• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 20.05.1960, Sprawa Znikających Drzwi
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
31-01-2026, 13:20
... and then I met you
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
02-02-2026, 22:10
Tego roku końcówka maja była szczególnie ulewna. Chociaż ciepła temperatura wysuszała nadmiar wody, zdawało się, że kiedy tylko wyparowane cząsteczki sięgną chmur, zaraz chcą z powrotem wrócić na ziemię. Wzmożone opady nie pomagały w prowadzeniu śledztwa, ale nie wpływały na nie również negatywnie. Żyjąc w Wielkiej Brytanii można przyzwyczaić się do pewnych stanów meteorologicznych, jak na przykład niż atlantycki, który nieprzerwanie nadciąga nad wyspy z zachodu i jest największym autorem deszczowej aury. Natomiast tak, opady nigdy nie pomagają w prowadzeniu śledztwa. Głównie dlatego, że kiedy pada, ma się nieprzerwane wrażenie, że coś drepce ci po karku, deszcz zagłusza każdy dźwięk, na którym w słoneczny dzień można by skupić uwagę - więc rzeczywiście ta pogoda może wpłynąć na sposób odbierania świata. Przez pryzmat zasnutej chmurą aury, wzmaga się zresztą niechęć do pracy. Nie bez powodu powstało powiedzenie, że dzień taki jak ten najlepiej spędzić pod kocykiem z kubkiem gorącej herbatki.
Nie dla mnie jednak te przyjemności. Przemierzałem właśnie ulicę przy której znajdowało się Royal Archives, a które w bocznej ulicy miało kryć pierwszy cel mojego spotkania. Dzisiejszy dzień był zresztą wbrew pozorom całkiem pracowity. Po pierwsze byłem już po pięciogodzinnej obserwacji podejrzanego w sprawie, którą prowadzimy z Conradem. Bardzo ciekawy przypadek znikających drzwi, czy raczej znikających ludzi, którzy przez drzwi wchodzili, a kiedy klamka zapadała, owe drzwi rozpływały się jakby nigdy ich tam nie było. O ile jeżeli znikający osobiście wybierali taką drogę, Biuro nie widziało w tym problemu, natomiast zagadka pojawiała się wówczas, kiedy odbieraliśmy kolejne raporty o znikających ludziach bez wskazówki o ich późniejszej lokalizacji. Porwania, samobójstwa, czy nielegalne deportacje - możliwości było wiele, natomiast skupialiśmy się na podejściu, że może chodzić o  masowe uprowadzenia. Podejrzani byli jedynie podejrzanymi na podstawie poszlak, ale czułem że brakuje nam kontekstu, szczególnie tego zapisanego gdzieś w przeszłości. Przecież świtało mi w głowie, że kiedyś o czymś podobnym słyszałem. Obym się nie mylił, w każdym razie warto było spróbować.
Niezależnie od pogody, na ulicach Londynu zawsze ktoś był. Nawet teraz minąłem kilka śpieszących do swoich zajęć postaci, sam również wcisnąłem ręce głębiej w kiszenie krótkiej kurtki z brązowej skóry i przyśpieszyłem kroku. Mój strój wyróżniający się na typowych czarodziejskich ulicach, tu w mugolskim świecie pozostawał perfekcyjnie anonimowy. Skręciłem ostro w lewo w boczną uliczkę i rozejrzałem się jeszcze, i wtedy z zaułka wyszedł Taddeus z którym miałem dziś akcję pod Londynem. Akcję to bardzo dramatycznie nazwane. Taddeo był młodym aurorem, który ledwo co skończył staż, ale brak mu jeszcze było ogłady i może dlatego postanowiliśmy przydzielić mu jedno z nudniejszych zadań jakim było odwiedzanie sklepów z antykami i bibliotek. On, po przewertowaniu Archiwum, oświadczył, że ta droga prowadzi do nikąd, ale gdybym słuchał stażystów to niedaleko bym doszedł. Dlatego postanowiłem zabrać go w miejsce ostatniej nadziei.  Przywitaliśmy się skinieniem głowy i obejrzałem, się czy nie zauważy mnie jeszcze jakiś przypadkowy przechodzień, a kiedy tak się nie stało, dotknąłem różdżki schowanej w kurtce i oboje teleportowaliśmy sie nieopodal celu naszej wędrówki. Stamtąd już tylko krótki spacer po mokrym terenie i  moim oczom ukazała się bogato zdobiona brama na której było napisane "Evershire College of Arcane Arts". Rozmawialiśmy krótko, o dzisiejszym humorze, o pogodzie - zdecydowanie długo rozmawialiśmy o pogodzie, w końcu przeszliśmy do planu działań i Taddeo oświadczył mi, że chce zagrać va bank i podać się za studenta zainteresowanego starożytnymi księgami. Twierdził, mylnie moim zdaniem, że w taki sposób uda nam sie utrzymać kwestię wizyty aurorskiej na terenach uczelnianych w tajemnicy. Wątpiłem, by cokolwiek podobnego miało by mieć miejsce, wszak żaden z nas nie wygląda na studenta, już nie wspominając o tym, że najpewniej pracownicy od dawna są przeszkoleni przed podobnymi spryciarzami. Dlatego spieramy się dość długo przed wejściem, spieramy się o to przechodząc jeszcze przez główny dziedziniec. Jak na studentów przystało, rozglądamy się za wejściem do czytelni zdezorientowani rozkładem szkoły, w końcu jednak udaje nam się znaleźć odpowiednie drzwi.
