• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Cardiff > Tawerna "Pod Mewą i Księżycem" > Kąt grajków
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
24-09-2025, 20:02

Kąt grajków
Kącik grajków mieści się przy niewielkiej, drewnianej estradzie w rogu sali. To tutaj siadają muzykanci, którzy wieczorami grają na skrzypcach, flecie czy bębnach, wprawiając gości tawerny w żywszy nastrój. Stolik ustawiony najbliżej estrady nie należy do spokojnych – muzyka rozbrzmiewa głośno, a rozmowy często trzeba prowadzić podniesionym głosem. Miejsce przyciąga gości, którzy lubią zabawę, taniec i śpiew. Blat stołu nosi ślady po rozlanych trunkach i rytmicznym stukaniu kufli w takt melodii. Choć nie każdy ceni sobie hałas, kącik ma stałych bywalców.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
02-02-2026, 10:39

Don't listen to idiots, baby
8 kwietnia 1962

Zgłoskowo chyba każdy miewał gorszy dzień ― albo wieczór, albo zwyczajny nieład posiedzenia tyłka w jednym miejscu. Zgłoskowo mogło mu się to jedynie wydawać, bo zmęczenie miało tendencję do udawania prawdy objawionej. Albo udzieliło mu się to wszystko prześmiewczo, gdy kobieca chwiejność wymierzyła kloszardy odwetu w postaci stanowczego „nie dotykaj mnie”, zakończonego czymś na kształt uderzenia w twarz. No, prawie ― zdążył złapać łapkę usztywnioną figlarnymi pazurkami, a w geście równie niepotrzebnym, co demonstracyjnym, namaszczeniem ucałował wierzch dłoni. Uprzejmość jako broń biała. Spojrzeniem sponiewierał ją bez pośpiechu, po czym trzasnął drzwiami, zamykając sprawę z tą samą finezją, z jaką się zaczęła.
Bezczelność ― pomyślał ― a godzina zdawała się zbyt młoda, by uznać wieczór za stracony. Mógł wrócić do domu rodzinnego, mógł udać się na polowanie, to metaforyczne lub całkiem dosłowne, zależnie od nastroju. Mógł. Tylko że Cardiff rzadko go widywało, a jeszcze rzadziej pozwalało odejść bez pozostawienia po sobie drobnego chaosu. Miasto miało tę chwiejność, tę niechlujną obietnicę zabaw, które chyliły tydzień roboczy ku końcowi bez pytania o zgodę. Postanowił więc poobserwować. Stać z boku, pozwolić, by świat sam się kompromitował. Tam ktoś właśnie uderzył innego w mordę ― bez preludium i bez puenty. Jakaś baba krzyczała o zdradzie, zdecydowanie za głośno, jakby głośność miała zastąpić rację. Cardiff żyło, pulsowało, potykało się o własne emocje, a on, z suchym rozbawieniem, chłonął ten spektakl, nim zniknie znów w Londynie ― mieście, które przynajmniej udawało, że ma nad sobą kontrolę.
Postawił ciężki bucior w firmamencie wejściowych drzwi przybytku z tą samą godnością, z jaką zwykle wchodzi się w miejsca, o których wie się z góry, że nic dobrego z nich nie wyniknie. Rozejrzał się tu i tam bez większego powodu ― czysta przezorność albo nawyk odziedziczony po latach obcowania z ludźmi, którzy lubili mieć coś do ukrycia. Potem przeszedł z wolna do baru, poprawiając skórzaną kurtkę przerzuconą przez ramię; wysłużoną dwojako, w miejscach newralgicznych wygładzoną niemal do bezwstydu, ale wciąż bijącą na głowę sztywne segmenty koszul i ich aspiracje do sprawczości. Poprosił o zwyczajowe piwo. Bez uśmiechu, bez zbędnych słów. Wzrok znów powędrował po sali, bo ludziska, jak zaraza, wpadali na siebie bez ładu i składu, targali ramieniem boleśnie, przepraszając albo i nie. Absurd gonił absurd. Muzyka gdzieś dzwoniła głośno, za głośno, jakby miała zagłuszyć sens istnienia tego miejsca. Miejsc było jak kot napłakał, a beznadzieja sączyła się z sufitu wraz z ciepłem i zapachem rozlanego alkoholu.
I chyba ― tak, chyba ― szukał dziś jakiejś strudzonej ptaszyny. Przygaszonej, złamanej, ledwie tuptającej w rytm muzyki gdzieś na centralnej linii od grajków przy stoliku. Kogoś, kto jeszcze się ruszał, ale już nie bardzo wiedział po co. Cardiff miało talent do produkowania takich sylwetek, szczególnie pod koniec tygodnia.
