• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Domostwa > Obrzeża Hogsmeade, Dziupla, Mooncalf Road 2 > Kuchnia z jadalnią
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-02-2026, 14:55

Kuchnia z jadalnią
Pomieszczenie od dawna mające za sobą lata świetności, jednakże nadal zadbane i czyste. Kuchnia pełna jest starych szafek i żeliwnych przyrządów, w pobliżu okien wiszą pod sufitem kępki suszonych ziół, a w wolnych miejscach na blatach królują rośliny doniczkowe. W przejściu do kuchni można trafić na segment jadalniany: spory drewniany stół przykryty dzierganymi bieżnikami, który magicznie powiększa się w zależności od liczby domowników zasiadających do posiłków. W pobliżu stoi też ulubiony bujany fotel dziadka, który od czasu jego odejścia pozostaje nieużywany.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
06-02-2026, 01:54
1.05, 4 rano

Prawie nic dzisiaj nie pił—piwo wlane w siebie o dwudziestej już dawno zdążyło wywietrzeć—ale czuł się gorzej niż na kacu. Bo to chyba była forma kaca: gwałtownie opadająca adrenalina i pustka, która pozostaje potem. W Londynie (w wolne wieczory wymykał się do stolicy lub do Cardiff, nie chcąc robić złego wrażenia w Szkocji; bądź co bądź tu była większość klientów) był jeszcze nabuzowany i nie czuł wcale bólu. Wtoczył się do kominka swojego znajomego na fali tych emocji, ale gdy za sprawą proszka Fiuu znalazł się w domu (czy to nadal był dom? Od powrotu z Afryki czuł się tutaj przerażająco obco, ale przecież minęło już tyle czasu, powinien jakkolwiek się zadomowić…) zakręciło mu się w głowie i uderzyła go fala bólu. Na brzuchu zostaną mu siniaki, ale to nic takiego i jego twarz to chyba też nic takiego, rozcięta warga i rozcięty łuk brwiowy i tamten debil w barze samemu się o to prosił… (Właściwie o co? Przegrał tamtą bójkę, ale nie chciał teraz o tym myśleć. Ani o tym, jak błahy był jej powód—typ nazwał go bękartem, ale nie dosłownie tylko w ramach nieszkodliwej obelgi przy kartach, a Cal eksplodował).
Tym niemniej, krew z łuku brwiowego trochę zalewała mu pole widzenia; może nie tryskając, ale kapiąc powoli na rzęsy. Może dobrze będzie się tym choć trochę zająć zanim pójdzie spać. O ile w ogóle zaśnie.
Nawet nie próbował czarować, nie znał się na magii leczniczej i zrobiłby sobie więcej krzywdy niż byłoby z tego pożytku; ale gdzieś w kuchni powinna być mikstura dezynfekująca i magiczne bandaże… chwila, jak nałożyć bandaż na brew? Mniejsza o to, poradzi sobie.
Jak na to, ilu kłopotów ostatnio szukał to i tak cud, że dopiero teraz potrzebował domowej apteczki.
Otworzył zamaszyście szufladę, w której zawsze (zawsze zanim doniósł na Felixa i wyjechał…) była domowa apteczka i zaklął siarczyście. Za dnia się pilnował, ale teraz babcia na pewno spała na górze i nikogo tu nie by—
—nie wiedział, czy to własne przeczucie czy odczuwalna na gołej skórze aura dezaprobaty, ale coś kazało mu się odwrócić i dostrzec szczupłą sylwetkę przy kuchennym stole. Jakoś… nie zauważył Darcy w drodze od kominka do szuflady.
- Znowu wszystko przestawiłaś. - zarzucił jej na powitanie, choć nie wiedział kiedy to poprzestawiała i czy chodziło tylko o apteczkę. W inny dzień (w ogóle w dzień) uznałby, że może babcia potrzebowała apteczki w jakimś łatwiej dostępnym miejscu, na przykład na piętrze, ale słońce nawet nie wzeszło, a ciemność nie ułatwiała logicznego myślenia. Ból też nie ułatwiał logicznego myślenia. Gdyby pomyślał, spytałby najpierw, co do cholery Darcy robiła tu o czwartej w nocy (też nie mogła spać? Nie, mniejsza o to, nie obchodzi go jej sen ani rytm dobowy), ale w ramach obrony wybrał innego rodzaju atak no i słowo się rzekło. Teraz, żeby zachować twarz, mógł tylko spojrzeć na nią z wyrzutem, tak jakby poprzestawiała tutaj wszystko tylko po to, żeby zrobić mu na złość.
Zresztą, może tak zrobiła.
Wziął głęboki wdech i uznał, że wcale nie potrzebuje tej apteczki. Wujek opowiadał mu o sytuacji, w której został bez różdżki i bez leków i został ugryziony przez jadowitego węża i musiał nasikać sobie na łydkę i kuśtykać do mugolskiej wioski i skoro on sobie poradził, to Caleb poradzi sobie z głupim łukiem brwiowym.
(Właściwie, możliwe, że wujek kłamał. Nawet prawdopodobne. Nawet pewne. Ale nie zmieniało to jego postanowienia!)
- No to… dobranoc. - wydukał po sekundzie, gdy złość odrobinę opadła. Musieli siebie znosić w sprawach dotyczących ropuch i biznesu, ale nie musieli tego robić o czwartej rano i postanowił to postanowienie uszanować—schodząc jej z drogi tak jak wtedy, gdy mieszkali tu jeszcze z Felixem, jak zawsze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
howodczyni magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
06-02-2026, 09:19
Nie mogła dojść ze sobą do ładu i składu. Powietrze w sypialni zdawało się zbyt duszne, zaś uchylone okno wpuszczało zbyt dużo chłodnego powietrza; kołdra była jednocześnie zbyt gruba i zbyt cienka, materac jednocześnie zbyt miękki i zbyt twardy. Księżyc zaglądający przez nieszczelnie zasunięte zasłony budził wspomnienia o Felixie, ciężkie, żelaziste i na zawsze zabarwione niedopowiedzeniami, które zaważyły na ich przyszłości. I na przeszłości, bo grunt, na którym urosła ich relacja, od początku był pełen chwastów wykluwających się z kłamstw. W noce takie jak ta Darcy rozpamiętywała każdy szczegół i zastanawiała się, jak można było uniknąć tragedii kładącej się cieniem na całej dziuplowej rodzinie. Może gdyby jako jeż dreptała za Felixem do lasu, szczególnie w pełnię, to szybciej zorientowałaby się w sytuacji... Tyle że była na wpół pewna, że podświadomie zignorowała wszystkie znaki, które los podsuwał jej pod nos i oczy. Nie mogła mu pomóc, kiedy tak naprawdę wolała udawać, że nie ma powodu do pomocy czy zmartwienia. Zawiodła go. A on zawiódł ją. Może tak po prostu musiało być.