Po wejściu do biblioteki uderza mnie cisza i zapach książek, który działa dość relaksująco. Powracam myślami do szkolnej biblioteki i jakaś nostalgia sprawia, że nie zauważam jak wymija mnie Taddeo. Chcę go zatrzymać i sięgam za ramie mówiąc:
-Nie, to na pewno nie zadziała - kręcę głową mówiąc przyciszonym głosem do swojego towarzysza, lecz on już widzie do stanowiska przy którym biblioteka przyjmuje interesantów. Pięć, dziesięć minut rozmowy i mój towarzysz wraca na tarczy z posępną miną. Wciągam go za regały i mówię: - Musimy rozegrać to inaczej Thaddeus . Nikogo tutaj nie obchodzi protokół, ale nas powinien, więc nie możemy udawać, że chcemy mieć do tych ksiąg dostęp tak po prostu - oglądam się za siebie, bo zdaje się, że słyszałem jakiś szelest kroków za plecami, ale nie widzę nic, jedynie okno wychodzace na dziedziniec akademii. Odbieram świstek z ręki towarzysza i idę sam do tego samego stanowiska. Przedstawiam się, przepraszam za kolegę mówię bardzo otwarcie w jakiej jesteśmy tu sprawie. Pani, która nas obsługuje spogląda nieufnie zza pół-okrągłych okularów w metalowej oprawce osadzonych na długim nosie to na mnie to na Tadeo. W końcu pokazuje na mnie i mówi, że mam za nią iść, natomiast zostawić towarzysza. Wzruszam lekko ramionami, chociaż w duchu cieszę sę, że z dwójki z nas to ja idę przeszukiwać książki. Tadeo jest świetnym kompanem, oczywiście nie tak świetnym jak Bones, ale jego silne cechy to działanie pod presją oraz w terenie, natomiast moje silne cechy to na przykład umiejętność rozmowy z paniami w bibliotece. Prowadzony pomiędzy regałami, nie sądziłem, że cel jest tak daleko, w pewnym momencie poczułem się jak w labiryncie, kiedy razem ze starszą kobietą skręciliśmy już trzy razy w lewo i zdawało mi się, że wracamy do początku, natomiast wyszliśmy do zupełnie innego pomieszczenia. To jeszcze mocniej pachniało starymi księgami, a światło dochodziło z jednego okna umieszczonego w suficie.  Starsza pani zostawia mnie przy stanowisku przy którym stoi odwrócona ode mnie dziewczyna. Odchrząkuję i rozwijam papier trzymany w dłoni.
- Czy mógłbym... poprosić o pomoc w znalezieniu tomów na ten temat - chciałem oddać pani historyk zadanie w jej ręce, a w międzyczasie przejść się po pomieszczeniu, może znaleźć imbryk z herbatą, może osuszyć się, bo zarówno z butów jak i z kurtki skapywały wciąż krople deszczu i miałem nadzieję, że ta  trudna część już za mną. Przecież udało się przekonać pierwszą strażniczkę ksiąg do współpracy, więc teraz mogę odpocząć. Tylko, że kiedy wybudzona z lektury dziewczyna odwraca się i widzę jej twarz, poraża mnie, niczym  grom z jasnego nieba (albo z otworu w suficie) uroda, której nie spodziewałem się znaleźć w murach uczelnianej piwnicy. Przełykam ciężko ślinę, czując jak zasycha mi w gardle, mimo tego jak narzekałem dopiero co na ogromną wilgoć w powietrzu. Zdaje się obudziłem się również ja, bo rzucam się do wyjaśnień nim zostanę spytany o cel mojej wizyty w podobnie nieufny sposób jak patrzyła na mnie pierwsza, starsza biliotekarka, zostawię po sobie wrażenie osoby nieuprzejmej. -Ja jestem, to znaczy.. badamy sprawę pewnego przedmiotu, o którym powinna być wzmianka w starych księgach. Zostałaś mi wskazana jako osoba, która będzie mogła wiedzieć coś na ten temat, to znaczy...  jest mi potrzebna Twoja pomoc.. jeżeli oczywiście nie jesteś zajęta
Pomoc w oddychaniu jak się okazuje.
Przesuwam w jej kierunku kartkę na której spisałem wszystkie dostępne mi na ten moment informacje. Kartka ląduje na stosie grubych ksiąg, i na chwilę ja też patrzę na kartkę, zastanawiając się dlaczego tak bazgram i czy ona cokolwiek przeczyta z tych hieroglifów. Może jeżeli jest badaczem historycznym to ma jakieś zdolności, które pomogą jej rozszyfrować co ta kura nabazgrała tu pazurem.
