieś pośrodku. Ich małżeństwo było dość niestabilne i żywe, pełne podróży, improwizacji i rozmów prowadzonych półgłosem nad kieliszkiem wina, kiedy sąsiedzi nie powinni słyszeć szczegółów. Nie było stabilne w sensie adresu, ale wystarczająco trwałe, by w którymś momencie pojawił się pomysł dziecka — a potem ja. Przyszedłem na świat pomiędzy jednym a drugim planem, w rodzinie, która nauczyła mnie dwóch rzeczy szybciej niż chodzenia: że nic nie jest na stałe i jeśli już coś bierzesz, to tak, by nikt nie miał ochoty cię gonić. Teraz, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że to całkiem solidny start.


Miejsce naszego zamieszkania zmieniało adresy częściej, niż ja buty, a rodzice zajęcia — zależnie od tego, co akurat było bardziej opłacalne, albo mniej ryzykowne. Ojciec obracał się wokół rzeczy, które powinny zostać tam, gdzie są, a jednak z jakiegoś powodu bardzo chciały zmienić właściciela. Pieniądze, dokumenty, artefakty — wszystko, co miało jakąś wartość, czy historię, ale przede wszystkim piękno. Zawsze powtarzał, że kradzież to nie akt przemocy, tylko negocjacja, w której jedna strona nie została zaproszona do stołu. Matka natomiast była żywiołem. Potrafiła być cudowna, rozświetlona, niemal anielska i zupełnie nieobecna chwilę później. Uczyła mnie tańczyć, bo taniec był dla niej odpowiedzią na wszystko — na złość, nudę, czy nocne przebudzenia, kiedy była przekonana, że ktoś ją obserwuje. Zdarzało się, że kazała zasłaniać lustra w hotelowym pokoju, bo „dziś patrzą inaczej”, a innym razem całowała mnie po dłoniach z wielką powagą, jakby sprawdzała, czy wciąż jestem prawdziwy, czy tylko jej się śnię. Była czuła do granic duszności, obsypywała mnie uwagą, prezentami, dotykiem, po czym znikała emocjonalnie na całe godziny — zamknięta w sobie, prowadząc szeptem rozmowy z kimś, kogo nigdy nie widziałem. Ojciec tego nie komentował, po prostu zostawiał więcej zapalonego światła i pilnował, bym był blisko. Sam był jej przeciwieństwem — stabilny w jedyny znany mu sposób. Spokojny, precyzyjny, zawsze o krok przed problemem. Gdy uznał, że jestem już wystarczająco sprawny manualnie, przestał traktować mnie jak dziecko, a zaczął jak ucznia. Najpierw były zamki treningowe, rozłożone na części przy kuchennym stole, obok porannej kawy. Potem prawdziwe drzwi — zawsze takie, które nikomu nie zaszkodzą. Uczył mnie cierpliwości, nacisku, słuchania mechanizmu. Na pamięć wyryły mi się słowa, że „jeśli zamek się opiera, to znaczy, że próbujesz go zmusić, a to już nie rozmowa, tylko kłótnia.” Nie uczył mnie kraść z chciwości, tylko poruszania się między ludźmi, czytania ich intencji, rozpoznawania momentu, w którym ktoś chce oddać więcej, niż deklaruje. Teraz kiedy o tym myślę — a myślę często, bo przeszłość ma paskudny zwyczaj wracania bez zaproszenia — dochodzę do wniosku, że nie miałem szans wyrosnąć na kogoś innego. I szczerze? Nie jestem pewien, czy w ogóle bym chciał.



