• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Sowiarnia
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
16-10-2025, 00:01

Sowiarnia
Sowiarnia mieści się w najwyższej wieży zamku, skąd rozciąga się widok na błonia, las i jezioro. To chłodne, kamienne pomieszczenie, wypełnione szelestem skrzydeł i cichym pohukiwaniem dziesiątek sów. Powietrze jest przesycone zapachem piór, siana i pergaminu, a z otwartych okien wpadają podmuchy wiatru niosące echo przestworzy. Drewniane belki pod sufitem służą jako żerdzie, a podłogę pokrywa cienka warstwa piór i listów, które spadły w pośpiechu. O świcie sowy wylatują z wieży w stadach, niosąc wiadomości w każdy zakątek świata czarodziejów. Jest to sam środek i serce szkolnej komunikacji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
04-11-2025, 18:49
Tej nocy Hogwart nie był skąpany w ciemności. Przez wysokie, niemal sięgające sufitu okna na wielu poziomach zamku sączyło się ciepłe światło. Znak, że zabawa trwała w najlepsze i goście śmiało przemierzali szkolne korytarze, spragnieni odświeżenia wspomnień lub nabycia nowych. Jeśli wykręciłaby głowę w prawo i nieco wychyliła się zza drewnianej balustrady, na której oparła łokcie, z łatwością dojrzałaby sklepienie Wielkiej Sali. Nie musiała natomiast się wysilać, by usłyszeć wybrzmiewającą stamtąd klasyczną pieśń orkiestry. Muzyka nawet tu była wystarczająco głośna i nieco niepokoiła znajdujące się za jej plecami sowy, uczepione swoich żerdzi tak kurczowo, jakby oderwanie się od nich miało gwarantować przynajmniej samoistne roztrzaskanie kości skrzydeł. Tkwiły tu, razem, w oczekiwaniu na pojawienie się ucznia chcącego wysłać list do rodziny. Zamiast tego musiały znieść ją, cichą, milczącą, bawiącą się znalezionym na ziemi czarnym piórem, opalizującego błękitem w przyćmionym blasku księżyca. Sierp srebrnego globu oświetlał jej ścieżkę i wskazał miejsce, w którym jako nastolatka spędzała tu mnóstwo czasu. Pomimo wszechobecnego zimna mogła odnaleźć tu spokój potrzebny do nauki i chętnych do pozowania, choć w zasadzie nigdy nie prosiła ptaki o pozwolenie. Donośne pohukiwania uznawała za niemą zgodę. Z diabelską precyzją oddawała ich delikatne, nieoczywiste piękno, marząc o tym, żeby w szkicowniku znalazł się choć jeden rysunek będący prawdziwym odzwierciedleniem tego, jak bardzo kochały wolność.
Z drwiącym, wykrzywionym w grymasie uśmiechem musiała przyznać sama przed sobą, że nigdy tego nie dokonała. Poniosła porażkę, a później nie próbowała odwrócić losu. Zostawiło to takim, jakim było, pogrzebane w odmętach zapomnienia i upływającego czasu. Takie obrazy zazwyczaj nie wracały, zastępowane przez inne, bardziej jaskrawe i oznaczone uniesieniem charakterystycznym dla zwycięstwa, ale niektóre z nich potrafiły przetrwać. Trawiona rozchodzącym się po ciele szeptem, wgryzającym się łapczywie pomiędzy kości i mięśnie, poczuła nikły ból rozpościerający się po klatce piersiowej. Żar tlących się w niej uczuć wciąż lśnił złotym blaskiem na dnie brązowych tęczówek, nieomylny w tym, jak dużo i mało zarazem nadal łączyło ją z winowajcą całego zamieszania. Wystarczył zaledwie jeden taniec. Na parkiecie walczyła z nim śmiało i zaciekle, uciekając się do gestów pchniętych afektem, chcąc pokazać mu siebie nie tylko przez pryzmat zmian, ale i odwagi, jakiej nie miała jako młoda dziewczyna. To wszystko było zaledwie żartem, zapewne nawet nieskutecznym, w którym to nie potrafiła wyrzec się skrywanych głęboko myśli. Targana niepewnym losem własnych działań odnalazła nikłe pocieszenie w poczuciu, że zjazd wkrótce się zakończy, każde wróci do siebie i zapomni o wszystkim.