Pomoc w oddychaniu jak się okazuje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
11-02-2026, 18:42
Deszcz nie był tu słyszalny, a jednak Iris wiedziała, że pada. Wiedziała to nie dlatego, że widziała krople na szybie - boczna czytelnia miała jedynie wąskie okno w suficie, przez które wpadało rozproszone, mleczne światło - ale dlatego, że powietrze zmieniło ciężar. Stało się gęstsze, wilgotniejsze, jakby nasiąknięte oddechem miasta. Nawet zapach pergaminu był inny. Wilgoć wydobywała z niego nutę starego kleju i kurzu. Lubiła ten zapach. Był stabilny. Przewidywalny.
Siedziała przy jednym z niższych stołów przeznaczonych do pracy z manuskryptami. Rękawy ciemnej sukni miała podwinięte nieco wyżej niż wypadało, by nie zahaczać o brzegi kart. Przed nią leżały trzy otwarte tomy i czwarty, zamknięty, z palcem wsuniętym między kartki, jakby nie ufała, że gdy go zamknie, to jej palec wróci do dokładnie tego samego miejsca.
Nie podnosiła wzroku, kiedy starsza bibliotekarka wprowadziła kogoś do pomieszczenia. Kroki były cięższe niż zwykle. Zbyt pewne. Zbyt zdecydowane. Nie należały do studenta, który przyszedł tu w poszukiwaniu przypisu.
Odchrząknięcie zabrzmiało bliżej niej, niż się spodziewała. Nie gwałtowne. Nie nieuprzejme. Raczej takie, które zdradzało człowieka przyzwyczajonego do tego, że bywa słuchany.
— Czy mógłbym… poprosić o pomoc w znalezieniu tomów na ten temat — Usłyszała.
Dopiero wtedy odwróciła głowę. Najpierw zobaczyła krople wody skapujące z brzegu skórzanej kurtki. Ciemne plamy na drewnie podłogi. Potem dłonie - duże, pewne, z widocznymi żyłami na grzbietach, trzymające zmięty pergamin. Dopiero na końcu twarz. Nie była to twarz studenta. Była zbyt wyraźna, zbyt doświadczona. Linie przy ustach zdradzały kogoś, kto częściej marszczy brwi niż się uśmiecha. W oczach - czujność. Uważność, która nie była akademicka.
Nie wyglądał jak ktoś, kto powinien tu być.
Był za bardzo o b e c n y. Zbyt n a m a c a l n y. W tej przestrzeni ludzie zwykle wtapiali się w tło - miękcy, pochłonięci tekstem, przygaszeni światłem. On wnosił ze sobą coś innego. Ruch. Napięcie. Świat zewnętrzny, który pachniał mokrym brukiem i pośpiechem. Przez ułamek sekundy mierzyła go spojrzeniem chłodnym, rzeczowym. Oceniającym. Tak, jak uczono ją oceniać artefakty: pod kątem pochodzenia, funkcji, możliwego zagrożenia. Zauważyła, że mówi szybciej, niż powinien. Że tłumaczy się, zanim jeszcze padło pytanie. Że wchodzi w wyjaśnienia zbyt ochoczo. To było interesujące. Mężczyźni naprawdę pewni siebie nie wyjaśniają się w ten sposób.
Zostałaś mi wskazana jako osoba, która będzie mogła wiedzieć coś na ten temat…
Jej brew uniosła się minimalnie. Została wskazana. Oczywiście. Evershire uwielbiało plotki o kompetencjach. A ona nie starała się ich dementować.
Wzięła od niego kartkę bez pośpiechu. Jej palce, suche i chłodne, musnęły jego na sekundę - wystarczająco długo, by poczuła różnicę temperatur. On był jeszcze rozgrzany od marszu. Od deszczu. Od pośpiechu.
Nie cofnęła dłoni szybciej, niż było to konieczne.
Spojrzała na pergamin.
Pismo było pochylone, nierówne, jakby pisane w ruchu. Linie zachodziły na siebie, niektóre słowa były przekreślone i dopisane na marginesie. Widziała w nim człowieka, który notuje, kiedy myśli, a nie wtedy, gdy planuje.
Nie uśmiechnęła się. Nie od razu.
— Co za brak cierpliwości — Powiedziała spokojnie, podnosząc wzrok na niego po raz pierwszy w pełni. — Niewprawione oko stwierdziłoby, że to hieroglify.
W jej głosie nie było kpiny. Raczej sucha konstatacja.
Cisza między nimi była inna niż ta biblioteczna. Bardziej skupiona. Bardziej bezpośrednia. On patrzył na nią z uważnością, która była niemal… niebezpieczna. Nie jak na bibliotekarkę. Jak na osobę.
Nie wiedziała, kim jest. Nie wiedziała, że bada sprawę znikających ludzi. Nie wiedziała, że w jego kieszeni znajduje się aurorska odznaka i że od godzin obserwował człowieka podejrzanego o coś znacznie mroczniejszego niż zniszczony manuskrypt. Widziała jedynie mężczyznę, który nie pasował do tego miejsca - i który mimo to stał przed nią, wyraźnie potrzebując jej pomocy.
A ona nie znosiła, kiedy ktoś jej potrzebował. Potrzeba rodziła zobowiązanie. Zobowiązanie - relację. Relacje były nieprzewidywalne.