1934 - przebudzenie magii

Od zawsze ludzie — a zwłaszcza kobiety — reagowali na mnie jakoś łagodniej. Na ulicach witali tak, jakby mnie znali od zawsze, piekarki wciskały do ręki drożdżówki „bo taki śliczny chłopiec”, a kiedy stłukłem szybę, nikt nie krzyczał, a raczej westchnął, jakby to było coś zupełnie naturalnego, niemal uroczego. Długo myślałem, że tak po prostu działa świat, że wystarczy spojrzeć spod rzęs, przechylić głowę pod odpowiednim kątem i nagle rzeczy stają się prostsze, ludzie milsi, a konsekwencje elastyczne. Ojciec mawiał, że tego czaru powinienem używać z rozwagą, nie w gniewie, ani strachu. Powtarzał, że spojrzenie może trwać krócej, niż myślę, a uśmiech zawsze sekundę za długo. Nie nazywał tego magią, ale narzędziem. I cóż… byłbym kłamcą, gdybym powiedział, że z tego nie skorzystałem. Uśmiechałem się częściej, mówiłem ciszej, byłem grzeczny wtedy, kiedy się opłacało. Wiedziałem już, że to coś, co można wyczuć i modulować, zupełnie jak przekładki w zamku.

Magia zaś obudziła się we mnie bez fanfar, a przynajmniej tak wspominam pierwszy raz, kiedy ojciec zostawił mnie samego z zamkniętymi drzwiami, czekając po drugiej stronie. Zamek nie był prosty i wcale nie dla początkujących, więc irytowałem się, że moje kombinatorstwo na nic się nie zdaje, kiedy wreszcie całość ustąpiła i drzwi otworzyły się same. Ojciec uśmiechnął się krzywo, szczerze zdziwiony, bo zakładał, że będę się z nim mocować się jeszcze przez jakiś czas. Stwierdził, że to najwyższa pora, bo inne dzieciaki w moim wieku, już dawno z różdżkami biegają (co było nieprawdą, ale nie przeszkadzało mu to, by się ze mnie naśmiewać). List ze szkoły przyszedł niedługo potem, wywołując we mnie dziwną mieszaninę ekscytacji i niepokoju. To miała być pierwsza taka okazja, bym siedział w jednym miejscu dłużej, niż parę miesięcy, gdzie złodziejski kodeks miał zostać wyparty przez normalne zwyczaje, które dotąd traktowałem wybiórczo. Miałem trafić do świata, który nie był improwizacją moich rodziców, tylko ustaloną strukturą. Spakowana walizka mieściła w sobie wszystko, co potrzebne, od rupieci, gargulek i scyzoryka, po amulety ochronne matki, bo wciąż powtarzała, że na każdym kroku czyhać może niebezpieczeństwo, jednak nigdy nie sprecyzowała, co miałoby je stanowić. Podróży do Massachusetts też dobrze nie pamiętam, bo szczegóły mają tendencję do zlewania się po latach. Z perspektywy czasu widzę to wyraźnie: szkoła nie była ucieczką z domu, a naturalnym przedłużeniem drogi, na której i tak już byłem. Po prostu pierwszy raz ktoś dał mi do ręki mapę, więc od razu zacząłem szukać na niej skrótów.



1935/42 - Ilvermorny

Szkoła przywitała mnie hałasem, ruchem i zapachem ambicji, czyli dokładnie tym, w czym czułem się najlepiej. Przydział do domu Gromoptaka był niczym klepnięcie po plecach, potwierdzenie, że będę sprawiać kłopoty. Oczywiście, że się ucieszyłem, bo Gromoptak był szybki, bystry, trochę bezczelny i miał opinię miejsca, w którym ludzie najpierw działają, a dopiero potem zastanawiają się nad konsekwencjami, co momentalnie sprawiło, że poczułem się, jak w domu. Znajomi pojawili się niemal od razu, choć nigdy nie byłem duszą towarzystwa w sensie głośnym, a raczej tym, który stoi pół kroku z boku, a mimo to wszyscy jakoś kończą rozmowę tuż obok niego. Szybko zrozumiałem szkolną hierarchię, kto rządzi, kto udaje, że rządzi, i komu lepiej nie wchodzić w drogę — albo wejść bardzo ostrożnie, jeśli już. Uczyłem się… wybiórczo. Tematy, które miały praktyczne zastosowanie, chłonąłem błyskawicznie. Transmutacja? Fascynująca! Zmiana, ruch, adaptacja — magia, która nagradza spryt, a nie siłę. Teoria? Cóż, znałem ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, które zasady można nagiąć i gdzie nauczyciele rzadko patrzą. Od początku kombinowałem, szukając skrótów i obejść, podejmowałem drobne zakłady o to, kto pierwszy wyniesie coś z pracowni, albo jak dostać się tam, gdzie absolutnie nie wolno. Rozrabiałem nie z potrzeby buntu, tylko z ciekawości, bo przecież każdy zakaz, to zaproszenie do sprawdzenia, dlaczego istnieje. Szkoła stanowiła idealny poligon, bezpieczną przestrzenią do testowania granic, ludzi i samego siebie. Kadra widziała we mnie potencjał i problem — zwykle w tej kolejności — a ja uczyłem się najważniejszej lekcji, jaką mogłem wtedy dostać: że jeśli już łamiesz zasady, rób to z uśmiechem, tak by wszyscy byli niemal rozczarowani, że muszą cię ukarać.


