• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 23.02.1955 r. | Po horyzont
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
11-11-2025, 19:06
Axel Devereaux (wtedy jeszcze Delacour) x Kenneth Fernsby Calais 1955 r.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
11-11-2025, 22:34
Wiatr hulał, zimny, lodowaty, lutowy wiatr niosący ze soba podmuchy mroźnego powietrza. Autobus turlał się pod górę, wdrapując swoje pękate cielsko po śliskiej drodze. Pasażerów było niewielu, kilka zakonnic, jakiś starszy pan i chłopak, który siedział z tylu przy oknie. Wpatrywał się w widok za szybą jak zaklęty. A to, co widział przez cala drogę z Paryża zmieniało się, miejskie zabudowania ustępowały miejsca coraz bardziej wiejskiemu krajobrazowi, lasy, pola i malutkie miasteczka przemykały pozostawiając po sobie jedynie smugi pamięci. Kiedy ruszyli z Gare du Nord Axel nie mógł powstrzymać łez. Skulony na fotelu chował się przed ludźmi siedzącymi wokół, nie chcąc by ktokolwiek zwracał na niego uwagę. Naciągnął szalik wysoko i po prostu rozpaczał nad swoim losem w ciszy. Po kilkunastu kilometrach zasnął wtulony w fotel i obudził się dopiero pod samym Calais. Tych kilka dni wymęczyło go solidnie, niewiele spał, kiepsko jadł i bardzo szybko odkrył, że jego ubrania były za lekkie na temperatury, które panowały w środku lutego w Paryżu. Jedynie buty mial sensowne, skórzane i wyściełane ciepłą wełną.
Tydzień temu łudził się, że zostanie w Paryżu, lecz bardzo szybko zdał sobie sprawę z tego, że gdziekolwiek nie poszedł, wszędzie drzwi były dla niego zamknięte. Dowiedział się jedynie tego, że wyjechał, daleko goniąc za karierą, taką wersje przekazali rodzice wszystkim, do kogo mógł się zwrócić. Madame Petit nie chciała z nim rozmawiać, widocznie ojciec musiał ją czymś wystraszyć, że nie chciała nawet otworzyć drzwi kiedy próbował znaleźć u niej schronienie. Pieniądze kurczyły się w zastraszajacym tempie, a perspektywy topniały jak kostki lodu pozostawione na słońcu. Spontaniczna decyzja w końcu wykiełkowała w jego umyśle, postanowił jechać do Londynu. Gdzie ludzi znających go mógł policzyć na palcach jednej dłoni i tam istniał rownież poważny świat baletu.
Postanowienia wydawały się być realne i ambitne, lecz od kiedy jego serce zostało rozdarte a najwieksza zdrada uderzyła go ze strony ojca, nie potrafił się pozbierać. To był impuls, targając walizkę po prostu kupił bilet i wsiadł do autobusu, który mia go zabrać do Calais. A tam znajdzie statek, najlepiej magiczny z magiczną załogą. I tak oto właśnie dojeżdżał do portu.
Wysiadając z wehikułu dostrzegł znajomy widok statków cumujących w dokach. Bywał tutaj z ojcem, z rodziną, stad wypływali na wyspy, kiedy nie korzystali z sieci Fiuu. Wiedział, gdzie powinien iść, żeby znaleźć odpowiednie statki i załogi. Minął kilka łajb, których załoga nie zachęcała i Axel nawet nie próbował do nich zagadywać. A im dalej szedł, tym napotykał coraz większe okręty i jeden z żaglowców zwrócił jego uwagę. Kojarzył ten żaglowiec, płynął już nim kiedyś i pamiętał, że nazywał się Zefir. Skoro już kiedyś nim płynął, to znaczy, że był raczej bezpieczny.
Otulił się szczelniej płaszczem i podszedł do młodego mężczyzny, który wyglądał na kilka lat starszego od niego.