— Jakiego dokładnie przedmiotu pan szuka? — Zapytała, odsuwając od siebie jedną z ksiąg i robiąc mu miejsce przy stole. Zrobiła to mechanicznie. Z przyzwyczajenia. Z profesjonalizmu. Nie dlatego, że była ciekawa. Ciekawość pojawiła się dopiero chwilę później - kiedy usiadł. Zbyt blisko. Kiedy poczuła zapach mokrej skóry zmieszany z chłodnym powietrzem, które wniósł ze sobą. Kiedy kątem oka dostrzegła, że jego wzrok nie skupia się wyłącznie na księgach.
I wtedy, zupełnie niepotrzebnie, pomyślała, że ten dzień przestanie być zwyczajny. Nie dlatego, że szukał jakiegoś przedmiotu. Ale dlatego, że nie pasował do żadnego schematu, który dotąd znała.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
13-02-2026, 00:14
Nie minął jeszcze pierwszy szok, kiedy moje pismo zostało przyrównane go egipskich hieroglifów. Rzeczowy ton pani historyk uderzył we mnie, ale nie poczułem się dotknięty, raczej rozbawiony. Celowość opisu tego jak wygląda moje pismo kazałoby spróbować wyjaśnić co właściwie tam się znajdowało, ale podejrzewałem, że każdy historyk wie jak rozczytywać hieroglify. Gdybym sam poszedł tą drogą zawodową, najpewniej zgłębiłbym wszystkie dostępne wiadomości na temat starożytnego Egiptu. Moja droga potyczyła się jednak inaczej, a jak widać pismem bliżej mi do medyka niż do kronikarza. Uśmiecham się przepraszająco, zdając sobie sprawę z tego, że jedyną bronią w tej sytuacji jest próba rozbrojenia pani historyk.
- Mam nadzieję, że Twoje wprawne oko jest mimo wszystko w stanie rozszyfrować co napisałem? - wiem co tam jest, a jednak wychylam głowę, jakbym chciał sprawdzić jak wygląda kartka, którą ściskałem jeszcze kilka minut wcześniej.  - Jest aż tak źle? - przeczesuję włosy, wciąż mokre, strzepując kilka kolejnych kropel na ziemię.
A jednak następuje cisza. W moim świecie pozornie nie ma miejsca na ciszę czy spokój, a jednak nie czuję się niekomfortowo milcząc. Bo w milczeniu moim, nie muszę skupiać się na słowach, chociaż te zaczynają kotłować mi się w głowie, kiedy już teraz chciałbym zadać jej dużo więcej pytań niż te związane jedynie z pracą. Na przykład chciałbym wiedzieć czy często spędza tu dnie, czy tylko można ją spotkać podczas tych deszczowych - takich jak ten. Zastanawiam się, czy przeczytała większość książek, czy jedynie te, które ma rozłożone na stoliku. Swoją drogą, kiedy wstawała do mnie, usłyszałem cichy dźwięk, świadczący o tym, że zamknęła się ta książka w której trzymała zaznaczoną stronę. Czy znajdzie odpowiedni rozdział, kiedy przyjdzie mi ją opuścić? Oby nie stało się to zbyt prędko, a z myślą tą, nagle pomysł by skorzystać z herbaty pękł w niebyt, jakby nigdy go wcześniej tu nie było.
Mogę więc w ciszy obserwować młodą panią historyk analizującą przekazane przezemnie papierzysko. Jej piegi, falowane włosy i pełne usta które dopiero po przemyśleniu tego co chce powiedzieć się poruszały. Jakże inne były to usta od moich, które chociaż często milczące, najczęściej wypowiadały słowa nacechowane emocją, którą czułem słysząc dopiero co mówię.
Siadam przyjmując zaproszenie, chociaż zdaję sobie sprawę, że jestem tu intruzem. To jej królestwo przypadło mi do gustu, chociaż teraz mało zwracam na nie uwagę, bo pochłonięty jestem po pierwsze sprawą a po drugie słodkim zapachem jej perfum, który poczułem kiedy obok niej usiadłem. Są lekkie, ledwo wyczuwalne. Oczy moje rozbiegane pomiędzy księgami a nią, coraz dłużej chcą zatrzymywać się na jej twarzy czy właśnie oczach, natomiast żeby tak się stało, musiałaby sama oderwać wzrok od książek.
Co właściwie chciałem od niej, z czym przyszedłem?
Ach no tak, przecież jestem w pracy.
- Nie jestem panem, możesz mówić mi George - Nie czuję się w obowiązku by zwracać się do niej tak oficjalnie jak robi to ona, może przez moje wychowanie, a może po prostu nie wyobrażam sobie, by ten dystans który chciała zbudować mógł jeszcze istnieć. Nie kiedy siedzimy tak blisko. Zachęcam ją więc do porzucenia prób tworzenia granic. One byłyby sztuczne i są zupełnie nam niepotrzebne.