Pani dyrektor Eldora Whitmore pojawiła się w moim życiu szybciej, niż zdążyłem się na dobre rozsiąść w szkolnej codzienności. Była jedną z tych osób, które nie muszą podnosić głosu, żeby zostać usłyszane, ani robić wielkiego wejścia, żeby wszyscy wiedzieli, kto właśnie wkroczył do sali. Ambicja miała w niej formę uporządkowaną, ostrą i bardzo świadomą, taką, która nie toleruje marnowania potencjału, nawet jeśli ten potencjał akurat świetnie się bawi. Zorientowała się we mnie niemal od razu. Transmutacja przychodziła mi zbyt łatwo, jak na kogoś, kto oficjalnie nie przykłada się do teorii, a ona nie należała do ludzi, których da się zbyć urokiem czy rozbrajającym uśmiechem. Byłem jednym z jej pupilków, owszem, ale nie w znaczeniu, o jakim marzą uczniowie. Bez taryfy ulgowej, przymykania oka, ani pochwał rzucanych na wiatr, dostawałem za to dodatkowe pytania, trudniejsze zadania i spojrzenia mówiące jasno, że wiedziała, że stać mnie na więcej, więc mam nawet nie próbować jej oszukiwać. Od pierwszej chwili, gdy padło moje nazwisko, uniosła wysoko brew, kojarząc mojego ojca jeszcze ze szkoły i to niekoniecznie z najlepszych powodów. Wiedziała, że mamy specyficzne podejście do zasad i przynależności przedmiotów, i że jesteśmy dobrzy w naginaniu rzeczywistości do naszej woli. Sądzę, że właśnie dlatego tak bardzo zależało jej, żeby wybić mi to z głowy, albo przynajmniej przekierować mój apetyt na coś mniej nielegalnego. Transmutacja miała być sztuką, nie narzędziem do kombinowania; dyscypliną wymagającą precyzji, cierpliwości i odpowiedzialności. Nie zawsze jej się to udawało, ale zaszczepiła we mnie myśl, że spryt to za mało, jeśli nie idzie w parze z mistrzostwem, i że czasem najciekawszym wyzwaniem nie jest to, co da się obejść, tylko jak daleko można pójść, zanim obejście przestanie być wystarczające. Profesor Whitmore nie próbowała mnie naprawić, tylko rozwinąć, zanim świat zrobi to po swojemu, a to w naszym fachu było aktem niemalże heroizmu.