Może. Nie była tego pewna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
19-11-2025, 23:16
Okazuje się, że wielu spraw nie zakończyłem wraz z opuszczeniem szkoły tak jak należy. Jedynie odseparowałem się od czynników wyzwalających pewne emocje i mogłem udawać dalej, że wszystko jest w należytym porządku. Tymczasem każde spotkanie, każda rozmowa z ludźmi zakotwiczonymi w mojej przeszłości, pokazywała jak wielu rzeczy nigdy nie przepracowałem należycie. Stary ból, niepewność czy poczucie winy. wszystkie te emocje wiły się płytko pod skórą. I moje zwykłe sposoby na złagodzenie dyskomfortu niewiele pomagały. Kpina, złośliwość, pewność siebie czy wreszcie alkohol okazywały się remedium na moment, potem znów powracały wspomnienia. Kiedyś z łatwością odnajdywałem się w grupie, byłem częścią wielu rozmów, wydarzeń, raczej uchodziłem za tego, z którym dość łatwo nawiązać kontakt. Dorosłe życie jednak zrewidowało to wszystko, a zjazd jedynie potwierdził to, czego nie chciałem dopuścić do świadomości – realnie byłem strasznie samotny, żadna z więzi nie była na tyle głęboka, by teraz cieszyć się entuzjastycznymi powitaniami i niegasnącymi rozmowami. Każdy mnie znał, ja kojarzyłem wielu, lecz nie mieliśmy sobie nic szczególnego do powiedzenia. Jeśli natomiast istniały osoby, z którymi zażyłość wykraczała poza te powierzchowne interakcje, zwyczajnie czułem dyskomfort.
Rzeczowe dywagacje rozpływają się jednak w tym momencie od nadmiaru wrażeń, bodźców i kieliszków wina.
Hogwart pozostaje otwarty, wszystkie niemal korytarze zachęcają do tego, aby przejść się nimi i w samotności kontemplować minione czasy. Nie wiem czy to sentyment czy pragnienie odnalezienia prawdy pcha mnie przez kolejne znane zaułki, nieopodal drzwi, w których rozpoznaję poszczególne sale lekcyjne. Nadal potrafię powiązać je z konkretnymi twarzami nauczycieli, bo takich rzeczy się nie zapomina. Poza tym, nie upłynęło jeszcze na tyle czasu, aby zostali wymienieni przez następne pokolenie pedagogów.
Kręta klatka schodowa zdaje się ciągnąć w nieskończoność, a rytm kroków wprawia w trans, któremu ciężko nie ulec. Wszystko składa się na moment zupełnego zatracenia, oderwania od rzeczywistości, tego co tu i teraz. Dryfuję gdzieś pomiędzy myślą a słowem, konkretnym zamiarem a podążaniem jedynie za ulotną intuicją, tak trudną do ubrania w racjonalność.
Sowiarnia nigdy nie była moim ulubionym miejscem w Hogwarcie, bo i też kojarzyła mi się z pustką, brakiem miejsc, w które mógłbym posyłać listy z nadzieją na ciepłą odpowiedź. Wtedy, gdy inni dzielili się swoimi radościami i smutkami z rodziną, ja nie posiadałem podobnego komfortu wypuszczenia zalegających natrętnie w głowie myśli – ich ciężar był moim kompanem po kres nauki. Omijałem więc to miejsce skrzętnie, kryjąc się ze swoją zazdrością, jak wydawało mi się wtedy, dość dobrze. Kilka razy tylko zawędrowałem w tamte strony, spotykając duszę pragnącą odnaleźć namiastkę prywatności. wtedy wydawało mi się to dość dziwne, ale czy sam nie udałem się tam wtedy, by nikt nie próbował mnie odnaleźć? Przecież było to miejsce dla mnie nietypowe.
Jakieś przeczucie więc zawiodło mnie tym razem w progi sowiarni. Teraz zupełnie cichej, przyprószonej nocą, choć same sowy przecież niekoniecznie cieszyły się wieczornym spoczynkiem. Złota łuna księżyca skrzyła się na ostrych brzegach kamienia, na siwych piórach upuszczonych przez ptaki. Wśród tego krajobrazu postać nijak wyglądająca na zwierzęcą. Smukła, pogrążona w zamyśleniu. To zupełnie tak, jakby los chciał stworzyć sytuację niemalże nierealną.