- Słyszałem o magicznych drzwiach, które mogą pojawiać się na życzenie. Zastanawiałem sie, czy są jakieś badania albo wzmianki o tym, jak konkretnie działają. Ufam, że to zostanie pomiędzy nami, ale wiem też, że tego typu drzwi niekiedy montuje się w przenośnych szafach - chcę ją naprowadzić, ale wprost nie mogę mówić o czarnomagicznych szafkach zniknięć, bo chociaż nie widzę w niej zagrożenia (w każdym razie jeżeli mówimy o kwestię mojej pracy), to jednak liczyłem na to, że jej otwartość pokaże mi nie tylko rozwiązanie na które wpadłem, ale skojarzy sprawę magicznych drzwi z innymi wątkami, które powinienem wyeksplorować.
Natomiast przechodząc do zagrożeń niezwiązanych z moją pracą, to zaczynam zauważać ich coraz więcej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
13-02-2026, 13:25
Imię zawisło między nimi jak coś zakazanego. Coś, czego nie powinna była poznawać i coś, co nie powinno wywrzeć na niej ż a d n e g o wrażenia. A jednak stało się inaczej.
George.
Nie „pan”, nie uprzejma forma, która utrzymuje relacje w bezpiecznej odległości. Nie tytuł, nie nazwisko, za którym można się schować. Samo imię, podane jej bez wahania, bez pytania o zgodę, jakby było czymś naturalnym, oczywistym. Jakby to miejsce - boczna czytelnia Evershire, pachnąca kurzem i historią - nie wymagało dystansu. Iris poczuła, że to słowo narusza strukturę pomieszczenia. Zbyt osobiste. Zbyt bezpośrednie.
Nie podniosła wzroku od pergaminu od razu. Pozwoliła, by cisza rozciągnęła się między nimi i nabrała ciężaru. Lubiła ciszę, bo była narzędziem. W ciszy ludzie zaczynali się poprawiać, dopowiadać, wycofywać ze zbyt śmiałych deklaracji. W ciszy widać było więcej - nie w słowach, ale w oddechu, w drobnych ruchach dłoni, w napięciu ramion. On jednak nie próbował niczego łagodzić. Siedział obok z tą samą skupioną obecnością, która od pierwszej chwili zaburzała porządek pomieszczenia. Nie wiercił się. Nie poprawiał nerwowo mankietów. Nie przepraszał za śmiałość. Czekał.
— Pan wybaczy — Odezwała się w końcu spokojnie, nie podnosząc jeszcze głowy — Nie przywykłam do takiej śmiałości ledwie po trzech minutach i czterdziestu ośmiu sekundach znajomości.
Nie było w tym nagany. Raczej fakt. Delikatne, wyważone przypomnienie, że granice istnieją nie bez powodu. Że porządek nie jest kaprysem, ale konstrukcją, która chroni przed niepotrzebnymi zbliżeniami. Dopiero wtedy podniosła wzrok i spojrzała na niego wprost.
Jego oczy nie uciekały. Nie próbował udawać większego zainteresowania księgą niż nią. Patrzył tak, jakby rozmowa była czymś więcej niż wymianą informacji. Jakby ją oceniał - nie w sposób bezczelny, lecz uważny. Jakby próbował zrozumieć jej reakcję, a nie ją zignorować. Iris dostrzegła w tym coś niepokojącego. Nie był chaotyczny, choć sprawiał wrażenie spontanicznego. Jego czujność nie była przypadkowa.
Przesunęła palcem po jednej z linijek jego notatek, skupiając wzrok na słowach, by odzyskać kontrolę nad własnym rytmem myślenia. Pachniał deszczem i chłodem z zewnątrz - czymś surowym, nieoswojonym. Zapach mokrej skóry i ulicy. To nie był zapach tej sali. Tu zwykle pachniało starym papierem, atramentem, kurzem i suchym drewnem. On wnosił ze sobą świat, który nie miał nic wspólnego z pergaminami.
— Magiczne drzwi nie „pojawiają się na życzenie” — Stwierdziła rzeczowo, jakby prowadziła wykład. — Jeśli już, reagują na warunek. Zaklęcie. Rytuał. Intencję. Czasem na kombinację wszystkich trzech.
Jedna z książek, znajdujących się jeszcze przed chwilą na oddalonej od nich półce, przecięła powietrze i cicho wylądowała na biurku, przy którym siedzieli. Przerzuciła jej kartkę, wsuwając jego pergamin między strony, by porównać wzmianki. Jej ruchy były precyzyjne, spokojne, niemal chłodne. Nie zdradzały, że analizuje również jego - ton głosu, tempo oddechu, to, jak nachyla się minimalnie bliżej, gdy mówi o przenośnych konstrukcjach. — I nigdy nie są przypadkowe — Dodała ciszej. — Jeżeli coś znika, to dlatego, że ktoś tego chciał. Nawet jeśli nie do końca rozumiał konsekwencje.
Zatrzymała się na wzmiance o przenośnych szafach. To nie była ciekawostka teoretyczna. To był trop. Zbyt konkretny. Zbyt funkcjonalny. Badacze pytali o pochodzenie, o etymologię, o rozwój koncepcji. On pytał o działanie.
Podniosła wzrok ponownie, tym razem wolniej.