- Excusez-moi? - Zaczął po francusku, lecz po chwili odchrząknął i przeszedł na angielski, w którym wybrzmiewały mocne nuty francuskiego akcentu. - Gdzie płynie Zefir? Jeśli to Dover, to czy znajdzie się miejsce na pokładzie? Mam czym zapłacić, ale też mogę się przydać. - Im dłużej stał na wietrze, tym bardziej czuł chłód. Drżał pod niekoniecznie ciepłym okryciem, przy czym generalnie nie wyglądał na kogoś, kto ciężko pracował w życiu przy dźwiganiu i szarpaniu lin. Ale chęci mial wymalowane na twarzy, a zimne spojrzenie tęczówek w kolorze przypominającym błękit lodu było pełne determinacji. Musiał opuścić Francję choćby nie wiadomo co.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
16-11-2025, 13:08
Port w Calais pulsował chłodnym, słonym oddechem morza. Fernsby stał na pokładzie „Zefira”, z dłonią opartą o reling, obserwując ruch doków z uważnością człowieka, który już dawno nauczył się czytać każdy dzień w porcie. „Sophie”, jego pierwotny statek, dokował teraz w suchym doku w Southampton, tak poturbowana po ostatnim rejsie, iż nawet najbardziej zaprawieni w bojach bosmani kręcili głowami. Z tego powodu cała jej załoga została tymczasowo oddelegowana na „Zefira”. Statek był solidny, porządnie zbudowany, ale brakowało mu duszy, tej kapryśnej, roziskrzonej iskry, którą „Sophie” miała we wszystkich skrzypiących deskach i każdym westchnieniu olinowania.
Ciężkie skrzynie były unoszone nad pokładem, jedne zwyczajne, z produktami przeznaczonymi dla mugolskich portów, inne obite runicznymi plombami, których Kenneth wolał nie dotykać. W świecie, w którym na wodach potrafiły przemykać zarówno syreny, jak i magicznie modyfikowane łodzie patrolowe Ministerstwa Magii, przezorność pierwszego oficera była nie tylko zaletą, lecz obowiązkiem. Marynarze oraz pracownicy magazynów krzą­tali się po trapach, na tle ponurych nawoływań dokowych kapitanów. Rutyna nadawała wszystkiemu porządku. Każdego ranka miał odprawę z bosmanem, przeglądał listę ładunkową, wypełniał dokumenty, z których większość musiała posiadać zarówno mugolskie, jak i czarodziejskie pieczęcie. Potem doglądał prac, by na koniec zdać raport kapitanowi.
Zimowy wiatr świszczał między masztami, kołysząc banderą „Zefira”. Dzisiaj mieli wypłynąć. Dzisiaj „Zefir” miał zabrać ich na wodę, a on jako pierwszy oficer musiał mieć pewność, że łajba jest gotowa na kolejną podróż.
— Fernsby! — zawołał bosman Leclerc z dołu. — Kolejna partia jest gotowa!
Kenneth skinął głową, odrywając dłoń od relingu. Deski pod jego butami zadrżały od kolejnego opuszczanego ładunku. Zszedł niżej, aby upewnić się, że skrzynie są odpowiednio zabezpieczone. Kto wiedział ten wiedział, że statek należy do czarodziei, ale kto nie wiedział, nie miał prawa nic zobaczyć. Zabezpieczenia miały dla mugoli wyglądać jak ozdobna taśma, jak coś co nie powinno ich zaciekawić. Zimny podmuch wiatru wdarł się za podbitą futrem pazuchę marynarza. Już zapomniał, że parę godzin temu siedział przy ciepłym kominku z kubkiem grzańca w dłoni. Niespodziewany głos wyrwał go z pracy i odwrócił się, aby spojrzeć na młodego chłopaka, który właśnie go zaczepił. Zmarszczył nieznacznie brwi zaskoczony pytaniem. -Aj, płynie do Dover. - Odpowiedział lustrując nieznajomego od góry do dołu. Czarodziej czy mugol? Zabieranie ludzi na rejs nie było nie spotykaną praktyką. Regularnie ktoś potrzebował pomocy czy dostania się gdzieś, gdzie lot na miotle był skazany na porażkę, teleportacja zbyt niebezpieczna albo proszek Fiuu nie miał takiego zasięgu. Przeprawa do innego kraju była właśnie taką podróżą. -A praca zawsze się znajdzie. Kucharz zawsze narzeka, że ma za mało rąk do pomocy, a wiele gąb do wykarmienia. - Dodał jeszcze, choć wiedział, że ostateczną decyzję musi podjąć kapitan Zefira, on zaś mógł go przekonać. -Kenneth Fernsby, pierwszy na Zefirze, kapitan przyjmie prośbę, nazywasz się?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
17-11-2025, 23:09
Nie trzeba było być marynarzem, aby się domyślić, że chłopak był w porcie raptem kilka razy w życiu. Statki rozpoznawał jedynie po wypisanych na rufach słowach, a jego ubiór jasno wskazywal na chłopaczka ze stolicy. Był zdecydowanie za lekko ubrany, a jego młoda twarz wskazywała na to, że balansuje na granicy dorosłości, wiec można było go łatwo wziąć za chłystka. Przemykał pomiędzy pracującymi w porcie ludźmi, kilka razy ktoś na niego krzyknął, by się nie plątał pod nogami, a innym razem prawie został stratowany przez konia albo przejechany przez wóz.