 

Życie towarzyskie przyszło naturalnie, jakby było kolejnym przedmiotem, którego nie wpisano do planu lekcji, a który i tak wszyscy zdawali codziennie. Miałem paczkę znajomych, zmienną jak pogoda, kilku przyjaciół na stałe i reputację kogoś, kto zawsze coś knuje. Dowcipy wybierałem raczej sprytne, niż złośliwe: zamienione etykiety eliksirów, znikające przedmioty, pojawiające się w najmniej spodziewanych miejscach, drobne iluzje dla podkręcenia efektu. Oczywiście zdarzały się szlabany — kilka, kilkanaście, trudno liczyć — ale zawsze takie, po których kadra bardziej kręciła głową, niż naprawdę się złościła. Miłość przyszła wcześnie i była intensywna. Podrywanie dziewczyn traktowałem jak sport towarzyski. Popisywałem się i znikałem, kradłem całusy w skrytce na miotły, szeptałem obietnice, które brzmiały przekonująco tylko do następnego dnia — klasyka. W pewnym momencie zapisałem się nawet na dodatkowe zajęcia z ksylomancji, wyłącznie po to, żeby siedzieć obok jednej z dziewczyn. Drewno jednak milczało, patyki nic do mnie nie mówiły, a wróżbiarstwo okazało się zupełnie nie w moim typie. Dziewczyna w końcu się znudziła, ja zresztą też. Peszek, ale to nie tak, że bawiłem się ich uczuciami — ba, wtedy jeszcze nie do końca rozumiałem, że to nie ładnie. Cierpiałem ze złamanym sercem, ale trwało to tylko moment, bo szkoła była pełna dziewcząt, które chętnie wodziły za mną wzrokiem, zresztą z wzajemnością. Z żadną nie planowałem wspólnej przyszłości — chyba że szumnie brzmiąca ucieczka w nieznane, to plan — żadna miłość nie trwała na tyle długo, bym rzeczywiście się przywiązał i pragnął żyć dalej razem. Zresztą miałem nieco inne priorytety. Oceny nigdy nie były celem samym w sobie. Uczyłem się tyle, ile trzeba, żeby przejść dalej i nie narobić sobie problemów. Nie planowałem wielkiej kariery, dalszego kształcenia, ani prestiżowych zawodów. Chciałem robić to, co już znałem: dowcipy, zabawę, podróże i otaczanie się błyskotkami, które lśniły na tyle mocno, by przyciągać uwagę i znikały równie łatwo, kiedy przestawały być potrzebne. I, szczerze mówiąc, w tamtym czasie wydawało mi się to planem doskonałym.


Koniec szkoły nie przyszedł z hukiem, ale na pewno z poczuciem triumfu, z cichym domknięciem drzwi i myślą, że teraz wreszcie mogę robić to, co chcę. Wróciłem więc do domu i bardzo szybko zrozumiałem, że domu, który pamiętałem, już nie ma. Matka była inna. Nie trochę, nie zmęczona od podróży, tylko wyraźnie krucha, jakby świat zaczął jej się rozwarstwiać w dłoniach. Błękitne spojrzenie uciekało, rozmowy rwały się w połowie, sny mieszały się z jawą, a ojciec… ojciec nic mi nie powiedział. Byłem wściekły, na niego, na siebie, na to, że pozwolono mi żyć w niewiedzy, podczas gdy matka rozpadała się kawałek po kawałku. Kłóciliśmy się — głośno, ostro, bez tego wyrachowanego spokoju, którego mnie uczył. Krzyczałem, że mnie oszukał, a on twierdził, że próbował mnie chronić. Wypracowanie wspólnego języka zajęło dłuższą chwilę i udało się tylko dlatego, że obaj wiedzieliśmy, iż nie ma już sensu udawać. Zostaliśmy w Nowym Orleanie, mieście, które zawsze było wystarczająco głośne, by zagłuszyć cudze demony. Ojciec zaczął pić częściej, niż powinien, a ja przejąłem opiekę nad matką. Dni stały powtarzalne, ciężkie, duszne, a ja czułem się uwiązany, wciągnięty w życie, którego nie chciałem — bez podróży, bez lekkości, bez tej swobody, która zawsze była dla mnie źródłem oddechu. Frustracja szukała ujścia i znalazła je w dłoniach.