Wzdycham cicho, by następnie sprężystym krokiem, lekko rozkołysany, otoczyć pomieszczenie.
— Pewne rzeczy się nie zmieniają, prawda? — Szepty pytania niesie się wraz ze świstem wiatru. Choć noc jest spokojna, każdy podmuch zdaje się być tu wyczuwalny ze zdwojoną siłą. Chłód smaga policzki, wsuwam dłonie pod poły długiej marynarki i staję obok panny Crouch. Niezbyt daleko, ale też nie na tyle blisko, by zaraz rozpoznać jej emocje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
20-11-2025, 23:16
Nie odwróciła się. Ciche skrzypienie drewnianej podłogi wzięła za jeden z wielu odgłosów zamku, tu stłumione jeszcze przez trzepot sowich skrzydeł. Dopiero wzbierające w ptakach poruszenie skłoniło ją do przekonania, że nie jest już sama. Opornie wydostała się z otulającego ciała szeptu, czując na sobie nieporadność tych najbardziej niespokojnych, nieporadnych myśli, z którymi w natłoku uczuć nie potrafiła dojść do porządku. Głęboki wrzask chłodu rozproszył się w znajomym brzmieniu głosu, rozszedł się wzdłuż i wszerz obolałych od ugryzień kości i mięśni. Nie chciała tak się czuć. Chciała być w jego oczach osobą, która nie bała się byle czego, zwłaszcza uczuć, do których sprowokowana poniekąd zdążyła się przyznać.
— Prawda — szepnęła w odpowiedzi. Kaleczyła język przez ból tlący się w klatce piersiowej, czując, że odwaga mimowolnie opuszcza ją na rzecz zwątpienia. I choć wzbraniała się przed tym, kurczowo chwytała ostatnie akordy lśniących śmiałością myśli, tak samotnie spędzone chwile w sowiarni pozwoliły jej zbyt mocno zanurzyć się w przeszłości. Sceny tańca w Wielkiej Sali splotły się z gorzką esencją wspomnień dnia, w którym nieświadomie przekazała mu wiedzę o tym, jak wiele znaczył spędzony razem czas i jakie uczucia z nim związała. Naiwnie sądziła, że dzięki upływowi lat zdołała ugasić żar tlący się wewnątrz przekornie żywego serca. Wystarczyło zaledwie jedno spojrzenie, bliskość naprzemiennie krążących i napierających na siebie ciał, smak jego imienia, by obalić to przekonanie i wrócić do punktu wyjścia. Sam o to zadbał. Podpuszczał ją zuchwałą artylerią pytań i przemykającym zewsząd dotykiem, gorącym równie mocno skrzące się w niej płomienie. Nie broniła się przed nimi - była nie tylko zmęczona udawaniem, ale pragnęła wyrazić się w pełni własnej wersji prawdy, tym, kim i czym była.
Napełniła płuca rześkim wdechem powietrza. Ostrożnie, z czujnością łani gotowej do skoku w każdej chwili, odwróciła się ku Lysandrowi i spojrzała niemal z taką samą pasją, co w trakcie tańca. Nieme rozmyślania sprzed jego przyjścia kładły się na niej cieniem, prawie niewidocznych dla niewprawnego oka. Jasny brąz tęczówek błyszczał równie mocno co gwiazdy usypane na niebie, a może nawet bardziej. Zwłaszcza wtedy, gdy uśmiechnęła się do niego czule na przekór rozchodzącemu się po sercu cichemu cierpieniu. Teraz trochę bledszym, mniej wyczuwalnym, jakby sączyła już odpowiednie remedium.
— Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek Cię zobaczę. I cieszę się, że się myliłam.