― Za młody wieczór na smutki, za piękna noc zapowiada się, by pozostać markotnym... ― Upił łyk piwa, zmrużył oczy i skrzywił się lekko. No to cyk ― pomyślał z suchym rozbawieniem ― wystawimy mandacik? Światu, sobie, czy może tej całej farsie zwanej wieczorną rozrywką. Jeszcze się okaże. Zwyczajowo smutek, czy dewastacja kobiecego piękna, dziwnymi negatywami dnia codziennego była paskudztwem psującym co najcenniejsze. Przysunął sobie krzesło od drugiego stolika, wcześniej niemo pytając się, czy może się przysiąść. ― Któż zawinił, hm?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
04-02-2026, 20:27
Ostatnimi czasy działo się wiele. I ciężko było za tym nadążyć. Lillie miała wrażenie, że żyje obok siebie. Całkowicie, że jej ciało robi wszystko, na co ma ochotę, nie zważając na jej myśli czy chęci. Może było po prostu już na tyle wyuczone, że nie patrzyło na jej odczucia, tylko brnęło samo przez życie? Tak, jak niektórzy brną przez codzienność, nie bacząc na nic, nawet na trupy po drodze?
Ale co to za życie, można było rzec. Kiedy nie odczuwało się radości z tego, co się robiło? Jeszcze przecież niedawno, zaledwie parę dni temu, z chęcią śmigała na miotle, już jako szukająca Harpii. Czerpała z tego wiele radości. Nie musiała być najważniejszym graczem w szeregu - lubiła przecież pracę zespołową. Z tym... Że miała wrażenie, że gdzieś po drodze ginie. Jest całkowicie schowana, nieważna i równie dobrze... mogłoby jej nie być. Na pewno znaleźliby na jej miejsce dobrego gracza. I w sumie gdzieś w głębokiej podświadomości wiedziała o tym. Problem był jednak, że nie mogła sobie tego przemówić do rozumu raz, a dobrze.
Wcześniej również miewała takie momenty. Może po prostu jest na to skazana? Że czasem dopada ją jakaś... chandra? Denerwowała się na to. Zawsze starała się być uśmiechnięta, pozytywna i zarażać optymizmem. Już za dużo miała smutków w życiu. Za dużo złego działo się w jej życiu. A może za bardzo próbowała być tą wesołą ja? Tą szczęśliwą, uśmiechniętą i będącą wulkanem energii Lillie? Może faktycznie jej miejsce było gdzieś w szarawym szeregu, pomiędzy ludźmi, którzy mało co osiągnęli w życiu?
Ścisnęła mocniej trzymany w dłoniach kufel. Nie piła za często, ale czasem się zdarzało. Czasem musiała oderwać myśli - i to był właśnie jeden z takich dni. Siedziała przy jednym ze stolików, rzucając co jakiś czas spojrzenie na grajków - choć tak naprawdę z reguły wpatrując się w drewno przed sobą. Westchnęła w pewnym momencie i przysunęła kufel z piwem do ust, pijąc dwa łyki alkoholu. W pierwszym momencie nie zareagowała na słowa mężczyzny - w końcu dookoła byli też inni ludzie, a ona nie umawiała się z nikim tego dnia, będąc raczej pozostawioną samą sobie. Dlatego dopiero, gdy nieznajomy przysunął się do jej stolika - na co nie zareagowała w żaden sposób - spojrzała na niego zaskoczona. Wyprostowała się, przysuwając do siebie kufel.
- Przepraszam, pan do mnie mówi? - no bo wolała się przecież upewnić, że to do niej skierowane słowa, aniżeli robić z siebie kretynkę, czyż nie? W końcu niecodziennie ktoś do niej zagadywał. A na pewno się tego nie spodziewała, gdy czuła się jak własny cień.
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
08-02-2026, 14:37
Pan? Jakiż pan ― normalnie z pieprzonej satysfakcji zawęziłby postrzeganie do samego zwrotu spojrzenia za siebie, krótkiego, kontrolnego, jakby świat miał mu jeszcze coś do udowodnienia. Ale nie. Przesadnie stary przecież nie był; winę ponosiła raczej fasada niezbyt ogarniętego zarostu, tkwiącego oblepiale na kościach jarzmowych i brodzie, nadającego mu pozór kogoś, kto dawno przestał się starać. Błąd sytuacyjny ― tak to chyba nazywali ludzie, którzy lubili porządkować rzeczywistość w kategorie. Wybaczał ładnej łani to „pan”, bo w jej spojrzeniu czaiło się coś więcej niż zwykła pomyłka. Jakby jakaś mara kreśliła w jej jestestwie burzę nadnormalizowania wszelakich defektów, cudzych i własnych. Szkoda tylko, że sam nie był tym defektem, którego by się czepiała ― świat bywał skąpy w takie drobne ironie.