Kolejny raz w przestrzeni dwóch minut obróciła się gwałtownie na łóżku, nie wiedząc, czy woli skopać kołdrę w nogi materaca, czy zakryć się nią szczelnie, aż pod brodę. Była zła. Wściekła nawet, na to wszystko, co spotkało Diggorych pod dachem Dziupli, na siebie, na Felixa i szczególnie na Caleba. Wygodnie zrzucała na niego ciężar winy, ogniskowała gniew i urazę, które w innym wypadku szalałyby bez odbiorcy, tnąc jej duszę jak pergamin. Dlatego kiedy usłyszała dobiegający z dołu trzask, który miał sporą szansę na obudzenie Merlina ducha winnej babci, przeklęła pod nosem siarczyście, w sposób, który Felix uznawał za wybitnie niekobiecy, i zerwała się z łóżka. Różnokolorowe kapcie wylądowały na stopach, jeden żółty w psidwaki, drugi błękitny w znikacze, na ramiona narzuciła patchworkowy szlafrok - trochę jak zbroję zakładaną na starcie z wrogiem, po czym wyszła z sypialni. Cicho, dyskretnie, by nie dokładać śpiącej w domu kobiecie dodatkowego powodu do wyrwania ze snu. Na palcach zeszła potem do kuchni, stając w drzwiach. Poturbowany Caleb, zakrwawiony i żenująco nabuzowany, miotał się jak troll w składzie porcelany, przekopując się przez szuflady w poszukiwaniu apteczki. Domyśliła się tego, co nie przeszkodziło Darcy stwierdzić, że robił raban bez powodu, ewentualnie tylko po to, żeby ją wkurzyć. Przecież zawsze grał jej na nerwach, robił to odkąd doniósł na Felixa, a potem wesoło wprowadził się do domu, gdzie przez niego doszło do krzywdy. 
- Jasne, przestawiam wszystko co wtorek - burknęła defensywnie. Wystarczyło jedno spojrzenie przylepione do sylwetki Caleba i już była wściekła, bardziej niż wcześniej. Dlaczego nie mógł po prostu się wynieść? Miał tupet, chodząc po Dziupli śladami kroków zmarłego brata. - Musisz się tak tłuc? Obudzisz babcię, a gdybyś nie wiedział, bo pewnie nie wiesz, następnego dnia boli ją głowa, jeśli się nie wyśpi - podkreśliła surowo, choć zmęczona barwa głosu odbierała słowom trochę animuszu. To ona zajmowała się babcią. To ona świetnie sobie radziła, kiedy go nie było. To ona sprawiła, że hodowla i Dziupla nie zarosły brudem, kurzem i finansową klapą, nie mając obok siebie ani męża, ani dziadka, którzy wcześniej pilnowali takich rzeczy. To ona mogła dalej sobie radzić bez niego, nie potrzebowała Caleba, jego głupich ropuszych imion i rozkrwawionych łuków brwiowych. Nie mógł po prostu się ogarnąć? I wyprowadzić, skoro sama świetnie nad wszystkim panowała?
Uciekał, rozpoznała to bez trudu. Tyle razy widziała, jak podkulał pod siebie ogon i zwiewał przed nią jak przed toksyczną jaszczurką, gotową napluć na niego ogniem; było tak jeszcze zanim wszystko szlag trafił. No i dobrze, niech sobie idzie. Zapalona w niechęci, mocno zacisnęła ręce skrzyżowane na piersi, ale kiedy próbował ją minąć, coś w niej skapitulowało. Ramiona opadły do boków, a dłoń wsunęła się do kieszeni szlafroka i wyjęła z niej różdżkę, obracając się w kierunku Caleba.
- Czekaj. Zakrwawisz pościel i będę musiała to prać - rzuciła kwaśno, choć nie była do końca przekonana, czy był to jedyny powód, dla którego go zatrzymała - ale inne nie były tak bezpieczne i wygodne jak pragmatyzm. - Episkey - zaintonowała, zbliżywszy różdżkę do rozcięcia na łuku brwiowym czarodzieja, jednak szybko zauważyła, że szpic nadal znajdował się nieco za daleko rany i przez to leczona skóra jedynie drgnęła, po czym wróciła do swojego wyjściowego stanu. - Episkey - ponowiła Darcy i tym razem magia zadziałała prawidłowo, scalając skaleczenie. Nie zmyło to krwi z twarzy Caleba, ale piekący ból zniknął, podobnie jak ślad po bójce, w którą wdał się tej nocy. - Mógłbyś choć raz wrócić do domu i nie przypominać poobijanej śliwki? Jeden raz, chyba nie wymagam za dużo - zabrzmiała na zrezygnowaną, schowawszy różdżkę z powrotem do kieszeni szlafroka i splatając ręce na piersi. Nie sięgała do niego wzrokiem, zajęta wpatrywaniem się w przypadkowy punkt na ścianie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
07-02-2026, 02:04
- Czasem mam wrażenie, że tak. - odwarknął, tłumiąc cisnące się na język słowa: bo babcia i tak ich nie znajdzie sama. Obydwoje o tym wiedzieli, nie było sensu mówić smutnych i zarazem okrutnych rzeczy na głos. Zarazem myśl o tym, że Darcy przestawia rzeczy żeby zrobić jemu na złość (bo tylko jemu mogła tym zrobić na złość, przecież nie babci) wydawała się dziwnie sensowna. Może chciała go wziąć na przemęczenie i skłonić do wyprowadzki tą pasywną agresją, albo po prostu sprawić żeby zwariował nie mogąc znaleźć widelca. Mogłaby po prostu powiedzieć, ale kobiety nie były przecież logiczne—jego matka wygoniłaby kogoś z domu właśnie taką wojną podjazdową, więc nie było powodu sądzić, że jest to poniżej Darcy.
Kiedyś sądził, że to byłoby poniżej Darcy. Ale to było kiedyś.