Widząc go w takim wydaniu nie mogła wiedzieć na pewno, co kryje się głębiej i czy faktycznie nieustannie cieszy się względnie dobrym samopoczuciem, ale ostatnie nie zatonął w odmętach dorosłego życia i utrzymał się na powierzchni. Patrzyła na niego na błoniach i w Wielkiej Sali, a teraz kolejny element skomplikowanej układanki wskoczył na swoje miejsce i sprawił, że niemal niezauważalnie zbliżyła się o pół kroku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
27-11-2025, 23:11
Starcie zdrowego rozsądku już u samych jego podstaw stawia mnie znów w położeniu, którego nie da się wyjaśnić. Nic nie jest tu oczywiste, nic nie jest takim, jakim być powinno. Rozmowy, których echo powinno nieść się jedynie z odległej przeszłości, nie powinny urzeczywistniać się na podwalinach wieczoru przesyconego zbytnim sentymentem. Nie ma tu miejsca dla logiki i jasnego osądu, wszystko rozpływa się w tym, co zwykłem sądzić o minionych czasach. Brakuje mi zestawienia ich z rzeczywistością. Wszyscy prezentują tu jedynie wycinek z siebie, starannie zapakowany w strojne suknie i najlepiej skrojone garnitury. Jesteśmy tymi, kogo pragniemy w sobie widzieć po latach rozłąki i zajmowania się własnymi interesami. Nie mniej, nie więcej – bez brzydoty pogłębiających się przywar w asyście zmartwień zaprzątających głowę. Jak bardzo okrutne jest to w swym założeniu przedsięwzięcie?
Jestem zdolny wyobrazić sobie, że wielu podejmie dziś decyzje, których następnie będzie żałować, bądź pozostanie zastygłych w niemocy, budując w sobie poczucie zmarnowanych szans. Wielkie święto ku czci tego, co udało się nam osiągnąć, kim postanowiliśmy zostać. Pyszniąc się nad wyrost, byle tylko na moment zetrzeć posiadane kompleksy. Sam nie wiem jeszcze, czego oczekuję, wizja jednak zaczyna powoli się klarować.
Cichy szept ledwo przebija się przez podmuchy wiatru i subtelną obecność kilkunastu sów. Zlewa się z szelestem unoszących piór, by znów przejść w naturalne odgłosy otoczenia.
Czy moja obecność jest mile widziana?
Czy powinienem z taką pasją rozdrapywać stare rany, których zabliźnienie przyniosło jej w pewnym momencie ulgę? Co czuję ja sam, pamiętając o tym, że niektóre uczucia powinny zostać nieodkryte?
Jest w mojej ciekawości bardzo dużo nieludzkiego braku wyrozumiałości i okrucieństwa. Robię to tylko i wyłącznie dlatego, że czuję pustkę, której niczym nie potrafię załatać od bliżej nieokreślonego czasu. Może od kiedy jestem w Londynie? Może to już wcześniej? Pewna cząstka mnie pragnie stałej uwagi, kiedy zaczynam znikać, ołowiany ciężar opada na moje ciało i nie pozwala się poruszać. Może liczę na to, iż pamięta jeszcze te niewinne, młodzieńcze cechy, którym nie sposób było przypisać wykutego w dorosłości wyrachowania oraz braku szczerości?
Tym właśnie się stałem?
Oszustem, obłudnikiem, plagą niosącą nieszczęście?
Gdy odwraca się w moją stronę, nie poruszam się ani o pół kroku. Nadal śledzę zarys jej postaci i dopiero w momencie, kiedy oczy oswajają się z księżycową poświatą, zaczynam zbierać więcej szczegółów z bezpiecznej odległości.
— Jesteśmy więc w tym obydwoje — wyznaję spokojnie. Nigdy nie myślałem o ponownym spotkaniu. Nigdy nawet nie próbowałem go sobie wyobrazić. Jej wyznanie w połączeniu z odpowiedzią na moje wcześniejsze pytanie daje mi jednak pewien trop. Zdaje się, że głowa panny Crouch nadal zbyt chętnie czerpie z dobrodziejstw wspomnień. Czyż nie dała temu wyrazu jeszcze podczas tańca?
Nie wiem kiedy postanawia, topiąc się z cieniami, podejść bliżej. Teraz już z większą pewnością mogę odczytywać wszystko, co zapisuje na jej twarzy subtelna mimika.
— Choć czy to powód do radości, powinnaś ocenić nieco później — przyznaję. Kąciki ust wywijają się, obnażając zęby. Czego się spodziewa… czego pragnie… Słabości nie wymazała monotonna, szara rutyna. Wyostrzyła ją dojrzałość.
Śmiały krok z jej strony prowokuje tylko do tego, abym uczynił to samo, wychylając najpierw jedną stopę, potem resztę ciała, by wreszcie zatrzymać się o kolejne pół kroku bliżej. Dłonie wysuwam spod marynarki i zaplatam ciasno przed sobą.