― Hm... Zacne nadpisanie dostojności wieku, dziękuję ― Krzesło szurnęło po podłodze niechętnie, gdy na nim zaległ, rozsiadając się wygodniej i wykładając nogi na prosto. Przyjął pozycję obserwatora, zasiężnie lustrując maszkarę granej muzyki, która wiła się po sali jak coś, co udaje sens. Nawet fajna była; pytanie tylko, czy ona, czy muzyka. Granica bywała cienka. Upił łyk piwa, skrzywił się ledwie zauważalnie i parsknął w myślach. Biedny aniołek ― spostrzegł kąśliwie, nie kierując tej uwagi do nikogo konkretnego. Wieczór jeszcze się nie rozkręcił, ale już zapowiadał się na jeden z tych, które zostawiają po sobie więcej myśli niż wspomnień. ― Do Pani mówiłem, innego anioła tak pogrążonego w smutku tutaj nie ma...
Desperacja, kłótnia, zgroza wymiany zgłosek ― spektakl stary jak świat i równie jałowy. Kobiety potrafiły kłócić się o najwyższe formy głupstwa tego świata z nabożnym oddaniem, jakby stawka była większa niż chwilowa racja. Przynajmniej tak widział to on, z tej swojej wygodnej, prześmiewczej perspektywy, gdzie prostactwo miało zawsze cudzą twarz. Całość sprawcza tych sporów wydawała mu się nade głupia: dużo hałasu, zero ruchu naprzód. Znane mu kobiety były inne ― tak przynajmniej lubił to porządkować w głowie. Mocne w słowie i czynach, oszczędne w gestach, pewne swego. A słabe? Słabość nie była u nich cechą, raczej etapem przejściowym, czymś, co należało rozebrać na czynniki pierwsze, bez czułości i bez pośpiechu. Analiza zamiast litości. Rozkręcić mechanizm, zajrzeć w zakamarki marginesu błędu, tam gdzie kryła się prawdziwa przyczyna pęknięcia.
― Wszyscy cieszą się wieczorem po tygodniu ciężkich przeżyć i pracy, a Ty... Zalegasz gdzieś indziej ― zarzucił konkluzję dwojako z lekkim uśmiechem, swe oblicze wbijając w bardziej przyjazne ramy. Załagodził suchość gardła napitkiem, wspierając policzek na dłoni i taksując jej wdzięczne piękno okową ciekawskiego spojrzenia. Cóż ciekawego powiesz, zaintonujesz? Potem ― rzecz jasna ― przychodził czas na konkluzję. Na łaty naprawcze, sprawcze, byle skuteczne. Cokolwiek, co pozwalało zamknąć temat i iść dalej, bez sentymentów i bez konieczności powrotu. W końcu świat nie potrzebował kolejnych dramatów; wystarczało, że produkował je seryjnie. Wolał patrzeć, notować i z tą samą suchą ironią przyznawać, że czasem największym błędem była sama potrzeba kłótni. ― Kogo spetryfikować? Śmiało, mam dziś chętki na łowy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
09-02-2026, 22:39
Dobra, mogła palnąć głupotę z tym panem... Ale ona była młodziutka, nauczona manier. Może nawet za bardzo? Do każdego w końcu odzywała się z szacunkiem, nie przechodziła od razu na Ty. To nie było w jej stylu, mówiąc szczerze - nie potrafiła nawet ot tak zarzucić uprzejmości i nagle, nie stąd ni zowąd odzywać się do kogoś per ty. Jakby znali się ze szkoły, byli na tym samym roku lub była między nimi zaledwie roczna, może maksymalnie dwuroczna różnica.
- Nie... jeśli zabrzmiałam niemiło, nie chciałam. - powiedziała spokojnie, nieco przepraszającym tonem głosu, upijając nieco ze swojego kufla. Odchrząknęła cicho i spojrzała na mężczyznę, przyglądając mu się przez chwilę. Może faktycznie na pierwszy rzut oka wyglądał nieco... starzej, niż mógł być? Ciężko stwierdzić, nie orientowała się w wieku innych osób. Nie umiała odczytywać ich wieku, jeszcze. Zawsze była zła w te klocki... Ale to pewno dlatego, że u Azjatów było inaczej. Jej rodzice nigdy nie wyglądali na swój wiek, zawsze wyglądali młodziej. Ojciec nawet z zarostem nie wyglądał na tyle lat, ile miał. U osób innej narodowości, nie azjatyckiej... ciężko było coś odczytać. Ale, zaraz jej rozmyślenia na temat wieku umknęły szybko w niepamięć, kiedy wypowiedział kolejne słowa. Zamrugała zaskoczona oczami, nie bardzo więdząc co powinna zrobić w tym momencie. Rozejrzała się nawet dookoła, bo naprawdę nie podejrzewała, że ktoś nazwie ją... Co, jaki anioł? Co? - Wy-wystarczy Lillie. Nie jestem żadnym aniołem, na pewno... - nie wierzyła w to, a jednak gdzieś w środku było to miłe i może nawet trochę się zawstydziła. Uniosła kufel znów do ust i przechyliła go, nie patrząc na mężczyznę. Dopiero, gdy rumieniec zszedł z jej twarzy, wróciła do niego spojrzeniem.