— Panie… George — Jego imię, w jej ustach, brzmiało miękko. Znajomo. Zupełnie jakby wypowiadała je każdego dnia, z zaskakującą czułością. — Badacze zwykle przychodzą z hipotezą. Pan przyszedł z tropem.
Otworzyła inną księgę, starszą, z delikatnym, kruchym papierem, który reagował na każdy ruch powietrza. Strony szeleściły cicho, jakby niechętnie zdradzały zawartość. Iris pochyliła się nad tekstem, ale była aż nadto świadoma jego obecności przy stole. Zbyt blisko. Zbyt namacalnie. — Konstrukcje przejścia dzielą się zasadniczo na trzy kategorie — Zaczęła spokojnie, przesuwając palcem po łacińskim nagłówku. — Te oparte na zaklęciach przestrzennych. Te zakorzenione w przedmiocie. I te, które wymagają powiązania z użytkownikiem.
Zatrzymała palec na jednym zdaniu.
— Te ostatnie są najbardziej niebezpieczne. Reagują nie tylko na magię, ale na intencję i emocję. Czasem na strach.
Zsunęła księgę w jego stronę.
Ich dłonie znalazły się blisko. Tym razem nie dotknęły się, ale napięcie było wyraźniejsze niż przy pierwszym muśnięciu. Jakby powietrze między nimi stało się gęstsze. Iris poczuła to natychmiast - i nie spodobało jej się to odczucie. Nie lubiła tracić kontroli nad własną reakcją.
— To nie jest temat dla ciekawskich — Stwierdziła, prostując się. — Takie konstrukcje rzadko służą dobrym celom. Jeśli ktoś je bada, zwykle nie robi tego z akademickiej fascynacji.
Zatrzymała spojrzenie na jego twarzy. Teraz nie było w nim tylko rozbawienia. Było coś twardszego. Skupienie. Może cień zmęczenia.
— Więc proszę mi powiedzieć, George — jej głos pozostał równy, ale oczy były już wyraźnie czujne — czy pan bada teorię… czy może skutek? I kim pan tak naprawdę jest?
W tym pytaniu nie było już uprzejmego dystansu. Była diagnoza.
I być może pierwszy krok poza bezpieczną granicę, którą sama próbowała przed chwilą wyznaczyć.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
14-02-2026, 23:11
Trzy minuty i czterdzieści osiem sekund. Miałem wrażenie, że siedzę tu znacznie dłużej, jakby czas w tym pomieszczeniu rozciągał się i tracił swój typowy tryb. Nie podważam jednak jej osądu; intuicja podpowiada mi, że jeśli ktoś z nas dwojga ma lepsze wyczucie upływu minut, to właśnie ona. Mnie niejednokrotnie zdarzało się gubić w obliczeniach, zapadać w myślach zbyt głęboko, by zauważyć, że świat wokół toczy się dalej. Nie chodzę co prawda z głową w chmurach, ale najwyraźniej biblioteki mają na mnie specyficzny wpływ. A może panie bibliotekarki?
Przyglądam się pracy Iris - wciąż nie wiem, że to jest jej imię. Analiza, którą zaczyna przybiera fascynujący mnie obraz. Podążam wzrokiem za księgami, które przywołuje do siebie, które otwiera na odpowiednich stronach. Otwiera je na odpowiednich stronach, wertuje bez wahania, czyta z prędkością, która sprawia, że zanim ja zdążę odnaleźć interesujący mnie akapit, ona już wyciąga z niego wniosek. Jestem przekonany, że trafiłem w dobre ręce a historyczka zna się na swojej pracy.  Pochylam się do przodu, by podejrzeć słowa, które wskazuje mi w tekście, ale kiedy trzeba odsuwam się słuchając co ma mi do powiedzenia. Słucham uważnie, a jednocześnie - być może zbyt uważnie - obserwuję jej skupioną twarz. Jest w tym coś kojącego, ten moment zawieszenia, w którym mogę bez skrępowania trwać u jej boku, czekając aż kolejne tomy zostaną zamknięte, a kolejne odpowiedzi odnalezione. Myśl, że mógłbym się przyzwyczaić do takiego sposobu spędzania czasu, pojawia się naturalnie. Jakbym całym sobą nagle zrozumiał, że właśnie tego mi brakowało.  Nie wybiegajmy jednak myślami za bardzo w przód.
Zostałem przejrzany. Jej głos, wypowiadający moje imię niczym krótka nagana od osoby, która nie lubi gdy mydli jej się oczy.  George.  Przypomina mi inne momenty, kiedy rozszyfrowano moją przykrywkę. Tych momentów wbrew pozorom nie było tak wiele, podczas kursu aurorskiego i później w pracy bardzo przykładałem się do rozwijania tej umiejętności. Może w takim razie wcale nie starałem się aż tak bardzo? Wszak pani bibliotekarce też powiedziałem wprost co tu robię. Tak jak podejrzewałem, pewnych dam po prostu nie jesteśmy w stanie okłamać. W tym przypadku jej przenikliwość nie uderza ani nie zaskakuje. Wyrywa mnie z osobliwego spokoju, który spłynął na mnie razem z momentem w którym pani królewna tej biblioteki, pogrążona była w księgach.  Nasze spojrzenia na siebie trafiły i  przez chwilę nie odrywam wzroku od jej błękitnych oczu, rad, ze  zatrzymały się na moich na dłuższy moment.  Uśmiecham się powoli — nie po to, by przerwać moment, lecz by go zaakceptować. Wiem, że ona musi mieć większą cierpliwość do bycia w jednym miejscu, ale mnie energia roznosi. I tak siedziałem bardzo długo w jednym miejscu. Podnoszę się spokojnie, ale i tak musiało to zrobić poruszenie. Całe powietrze w bibliotece, dotąd ostałe, porusza się wraz ze mną.