—Wygląda na to, że trzymamy się kurczowo niektórych aspektów przeszłości. — Jakże odmiennych, a jednak. Kolejne pół kroku. Przekrzywiam lekko głowę. — Jak sobie z tym radzisz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
03-12-2025, 22:22
Przytaknęła skinieniem głowy, choć wbrew temu i tak czuła rozchodzącą się na języku gorycz porażki. Wynik i konsekwencje tego spotkania były jej znane tuż po zejściu z parkietu. Pozwoliła na to, żeby magia skoncentrowana w masce wydobyła prawdy schowane w ciemności. Wolała interpretować to w ten sposób, udawać, że spotkanie na błoniach i wzburzone nim myśli nie istniały. Tak było o wiele wygodniej. Duma nie cierpiała tak mocno, głowa łatwiej wracała do stanu, w którym Lysander istniał wyłącznie w formie uciążliwego, ale bladego wyobrażenia. Tylko częściowo był obok. Dziś przyjął przeraźliwie czystą i jaskrawie materialną powłokę, dlatego nie mogła się go pozbyć. Prawdopodobnie tak naprawdę wcale tego nie chciała.
— Przelewam swój słodki ból na puste kartki szkicownika — nie usiłowała ukryć lekkiej drwiny dźwięczącej we wspomnieniu, z jakim cierpieniem się zmagała. Nauczyła się żyć z nim i obok niego, bo ciągłą walką z czymś tak obezwładniającym doprowadziłaby się do szaleństwa. — Odkrywam, co o każdej porze dnia i nocy ma mi do zaoferowania Londyn. Wyjeżdżam daleko poza Anglię, tam, gdzie nikt mnie nie zna. Podsumowując, staram się zatrzeć stare wspomnienia nowymi, choć najwyraźniej nie dość skutecznie — pomijając taniec, jeszcze nigdy nie stali tak blisko naprzeciw siebie. Nie dzieliła ich nawet odległość ramienia. Jeszcze jeden krok i wystarczyłoby niedbałe uniesienie ręki, by mogła znów zacisnąć palce na obręczy nadgarstka, przesunąć opuszkami palców po krzywiźnie kręgosłupa lub spróbować czegoś innego, do czego nie posunęła się podczas dryfowania na parkiecie. Zachowała czułe spojrzenie pomimo drwiącego uśmieszku, który wykrzywił jej usta. Zamiast podążyć znajomą ścieżką i ruszyć się do przodu, tak, aby ostatecznie zerwać zasłonę złudzeń i uciszyć duchy przeszłości, nieznacznie odbiła w bok. W czasie krótszym niż jedno uderzenie serca widziała profil twarzy Lysandra obleczony świetlistym blaskiem gwiazd.
— A ty? — zapytała głębokim szeptem, gdy była tuż za jego plecami. Tiulowa spódnica sukni szeleściła cicho przy każdym jej ruchu, obiecując i mamiąc, że wcale nie odeszła tak daleko, spłycając oddech na tyle, żeby nie było go słychać. Poruszała się powoli, z wyczekiwaniem, cierpliwie przedłużając niedomówienie i bawiąc się nim z wyczuciem. Brzmiała i nie brzmiała jak echo jednocześnie, mogła jeszcze być w sowiarni, albo już nie. Zadrżała na sam widok prostej linii barków i znajomego ułożenia gęstych, lekko falowanych kosmyków, bo przecież to takim zapamiętała go z momentu pożegnania. Wtedy odwrócił się jako pierwszy. Gęsta kryza milczenia nie spowiła ich na długo, ponieważ po chwili rozdarła ją w dość brutalnym geście. — Jak ty sobie z tym radzisz? — wyłoniła się z drugiej strony niczym duch, od niechcenia przesuwając się zaledwie milimetry od jego ciała. Była pewna, że przez chwilę wszystko przycichło i nie słyszała niczego poza spokojnym dudnieniem obu serc oraz przytłumioną muzyką. Okryta srebrnym woalem księżycowego światła wróciła w swoje pierwotne miejsce, skąd rozpoczęła krótką wędrówkę po jego orbicie. Nadal była zagubiona, ale to nie oznaczało, że nie potrafiła się bawić. Uśmiechnęła się niewinnie - tak, jakby w ogóle nie ruszyła się z miejsca, jakby nic się nie wydarzyło i przez cały ten czas stała tuż przed nim.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
22-12-2025, 00:03
Nasze wspomnienia różnią się jednak… Próbuję uwspólnić to, że nie potrafimy zapomnieć ale nasza przeszłość oscyluje wokół zupełnie innych sytuacji. Ja jestem wciąż pogrążony w niezałatwionych rodzinnych sprawach, w śmierci brata – raz po raz płowiejącej tylko po to, żeby następnie zaatakować wyrzutami sumienia, że zbyt mało się staram podążając drogą do odkrycia prawdy. Wielokrotnie mam poczucie winy, kiedy próbuję żyć zwykłą codziennością, kiedy chcę zajmować się sobą… Czuję wtedy, że nie powinienem, że robię coś złego, bo on nie ma już takiej możliwości. Ciągła sprzeczność. przypominam sobie mimowolnie spotkanie z Leonie, wtedy byłem gotów wykrzyknąć, że żyję tylko po to, by Kyros żył we mnie – sprawa nie jest jednak tak prosta, a mój stan zależy od wielu zmiennych. Ciągła sinusoida poczucia winy i nagłych przypływów nadziei.