Może faktycznie było tutaj głośno. Ludzie się bawili, korzystali z chwili oddechu, a ona? Siedziała w kącie i zastanawiała się nad sensem swojego istnienia. Przymknęła powieki i odetchnęła cicho.
- Może trochę faktycznie zalegam. Zastanawiam się... To pewno głupie i w ogóle, ale zastanawiam się nad sensem istnienia. - skierowała spojrzenie na mężczyznę i wbiła w niego spojrzenie czekoladowych tęczówek. - Nikt nie zaszedł mi za skórę, naprawdę. Nie trzeba w moim imieniu nikogo petryfikować, przynajmniej... Przynajmniej tak mi się wydaje. - zaśmiała się dość niepewnie, kręcąc głową. Nie była w tym momencie w stanie powiedzieć, co tak właściwie się stało - dlaczego zaczęła się zastanawiać nad tym, skąd wzięły się takie myśli. Dostała się do Harpii, była nowym nabytkiem, który chwalił każdy! Dlaczego więc nie potrafiła się w tym momencie z tego cieszyć. Westchnęła i poczuła, jak schodzi zniej powietrze. Położyła głowę na swojej ręce na blacie i wzięła głębszy wdech.
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
11-02-2026, 14:46
Błahostki ― zapewne tylko drobnostki kobiecej jaźni, tak to sobie tłumaczył, z tą wygodną wyższością, która pozwala mężczyźnie zredukować cudze drżenie do kategorii kaprysu. Bo przecież problem, jeśli w ogóle istniał, nie miał masy właściwej; nie ciążył w powietrzu jak burza, nie pachniał siarką. Obserwował z satysfakcją rumieniec, który rozlał się na jej licu, subtelny, lecz wyraźny, jakby skóra zdradzała ją szybciej niż słowa. Jej imię ― nietuzinkowe, miękko nakreślone z własnych warg, gdy je powtórzył ― spłynęło między nimi i w dziwny sposób dopełniło jej urody, nadało jej kontur słodki, niemal podatny na podgląd.
Mógłby się cieszyć jak ostatni truciciel cudzych spokoju i pewności, bo widok niepewności bywał dla niego sportem; ale coś w tym zawahaniu nie pasowało do jej oblicza. Zbyt kruche, zbyt nagie. Ech ― pewnie przejęła się drobnostką i tyle. Zazdrość tego i tamtego, cienie bez pokrycia. Nigdy nie rozumiał potrzeby przyjmowania się doraźnością emocji, jakby świat miał się zawalić od jednego spojrzenia rzuconego nie w porę. Po nim spływało to jak po kaczce ― przynajmniej tak twierdził ― lecz ona nie była z tej samej materii.
― Arthyen, grzechem przejmować się drobnostkami dobrego wychowania ― Upierdliwe. Albo tego nie pojmował, albo zwyczajnie go to nudziło; tutaj jednak, o ironio, bardziej go bawiło niż niepokoiło. W tej chwiejności widział przecież potwierdzenie własnej siły, tej cichej dominacji, która nie potrzebuje deklaracji. ― Sensem istnienia? Auć, wydaje się sprawa dosadnie denerwująca jestestwo kobiecej myśli… Czemu? ― Dłonią zabębnił w kufel, wywołując drobny ruch na powierzchni napitka; fale rozeszły się krótko, bez dramatyzmu, jak jej rumieniec ― i zgasły równie szybko, pozostawiając szkło i twarz w pozornej równowadze. Typa siedzącego centralnie w linii prostej od niego zbywał wzrokiem, odrzucając możność zaczepki. Chociaż brał pod uwagę chętki napalenia problemów i rozruszania pięści potem, może… Jeśli przeżyje zabawę w typa od rzucania słów wsparcia, wyparcia. ― Przynajmniej się wydaje… Czyli prowodyr złego samopoczucia się wynajdzie.