Dla Axela był to istny chaos. Ludzie uwijali się jak mrówki, a wielkie łupiny statków bujały się na falach. Maszty i kominy górowały nad nim, sprawiając że trudno było mu się nie zachwycać tym widokiem. Przypominało mu to raczej tło baśni lub pełnej przygód opowieści, niż rzeczywistość w której sam uczestniczył. Pozwoliło mu to trochę zapomnieć o palącym jego duszę żalu, o tęsknocie za Paryżem. Ale tylko na moment, bo kiedy dotarł do "Zefira" myśli o opuszczeniu Francji stały się znów przytłaczające.
Wszystko wskazywało na to, że statek już niedługo się załaduje i ruszy w rejs. Tylko czy jego kierunek będzie taki sam jak i cel Axela? Na to pytanie właśnie odpowiadał człowiek, który wyglądał o wiele bardziej schludnie niż robotnicy. Był odrobine niższy od samego Axela, ale zdecydowanie bardziej postawny i na pewno silniejszy.
- Merveilleusement. - Chłopak odetchnął z ulgą słysząc, że znajomy statek płynie właśnie tam, gdzie on potrzebował się dostać. Oby tylko kapitan go nie skojarzył, bo nie pamiętał, aby kiedykolwiek zamienił z nim chociaż słowo. To ojciec przesiadywał w kajucie kapitana racząc się brandy i słuchając fascynujących opowieści starego wilka morskiego. Axel raczej snuł się po pokładzie obserwując z jednej strony morze północne a z drugiej ocean.
- O... oczywiście. - Axel kiwnął gorliwie głową, chociaż przez dosłownie ułamek sekundy chciał zaprzeczyć, że nie nadaje się do kuchni, bo z niego taki kucharz, że lepiej nie mówić. Axel doskonale znal zastosowanie wszelkich sztućców, ale to, co działo się w kuchni było dla niego tajemnicą. Uśmiechnął się jedynie smutno, bo skoro mieli zawsze jakiś wakat, to znaczy że przyoszczędzi trochę galeonów.
- Milo mi. - Francuz kiwnął głową i wyciągnął w kierunku Kennetha dłoń. - Axel De... - Zawiesił się i przełknął silne, brzmienie własnego nazwiska zapiekło go w podniebienie i sprawiło, że z ledwością powstrzymał grymas. - Devereaux. - Dokończył ciesząc się, że Kenneth wykazywał jakiekolwiek przejecie prośbą chłopaka.
Tego nazwiska używał już w Paryżu, kiedy potrzebował schronić się u czarodziejów o wiele niższymi statusie społecznym niż jego dotychczasowy. Delacour mogło odstraszyć, na pewno pojawiłyby się niewygodne pytania i Axel wolał uniknąć powracania do wydarzeń sprzed kilkunastu dni. Zaczynał nowy rozdział, był kimś innym i tak powinno już pozostać. Poprawił chwyt na walizce i z wyczekiwaniem spojrzał na pierwszego oficera, chciał jak najszybciej dostać się na pokład. Jakby francuska ziemia zaczęła go parzyć, jakby strach go obleciał, że jeśli nie pospieszy się, to nie odważy się ruszyć dalej.