Wrażliwość na piękno była dla Hollowayów cechą wspólną. Docenialiśmy sztukę we wszelkiej postaci, od obrazów, przez muzykę, po drobne kosztowności (zwłaszcza te, które mieszczą się w kieszeni). Wprawdzie do nazwisk poetów, kompozytorów i malarzy niespecjalnie miałem głowę, ale rozpoznanie prawdziwej perły w morzu nijakości, to umiejętność wrodzona. Od tych pereł się właściwie zaczęło — zwykłe sznury były nudne i powtarzalne, więc przepinałem je między łańcuszkami i kaboszonami, przytwierdzałem do broszek, naszyjników i pierścieni, odnajdując spokój wśród pięknych błyskotek. Problem w tym, że biżuteria, zresztą jak każde inne piękno, traci dla mnie na wartości, kiedy stanowi wyłącznie ozdobę. Brakowało im praktyczności, a mnie dodatkowego celu i tak waśnie odnalazłem się ze wzornictwem. Początkowo ryłem symbole na prostych powierzchniach, drewno i metal były wdzięcznym materiałem, garbowana skóra podobnie. Moje prace były niezgrabne, mało finezyjne, ale działały, nawet jeśli nie magicznie, to z pewnością na skupienie i oczyszczenie myśli. Chowałem je do szuflady, te wszystkie drobne formy, jakby miały tam przeczekać mój bunt, aż któryś znajomy spytał, czy sprzedam jeden z amuletów. Potem drugi, trzeci i nagle okazało się, że potrafię tworzyć rzeczy piękne i użyteczne. Nie, nie zakochałem się w tym życiu. Nadal chciałem uciec, podróżować, nie przejmować się jutrem. Ale wzornictwo dało mi coś, czego się nie spodziewałem — sposób, by nie zwariować, kiedy świat wymagał ode mnie zostania w miejscu. I, jak się później okazało, klucz do drzwi, które wcale nie musiały pozostać zamknięte.



1945 - śmierć matki, podróże po Stanach

Śmierć matki była kwestią czasu. Po prostu pewnego dnia świat przestał się jej układać w spójną całość, a chwilę później przestał układać się także mnie. Przez jakiś czas funkcjonowałem mechanicznie, załatwiając sprawy, znosząc ciszę w domu, ojca w towarzystwie kieliszka. A potem coś we mnie pękło i postanowiłem nie słuchać tego trzasku. Używki stały się naturalnym wyborem, dostępnym na wyciągnięcie ręki. Miękki, słodkawy dym rozleniwiał myśli, wygładzał krawędzie rzeczywistości. Przestawałem czuć ciężar dni, a wieczory zlewały się w jedno długie półsenne istnienie. Problem w tym, że kiedy filtr opadał, wszystko wracało ze zdwojoną siłą, więc sięgałem po coś mocniejszego. Narkotyczne wizje przychodziły gwałtownie, nachalne, pełne kolorów i głosów, których nie chciałem słyszeć. Czasem widziałem matkę tak wyraźnie, że nieomal mógłbym ją dotknąć, czasem świat rozwarstwiał się, jak źle sklejona mapa. Nie rozpoznawałem już, co jest wspomnieniem, a co projekcją. Przez chwilę było łatwiej, bo nic nie było prawdziwe. Ojciec otrzeźwił mnie skuteczniej, niż jakakolwiek używka. Oznajmił, że wyjeżdża, mając dość tkwienia w marazmie, niezgodnie z Hollowayową naturą. Padło pytanie, na które czekałem od lat, nawet jeśli moment jego zadania był boleśnie nie w porę — idziesz ze mną, czy zaczynasz żyć na własną rękę? Wybrałem własną drogę. Spakowałem się lekko, bez sentymentów, i ruszyłem przed siebie, po Stanach. Do rytmu wróciłem szybciej, niż przypuszczałem.