Odchrząknął krótko, jakby tym jednym, suchym dźwiękiem mógł wypłukać z gardła napastliwe prostactwo, które już ustawiało się w kolejce na języku, gotowe wyskoczyć bez zaproszenia. Plan był przecież inny ― statystyczny, łagodniutki szarak zza winkla, nieszkodliwy, przewidywalny, niemal przezroczysty. Rola bezpieczna. Rola, w której nikt nie spodziewa się kłów. Problem w tym, że prostakiem był. I, uczciwie rzecz ujmując, bywał też szubrawcem, zwłaszcza wobec kobiet, którym z równą łatwością oferował uśmiech, co brak cierpliwości. Łagodność nużyła go szybciej niż kiepskie wino; narzucona marszruta wychowania, te wszystkie „tak trzeba” i „nie wypada”, uwierały jak za ciasny kołnierzyk. W szkole łamał zasady z czystej przekory, jakby sprawdzał, czy świat w ogóle reaguje na nacisk. Reagował ― zazwyczaj karą ― ale przynajmniej było wiadomo, że żyje.
― Znasz swoje mocne strony, panienko? ― Pod nosem ojca jednak nie był gotów na te same demonstracje. Tam bunt kurczył się do rozmiaru myśli, której lepiej nie wypowiadać. Wizja batów, realna i konkretna, nie metaforyczna, wywoływała to pokrętne uczucie sunące po karku ― nie tyle strach, ile biologiczną pamięć bólu, zapis w ciele, który skuteczniej niż moralność uczył granic. Lekko zwykł obniżyć głowę, by raźniej spojrzeć w jej ciemne oczy, doszukując się fragmentów jej duszy. ― Jesteś śliczna, rozsądna również się wydajesz, mądra… Więc czemu pośród narzuconych wartości, przyjęłaś je do siebie, hmm? To debilne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
16-02-2026, 21:26
Z reguły Wellers nie przejmowała się słowami innych ludzi. Niektórzy twierdzili, że jest na nie całkowicie odporna. Plotki niejednokrotnie zniszczyły ludziom karierę. Powodowały samoistne zmęczenie materiału, różne, dziwne myśli. Wiedziała, że nie powinna się nimi przejmować. W większej mierze ludzie lubili robić sobie na złość, ranić się nawzajem złym słowem. Sama nie lubiła tak robić. Raczej, jeśli miała powiedzieć komukolwiek coś przykrego, skupiała się na konstruktywnej krytyce. Wolała być tą, która mogła wskazać pola do poprawy, niż sprawić komukolwiek przykrość.
Teraz jednak, dzisiaj, coś ją przyszpiliło. Każdy miewał złe dni, ale ona nie potrafiła przejść obojętnie obok ostatniego treningu. Miała wrażenie, że nic nie szło po jej myśli. A ludzie gadali i to ją wyprowadziło z równowagi. Gadali poza nią. Jakby była powietrzem, kimś niegodnym ich uwagi. Równie dobrze mogła zniknąć i nikt by na to nie zwrócił uwagi.
- Arthyen... Bardzo ciekawe imię. - jej imię w tym momencie wydało się jej mocno pospolite, ale nie powiedziała tego na głos. Po co? Już i tak wiele powiedziała temu nieznajomemu mężczyźnie, nie musiała bardziej się pogrążać. - Hmmm, czemu... Człowiek słyszy na swój temat różne rzeczy. Niektórzy jeszcze robią to na tyle... bezczelnie, że zapada to mocno w głowie...
Przygryzła dolną wargę, kminiąc, jak bardzo jej głupie słowa przez kiepski dzień zapadły w pamięć. Sama nawet była zszokowana tym. Westchnęła cicho, upijając nieco alkoholu. Spojrzała na moment dookoła, zatrzymując się nieco dłużej wzrokiem na poszczególnych osobach w tym miejscu. Ludzie zdawali się nie przejmować niczym, korzystać z życia. Czemu ona tak nie mogła? Wróciła spojrzeniem do mężczyzny i poprawiła się nieco, nachylając się do przodu.