- Dziękuję, nie będę sprawiał kłopotów. Kiedy tylko statek dobije do Dover, pójdę w swoją drogę. - Przekonywał bardziej siebie niż Kennetha, ale wypowiedziany plan na pewno szybciej i łatwiej się realizowało niż taki dumany. Teraz mając świadka, wiedział, że tak się właśnie stanie. Dover będzie jego następnym przystankiem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
05-12-2025, 23:01
Kenneth zmrużył nieznacznie oczy. Na odległość kilku mil był w stanie wyczuć desperata, który próbuje się ukryć lub uciec. Połowa tej załogi tak właśnie zaczynała swoją służbę. Nie jemu oceniać ludzi i ich pobudki życiowe. Póki on miał święty spokój to każda para rąk na pokładzie się przyda. Chociaż chłopak stojący przed nim - wysoki jak tyczka - nie wyglądał na takiego, co to się różnych zajęć imał. Raczej pochodził z dobrego domu. Czy uciekał na wielką przygodę, bo jego szlachetnie urodzony rodzic chciał, aby realizował jego wielki plan? Cóż, nie sprawa Kennetha. On ojca nigdy nie poznał, wiedział jedynie, że był z tych o czystej, idealnej krwi, a on był owocem przygodnego romansu. Historia stara jak świat, gdzie za uniesieniem szła szara rzeczywistość samotnej matki i jej syna bękarta.
Uścisnął podaną mu dłoń, a potem wskazał na pokład. -Pójdzie pan ze mną, panie Devereaux.- Skierował się na wejście na trap i poczekał, aż potencjalny pasażer do niego dołączy. -Ma pan jakieś papiery? - Wolał wiedzieć wcześniej czy realnie ma do czynienia z uciekinierem i jak przedstawić to kapitanowi. Jeśli chłopak będzie chciał ukryć swoją tożsamość, to wtedy na pewno zapłaci ekstra. Należało się jeszcze upewnić, że ma do czynienia z czarodziejem. -Proszę uważać na gumochłony, przyklejają się czasem do mokrych desek pokładu.- Po reakcji mógł określić czy w ogóle warto zawracać kapitanowi głowę, czy jedynie wziąć chłopaka na przetrzymanie i oznajmić, że żadna suma nie załatwi mu miejsca. Nie chciał mugola na pokładzie. Nie na tym rejsie. Ostatecznie udał się do kapitana, a Alex został na chwilę sam na sam ze swoimi myślami. Deski pomostu drżały lekko przy każdym uderzeniu fali, a po jego powierzchni przemykali marynarze, jakby poruszali się według jakiegoś tajemnego, morskiego kodu. Ktoś zwijał sznur, ktoś inny rozwijał go w tym samym czasie; jedni ciągnęli za liny, inni je luzowali, a wszystko to odbywa się bez zbędnych słów. Wystarczyło spojrzenie, krótki gest, mruknięcie, by praca posuwała się naprzód. Słony wiatr targał ubrania, skrzypienie want, stukanie bloków i głuche pomruki kadłuba tworzyły orkiestrę, której dyrygentem było morze. Marynarze zdawali się nie zwracać uwagi na nowego członka załogi, ale był bacznie obserwowany, a żaden z ludzi nie zdradzał się niczym, że są czarodziejami na magicznym statku.
Kenneth nie kazał na siebie zbyt długo czekać. Po chwili powrócił i kiwnął głową. -Macie miejsce na statku. - Następnie wyjrzał zza ramienia chłopaka. -Panie Leclerc! - Bosman zjawił się w dwóch susach. -Mamy dodatkowego załoganta. Pan Devereaux wspomoże naszego kucharza.
Bosman na te słowa zagwizdał jedynie cicho, a następnie kiwnął głową zapewniając przy tym, że zaraz przygotuje hamak dla dodatkowego załoganta. Padła komenda, że statek odbija za dwie szklanki i pokład ma być cały sklarowany. -Proszę na razie zostać na górnym pokładzie. Jak hamak będzie gotowy, bosman wskaże miejsce na czas podróży. Odbijamy za godzinę. Później poza pan kucharza. - Z tymi słowami zostawił chłopaka samego.