- Nie obudzę babci, kuchnia jest dobrze izolowana. - zaperzył się, choć głównie odruchowo i aby poczuć się trochę mniej podle; bo ściszył głos, w jego oczach błysnęło coś na kształt paniki, a policzki pokrył lekki rumieniec wstydu. Albo złości—w półmroku kuchni i w kontraście z krzepnącą na policzkach krwią trudno byłoby to rozróżnić. - Wiem, to moja babcia. - wyrwało mu się na fali tych emocji, zanim zdążył ugryźć się w język i zorientować w ogóle jak to zabrzmiało. Coś—wyrzut sumienia—momentalnie ścisnęło go w brzuchu, a brzuch i tak już go bolał, bo dostał w niego z pięści, a potem z kopniaka. Przygryzł lekko wargę i uciekł wzrokiem, chcąc cofnąć te słowa, ale nie mając pomysłu jak. Może najlepiej je przemilczeć. Przecież Darcy wiedziała, że babcia kochała ją jak własną wnuczkę.
Przecież (i o tym na szczęście Darcy nie wiedziała, ale babcia już tak—chyba. Kiedyś) samemu nie był nawet jej wnukiem.
Teraz już na dobre zapragnął uciec. Od echa własnego głosu, od zabawnego szlafroka i od kapci nie do pary, które jego zdaniem Darcy ubrała chyba w roztargnieniu, od jej obecności i jej spojrzenia. Może w ogóle mógłby pójść do szopy. Jeszcze nie było tak ciepło, żeby się tam przespać, ale mógłby chociaż... może w ogóle mógłby przeczekać do rana?
Przynajmniej powiedział takie rzeczy, że Darcy pozwoli mu uciec.
Ale się przeliczył. Zatrzymał się niepewnie, choć posłusznie. Usiłował przybrać zniecierpliwioną minę, ale bolała go cała twarz i chyba był na to zbyt zmęczony. Spiął odruchowo ramiona gdy Darcy wyjęła różdżkę, jakby bał się jej zaklęć albo jej dotyku albo jej gestów—choć na logikę domyślał się po co to robiła. Czekał zaskakująco cierpliwie gdy magia nie zadziałała (nie zasługiwał na to, żeby zadziałała) i wziął krótki, zdziwiony wdech, gdy jednak zadziałała. Momentalnie poczuł ulgę, podejrzewał też, że pewnie nawet nie zostanie blizna—która zostałaby po jego bojach z apteczką.
Darcy była naprawdę zdolna.
- Uhm, dzięki. - wymamrotał, z wielkim zainteresowaniem przyglądając się boazerii. O, drzazga. Może mógłby odnowić boazerię. Albo najlepiej ją zerwać i zrobić wszystko od nowa. To zajęłoby jego ręce i myśli na bardzo długo.
- Ja... - cofnął się w stronę zlewu, wzrokiem szukając ręcznika do otarcia twarzy. Nie mógł go znaleźć. - Mógłbym. Przepraszam, ciebie i babcię. - wziął głęboki wdech. Może teraz to dobry moment? Jesteś naprawdę zdolna, Darcy. Marnujesz tu życie, Darcy. Powinnaś robić coś lepszego, Darcy. Mógłbym wykupić udziały, może to starczyłoby na Evershire. Mam cały plan i wszystko naprawię. - to chciał powiedzieć. - Nie myślałaś, żeby wrócić na studia? - to powiedział, albo raczej nagle wypalił.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
howodczyni magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
07-02-2026, 11:02
Oskarżenie skomentowała przewróceniem oczu. Tak, po tym, jak zniknął z domu, a w ziemi złożono dwie trumny, zrobiła w Dziupli małe przemeblowanie, żeby choć tak odciąć się od bólu wspomnień mieszkającego w poprzednim ułożeniu przedmiotów, ale potem już nie zawracała sobie tym głowy. Nie czyhała na niego niczym przyczajony erkling, żeby zrobić mu na złość. Nie rozmyślała, jakim sposobem wyprowadzić go z równowagi po raz czterdziesty trzeci. Nie zasługiwał, by poświęcać mu tyle czasu - wolnego, bo z zawodowym nie miała innego wyjścia, zmuszona do kooperacji przez równo podzielone papiery własnościowe.
- Nie moja wina, że nie możesz zapamiętać, gdzie od roku leżą różne rzeczy - fuknęła ściszonym głosem, samej nie ryzykując zmącenia wypoczynku babci. Maude w półsłówkach narzekała na podziębienie, dlatego tej nocy położyła się wcześniej, po wypiciu fiolki z eliksirem wzmacniającym, który Darcy przyniosła niedawno z apteki w Hogsmeade. Dobrze, że pomyślała, by uzupełnić zapasy. Sama. Caleb jak zwykle nie wychodził z inicjatywą, nie przewidywał, nie zgadywał, nie męczył się odpowiedzialnym planowaniem ani martwieniem o rodzinę. Nie, on tylko dokładał problemów, wracając w środku nocy z krwią zalewającą mu twarz i ciężkim odorem papierosów wplątanym we włókna ubrań, jak niewyszumiany nastolatek, który nie mógł się powstrzymać.
W słowach również: wiedział, gdzie uderzyć, gdzie znajduje się odsłonięta i niestrzeżona tkanka, w którą można wbić drzazgę wypatrzoną na boazerii. Moja babcia, żenada tych słów zmusiła jej wargi do skrzywienia. A gdzie byłeś, kiedy babcia zaczęła mylić imiona sąsiadek i odmawiała ulubionych gier w karty? Gdzie byłeś, kiedy ucichła i przestała wchodzić do hodowli po śmierci dziadka? Miała ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, odwdzięczyć się bólem, przypomnieć, że nie miał prawa stawiać się wyżej, skoro to ona zajmowała się Maude, ale zamiast tego wybrała szpilę, którą mogła zamknąć w dwóch słowach. - I Felixa - przypomniała dobitnie. Zimno. Surowo. Nie musiała dodawać nic więcej, Caleb wiedział, co miała na myśli.
Ile razy tkwili na skraju przepaści, gotowi rzucić się sobie do gardeł, i ile razy mimo wszystko Darcy sięgała po różdżkę, żeby go wyleczyć? Zaklęcie scaliło rozerwaną skórę, ból zniknął, ale to nie wystarczyło, musiała wrzasnąć na swój słaby kręgosłup, żeby powstrzymał się przed podaniem mu ręcznika. Caleb musiał się w końcu ogarnąć o własnych siłach. Pojąć, że to, co robił, nie było ani produktywne, ani bezpieczne. Niedawno zarzucał Felixowi brak kontroli nad samym sobą, a co pokazywał powrotami pod osłoną ciemnego nieba, z siniakami czy złamanym nosem? To jego zdaniem była kontrola?