- Mocne strony? - powtórzyła za nim, unosząc na moment brwi w górę. Cofnęła odrobinę głowę, gdy mężczyzne obniżył swoją i zamrugała zaskoczona oczami. No i ... gdy powiedział następne słowa. Że co proszę? Momentalnie się zawstydziła i odwracając spojrzenie nieco w bok, nim z powrotem wróciła do niego oczami. - To.. to są moje mocne strony? Znaczy, tak... tak myślisz? - halo, ziemia do Lillie, po prostu powinna przyjąć komplement, a nie doszukiwać się czegokolwiek teraz złego w słowach... - Cóż, może... Może w jakimś stopniu. Na pewno jestem... oryginalna. - uniosła kącik ust w górę, nie bardzo wiedząc czy to jednak zaleta, czy nie. Bycie Azjatką w świecie Europejczyków miało swoje zalety, ale również i wady. Na pewno wyróżniała się z tłumu. - Ale... Ważniejsze jest dla mnie pokazanie się z dobrej strony swoimi umiejętnościami... - nie uważała się za śliczność, to już można było wywnioskować. Jej zależało na byciu idealnym w tym, co robi. - Czy nie tak właśnie powinno być?
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
18-02-2026, 20:23
Umoralniać to jedno, ale żeby on ― z tym swoim zakutym łbem i reputacją człowieka, który prędzej przyłoży niż pogłaszcze ― doradzał kobiecie? Świat musiał się walić w posadach. A jednak nie miał z tym większego problemu. Jeśli mógł komuś coś powiedzieć i przy okazji podbudować własne znaczenie w tej układance, czemu nie. Prostacka pomoc też była walutą. Czasem bardziej skuteczną niż złoto.
Ramy udawanego taktu opadły nieznacznie, niemal niezauważalnie dla niewprawnego oka. W jego głosie pojawił się ton wyższości, ten miękki, lepki poblask kogoś, kto rości sobie prawo do racji. Muzyka w tle zdawała się nabierać patosu, jakby orkiestra postanowiła akompaniować jego słowom, wynosząc je do rangi objawienia. Wniebowstąpienie w knajpie trzeciej kategorii ― albo jakaś pojebana łaska wyższego bytu. W takie rzeczy wierzyli mugole. W ich księgę o wielkim i pomocnym bóstwie, które czuwa, prowadzi i wybacza. Uśmiechnął się pod nosem na samą myśl. Gdzie był ten ich bóg, kiedy silniejsi rozstawiali pionki? Gdzie był, kiedy słabsi uczyli się, że przetrwanie to nie kwestia modlitwy, lecz pozycji przy stole? Wyrolował wszystkich, zostawiając świat pod rządy tych, którzy mieli dość siły, by po niego sięgnąć.
― Przypadłość rodziców do zamiłowań legend i folkloru, tłumaczenie z staroceltyckiego to niedźwiedź, wojownik ― Dlatego aniołki takie jak panna siedząca obok miały zagwozdki dość proste. Wystarczyło nauczyć je, komu ufać, a komu patrzeć na ręce. Wystarczyło wskazać kierunek, a potem pozwolić im myśleć, że to ich własny wybór. ― Idioci przekazują swoje pierdolamenty dalej, mądry zbywa i milczy, wiesz? ― Wyciągnął z kieszeni sflaczałą papierośnicę, sklejoną czymś, co pachniało tanim rosyjskim specyfikiem. Otworzył ją z cichym trzaskiem i wsunął papierosa między wargi. Zapalił bez pośpiechu, jakby cała rozmowa była tylko preludium do tej chwili. Dym uniósł się leniwie, rysując w powietrzu cienkie spirale. Pannę Lillie poczęstował tym samym, tak wszkaże zachowywali się dostojni mężowie stanu, nie? Miał jeszcze cukierka w kieszeni ― znalazł go wcześniej, przyklejonego do dna kieszeni kurtki. Heh. Może i był brutalny w słowach, może jego rady brzmiały jak rozkazy, ale w tej chwili to on był jedynym, który mówił jej prawdę bez lukru. A cukierki, cóż ― zostawiał na później. ― Mówili, że nie nadaję się do policji ― Mądrzejsi mieli rację, za nic w świecie by tam nie wytrwał, przetrwał i się słuchał. Czyż musiała to wiedzieć? Kategorycznie nie. ― Ludzie w zazdrości potrafią sprzedać własną matkę, czy przyjaciela; więc co masz robić? Nie słuchaj, zapomnij i działaj. Zamknij im mordy tym, co potrafisz najbardziej.
Nie było nic gorszego od zdrady. W jego wewnętrznym porządku świata była ona grzechem niewybaczalnym, biologiczną anomalią, którą należało wycinać jak gangrenę. Takim najchętniej wyrywałby języki u samej nasady, rozdzierał członki z metodyczną precyzją, jak rzeźnik, który zna topografię ciała lepiej niż mapę własnego miasta. Patroszyłby ich bez pośpiechu ― jak podrzędne zwierzę, tropione długo po tym, gdy farba życia zaczynała uciekać z poranionych tkanek. Nerwy przecięte jak struny, ścięgna puszczające z suchym trzaskiem, a na końcu dobrotliwe żyły i tętnice, które tak ufnie niosły ciepło aż do ostatniej sekundy. Zdrada była słabością przebrana za spryt. Była tchórzostwem w masce odwagi. I dlatego wymagała odpowiedzi ostatecznej, zniszczenie.