Łatwo mi oceniać ludzi przez pryzmat tego, co sam przeżyłem i szybko dochodzę do wniosku, że ich zmartwienia są niekiedy o wiele lżejsze, słodsze, takie, z którymi można jeszcze jakoś funkcjonować. Jestem świadom, jak wiele musi czuć Maya na mój widok, próbuję to natomiast bagatelizować stawiając w kontrze do bólu chowanego we własnym sercu. To znacznie ułatwia mi próbę podejmowania dalszej gry, zabawy kosztem niewygasłych zupełnie emocji. Sama oddaje się chwili niemal bez pamięci. Z zafascynowaniem obserwuję bowiem niezwykły taniec; płynie wokół mnie, pojawia się i znika, roztaczając aurę tajemnicy. Myślę, że można w tych kilku chwilach zatracić się zupełnie, pozwolić, aby poruszenie zawładnęło ciałem, by drżenie fascynacji ogarnęło plecy i kark. Gęsia skórka jest wyczuwalna, mimowolnie układam dłoń na szyi, muskając meszek porastający skórę. Może chcę zamaskować odczucia? Po co? Skoro i tak nie jest w stanie ich dostrzec, a gesty nie są obecnie moim sprzymierzeńcem? Raczej demaskują zaskoczenie.
Szybko przywołuję się do porządku. Znów zerkam nieco nonszalancko i uśmiecham się diabolicznie. Skupiam się raczej na jej słowach tyczących się podejmowanych prób walki z przeszłością — może sobie pozwolić na takie środki. Może podróżować i korzystać z dobrodziejstw świata. Cóż jednak, skoro nic z tych rzeczy nie może zaspokoić pierwotnego głodu. To, co przyniosłoby jej ulgę pozostaje jednocześnie tak bliskie jak i tak odległe. Sama ostatecznie nie przełamuje bariery, ja również nie wyciągam ręki. Pozornie obojętnie, stoję skąpany w srebrzystej łunie księżyca.
Pytanie odbija się echem, a ja nie mogę udzielić jej prostej odpowiedzi. Nie chcę poza tym ujawniać zbyt wiele.
— Poświęcam się pracy — mówię wreszcie. To ledwie czubek góry lodowej. Nie jest jednak kłamstwem. Poświęcenie się na rzecz Howell’s Hand, często zapełniając tym nieznośne poczucie wyobcowania. Jednocześnie moje słowa przypominają otrzeźwienie, przeciwstawiają się aurze, którą roztacza obecnie panna Crouch.
— Może okazać się, że pejzaże, które malowałaś jedynie wspomnieniem okażą się bardziej barwne i przyjemne dla oka w zestawieniu z tym, co odkryje przed tobą rzeczywistość. — Kolejny raz z moich ust pada coś na kształt ostrzeżenia. Nie wiem czy ostatecznie ją zniechęcę czy wzbudzę jeszcze większe pragnienie poznania. — Nie przeszkadza ci to? — dopytuję, po czym odwracam twarz, kiedy szelest sowich skrzydeł na moment wkrada się w konwersację. Kilka ptasich piór opada powoli na posadzkę, jedno muska kobiece ramię i zawiesza się na materiale sukienki. Wychylam się lekko, by uchwycić je między palce. Dotyk ciepłej skóry jest mimowolny, nie tak bardzo zamierzony, jak mogłoby się wydawać. Zastanawiam się, jakie odczucia jej towarzyszą.