Spotkanie starego znajomego było zbawienne, to drobna przysługa, która postawiła mnie na nogi, a później kolejna. Kontakty zaczęły się mnożyć, zlecenia pojawiały się same, a ja znów robiłem to, co umiałem najlepiej: znikałem, kiedy trzeba i pojawiałem się tam, gdzie akurat byłem potrzebny. Okradałem niemagów, bo z nimi było najłatwiej. Zabezpieczenia, które dało się obejść bez mrugnięcia okiem, kosztowności z łatwością mieszczące się do toreb i kieszeni. Szlifowałem umiejętności transmutacji, które zdecydowanie ułatwiały każdy napad, nie dając darczyńcom — bo tak lubię nazywać tych, którzy dzielą się ze mną swoim dobrem — żadnych szans. Zwykle pracowałem solo, ale z czasem zacząłem doceniać możliwość posiadania swojej sprawdzonej bandy. Jakież to odciążenie mentalne, mieć świadomość, że nie trzeba myśleć o wszystkim samemu, że podziałem zadań i pracą zespołową można zdziałać o wiele więcej. Zacząłem się specjalizować, wspierać swoje naturalne zdolności Hollowayów — nie samą kradzież, ale sposoby ucieczki. Teleportację znałem już od lat, ojciec próbował mnie jej uczyć jeszcze za dzieciaka, powtarzając, że sam ją opanował w wieku lat trzynastu, ale wiedziałem, że to bajka, która ma mnie zmotywować do cięższej pracy. Szybkie przenoszenie się z jednego miejsca w drugie, to nie tylko wytrwałość, ale cierpliwość i spokój. Do dziś pamiętam, kiedy po raz pierwszy podjąłem się skoku z przyjacielem. Przez długi czas wypominał mi jeszcze to stracone ucho, a ja kazałem mu się cieszyć, że lepiej tak, niż bez ręki, czy nogi. Wykrakałem? Chyba jednak coś z tego wróżbiarstwa zostało, bo niedługo po tym okulał podczas akcji. Parę lat później zdobyłem licencję na grupową teleportację, egzamin był cholernie trudny, a egzaminator czepialski, ale po tak długim czasie ćwiczeń i testów, nie było innej opcji. Zresztą zanim do tego doszło, miałem trudną przeprawę. Zgrabny transport nie był dla mnie sztuczką, a instynktem. Czułem to ciele — krótkie napięcie tuż przed skokiem, moment absolutnej ciszy, w którym świat jeszcze istnieje, a za ułamek sekundy już nie. Bywały napady eleganckie, czyste, takie, po których zostawał tylko pusty sejf i pytanie bez odpowiedzi; bywały też chaotyczne, zbyt głośne, z alarmem uruchomionym sekundę za wcześnie albo partnerem, który w panice chwytał nie ten przedmiot, co trzeba. Kilka razy teleportacja ratowała nam skórę dosłownie w ostatnim momencie, czasem zostawiła pamiątki — przypalone krawędzie, ból głowy, czyjeś przekleństwa wykrzyczane w próżnię. Uczyłem się na błędach, cudzych i własnych, w żadnym momencie nie tracąc na zuchwałości. W końcu coś musiało pójść nie tak.

Do dziś nie potrafię wskazać dokładnego momentu, w którym szczęście przestało współpracować — czy to był zły informator, zbyt pewny siebie klient, czy po prostu mój własny nadmiar luzu. Wiem tylko, że tym razem uciekłem nie o krok, a o uderzenie serca przed konsekwencjami. Drzwi zamknęły się za późno, zaklęcie poszło krzywo, a ja zniknąłem z miejsca, czując na karku czyjś wzrok, którego nie dało się zbyć uśmiechem. Od tamtej pory miałem wrażenie, że jestem obserwowany. Nie nachalnie, raczej metodycznie, jakby ktoś sprawdzał, dokąd się poruszę, zanim zdecyduje się na następny ruch. Nie czekałem, aż pętla się zacieśni, aż ktoś zapuka do drzwi, czy wyda mnie za odpowiednią cenę. Spakowałem się szybciej niż zwykle i przemknąłem do Europy, zostawiając za sobą Stany i niedokończone sprawy.



