— Silence.
— Repeat that, I didn't hear you properly.
— Silence.
Ciżba zgromadzenia pulsowała jak źle zszyta rana: zbyt wielu ludzi, zbyt wiele dźwięków, każdy przekonany o wadze własnego gardłowania. Jazgot gderających myśliwych mieszał się z nerwowym ujadaniem ogarów, które — podobnie jak ich panowie — miały aż nadto do powiedzenia, a niewiele do zrozumienia. W powietrzu wisiał ciężki, lepki odór flaków świeżo upolowanej zwierzyny, piętrzących się bez wstydu na drewnianych stołach, jakby sama obfitość miała pełnić funkcję rozgrzeszenia. Kufle grzanego wina i gorzały z nabożną pieczołowitością, zderzały się o siebie z łoskotem, który uchodził tu za radość. Listopadowy występek świętowania nadchodzących świąt miał swój osobliwy rytm: ofiara złożona na piedestale miłosiernych Nornir, by rok obecny — i najlepiej następny — raczył być łaskawszy, mniej skory do odbierania, a bardziej skłonny do udawania, że coś daje. Odkupienie grzechów, oczywiście tymczasowe, bo nikt nie miał złudzeń, że wystarczy na długo; ot, rodzaj umowy zawieranej co roku na nowo, z tą samą powagą i tą samą hipokryzją.
I to właśnie — poniekąd — zawsze pamiętał po swoich urodzinach, gdy jeszcze na kiwających się, niepewnych nóżkach pełzł za ojcem, dzielnie i bez zadawania pytań, obłóczony w ciepły kaftan z futrzanym zwieńczeniem obszernego kaptura. Był wtedy dodatkiem do sylwetki dorosłego, cieniem ciągnącym się po śniegu, świadkiem, nie uczestnikiem. Mielił w ustach pojedyncze zgłoski pierwszych słów, nieświadomy, że już wtedy układały się w zapowiedź przyszłych wyborów — tych, które z czasem przestały być wyborem, a stały się po prostu kontynuacją. Suchą, konsekwentną i, w gruncie rzeczy, dość przewidywalną.
Pierwszy syn — pierworodna duma i przyszła spuścizna, brzemię noszone od pierwszego tchu. Najtrudniejsze przedstawienie zaczynało się, zanim nauczył się rozróżniać głód od chłodu; bez matczynej miękkości, ledwie spamiętanej w kołysce, której brak z czasem przestał boleć, bo stał się normą. Od kiedy pamięć sięgała, zasłuchiwał się za to w ojcowskie opowieści snute przy wyprawianiu skór — mity o bogach nordyckiego pogórza, potężnych i nieczułych, takich, którzy nigdy nie mieli dość i nigdy nie byli usatysfakcjonowani. Być może dlatego tak dobrze zapadały w pamięć.
Zostać wielkim myśliwym, jak Ulr z opowieści i jak ojciec z krwi i kości, było marzeniem wyłącznie z nazwy. W istocie stanowiło raczej systematyczne podżeganie ambicji, ostrzenie ich do granic rozsądku, aż przestawały ciąć, a zaczynały ranić noszącego. Nic nie było wystarczające. Każda zdobycz smakowała krótko, lakoniczne skinienie gasło szybciej niż ogień pod mokrym drewnem. Siła nigdy nie koiła — siła jedynie pobudzała głód, ten sam, który kazał iść dalej, głębiej, szybciej, choć nie bardzo było wiadomo dokąd. Muzyką nie były kołysanki, lecz szum listowia, chrzęst spękanych gałęzi na trakcie i ten ostatni, żałosny zryw zwierzyny, nim śmierć na dobre zalegała w jej mętnych oczach. Przemoc nie była celem; była kompensacją, narzędziem porządkowania rzeczywistości, w której brakowało prostych odpowiedzi. Trzask ogniska podczas nocnych sprawunków, skrzypienie palców przy zastawianiu wnyków i wystawianie ciała — oraz cierpliwości — na zapędy buńczucznej, angielskiej pogody składały się na rytuał, który miał hartować. Hart był nieposzlakowany, bo musiał taki być; ostrze ojcowskiego słowa nie znało stępienia, a batożenie za posępstwo błędów pełniła rolę kary.
Jeśli już wielbić chaos, to wyłącznie ten, który rodził się pośród napływających myśliwych po polowaniu — hałas wtórny, przewidywalny, niegroźny. W istocie bowiem wielbił ciszę; tylko ona dawała możność widzenia w lesie więcej i bardziej, odsłaniając to, co umykało innym. Cisza była narzędziem, nie luksusem. Pozwalała przebrnąć przez kolejne strofy mitów i niezliczone księgi ojca, porozstawiane na ciężkich półkach dębowych regałów. Tylko cisza mogła to unieść. Tylko cisza mogła — jak lubił sobie wmawiać — zagłuszyć wewnętrzny niepokój, który nigdy nie znikał, a jedynie zmieniał natężenie. I właśnie ona była pierwszą ofiarą, gdy skomlące chęci zabawy dzieciaki zapragnęły uwagi. Ukryty pośród stajni, w gęstwinie zapachu siana i wilgoci, pomyślał z nerwowym rozbawieniem, że pragnie tylko ciszy. Belka trzasnęła z godnym uwagi impetem, krzyk i ucieczka nastąpiły w porządku wzorowym, a on został sam — z pokracznym zadowoleniem, bardziej bestyjki niż dziecięcym. Satysfakcja była krótkotrwała, jak zawsze.