Schowała różdżkę, znów zaplatając ramiona na piersi, po czym ze zdziwienia otworzyła szerzej oczy. Przeprosił, naprawdę ją przeprosił. Nie spodziewała się, że pamiętał, jak wypowiedzieć te słowa, tymczasem wydawał się szczerze skruszony, może nareszcie dostrzegając, w jak głęboką spiralę ryzyka popadł w ostatnim czasie. Część jej złości przygasła jak oblany wodą fragment ogniska, spojrzenie stało się nieco mniej ostre, a bardziej zrezygnowane i zmęczone, ale nie na długo. Caleb zawsze wiedział, jak coś zepsuć. Zawsze wykorzystywał chwilę jej nieuwagi, żeby wymierzyć nowy cios. Gdyby była jeżem, właśnie nastroszyłaby swoje kolce, a tak mogła jedynie unieść barki wyżej, trochę na pozór wznoszonej przed sobą tarczy, i spiorunować go wzrokiem.
- Wyleczyłam cię niecałą minutę temu, choć powinnam była dać się temu naturalnie zabliźnić w ramach nauczki, a ty już próbujesz się mnie pozbyć? Myślisz, że nie widzę, czym jest ta twoja troska? - burknęła. Rumieńce wściekłości wstąpiły na policzki, zaakcentowane przez napiętą postawę i dłonie mocno zaciśnięte na szlafroku. W głębi duszy bała się myśleć o powrocie na Evershire, nie potrzebowała kolejnego bólu rozpychającego się za mostkiem, kolejnego poczucia bezpowrotnej straty. - Chcesz się kłócić? - syknęła, ledwo panując nad gniewem; sztyletowała go gotowym do wybuchu wzrokiem, wiszącym na ostatniej nici rozsądku, czyli na babcinym śnie. Jak on śmiał? Jakim cudem ludzie rodzili się z takim tupetem i potrafili ukryć go na czas trwania Hogwartu? Przecież nie był taki w szkole.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 02:13
- Może mógłbym, gdybyś raczyła mi pokazać co zmieniłaś... - odwarknął, cicho i gardłowo i nie kontrolując własnych słów. Brzmiał teraz roszczeniowo, jak rozpieszczony dzieciak albo pan na włościach, ale naprawdę nie mógł tego kontrolować. Darcy patrzyła na niego zbyt oskarżycielsko i mówiła zbyt szybko i przewracała oczyma zbyt pogardliwie, by miał szansę przemyśleć własne słowa. -...albo nie wiem, poukładała to z sensem. - fuczał dalej. Wychował się w tym domu, wszystko miało swoje miejsce od dziesiątek lat, a wystarczyło kilka miesięcy by Darcy wszystko zmienia. Sama, bez konsultacji z nim, czy z Felixem, prawdopodobnie nawet nie z babcią. Może jej chociaż Lovegood powiedziała co i jak, skoro Maude jakoś się tu orientowała.
Zrozumiał, że przesadził, gdy zobaczył minę Darcy. Może zdążyłby się zreflektować i wtrącić jakieś niemrawa ciebie babcia też kocha (nie, nie użyłby słowa też, ostatnio czuł się niegodny uczuć babci) albo twoja też, ale nie zdążył. Nie zdążył, bo Darcy przywołała imię ducha. Przez twarz Caleba od razu przebiegł mimowolny grymas, barki spięły się odruchowo, a w brzuchu poczuł lodowaty ucisk. Skwitował imię brata milczeniem, ale nerwowo poruszająca się grdyka zdradzała, że doskonale zrozumiał intencje rozmówczyni. I że szpila była trafna.
I niepotrzebna. Nawet gdy nie słyszał dźwięku jego imienia, wciąż przecież o nim myślał. W tej cholernej hodowli nie dało się o nim nie myśleć. Nigdy nie widział ducha Felixa—na szczęście—ale to nic, bo miejsce i tak zdawało się nawiedzone. Ponad ramieniem Darcy widział jego ulubione krzesło, a gdy będzie szedł korytarzem minie kupioną przez brata lampę z targu staroci, by skończyć naprzeciwko drzwi do jego dawnej sypialni albo w szopie, w której wciąż słyszał echo jego głosu. Wspomnień, w których snuli plany rozbudowy tego miejsca, albo Felix chwalił jego drewniane rzeźby, albo omawiali szeptem zabezpieczenie piwniczki... Tej cholernej piwniczki, w której brat i tak nie spędzał pełni. Dlaczego, dlaczego nie mógł po prostu siedzieć na dupie? Nic z tego wszystkiego by się wtedy nie stało, a Caleb nie czułby czasem fantomowego bólu w miejscu blizn i (ciągle, zawsze) ciężaru na sercu.
Nigdy nie zdążył go o to spytać. Myślał, że może zdoła, jak wróci z Afryki...
Obydwoje z Darcy wiedzieli, że nie zasłużył na to Episkey. Ani na miłość babci. Darcy nie wiedziała przynajmniej (na szczęście), że nie zasłużył nawet na swoje udziały ani na noszone nazwisko. Caleb Dodge - myślał czasem o sobie ponuro, z ironicznym uśmiechem kwitując, że chociaż inicjały pozostałyby takie same. Od śmierci Felixa (nie od dowiedzenia się o ojcu, wtedy nie) nie czuł się godny nazwiska Diggory, ale nie czuł się również gotowy na zmianę. Dodge było pustą sylabą, Diggory - tożsamością, na ktorą nie zasłużył. Rodziną albo wspomnieniem o rodzinie.
Nie miał czasu o tym myśleć, bo rozmowa... eskalowała w nieodpowiednią stronę. Akurat znalazł ręcznik i zaczął ocierać twarz. Krople wody spłynęły po policzkach, brodzie (powinien ją podgolić... albo zgolić... czy coś...) i szyi, a potem na podłogę, bo przez oskarżenia Darcy go zatkało i raptownie opuścił rękę, wraz z mokrym ręcznikiem.