― Umiejętności to jedno, najważniejsze jest żyć w zgodzie z samym sobą... ― odpowiedział milutko, strzepując spalony tytoń gdzieś na ziemię, omijając czarny materiał spodni. Szkoda, by upieprzyć wychodne portki tak prostacko. Obserwował rumieńce na kobiecej twarzy, lekko współczując, co zamierzał jej nauczyć. Prawdziwość ludzkich emocji, a nie jakiej gdybanie i morały. Skrzywił się, jakby sam fakt, że musi to rozważać, był ujmą dla jego twardego kręgosłupa. ― Wyobraź sobie, że jestem gnidą, która Ci powiedziała złe rzeczy.... Słaba jesteś, wiesz?! Wiesz?! ― nieznacznie uniósł swój głos ponad tonacje aranżowanej muzyki w tle, opierając przedramiona na stoliku. Pierwszy raz będąc tak blisko swojej towarzyszki niedoli, wymuszając animozje, którymi została poczęstowana przez jakiś tak idiotów. Nic nie koiło lepiej, niż odreagowanie w sposób brutalny i butny w swym rodzaju. ― Śmiało, powiedz jak bardzo utalentowana i mocna w swych możliwościach jesteś. Wgnieć mnie w ziemię.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
19-02-2026, 14:08
Ciężko było powiedzieć ze strony Lillie, co tak naprawdę powinna w tym momencie zrobić. Miała gdzieś w głowie, że nie powinna dawać się stłamsić. Była młoda, mogła popełniać błędy... I nikt nie powinien jej czegokolwiek zarzucać. Zapracowała sobie na to miejsce, gdzie jest, prawda? A mimo to dzisiaj ją to wszystko przytłoczyło. Czy gdyby zniknęła, ktokolwiek zauważyłby jej nieobecność? To było durne pytanie i nie powinno się ukształtować w żadnej głowie, a na pewno nie tak młodziutkiej.
Lillie sama przed sobie musiała przyznać, że imię mężczyzny było niezwykle ciekawe. W porównaniu do niego - jej wydało się takie... pospolite. Niemniej nie zamierzała teraz na ten temat rozmawiać i narzekać jeszcze na tę rzecz w jej życiu. Uważała to za bezsensu temat i prawdopodobnie wymiana zdań dotycząca jej imienia spełzłaby na niczym, jedynie stracie czasu.
- Tak czy siak imię niespotykane na co dzień i wyróżniające się. - dorzuciła jeszcze swoje trzy grosze, bo nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła. To w końcu była wygadana osoba, i chociaż w tym momencie nieco bardziej zamknięta w sobie niż na co dzień, nadal nie potrafiła zapanować nad niektórymi rzeczami.
Słuchała go bardzo uważnie, zerkając w jego stronę. Naczynie z piciem trzymała w obydwóch dłoniach, obejmując palcami szkło. Mówił na pewno mądre rzeczy, tylko czy ona w tym momencie potrafiła całkowicie się do nich odnieść? Co prawda nie ze wszystkim mogła się zgodzić - ale zgadzała się z tym, że ludzie w zazdrości różne rzeczy mówili. I bardzo często - choć nie zawsze - chcieli zrobić tylko przykrość drugiej osobie.
- Panie Policjancie, zaprawdę ciekawe rzeczy Pan prawi. - uśmiech, delikatne uniesienie lewego kącika ust, pojawiło się na jej twarzy. Odwróciła spojrzenie, odchylając się na krześle i rozejrzała dookoła. Było gwarnie, tłumnie i wesoło. I jej uśmiech się nieco powiększył. A gdy wrócila spojrzeniem do ledwo co poznanego mężczyzny, w jej oczach pojawił się nieco inny blask. Nawet na jego uniesienie się, nie zareagowała jakoś szczególnie. Jego słowa "Nie słuchaj, zapomnij i działaj" starały się wyryć w jej głowie, a raczej ona chciała je sobie utrwalić. Bo jednak to było bardzo dobre opisanie sytuacji.
- Czy utalentowana... Jestem nową ścigającą Harpii, osiągnęłam to w młodym wieku i chyba jestem całkiem niezła w swoim fachu... Czy to się liczy? - przekrzywiła nieco głowę w bok, nie spuszczając spojrzenia z tęczówek mężczyzny. Chyba się liczyło, nie?