- My aurorzy mamy  to do siebie, że bardzo często nie doceniamy innych ludzi - przyznaję przechadzając się po pomieszczeniu, wciąż jednak na tyle blisko, by nie stracić dziewczyny ze wzroku. Nie patrzę na nią non stop, ale chcę mieć świadomość gdzie jest. Ja jestem odwrócony w stronę ksiąg, do których wyciągam dłoń, żadnej jednak nie chwytając, ale palcem przeglądając kolejne tomy - Masz rację, nie jestem badaczem - przyznaje, czuję się rozszyfrowany chociaż to ja dałem jej odpowiedź.  Podejrzewam, że rewelacja związana z moim zawodem zaskoczy młodą badaczkę - zazwyczaj takie rzeczy robią wrażenie na kobietach. Dlatego, żeby mimo wszystko namówić ją do dalszej współpracy mówię, wspominając pierwsze słowa, które wobec niej wypowiedziałem - Ale rzeczywiście badam   sprawę dla biura, natomiast wiem że dotarłem do ślepego zaułka i podejrzewam, że tylko ty już możesz mi pomóć - spoglądam przez ramię na dziewczę, które zostawiłem nad książką. Mówiąc takie rzeczy obarczam ją ogromną odpowiedzialnością, co niestety nieco mnie rozbawiło.
Nagle, ni stąd ni zowąd, biorę jedną książkę z półki, a cały regał jakby zadrżał nieprzyzwyczajony do ruchu tak nieostrożnego. Spoglądam w górę, sprawdzając czy spadnie na mnie lawina ksiąg. Nic takiego się nie stało. Znów spoglądam na dziewczynę, ciekaw czy widziała moje faux pas.
- Jesteś chyba bardzo młoda, prawda? A jednak już zyskałaś duży autorytet
Na szczęście nie powiedziałem tego na głos, ale gdyby za moich czasów badaczki historii wyglądały tak, to na pewno zostałbym profesorem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
15-02-2026, 12:47
Słowo auror nie wywołało w niej tego efektu, którego - jak podejrzewała - mógł się spodziewać.
Nie drgnęła. Nie uniosła brwi z podziwem ani zaskoczeniem, nie rozchyliła ust w pytaniu, które większość młodych kobiet zadałaby niemal odruchowo. Nie było w niej ani dziecięcej fascynacji odznaką, ani ekscytacji niebezpieczeństwem, które to słowo ze sobą niosło. Zamiast tego zamknęła księgę z miękkim, kontrolowanym dźwiękiem, jakby to był jedyny logiczny ciąg dalszy rozmowy i oparła na niej dłonie, splatając palce. Jej twarz nie zdradzała emocji, lecz w spojrzeniu pojawiła się nowa ostrość - cień przeliczenia, które odbyło się szybciej, niż mógłby to zauważyć ktoś mniej uważny.
Auror.
Teraz wszystko nabrało wyraźniejszych konturów. Zbyt konkretne pytania, które wcześniej wydawały się jedynie niecierpliwe. Zbyt funkcjonalne podejście do tematu, jakby interesował go wyłącznie mechanizm, a nie jego geneza. Zbyt czujne oczy, które nie rozglądały się po pomieszczeniu z ciekawością, lecz z oceną. Nie był ciekawskim badaczem ani kolejnym ambitnym studentem, który szuka sensacji w starych manuskryptach. Był człowiekiem, który poluje na rozwiązania. A ludzie, którzy polują, rzadko mają czas na subtelności.
Kiedy wstał, powietrze rzeczywiście się poruszyło - nie tylko przez szelest materiału jego kurtki, ale przez energię, którą wnosił w każdy ruch. Iris obserwowała go spod lekko opuszczonych rzęs, nie odwracając głowy wprost, lecz rejestrując wszystko: tempo kroków, sposób, w jaki sięga po grzbiety ksiąg bez zamiaru ich otwarcia, jakby sam dotyk wystarczał mu do rozeznania terenu. Był zbyt dynamiczny jak na to pomieszczenie, które wymagało ciszy nie tylko w dźwięku, ale i w intencji. Zbyt żywy, zbyt obecny. W tej czytelni ludzie zwykle miękli, przygasali, wtapiali się w kurz i światło. On pozostawał wyraźny.
— A więc jednak teoria nie była pańskim celem — Odezwała się cicho, nie zmieniając tonu. Jej głos nie zdradzał nagany, lecz stwierdzenie faktu. — To wyjaśnia pośpiech.