1954 - wyjazd do Europy

Zacząłem na południu, w mieście, które znało handel lepiej, niż prawo, a obietnice były tu traktowane jak waluta wymienna. Języka nie znałem prawie wcale, co paradoksalnie okazało się zbawienne — uśmiech, gest i odpowiednio dobrany ton załatwiały więcej, niż poprawna gramatyka. Poznałem ludzi, którzy mówili za mnie, tłumaczyli, gdzie trzeba i nie zadawali zbędnych pytań, bo sami funkcjonowali na podobnych zasadach. Początkowo trzymałem się nisko, bez dużych skoków i rozgłosu. Zaszyłem się w warsztatach, na zapleczach sklepów, w ciasnych mieszkaniach, gdzie wzornictwo i jubilerstwo trzymały mnie w pionie. Dłonie pracowały, głowa miała się czego chwycić, a ja powoli odbudowywałem rytm. Sprzedawałem niewiele, głównie pojedynczym klientom, którzy doceniali dyskrecję. Włochy były dla mnie etapem przejściowym — miejscem, w którym mogłem zniknąć wystarczająco skutecznie, by w spokoju zdecydować, gdzie pojawić się następny raz. Ktoś rzucił mimochodem, że w Anglii jest teraz ciekawiej. Lepiej językowo, lepiej logistycznie, a Londyn to miasto, które potrafi połknąć każdego i nawet się nie odbić. Dodał też coś o tym, że czasy się robią niespokojne, a w takich momentach zawsze najlepiej zarabia się na tych, którzy chcą zniknąć, ukryć coś albo kogoś przenieść z punktu A do B bez zadawania pytań. Brzmiało jak zaproszenie.



od 1957 - Londyn

Wyspy okazały się inne niż reszta Europy — bardziej spięte, świadome samych siebie. Tu nie wystarczał sam urok; trzeba było umieć czytać napięcia, wyłapywać niuanse, wiedzieć, komu wolno powiedzieć za dużo, a komu absolutnie nic. Zacząłem budować nową siatkę znajomych powoli, ostrożnie, z tą samą precyzją, z jaką dobiera się kamienie do oprawy. Transmutacja stała się moim głównym narzędziem pracy — nie efektowna, raczej chirurgiczna, do zmiany detalu, który robił różnicę. Po drodze musiałem też liznąć obrony przed czarną magią, bardziej z rozsądku, niż ambicji. Kilka akcji boleśnie uświadomiło mi, że nie każdy problem da się rozwiązać ucieczką i że czasem warto umieć się bronić, zanim zrobi się krok w tył. Anglia nie była jeszcze domem, ale na pewno miejscem, w którym znów poczułem grunt pod nogami.

Europa nie zmieniła mojego podejścia do relacji, ale wyraźnie je poszerzyła. Nadal pociągały mnie kobiety — ich pewność siebie, miękkość, sposób, w jaki potrafiły jednocześnie obiecywać i wymykać się definicjom. Romantyczne epizody przychodziły łatwo, czasem trwały noc, czasem kilka tygodni, sporadycznie miesiące. Wspólne kolacje, mieszkania na chwilę, plany snute przy winie, które z samego założenia miały termin ważności. Byłem uważny, czarujący, potrafiłem słuchać i sprawiać, że ktoś czuł się wybrany — dopóki nie pojawiała się myśl o czymś na stałe. Wtedy instynktownie szukałem drzwi ewakuacyjnych. Nie z braku uczuć, raczej z przekonania, że przywiązanie i ja rzadko idziemy w tym samym kierunku. Jednocześnie pokazała mi coś, co w Stanach funkcjonowało raczej w półcieniach. Zdarzało się, że to mężczyźni przyciągali uwagę — spojrzeniem zatrzymanym sekundę za długo, rozmową, w której napięcie miało inny ciężar, niż ten, do którego byłem przyzwyczajony. Zaskoczyło mnie to, bo nie było w tym ani buntu, ani dramatycznych odkryć, a raczej naturalne rozszerzenie tego, co i tak już działało. Relacje z facetami miały czasem inny rytm, więcej bezpośredniości, mniej gry pozorów, ale nie były ani lepsze, ani gorsze, po prostu inne. Nadal nie szukałem stałości, nie budowałem wspólnych przyszłości, ale pociągała mnie ta energia, inteligencja, sposób bycia, nie płeć sama w sobie. Jeśli coś miało się wydarzyć, działo się intensywnie i bez obietnic, które dobrze brzmiałyby tylko na papierze.