Gdy portowe dzwony oznajmiły porę odejścia, na pokładzie statku ruch zagęścił się niczym fala, która zbiera siłę przed uderzeniem. Marynarze zaczęli uwijać się szybciej, luzując ostatnie cumy oplatające nabrzeże jak grube, mokre węże. Liny, ciężkie od zimowego deszczu, opadały na deski z tępym plaśnięciem, a powietrze przesiąknięte było zapachem soli, oleju i wilgotnej mgły unoszącej się nad portem Calais. Nad głowami wisiało ołowiane niebo, jednolita, zimowa pokrywa chmur, które zdawały się ocierać o maszty. Światło było blade, rozproszone, bez cienia barwy, jakby dzień zawisł w zawieszeniu, nie mogąc zdecydować, czy naprawdę chce się rozpocząć. Powoli, niemal uroczyście, statek zaczął odsuwać się od brzegu. Woda przy dziobie spieniła się niespokojnie, a portowe światła, rozmazane przez wilgoć, zaczęły oddalać się w mlecznej mgle. Na pokładzie trwała nieustanna krzątanina: jedni zabezpieczali sprzęt, inni walczyli z porywistym wiatrem, jeszcze inni na moment przystawali, by rzucić ostatnie spojrzenie ku znikającemu miastu. Kenneth, z twarzą nieco zarumienioną od chłodnego wiatru, ruszył przez pokład pewnym, sprężystym krokiem. Odnalazł pasażera stojącego przy relingu i przez chwilę obserwował go z życzliwą cierpliwością bo wiedział, że dla kogoś spoza morskiego świata ten chaos i zimowe niebo mogły być przytłaczające. Gdy statek ustabilizował kurs, Kenneth zbliżył się i położył dłoń na poręczy obok niego. -Proszę za mną - powiedział tonem uprzejmym, lecz stanowczym. -Czas przedstawić pana naszemu mistrzowi rondli i chochli.
Poprowadził pasażera w dół wąskimi, nieco skrzypiącymi schodkami, gdzie powietrze było cieplejsze i pachniało czymś, co mogło być zupą albo przypalonym mięsem. Gdy dotarli do drzwi kambuzu, z wnętrza dobiegł gromki śmiech, jakby ktoś opowiadał historię większą od samego statku. Kiedy weszli, kucharz odwrócił się energicznie, trzymając w dłoni drewnianą łyżkę niczym sceptre. Był krępy, pulchny i obdarzony uśmiechem tak szerokim, że zdawał się rozjaśniać pół pomieszczenia. -A to nasz pomocnik! - zawołał, zanim Kenneth zdążył go przedstawić. -Chodźże, człowieku, nie gryziemy! No, chyba że ja coś przypalę, a wtedy gryzą wszyscy! - Jego śmiech wypełnił kambuz jak ciepła para znad garnka, a atmosfera natychmiast stała się lżejsza.
-Powodzenia. - Zaśmiał się sam Kenneth, a kucharz zmierzył go wzrokiem. -Wiem, wiem. Inaczej nie będzie grogu. - Podniósł dłonie w obronnym geście.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
14-12-2025, 23:03
Jedno spojrzenie wystarczyło. Zmrużenie powiek, zmarszczenie brwi zdradziło Kennetha i jego myśli na temat Axela. Oficer był bardzo blisko prawdy, ale nie trafił w sedno. Axel był desperatem, ale nie zalazło mu na ucieczce czy ukryciu się. On musiał odejść z francuskiej ziemi. Został tutaj wymazany, zabrano mu nazwisko, zabrano wszelkie znajomosci, odebrano grunt pod nogami i wszystko to, co kiedyś nazywał domem, stało się obcym światem. Wygnano go z domu, ale również i wygnano z Francji, gdzie stal się nikim, znaczył tyle co nic, nikt kto go znał, nie chciał mieć już nic więcej z nim do czynienia. To było trudne, ta decyzja przyszła o tydzień za późno i o kilkanaście złotych monet.