Dłoń z piórem wędruje na wysokości jej twarzy, wykonuję gest przypominający ten, w którym mężczyzna ofiarowuje kobiecie różę. Ptasia lotka połyskuje elegancko, usta drżą na granicy rozbawienia.
Sięgnie po nią?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
30-12-2025, 21:47
Krył się. Nie pozwalał, by spojrzała głębiej lub dotknęła organicznej materii słów. Był w tym lepszy, bardziej zaprawiony.
Melodia wzburzonego śmiechu była gorzka, przeobrażona ciężarem sunącego po chropowatej powierzchni kartki węgla. Szczegóły dotychczas wykonanych prac przylgnęły do jego oblicza - widziała każde niedociągnięcie, zarysy oddane zbyt starannie lub niedbale, bo część elementów rozmyła się w przestrzeni ulotnej pamięci. Żar tlący się w jej gestach, słowach i spojrzeniach płonął jaskrawą czerwienią, ale reszta tonęła w bezkształtnej masie popiołu. Duszący nalot narastał od dnia, w którym umieściła go w szkicowniku po raz pierwszy, piętrzył się poprzez pozbawione znaczenia rozmowy, bezdech ukrywany przed Francescą lub lodowatą obojętność. Wierzył, że obdarowała go wyjątkowo nieobliczalnym rodzajem piękna, bo niby czymkolwiek innym miało być tlące się przez lata odurzenie.
— Naprawdę... — rozbawienie miało oblec i wyleczyć pajęczy ból rozchodzący się po klatce piersiowej. Remedium nie zadziałało w pełni. Wyciszyło dudniące serce, stępiło krawędzie ostrzy nacinających żebra przy każdym oddechu. — Naprawdę sądzisz, że którykolwiek z nich ma w sobie choć odrobinę koloru? Że barwy są głębokie, pełne życia i cieszą oko? Zawsze byłeś i jesteś na nich cieniem samego siebie. Nigdy nie widziałam Cię w niczym innym poza szarością, czernią i bielą — w garniturze upstrzonym granatem i przetykanym srebrną nicią był równie nieobliczalny co egzotyczne ptactwo. Jaskrawy, przyozdobiony złotem i srebrem wykwintnej biżuterii, niecierpliwie wyczekiwał okazji do wzbicia do lotu. Rozwleczona w trakcie tańca granica obłędu pozwoliła mu znaleźć balans pomiędzy jawną drwiną a cichym, obdartym z czułości szeptem. Wzburzona goryczą swoich myśli wykrzywiła usta w grymasie, w którym na próżno mógł doszukiwać się obecnej w niej poprzednio słodyczy. Nawet nie drgnęła, gdy delikatny dotyk ptasiego pióra skondensował się w jedno z ledwo wyczuwalnym dotykiem Lysandra. Był mdłym wspomnieniem płonącego w nim ognia, nie miał w sobie choć grama żaru skwierczącego od bliskości stojących tuż obok siebie ciał. Kryształowa iskra księżycowego światła utonęła w jej oczach, zastąpiona na rzecz rozlewającej się po nich ciemności.
Chwyciła lotkę delikatnie. Obchodziła się z nią czule, nie chcąc uszkodzić żadnego z promieni lub zgnieść miękki puchu tkwiącego u nasady. Obserwowała jej kruche piękno zaledwie przez chwilę - patrzyła z uwielbieniem, jak lejąca się księżycowa poświata osiada na śnieżnej bieli i tworzy świetlisty, wielobarwny pryzmat. Tyle wystarczyło. Bez choćby drgnienia zawahania złożyła piórko we wnętrzu dłoni Lysandra, mimowolnie przesuwając opuszkami palców po znajdujących się tam bruzdach. Bijące z niej ciepło prawie doszczętnie zgasło, zostawiając po sobie niewyraźny, niemal metaforyczny konstrukt czegoś, co równie dobrze mogło być snem. Kiedyś poświęciłaby temu więcej czasu, a przynajmniej tyle, żeby starannie zapamiętać żywą mapę linii i odtworzyć ją na pustej kartce szkicownika. Tego wieczora zniszczyła tworzące się wspomnienie z nikłym poczuciem triumfu, takim, którego koszt znacząco przewyższył zysk. Odwróciła się bokiem i oparła dłonie na kamiennej balustradzie, częściowo skryta w cieniu, pozornie odcięta od wszystkiego, co się z nim wiązało.