- Pozbyć? Po prostu nie chcę, żebyś marnowała tu życie, przez niego! - fuknął (ściszonym głosem, bo Darcy weszła mu na sumienie z babcią) zapominając, że lepiej było nie mieszać w to Felixa. Ani teraz ani nigdy. - O co ci chodzi?! - zarzucił jej, widząc rumieńce złości. Szczerze nieświadom, że to on zaczął. W emocjach jakoś mu to... umknęło. Gorąco uderzyło mu do skroni, w których jak echem obijały się jej słowa: wyleczyłam cię niecałą minutę temu. - Nie prosiłem cię o leczenie, skoro to taki problem. I skoro powiedzieć, że jesteś zdolna to też dla ciebie taki problem. - nie czytała mu w myślach i to nie jej wina, że nie zrozumiała ukrytego w jego propozycji komplementu; ale nie był w stanie spojrzeć na to w ten sposób. Po prostu wszystko jej nie pasowało, dlatego lepiej było schodzić jej z drogi i się nie odzywać. Po co w ogóle tu zeszła?!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
howodczyni magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 14:11
- Narysować ci mapę? - syknęła gniewnie, z minuty na minutę coraz bardziej wyprowadzona z równowagi jego roszczeniami. Nie wrócił do Dziupli wczoraj ani dwa dni temu, miał czas zapamiętać, gdzie leżą poprzestawiane przedmioty, a gdyby nie miał wrażliwości równej trollowi górskiemu, może nawet zrozumiałby, dlaczego je przełożyła. Darcy na oślep poszukiwała metody na pozbycie się łez w oczach, tej rozpływającej się po żyłach toksyny słabości, na którą nie mogła sobie pozwolić, kiedy została ze wszystkim sama. Z hodowlą, z chorobą i raptowną śmiercią dziadka, z postępującym roztargnieniem babci, z domem, który lubił kaprysić i rozpadać się tu i tam. Caleb wygrzewał się w pryzmach egzotycznego słońca, a jej świat zawalił się na głowę - i naprawdę miał taki tupet, żeby szastać pretensjami za to, jak sobie poradziła? Mocno zagryzła zęby, dla rozluźnienia wyobrażając sobie, jak dźga go różdżką w oko. - Na Godryka, po prostu się przyzwyczaj, zamiast obrażać się na łyżki za to, że leżą w złej szufladzie. Przy okazji przetestujesz, czy nie wybili ci z głowy resztek pamięci i kojarzenia - zarzuciła, nie pozostawiwszy miejsca na dyskusję, przynajmniej swoim zdaniem. Tak było i od teraz tak już będzie. Jeśli chciał decydować o szafkach, regałach i gablotkach, mógł tu być rok temu.
Wyraz poruszenia oplątujący jego mięśnie mimiczne nie dał jej takiej satysfakcji, jak miała nadzieję. Celna riposta miała go zawstydzić i zrobiła to, ale wypominanie Felixa to miecz obosieczny, który bolał ją samą, ilekroć go używała. Słodko-gorzkie wspomnienia osnute czernią żałoby uwiły w niej gniazdo jak memortki, płaczące zasłyszanymi za życia dźwiękami, które Darcy składała jak puzzle, poznając prawdę na temat swojego męża, prawdę, do której on jej nie dopuścił. Bo chciał ją chronić? Zastanawiała się okrutnie często, co za tym stało, i gdyby mogła, zapytałaby Caleba. Znał swojego brata dłużej niż ona, wychował się u jego boku, wiedział o likantropii, ale nie potrafiła zacząć z nim tej rozmowy. Zresztą on też nie zdobył się na szczerość wcześniej - był lojalny wobec Felixa aż do chwili, aż coś się zmieniło. Tylko co? Tego puzzla nie mogła znaleźć pośród rozsypanych elementów i był to kolejny ubytek, przez który nie mogła spać, jak dzisiaj. A po tym, jak atmosfera między nimi zgęstniała jeszcze mocniej, jakakolwiek szansa na wypoczynek wyparowała, podobnie zmartwienie i zmęczenie jego poobijaniem, jednym z wielu, z niezliczonych; żałowała, że go wyleczyła. Po co nadal miała w sobie wobec niego te odruchy? Opiekuńczość, empatię, troskę... Dlaczego nie umiała przejść obojętnie obok lejącej się krwi po jego twarzy?
Bo pamiętała tamtego chłopca z opieki nad magicznymi stworzeniami.
- Okej, według ciebie ja marnuję sobie tu życie, ale twoje już najlepsze ma za sobą, więc się - co? - poświęcisz? Dla mnie? Zostaniesz w marnotrawstwie, żebym ja mogła dopisywać do swojego życiorysu nowe sukcesy, i to nawet byłoby szlachetne, gdybyś w głębi duszy nie uważał, że beze mnie lepiej ogarniesz hodowlę - wybuchła, choć na całe szczęście półszeptem, podpierając boki dłońmi. Cwany był, musiała mu to przyznać. Uknuł pretekst pod postacią przerwanej nauki, uderzył w tęsknotę za nosem w książkach i profesjonalną medycyną, żeby sprzedała - albo lepiej, oddała - mu swoje udziały, prawowitemu dziedzicowi ropuszego dominium. Królewiczowi przemienionemu w pobitą śliwkę. Nazywając płazy nazwiskami ze skorowidzu, zapewne planował przekształcenie tego miejsca w coś na wzór sklepu Zonka w Hogsmeade, dodając fajerwerki, fikające bale słomy, tańczące karaczany i inne durnoty. Policzki ją zapiekły, nie tylko ze złości, do której doprowadził, ale też z ukłucia skrępowania wypomnieniem jej medycznych predyspozycji. Felix nigdy nie miał problemu z tym, że rzuciła dla niego studia. Zrobiła to zresztą na jego prośbę. - Wolałabym już, żebyś powiedział wprost, wiesz? "Przeszkadzasz mi, Darcy, i wzdycham do wizji pracy bez ciebie". Wtedy mielibyśmy jasną sytuację, zamiast... - bezradnie machnęła ręką w nieokreślonej intencji, akcentując przestrzeń między nimi, iskry przeskakujące z cząsteczek powietrza, duchotę tłumionych zarzutów, urazy i smutków, wojnę podjazdową, której ataki mogły nastąpić kiedykolwiek. - I niczego nie marnuję przez niego, nie masz prawa tak mówić - fuknęła na koniec, lekko wydymając policzki. Tyle że tak, z perspektywy Caleba mogło to tak wyglądać. I może z każdej innej. Ale czy to ważne? Nie planowała niczego zmieniać, nawet jeżeli jego towarzystwo w miejscu, gdzie wszystko kojarzyło się z jego donosem, doprowadzało ją do szału.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
10-02-2026, 20:53
- Wystarczyłoby powiedzieć, co przestawiłaś! - zaperzył się, choć wiedział, że trochę płonne jeśi odpowiedź brzmiała wszystko. Sztućce, kubki, nawet cholerną apteczkę. Ilekroć coś znalazł (widelce), przypominał sobie o nieużywanym od roku lub dwóch przedmiocie, którego nagle bardzo potrzebował i który całkowicie zmienił swoje położenie. - Albo chociaż, gdzie jest apteczka? - gdyby mieli z Darcy normalniejsze relacje i gdyby normalniej spędzał wieczory, właściwie nie obchodziłoby go to aż tak. Lovegood znała się na pierwszej pomocy i właściwie na wszystkim, co mogłoby zniwelować jego przypadkowe obrażenia albo kontuzje nabyte w hodowli. Skoro umiała tyle zaledwie rozpocząwszy naukę w Evershire, to czego jeszcze nauczyliby ją przez pięć lat? Pewnie miała talent. Pewnie zostałaby ordynatorem czy coś. Nie rozumiał, dlaczego nie tego nie kontynuowała—przecież choć praca w hodowli była intensywna to nie była ograniczona podziałem zajęć i Felix mógłby wspierać Darcy i zajmować się wszystkim gdy była na uczelni. Zresztą, wtedy jeszcze babcia zajmowała się wszystkim w domu.