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
19-02-2026, 15:40
Och, miano per policjanta ― którym przecież nie był i być nie zamierzał ― zabrzmiało z ust młodej panienki zaskakująco szlachetnie. Jak odznaka przypięta do piersi bez procedury, bez przysięgi, za to z pełnym błyskiem w oku obserwatorki. Łechtało ego w sposób niemal bezwstydny. Słowo, rzucone mimochodem, potrafiło zbudować iluzję autorytetu szybciej niż lata służby. Cóż, skoro już dostał tytuł, mógł przez chwilę ponosić go jak dobrze skrojony płaszcz. Spodziewał się jednak innego wybuchu. Liczył na iskrę, na trzask porcelany o stół, na rumieniec zdradzający urażoną dumę. A tu nic. Żadnego „bang”. Żadnego teatralnego spazmu. Mówiła statecznie, spokojnie, z równą kadencją, jakby każdy wyraz wcześniej zważyła w dłoni i uznała za godny wypuszczenia. To go zawiodło ― owszem ― ale też obudziło w nim czujność.
― Och panienko, tylko ciekawe? Hm, myślę... Że dosadnie Cię to odrobinę podbudowało, racja... ― Nie była łatwa. Nie była jedną z tych, które reagują zgodnie z przewidywalnym schematem bodziec―emocja―kapitulacja. W jej głosie nie było potulności, lecz kontrola. A kontrola to waluta, którą on szanował. ― Osiągnęłaś wszystko sama, dlatego zazdrość zżera tak wielu ― Upił solidny łyk piwa, jakby chciał spłukać własne przedwczesne założenia. Gorzki smak rozlał się po języku, osiadł ciężko w gardle. Kufel czekał wcześniej w samotności, teraz stał się narzędziem obserwacji. Zielenią tęczówek nie spuszczał z niej wzroku ― nie natarczywie, acz konsekwentnie, jak drapieżnik, który nie rzuca się bez potrzeby, ale analizuje oddech ofiary. ― Ścigająca, hm? Zaszczytne miejsce dla niesamowitej persony, winszuję...
Majestat tytułu już go nie bawił. Teraz interesowała go konstrukcja. Jej opanowanie. Granice. I to, gdzie ewentualnie pękną, jeśli odpowiednio przycisnąć.
Gwizdnął cicho, przeciągle, z uznaniem, jakby właśnie usłyszał coś, co wykraczało poza przeciętność codziennego bełkotu. Resztkę fajki wtopił w zalegające na dnie kufla piwo; tytoń zasyczał krótko, utopił się w pianie jak drobna ofiara złożona przypadkowi. Zniżył głos odruchowo, jakby to, co miało paść dalej, wymagało półcienia. Ścigająca tak znamienitej drużyny? Uniósł brew z wyraźnym niedowierzaniem. No miała nochala, nie ma co. Taki talent, taka pozycja ― a przejmować się miała szczekaniem trybun? Bełkotem kibiców, którzy znali grę wyłącznie z krzyku? Albo zazdrością chłystków z innych składów, którym brakowało zarówno kondycji, jak i charakteru? Żenujące.
― Chcę zobaczyć jak zamykasz gęby innym na następnym meczu, będę obserwować jak śmigasz ― W jego świecie wartość mierzyło się skutecznością, nie opinią. Wynikiem, nie plotką. Jeśli ktoś był dobry ― a ona najwyraźniej była ― to jedyną odpowiedzią na zawiść powinno być jeszcze lepsze zagranie. Jeszcze szybszy sprint. Jeszcze bardziej bezlitosne zwycięstwo. Nieznacznie położył dłoń na jej mniejszej, chłodniejszej. Gest wyglądał na wsparcie ― krótki, oszczędny, pozornie naturalny. W istocie był czymś więcej i czymś mniej jednocześnie. Artykulacją bliskości, która nie zobowiązuje. Znakiem, że może stać obok, ale nie za nią. Takie w jego stylu ― dotknąć na moment, zaznaczyć obecność, po czym cofnąć się, zanim ktokolwiek zdąży uznać to za deklarację. ― Nie słuchaj idiotów, pokaż, kto jest najlepszą ścigającą obecnego roku ― szepnął z zadowoleniem tuż do jej ucha, ściągając niespostrzeżenie kurtkę z krzesła. Faktycznie, słodziutka to była panienka na dłuższe rozmowy. Może i poznanie?  ― Powinnaś dostać mandacik za niezdrowe przekroczenie osobistej słodkości... Do zobaczenia, aniele. ― pocałował ją w policzek na odchodne, mrugając jej tajemniczo. Cóż, przynajmniej narzekanie na nieudany wieczór mógł sprostować do frazy, ciekawie było, ale się zmyło.

| Arthie zt <3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 19:10 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.