Nienawidziła go. Nienawidziła siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
11 godzin(y) temu
Nie doceniam jej, a swoje siły biorę nad wyrost. Okazuje się, że trafna ocena sytuacji nie jest dzisiaj moją mocną stroną. Przepychamy się po trochu, zyskujemy przewagę na przemian i to ledwie o włos. W niczym nie przypomina to naszych spotkań jeszcze w czasach Hogwartu. Zdaje się, że byłem wtedy o wiele bardziej delikatny, nieco zagubiony w tym, co działo się dookoła. Niewinny? Zapewne. Zmieniłem się, tak samo jak i ona. Stare przywary wyostrzyły się tylko, nie stałem się wcale lepszy. Doświadczenia, którymi naznaczona była moja przeszłość, wyprały mnie z resztek haseł szlachetnych. Zagubiłem się na dobre. Dlatego zapewne tak ciężko przychodzi mi odnalezienie balansu w rozmowie. Zaciskam mocniej palce, skryte pod warstwami materiału, kiedy wreszcie sięga po pióro. Resztka rozbawienia tańczy na ustach ledwie przez moment, aby wyparować bezpowrotnie. W jej miejsce rozgaszcza się zaskoczenie, ustępujące następnie gorzkiemu rozczarowaniu. Ciężko mi przyjąć świadomość tego ostatniego. Bo dlaczego miałbym czuć rozczarowanie? Wszak nauczyłem się nie oczekiwać zbyt wiele. Moje słowa nie trafiają tam, gdzie powinny.
Szarość, czerń, biel… może tym w istocie jestem. Barwy, które przybieram to jedynie miraż, ułuda dla ludzi stojących dookoła mnie. Kłamstwo za kłamstwem szyłem przecież szaty, które mnie przyoblekają. Nigdy nie byłem… nigdy nie jestem w pełni sobą i już sam nie wiem, czy znam swoją istotę.
— Myślisz, że dotknęłaś prawdy? — Pytam, zdradzając się ze swymi myślami. Może wcale nie o to jej przecież chodzi, może mówi o tych kolorach z perspektywy tylko i wyłącznie własnych doświadczeń. W czasach, kiedy czuła coś do mnie, ja zupełnie nieświadom, pogrążony w problemach szkolnych, w afektach tyczących się Fran, byłem zupełnie niedostępny. Odległy. Zapewne więc i szary, pozbawiony wyrazu dla ochrony kruchego serca. To normalne, nie mogę się złościć. Nie w ten sposób.
Oddaje mi pióro, muska lekko wnętrza dłoni, odkrytego chętnie po zduszeniu ostatnich skurczów rozczarowania. Nie zachowa go — mogłem się domyślić. Ja natomiast przejmuję ptasią zgubę i bez większego namysłu, zatykam ją sobie w kieszeń na piersi, tuż obok ozdobnej broszki wybranej na tę uroczystość. Piórko połyskuje, w niektórych miejscach zdaje się zaś pochłaniać całość księżycowej poświaty niczym czarna dziura.
— Powinnaś wrócić, nim ktoś zacznie się niepokoić — stwierdzam rzeczowo. Przyszła tu wprawdzie, jak deklarowała kilkakrotnie, sama, ale wystarczyłaby zupełnie przypadkowa osoba, żeby rzucić cień podejrzliwości. Opieram się plecami o poręcz dzielącą nas od świata zewnętrznego i spoglądam raz jeszcze — najpierw na księżyc, potem na Mayę. — Zebranie absolwentów z przeróżnymi historiami w tym samym miejscu i czasie, to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Nie każdy zakończył ten rozdział z wewnętrznym spokojem — komentuję na sam koniec. Odrywam się od chłodnej powierzchni, idę kilka kroków przed siebie. Zdaje się, że nic tu po mnie. — Uznaj moje słowa za odwagę głupca, upojonego wizją przeszłości. — Nie wiem czy to szczere czy może znów próbuję uśmiechać się do złego losu, by nie dać po sobie poznać, że coś mnie uwiera w sercu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:42 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.