Nie mieli jednak z Darcy normalnych relacji, o co Caleb obwiniał Felixa, obwiniał ją, ale często obwiniał przede wszystkim siebie i wtedy po prostu musiał wyrwać się z domu. A choć honor pozwoliłby mu o proszenie ją o pomoc gdyby okazjonalnie skaleczył się przy stolarce lub pochwycił jadowitą ropuchę w nieodpowiednim momencie, to honor nie pozwalał mu tego robić gdy wracał do domu taki jak teraz: po wepchaniu się w niepotrzebne kłopoty, nieodpowiedzialny, żałosny. Przecież to o sobie wiedział i widział to w jej oczach, a zarazem nie potrafił albo nie chciał z tym skończyć (bo nie wiedział jak inaczej zająć czymś własne myśli i dłonie, stolarstwo od jakiegoś czasu nie wystarczało) i dlatego POTRZEBOWAŁ TEJ CHOLERNEJ APTECZKI. W jednym miejscu, w którym łatwo ją znaleźć o czwartej rano, czy naprawdę prosił o tak wiele?! Może kupi własną apteczkę i wepcha ją do szopy. Może powinien.
I może nie powinien mówić nic o Felixie, ale ona zaczęła, a potem wszystko eskalowało.
- Moje - co?! - prychnął, ciskając ręcznik na zlew i obronnie krzyżując ramiona. Szpila zabolała prawie tak mocno jak minutę wcześniej imię jego brata, ale tym razem wydał się raczej zaskoczony. Czy Darcy właśnie nazwała jego powrót do hodowli marnotrawieniem jego życia?! -Nazywasz dziedzictwo mojej rodziny marnotrastwem? - wypalił. Jak na siebie: dziwnie złośliwie i jadowicie. Niegdyś nie bywał taki... podchwytliwy, wolał raczej prostą komunikację i nie był pewien, gdzie i od kogo się tego nauczył.
(Albo może był i wolał o tym nie myśleć. Od kogoś, kto zarzucał mu zazdrość i kto przywłaszczał sobie pomysły, wszystko z uśmiechem na ustach. A teraz Cal odziedziczył jego gniew i jego słowa, ale nigdy nie miał jego uroku ani jego uśmiechu).
- O nie, Darcy, nie obrócisz kota ogonem. - warczał, usiłując jak najprędzej zagłuszyć myśli o tym, że miała rację. Nie chciał tutaj być, czy to aż tak bardzo było widać? Chciał pojechać do Indii albo zostać dłużej w Egipcie. Chciał nająć się do pracy w jakiejś głuszy w Stanach Zjednoczonych i zobaczyć, jak tam hoduje się ropuchy. Chciał pojechać na wschód i pić wódkę z towarzyszami, o których mówił mu Amir. Chciał zobaczyć Syberię,  jak jego dobry znajomy. Chciał kiedyś napisać taką książkę, jak Newt Scamander. Najpierw chciał to wszystko zrobić z Albertem, a potem sam, bo po kilku miesiącach w Egipcie już wiedział, że by sobie poradził. Że chciałby sobie poradzić i się sprawdzić i zostawić wszystko i wszystkich za sobą.
Czy tak bardzo było to po nim widać? Nie, to niemożliwe. Pewnie nie. Darcy musiałaby mu się uważniej przyjrzeć, czy coś, a przecież nie mogła na niego patrzeć. Te wszystkie niechęci należały do Caleba, który wrócił do domu nawiedzonego przez wspomnienia. A marzenia wykiełkowały w głowie Caleba, który ledwo uszedł z życiem i trząsł się ze strachu w bezsenną pełnię, myśląc, że zaraz zostanie spętany Rejestrem i już nigdy nigdzie nie pojedzie ani nie zrobi niczego dla siebie.
Ale Caleb, z którym Darcy mieszkała tutaj tuż po ślubie zawsze chciał przecież opiekować się tą hodowlą. Nawet nie odziedziczyć—nikt wtedy o takich kwestiach nie myślał, ani o udziałach, ani o podziale zysków, byli w końcu rodziną (mówił Felix, gdy obydwoje przekazywali swoje oszczędności na hodowlę—Cal przekazał wtedy całe, wierząc bratu, że on też). Po prostu się nią opiekować. Był wtedy szczęśliwy, prawdziwie szczęśliwy, nawet jeśli mieszkanie z żoną Felixa wydawało się mocno niezręczne (z perspektywy czasu: mniej niż mieszkanie z wdową po Felixie). A skoro wylądował tu znowu, to desperacko starał sobie wmówić, że nadal jest tamtym Calebem—ale bycie nim jakoś mu już nie wychodziło, co tylko napędzało jego złość i potrzebę odgrodzenia się od trafnych słów Darcy.
- Ja chcę tu być, ja całe życie planowałem być hodowcą ropuch - zapierał się jak wół i pewnie trochę tak wyglądał, przybliżając się o krok i górując nad nią wzrostem- ja nie zdobyłem stypendium na prestiżowe studia i nie rzuciłem tego dla typa - imię Felixa jakoś nie przechodziło mu przez gardło - z jakimiś staroświeckimi pomysłami o partnerstwie albo jego braku! - nie, on rzucił tylko wszystko inne dla partnera biznesowego, który chyba oszukiwał go finansowo i na pewno oszukał go w kwestii likantropii i o mało go nie zabił; nie byli z Darcy od siebie lepsi. Wtedy też nie był od Felixa lepszy, wychowany w ciasnej i zaściankowej Angli: mógł wymądrzać się teraz, posłuchawszy od zagranicznych znajomych o... - A w ogóle kobietom powinno się uczciwie płacić za zajmowanie się domem. - nadął się, zapominając, że nie są w Moskwie (nikt mu nie powiedział, że tam to już nie działało) i że gdyby nie był hipokrytą to powinien płacić Darcy dodatkowo za pranie, gotowanie i opatrywanie jego ran. Gniew błysnął w jego oczach, gdy rzuciła mu wyzwanie i postanowił je podjąć.