Teraz próbował kupić sobie bilet do nowego świata, gdzieś gdzie było bardzo niewiele osób, które mogły go kojarzyć i trafienie na nie graniczyło w pewien sposób z cudem. Na pewno dotrą do nich plotki, prędzej czy później. A Theo... Sowa była cały czas z nim, chowając się w kieszeni cienkiego płaszcza. A teraz, kiedy Axel rozpoczął rozmowę z Kennethem, ciekawski ptak wychylił łebek ze swojej kryjówki. Bo kto, jak nie czarodziej mógłby podróżować z sową?
Axel ruszył na trap w ślad za Fernsbym, opatulił się czując nieprzyjemny dreszcz. Spojrzał jeszcze raz za siebie, kiedy jego stopy opuściły już ostatni fragment lądu, nie było już odwrotu.
- Dokumenty? - Nie spodziewał się, że ktokolwiek będzie chciał od niego dokumentów, chociaż powinno to być oczywiste. Skulił się w sobie, mial magiczny paszport, dokument tożsamości, był już pełnoletni o to "kochany" rodzic zadbał. - M...mam, ale nie są do końca aktualne... Zmieniłem nazwisko, bo... bo mi je zabrano. - Mruknął nie spoglądając na Kennetha, nie garnął się do pokazania mu czegokolwiek.
Przeszli dalej i Kenneth wspomniał go gumochłonach, Axel rozejrzał się wokół i kiwnął głową przyjmując tą informację. Nie wygadał na zaskoczonego, a ta nazwa nie wprawiła go w zmieszanie, tak jakby był mugolem.
- Dziękuję za uprzedzenie, będę na nie uważał. - Odprowadził wzrokiem Kennetha, który postanowił udać się do kapitana i zostawił go tutaj samego. Axel pogładził po puchatej głowie sówkę, która ciekawie spoglądała wokół. Chłopak nie mial pewności, czy na pewno uda mu się w tej chwili opuścić Francję, ale już czul, jak cos uciska go w piersi i to cos rosło i jednocześnie się zapadało, sprawiając że Axel czuł się coraz bardziej zdenerwowany.
Obserwacja krzątających się wokół marynarzy w pewien sposób rozpraszała złe myśli, a zimny wiatr smagał jego cienkim ubraniem i długimi do ramion włosami. Rumiane policzki zdradzały jednocześnie fakt, ze było mu zimno, jak i przejęcie. Kilka razy musiał się przesunąć i w końcu stanął tuż obok drzwi prowadzących do kajuty kapitana, by nie przeszkadzać pracującym marynarzom. Domyślał się, że jeśli dostanie zgodę na podroż, to i jego czeka praca, ale dla zaoszczędzenia skromnych środków był gotów nawet szorować pokład i walczyć z gumochłonami.
Kenneth nie zniknął na długo i na dodatek przybył z dobrymi dla Axela wieściami. Chłopak uśmiechnął się nikle, chociaż w duszy cieszył się z takiego obrotu spraw. W końcu coś poszło po jego myśli i nie natrafił na mur nie do przebicia.
- Dziękuję. - Skinął głową i zaraz spojrzał w kierunku bosmana, który do nich poszedł bardzo szybko. Leclerc, zapamiętał w mig to nazwisko i jego twarz, by przez podróż nie narazić się na gniew bosmana, jeśliby zapomniał, jak się do niego zwracać.
- Rozumiem, nie będę przeszkadzał. Byłem już na Zefirze. - Oblizał spierzchnięte wargi przyjmując do wiadomości, że powinien zostać na pokładzie i nie przeszkadzać, póki go nie zawołają. Zabrał swoja walizkę i postanowił przejść na dziób statku, skąd będzie mógł obserwować cały proces wypływania i skąd zawsze były najciekawsze widoki. Chociaż każdy żegnający się powinien stawać na drugim końcu statku i z rufy obserwować znikający ląd, to jednak Axel nie chciał tego robić. Jakby pożegnanie z Francją znaczyło dla niego brak powrotu, a on pomimo, że doskonale zdawał sobie sprawę, że nie ma po co wracać, to jednak nie chciał spoglądać na znikające Calais.