W moim zawodzie konesera rzeczy niewłasnych pojawiła się pewna grupa. Ktoś kogoś znał, ktoś kogoś polecił, a ja akurat byłem w miejscu, gdzie brakowało im człowieka od rozwiązywania problemów logistycznych. Działałem z doskoku, na zaproszenie, kiedy mnie potrzebowali. Ceniłem klarowną współpracę, bez udawania, bez moralnych wygibasów. Moja rola rzadko polegała na pierwszej linii działań i częściej byłem tym, który przygotowuje grunt. Z łatwością bajerowałem bogate kobiety, rozmowy prowadząc tak, by ktoś sam wpadł na pomysł, który akurat bardzo nam pasował. Odpowiadałem za ucieczki — czyste, szybkie i bez zbędnych strat. Teleportacja łączna okazała się tu bezcenna, zwłaszcza gdy sytuacja wymykała się spod kontroli. Z czasem tempo zwolniło — nie dlatego, że przestałem umieć biec, tylko dlatego, że wreszcie nie musiałem. Londyn okazał się miejscem wystarczająco dużym, by zniknąć w tłumie, i wystarczająco ciasnym, by utrzymać sensowną sieć kontaktów. Przez lata krążyłem jeszcze po innych miastach, ale to Londyn stał się punktem odniesienia, do którego wracałem. Wzornictwo wyrosło na coś więcej, niż sposób radzenia sobie z frustracją, stało się dobrym biznesem. Amulety, biżuteria, przedmioty użytkowe z magią wplecioną w formę — cechowały mnie estetyka, funkcjonalność i solidne wykonanie. Klienci lubią myśleć, że kupują błyskotkę, albo talizman na szczęście, ale ja wiem, że kupują sobie spokój, przy okazji dając mi idealną przykrywkę. Nazwisko Holloway zaczęło krążyć w odpowiednich kręgach jako rzemieślnik, nie problem. 

Żyję dobrze. Może nie spektakularnie, ale za to wygodnie. Lubię dobre tkaniny, cieszące oko dekoracje, porządne alkohole, oraz miejsca, gdzie nikt nie zadaje zbyt wielu pytań. Zdecydowana większość mojego dorobku jest kradziona, zarówno bibeloty, sprzęty, jak i ubrania. Nadal podróżuję, bo tego nie da się ze mnie wyplenić, ale już nie uciekam. Jeśli znikam, to dlatego, że chcę, a nie muszę.

0
Pozostało PP
mind
0
Pozostało PM
2
0
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
22
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
8
11
10
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Rozpoznawanie wartości przedmiotów dotyczących profesji postaci
Ścieżka XII — Przestępczość
Włamywanie się i otwieranie zamków
Zręczne ręce i kradzież kieszonkowa
Przemyt i czarny rynek
Ścieżka XIII — Szpiegostwo
Kamuflaż i maskowanie tożsamości
Unikanie pułapek i zabezpieczeń
Skradanie się
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
sztuka kłamstwa i oszustwa
urok osobisty
odczytywanie emocji i czujność
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
jubilerstwo
Ścieżka XVIII — Sport
taniec
Ścieżka XIX — Technika i rzemiosło
magiczne wzornictwo (jubilerstwo)
Ścieżka XXI — Magiczna umiejętność
Teleportacja łączna

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Gabriel Holloway
Zarejestrowani
Wiek
37
Zawód
miłośnik rzeczy niewłasnych
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
2
22
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
11
10
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:57
[w budowie]
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Gabriel Holloway
Zarejestrowani
Wiek
37
Zawód
miłośnik rzeczy niewłasnych
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
2
22
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
11
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 14:43
Podbijam <3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-01-2026, 09:35 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.