- Przeszka— zaczął na fali emocji, ale nie, jednak nie miał jaj powiedzieć, że mu przeszkadzała. Może tak w gruncie rzeczy mu nie przeszkadzała. -...dza mi, że tak po prostu się poddałaś. - wypalił, dobierając słowa dość niefortunnie: jak na kogoś, kto poddał się i wyjechał do Afryki i zostawił to wszystko na głowie dziewczyny, która mimo wszystko się nie poddała, bo wrócił do domu, a nie do rudery; i do ropuch będących wciąż tutaj, a nie sprzedanych w losowe miejsca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
howodczyni magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
11-02-2026, 18:36
Irytowało ją, że zdaniem Caleba jej powinnością było oprowadzić go po Dziupli jak po muzeum, pokazując ułożenie eksponatów. O ile nie mylił jej wzrok, miał oczy i zupełnie sprawną parę rąk, które mogłyby zdobyć się na wymagający odwagi akt otworzenia szuflady czy drzwiczek szafki, a później wystarczyło już wziąć głęboki oddech i użyć gałek ocznych do zeskanowania ich wnętrza. Zresztą - dlaczego to jej powinno na tym zależeć? To nie tak, że odmawiała jego prośbom i z premedytacją unikała pokazania mu nowego ustawienia przedmiotów, po prostu nigdy nie poprosił jej, żeby oprowadziła go po nowej-starej Dziupli, tylko pieklił się, burczał pod nosem i narzekał, że pod jego nieobecność śmiała cokolwiek zmienić. Mocniej skrzyżowała na piersi ramiona, nie zachęcając go jednak do tego, żeby zmienił postępowanie. Nie miała zamiaru dawać mu do zrozumienia, że mogłoby jej zależeć na poprawie ich relacji. Jeśli wolał się obrażać, proszę bardzo. - W narożniku, druga półka od dołu - odpowiedziała zimno, z zadartą ku górze głową. Śmierć Felixa i następująca po niej śmierć dziadka oduczyły ją słabości, dzięki nim jej skóra zgrubiała, przypominając twardą powłokę, pod którą dało się dokopać do delikatniejszego miąższu - ale tam już nie dopuszczała nikogo. Szczególnie jego. Człowieka, którego postępowania i decyzji nie rozumiała od dawna, miłego i dobrodusznego chłopca pożartego przez roszczeniowego mężczyznę. Co najgorsze, nie mogła nawet obwinić zagranicy: Caleb już przed wyjazdem stał się dla niej inny, przygasł, snuł się swoimi ścieżkami, dlatego cokolwiek spowodowało jego zmianę, musiało kryć się tu, w Wielkiej Brytanii.
- Sam nazwałeś to marnotrawieniem sobie życia - przypomniała mu, sztyletując go wzrokiem spod zmarszczonych brwi. Najpierw twierdził, że życie w Dziupli, przy hodowli ropuch, było swego rodzaju przegraną, a teraz obruszał się, bo zarzuciła mu to samo? Przecież to nielogiczne. Dziedzictwo, patrzcie no tego ropuszego potentata. A kto dbał o to dziedzictwo, kiedy podróżował z wujkiem Afredem, Albertem czy innym Arthurem? Wtedy magicznie zapomniał o dumie z tego, co można było tu osiągnąć? - Użyłbyś akurat takiego słowa, gdyby pokrętnie nie odnosiło się też do ciebie? A nawet jeśli, to niby dlaczego jedno życie można marnować, a drugiego nie? To bez sensu - fuknęła niczym rozeźlony kot. Niby co w wielkim rozrachunku historii miało dyktować, że Darcy powinna iść za głosem serca i podbijać scenę medyczną jako uzdrowiciel, ale on mógł zaśniedzieć i zgnuśnieć na farmie na obrzeżach świata? Jeśli planował w ten sposób ją ugłaskać, znów trafił jak kulą w płot. Darcy lubiła zarzekać się w myślach, że los Caleba był jej obojętny, tak długo, jak nie wchodził jej w drogę, ale była też jedyną piastunką ogniska domowego Dziupli i, do diabła, próbowała kleić tę rodzinę jak połamane fragmenty filiżanki.
Podczas gdy Diggory zbliżył się do niej o kilka kroków i spojrzał na nią z dołu, ona dumnie oparła dłonie na biodrach i zadarła głowę jeszcze wyżej, mierząc się z jego wzrokiem. Pewnie załatwiał tak wiele kłopotów. Pokazywał, że jest szerszy w barkach i wyższy, napinał się jak zwierz gotowy do obrony swojej pozycji stadnej, przez co, nie wątpiła, mniej odważni mężczyźni szybko schodzili mu z drogi, nie widząc się w imidżu rozbitego nosa albo podbitego oka. Ona jednak nie zamierzała ulegać w rozmowie, którą zresztą sam wywołał. Znowu.