Axel spoglądał uparcie w kierunku horyzontu, który w tej chwili ścierał się z niebem, które miało bardzo podobna barwę do jego oczu. Wyobrażał sobie, ze gdzieś tam dostrzega swoja dalszą drogę i wmawiał sobie, że tam będzie mu lepiej. Nie minęło wiele czasu, kiedy statek oddalił się na tyle, by ostatnie skały francuskiego brzegu zniknęły. Po bladych policzkach chłopaka spłynęły pojedyncze łzy, a on by stłumić szloch zacisnął powieki, odganiając z umysłu buntownicze krzyki, lament i żal.
Słysząc kroki, które zbliżały się coraz bardziej do niego otarł rękawem mokre policzki. Odrobine zaczerwienione oczy mógł tłumaczyć chłodem i wiatrem, więc uniósł spojrzenie na Kennetha, który zaraz zaprosił go, by poszedł za nim. Axel bez słowa podążył za oficerem, nie ociągając się za bardzo. Zejście do kuchni przede wszystkim zapowiadało miejsce, gdzie mogl się ogrzać.
Zeszli pod pokład, gdzie od razu zrobiło się ciepło i przywitała ich woń jedzenia, na co wręcz natychmiast zareagował żołądek Axela i dal o sobie znać. Chłopak skrzywił się, ale nie mógł powstrzymać reakcji ciała, zwłaszcza że ostatnio niewiele ciepłych posiłków przyszło mu zjeść.
Myśli o chodzie, głodzie i beznadziei rozpierzchły się niemal natychmiast, Axel postawiony przed kucharzem wyglądał przy nim absurdalnie karykaturalnie, będąc jego dosłownym przeciwieństwem. Ale nie mógł odmówić mu uroku i poczucia humoru. Francuz ściskając kurczowo rączkę walizki wyciągnął ku kucharzowi szczupłą dłoń.
- Jestem Axel. - Przedstawił się, zdobywając na odrobine luźniejszy uśmiech. Rzeczywiście atmosfera w kambuzie była zdecydowanie bardziej przyjemna niż na zewnątrz.
- Dziękuję, panie Fernsby. - Axel przeniósł spojrzenie na oficera, miał wrażenie, że skierowanie go do kuchni przez marynarza było w wypadku Axela najlepszym wyjściem. Ciepło, sucho i może monotonna robota to jednak na tyle łatwa i prosta, że dla nowicjusza idealna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
29-12-2025, 19:33
Kenneth skinął głową na podziękowanie, ale nie zatrzymał się w drzwiach kambuzu na dłużej. Zatrzymał się dopiero kilka kroków dalej, w wąskim korytarzu pod pokładem, gdzie dźwięki kuchennego gwaru tłumiły się w jednostajny pomruk. Oparł się plecami o chłodną grodź i przez chwilę stał bez ruchu, jakby nasłuchiwał samego statku. „Zefir” miał inny rytm niż „Sophie”. Mniej kapryśny, bardziej zdyscyplinowany. Jakby jeszcze nie wiedział, kim chce być. Chłopak. Axel. Imię wypowiedziane z francuskim akcentem. Zbyt miękkie jak na port, zbyt czyste jak na kogoś, kto powinien znać smak soli na popękanych ustach. Odbił się od ściany i ruszył korytarzem w stronę schodów prowadzących z powrotem na górny pokład. Po drodze minął dwóch marynarzy niosących beczkę z solonym mięsem; jeden z nich rzucił mu krótkie spojrzenie i uniósł brew w niemym pytaniu. Kenneth tylko pokręcił głową. Nie teraz. Na pokładzie powietrze było ostrzejsze, zimniejsze, jakby morze specjalnie chciało przypomnieć, kto tu rządzi. Statek wszedł już na pełniejsze wody, kołysanie było głębsze, bardziej zdecydowane. Kenneth podszedł do relingu i spojrzał w stronę, gdzie jeszcze niedawno majaczył brzeg Francji. Teraz była tam tylko szara linia horyzontu, rozmyta i obojętna. Myślami wrócił na moment do własnych początków. Do pierwszego rejsu, do matki stojącej na nabrzeżu z twarzą zbyt dumną, by okazać strach. Do nazwiska, które niczego mu nie dawało i niczego nie odbierało. Axel miał coś do stracenia. Już stracił. To było widać w jego ramionach, zbyt napiętych jak na kogoś tak młodego. Poprawił kołnierz płaszcza i ruszył w stronę rufy. Czekała go jeszcze rozmowa z kapitanem, wpis do dziennika, sprawdzenie wachty nocnej. Rutyna. Zawsze ratowała przed zbytnią refleksją. A jednak, gdy schodził po schodach, pomyślał, że będzie miał oko na nowego pomocnika kucharza. Morze lubiło ludzi połamanych — i równie często ich do reszty kruszyło, co sklejało w coś nowego.