Zawsze wspominał obecność pałętających się czarnych ogarów krążących wokół ojca, ich podły, gardłowy skowyt niosący się po kniei jak obietnica kary, nie ostrzeżenie. Do tego spiekota potu roszącego skronie i to nieustanne wzmacnianie ducha oraz siły — jakby jedno bez drugiego nie miało racji bytu. Nawet małostkowość porzucania latorośli gdzieś hen w dziczy uchodziła tu za metodę wychowawczą; zawsze był on i ona, brat i siostra, pozostawieni naturze niczym źle dobrany eksperyment. Ojciec znikał, a las zostawał. Bywały chwile, gdy przy niej, w tej wymuszonej samotności bez nadzoru, tracił na powadze — płatał figle podszyte okrucieństwem dziecka, które uczy się władzy, karmiąc się trwogą Varinki. Śmiech miał wtedy krótki, urwany, jakby nawet on sam nie był do niego przekonany. A przecież potknięcia, te drobne i te groźniejsze, wzmacniały ich kolejno: duszę, ciało i wagę tego, kim byli dla siebie. Uczyły zależności, której nie nazywało się po imieniu.
Twarda dłoń wychowania była tu codziennością, nie wyjątkiem; nadawanie szlifu i siły stanowiło naturalne dopełnienie wszystkiego, co miało go uwiecznić w uporczywej narracji o sile przodków i ich własnej. Ból traktowano jak narzędzie korekcyjne — raz ranił dłonie o ostrości stromych ścian głazów, wspinając się z uporem godnym lepszej sprawy, wzmacniając ramiona i to kruche zaufanie do samego siebie, które wymagało ciągłego potwierdzania. Gdzie indziej, w innym czasie, przecinał powoli szlaki leśnego poszycia na grzbiecie usiężnego w kłębie ogiera, ucząc się kontroli nad tempem, nad strachem, nad cudzą siłą pod własnymi dłońmi. Zawsze miał więcej tej dwojakiej swobody, której młodszej siostrze odmawiano w imię uległości i posłuchu — przywilej pierworodnego, brzemię w jednym pakiecie. Cóż to była za głupota; ani on, ani ona nie bywali do końca przekorni wobec rozkazu, bo opór nie mieścił się w katalogu dozwolonych reakcji. Siła rosnąca z biegiem lat miała być orężem, nie pytaniem.
Durmstrang przyjął go z otwartymi ramionami, jakby był naturalnym przedłużeniem domowej musztry, echem znanych już zasad, tylko ubranym w bardziej wyszukane formy. Dom — tak nazywał lata szkolne przepełnione rywalizacją, którą swoiście uwielbiał, bo pozwalała mierzyć się z innymi bez konieczności tłumaczenia motywów. Nie było komend ojca i jego oszczędnych pouczeń, lecz nabyty warsztat umiejętności miał to zrekompensować; miał wreszcie przekłuć wszystko w wygraną, jakkolwiek by ją definiowano. Skandynawska bryza była tchem przodków — nie metaforą, lecz wygodnym usprawiedliwieniem nieustannej potrzeby bycia lepszym i silniejszym. Hart organizmu kształtowany na mrozach i mnogość sposobów wyperswadowania innym ich rzekomej wyższości zaczynały się od pięści, bo te były najszybsze w użyciu, a dopiero potem pojawiała się słodycz pierwszego przecięcia powietrza zaklęciem. Magia przychodziła później, jak luksus, nie fundament.
Czarna magia miała w sobie coś niezaprzeczalnie pięknego — w opowieściach o torturach, w kakofonii agonalnych spieków i drobnych, mimowolnych drgnięciach mięśni, które zdradzały granice cudzego ciała. W brutalności dostrzegał estetykę, w czystej sile ludzkiego potencjału — porządek rzeczy. Wyższość nie była tu pojęciem filozoficznym, lecz praktycznym narzędziem; słabsi winni być podnóżkami, nie partnerami do oddychania tym samym powietrzem. Tak było prościej i, co ważniejsze, logiczniej. Nie dziwiło więc nikogo — a przynajmniej nikogo istotnego — że zamiast pochylać się nad książkami i marnotrawić czas na pasje pozbawione adrenaliny, przekładał siłę w czyny. Gmerał spojrzeniem pośród piękna słowiańskiej krwi w kobiecym ubarwieniu, wdawał się w utarczki na pięści z tą samą powagą, z jaką inni odprawiali modlitwy; dewastować innych. Wsłuchiwać się na zajęciach w opowieści o starożytnych runach i podstawach ekonomii. Acz nieustannie czaiła się tęsknota za polowaniami. Angielska szarość nigdy nie była dla niego przeszkodą — raczej bladym tłem dla rzeczy, które naprawdę miały znaczenie.
drzewko