- Ja się poddałam? Na kobaltowe gacie Roweny, weź się, człowieku, posłuchaj - i tak oto wzajemne pilnowanie ciszy powoli obracało się w niwecz, grając coraz głośniejsze melodie na ich strunach głosowych. Jeszcze nie na tyle, by obudzić i zaniepokoić babcię, dlatego wyrzuty sumienia Darcy pozostawały wyciszone, nie przebijając się przez osnowę złości. Po nazwaniu Felixa "typem" zresztą nie było czego zbierać, jej nerwy rozpędziły się na oślep. - Nie masz prawa tak o nim mówić! Ani w ogóle o nim mówić - syknęła, oczy jarzyły się zapowiedzią prawdziwej furii, głębokiej i trudnej do ujarzmienia. Miała ochotę rozbić mu drugi łuk brwiowy, ale zamiast tego tylko zaczepnie pchnęła go w bark znacznie mniejszą dłonią, choć nie była pewna, jaki efekt zamierzała osiągnąć, skoro Caleb przypominał skałę. - Ja zorganizowałam pogrzeb Felixa, kiedy dziadkowie się załamali. Ja niedługo później zorganizowałam pogrzeb dziadka. Ja zajęłam się hodowlą, twoim dziedzictwem, dzięki czemu nie zapadła się jak zbutwiałe drewno, i ja zajęłam się babcią, kiedy przestała... sam wiesz. Więc nie mów mi, bardzo cię proszę, że z czymkolwiek się poddałam. Studia? Serio, kiedy dom i wszystko się wali? Co jeszcze, może wyprawa do egzotycznego miejsca? - kąsała z urazą, pijąc do podróży pod kuratelą wujka. Została bez mężczyzny, który by za nią to udźwignął, więc spoglądanie z tęsknotą na naukę było ostatnim, co przyszło jej do głowy. Naprawdę tego nie rozumiał ani nie szanował? Wolał wrócić tu na zakurzone zgliszcza i nie mieć czego zbierać z zagłodzonych ropuch? Tak byłoby lepiej? - A ty, w jaki sposób ty się nie poddajesz? Chodzisz nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z kim, wracasz zakrwawiony i poobijany, cuchnie od ciebie ognistą... Nie masz prawa stawiać się w pozycji autorytetu i narzekać, jak ja sobie radzę! - to w jego zarzucie zabolało ją najbardziej. Sądził, że była tak egoistyczna, żeby zostawić Dziuplę i postawić na przyszłość w magimedycynie? Bogowie, ale miał o niej marne zdanie, zresztą jak widać ona miała o nim równie złe. I nie potrafiła stwierdzić, co doprowadziło ich do tego miejsca, do wyrzutów, niechęci, złości i oskarżeń.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Caleb Diggory
Czarodzieje
kocham ropuchy i dekolonizację
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
12-02-2026, 02:20
- Dziękuję. - odpowiedział, bo był dobrze wychowany, ale jego głos zabrzmiał równie zimno. Nie dało się tak od razu? - pomyślał z goryczą, przypisując zachowaniu Darcy złośliwość. W emocjach łatwo było zapomnieć, że zeszła tutaj, bo wrócił do domu; że rzuciła dla niego Episkey; że z jakiegoś powodu wciąż nie wróciła do swojej sypialni. Myślał tylko o tym, że przecież widziała, czego szukał—a i tak musiał spytać wprost, musiał myśleć o wszystkim i wszystko robić sam. A gdy próbował przestać myśleć i się upić i choć na jedną noc zapomnieć to po powrocie do domu (czy to w ogóle był jeszcze dom?) słyszał tylko pretensje.
- Jeju, twojego życia! - z frustracją podniósł dłonie do góry, a potem prędko je opuścił, bo wyglądało to dziwnie. Zacisnął mocno usta, przekonany, że Darcy celowo go nie rozumie i celowo przekręca jego słowa. Zresztą, jak w ogóle mogła ich porównywać? Dostała stypendium na Evershire, do diaska, a on znał się po prostu na ropuchach. I to dzięki dziadkowi, a nie dzięki swojemu geniuszowi. Ona z kolei... pamiętał, z jaką czułością i zarazem przenikliwością podchodziła do zwierząt podczas Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Pewnie tak samo podchodziłaby do ludzi w szpitalu św. Munga. W którym nie mogła pracować, bo Felix najwyraźniej nie wierzył w równość płci gdy zakładał rodzinę. A teraz odziedziczyła nieswoje problemy, nieswoje długi (przynajmniej to Cal wziął kredyt na utrzymanie hodowli, nie pozwoliłby jej na to), nieswoje zmartwienia i pewnie swoją złamaną dumę, bo co innego wyjaśniało niechęć z jaką myślała teraz o studiach?  - Dobrze, to spójrz mi w oczy i powiedz, że chcesz tu zostać na stałe, bo babcię wciąż mogłabyś odwiedzać - niezręcznie dobrał słowa, obydwoje wiedzieli, że zanim uzbierałby na jej czesne: babcia pewnie jej nie pozna. - Z problemami finansowymi i długimi zimami i ze mną. - wycedził gorączkowo i momentalnie umknął spojrzeniem, choć miał ją piorunować wzrokiem. Ze mną, dlaczego to powiedział?
Może po to, by nie mogła odpowiedzieć, że chce. Przecież obydwoje wiedzieli, że by wtedy skłamała.
A potem powiedział coś jeszcze głupszego i wywołał lawinę nie do powstrzymania.
W jego oczach najpierw błysnęła skrucha, a potem jakiś hardy upór, gdy zabroniła mu mówić o Felixie. Może nie powinien, skoro nawet jego imię ledwo przechodziło mu przez gardło. Ale zarazem poczuł bunt, bo Darcy nie miała prawa odbierać mu do tego prawa—
- Mam! - zaparł się jakże elokwentnie, a potem skrzywił się mimowolnie i cofnął o krok, bo Darcy niechcący walnęła go w świeży siniak na barku. Albo kilka siniaków. Nigdy jej ich nie pokaże, bo to był bark pokryty bliznami, niezmywalną pamiątką po Felixie. Chodził po świecie ze śladami jego pazurów na skórze, więc miał prawo o nim mówić. Choć oczywiście, nigdy nie wyjaśni Darcy dlaczego.
Z wypiekami na twarzy słuchał jej dalszych osiągnięć, które tak naprawdę były zawoalowanymi pretensjami. Raz, pogrzeb, dwa, babcia trzy, egzotyczna wyprawa, chciała mu jeszcze coś wypomnieć?
Nie wypomniała chyba tylko jednego. Jego śmierci. Nie będzie o tym myślał, nie będzie o tym myślał...
- Serio! Dziękuję, poradziłaś sobie, a teraz możesz iść dalej! Może wolałbym wrócić do zbutwiałego drewna, może nie, nieważne—masz mi za złe, że mnie tu nie było, ale Felix mnie tu nie chciał! - przypomniał jej ze złością, rozpędzony już tak mocno, że nie mógł wyhamować, obydwjoe go tu nie chcieli, w swoim cholernym gniazdku miłości... - Choć to ja potrafiłbym go znaleźć - miał o tym nie myśleć, tak bardzo próbował o tym nie myśleć, ale właśnie o tym mówił... - bo znam te lasy lepiej niż kiedykolwiek znał je ten egoista! W pełnię też sobie tam poszedł, kurwa, beze mnie! - zamknij się, Cal. - Więc jeśli chciał się zabić skutecznie, to doskonale to sobie wymyślił. - no i się nie zamknął, dopóki nie usłyszał własnego głosu i nie zobaczył miny Darcy. Jego własna momentalnie zrzedła. - Szlag. - wyrwało mu się zamiast "przepraszam". - Darcy - wypowiadanie teraz jej imienia na pewno nie polepszy sytuacji. - nie miałem tego na myśli, nie miałem... - ale miał to na myśli i paniczna próba wycofania się już tego nie zmieni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:21 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.