Kucharz parsknął śmiechem, zanim Axel zdążył się naprawdę speszyć. Burczenie w brzuchu zabrzmiało w ciepłym kambuzie niemal komicznie głośno, jakby samo domagało się uwagi. -Aaa, słyszysz to? - zakrzyknął kucharz, stukając drewnianą łyżką o rant wielkiego garna. -To nie statek skrzypi, chłopcze, to wołanie o ratunek! Morze morzem, ale głodny marynarz to najgorszy omen na pokładzie. - Zmierzył Axela spojrzeniem od stóp do głów, tym samym, którym rzeźnik ocenia kawał mięsa: bez złośliwości, za to z pełną świadomością, ile pracy trzeba będzie włożyć, by coś z tego było. Uśmiech jednak nie zniknął z jego twarzy. -No dobrze, skoro już tu jesteś, to nie stój jak kołek. - Skinął głową w stronę blatu. - Walizkę odstaw tam, pod ścianą.
Nie zdążył powiedzieć więcej, bo drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadł podmuch zimnego, słonego powietrza. Dwóch marynarzy wtoczyło się do środka, sapiąc pod ciężarem beczki. Drewno było ciemne od wilgoci, a metalowe obręcze pobrzękiwały przy każdym kroku. -Ostrożnie, do diabła! - zawołał kucharz, robiąc im miejsce. -To kolacja na pół rejsu! - Marynarze postawili beczkę z głuchym łupnięciem, aż podłoga zaskrzypiała. Zapach soli i surowego mięsa natychmiast rozszedł się po kambuzie, ciężki i ostry, mieszając się z wonią gotującej się strawy. Jeden z mężczyzn otarł czoło rękawem i mruknął coś o przeklętym zimnie, po czym obaj zniknęli tak szybko, jak się pojawili. Kucharz zatarł dłonie, jakby właśnie dostał prezent. -No i pięknie. - Spojrzał na Axela. - Zaczynamy chrzest bojowy. - Podał mu nóż. Duży, solidny, zdecydowanie cięższy, niż zwykły nóż kuchenny. -Nie martw się, nie każę ci czarować kotletów. -Mrugnął. -Najpierw obierzesz warzywa. Skrzynia tam, pod ławą. Ziemniaki, marchew, cebula. Dużo cebuli. Jak popłaczesz, to znaczy, że robisz dobrze. -Potem wskazał beczkę. -A jak skończysz, pomożesz mi z mięsem. Trzeba je wypłukać z soli i porządnie podzielić. Bez finezji, bez baletu. Tu się kroi równo i szybko.
Odwrócił się z powrotem do garnków, ale jeszcze przez ramię dorzucił - I jedno zapamiętaj, chłopcze. W moim kambuzie każdy pracuje, ale nikt nie chodzi głodny. Jak się spiszesz, dostaniesz miskę jeszcze zanim reszta załogi zacznie marudzić.
Łyżka znów zanurzyła się w gęstej zupie, ogień trzaskał pod paleniskiem, a „Zefir” kołysał się spokojnie, jakby sam aprobował fakt, że nowy członek załogi właśnie został zagoniony do roboty.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:42 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.