Nie wstała od razu. Nie czuła potrzeby podążania za nim wzrokiem w sposób oczywisty. Wiedziała, gdzie jest, słyszała subtelne drżenie półki, gdy nieostrożnie poruszył jeden z tomów. Kącik jej ust poruszył się minimalnie, bardziej w reakcji na jego brak wyczucia niż na sam gest.
— W takich konstrukcjach nie chodzi o d r z w i — Kontynuowała, przesuwając jeden z tomów bliżej siebie. — Chodzi o intencję osoby, która je aktywuje. Jeśli ludzie znikają, to znaczy, że ktoś kontroluje warunek przejścia. To nie jest przypadkowa anomalia. To system.
Dopiero teraz podniosła wzrok i spojrzała na niego w pełni. Nie było w nim już wyłącznie zawodowej uprzejmości. Było badanie. Sprawdzenie. Jakby ważyła nie tylko jego słowa, ale i to, czy jest gotów przyjąć konsekwencje własnych pytań. Widziała zmęczenie pod oczami, napięcie w linii szczęki, sposób, w jaki trzymał ramiona - zawsze gotowe do ruchu. To nie był człowiek przyzwyczajony do bezczynności.
— To nie jest ślepy zaułek — Powiedziała ciszej, niemal łagodniej. — To źle postawione pytanie.
Zamknęła kolejną księgę i wstała powoli, pozwalając, by materiał sukni opadł swobodnie wzdłuż nóg. Jej ruch był płynny, wyćwiczony - jak w tańcu, którego uczyła się latami. Podeszła do innego regału, bez wahania sięgając po tom z wyższej półki, jakby dokładnie wiedziała, gdzie go szukać. Jej palce przesunęły się po złoconym napisie z delikatnością, która kontrastowała z jego wcześniejszą nieostrożnością.
— Jeśli to konstrukcja powiązana z przedmiotem przenośnym… — mówiła dalej, nie odrywając wzroku od księgi. — musi istnieć wzmianka o rdzeniu zaklęcia. Rdzeń zostawia ślad. Zawsze.
Odwróciła się ku niemu z księgą w dłoniach.
— A pan — Poprawiła się niemal niezauważalnie. — ty, George, nie szukasz już informacji. Ty szukasz potwierdzenia.
Granica, którą wcześniej próbowała utrzymać, została przesunięta. Skoro porzucił formalność, ona uczyniła to na własnych zasadach.
Przez moment przyglądała mu się w milczeniu. Z bliska dostrzegała drobne szczegóły: sposób, w jaki jego wzrok zatrzymuje się na jej twarzy o ułamek sekundy za długo, napięcie, które nie miało nic wspólnego z zawodową czujnością. I to właśnie to napięcie było bardziej niepokojące niż słowo auror.
Zatrzymała się krok od niego. Wystarczająco blisko, by wyczuć chłód deszczu wciąż unoszący się wokół niego, ale na tyle daleko, by nie naruszyć własnej przestrzeni.
— W bibliotece nie działa presja czasu — Odparła spokojniej. — Tu działa cierpliwość. A jeśli rzeczywiście badacie sprawę zniknięć, pośpiech może was kosztować więcej niż jedna błędna hipoteza.
Słowa zawisły między nimi ciężej niż poprzednie. Zsunęła księgę na stół i otworzyła ją na zaznaczonej stronie, palcem wskazując fragment zapisany w łacinie.
— Nazywam się Iris Nott i mogę panu pomóc — Skinęła głową, a jej twarz nabrała lżejszego, łagodniejszego wyrazu. Puściła mimo uszu uwagę o swoim wieku, uznając, że nie ma to znaczenia.  —  Ale potrzebuję pełnego kontekstu. Nie fragmentów. Nie sugestii. Aurorzy często zapominają, że historia nie toleruje niedomówień. Niedopowiedzenia w źródłach prowadzą do fałszywych wniosków.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
17-02-2026, 20:56
Z pewnym rozczarowaniem odkrywam, że wyjawienie mojej profesji nie zrobiło na młodej dziewczynie najmniejszego wrażenia. Kim więc była? Ilu aurorów zdążyła już poznać w swoim życiu, skoro kolejny nie wywołał nawet uniesienia brwi? Nie mogę wiedzieć, że jej własny brat pracuje przy wyjątkowo tajemniczych klątwach, ani nawet tego, że pochodzi z rodziny od pokoleń związanej z badaniem magii oraz jej historii. Dla kogoś takiego auror mógł rzeczywiście nie być niczym szczególnie interesującym.  Byliśmy przecież tylko jednymi z wielu - grupą ludzi, którzy nie doczekali się własnych kart w księgach. A skoro nie było o nas zapisków, oznaczało to, że w biegu dziejów nie odegraliśmy istotnej roli… albo po prostu nigdy nie istnieliśmy w sposób wart odnotowania. Owszem, zapewne istniały księgi, w których się pojawialiśmy, lecz czy ich nie czytała. Czy może problem leżał gdzie indziej, w jej własnej historii w której jak mogłem jedynie zgadywać - miała w życiu do czynienia z innymi aurorami, którzy nie pozostawili po sobie najlepszych wspomnień?
Odpowiedzi na te rozmyślania szukam w grzbietach ksiąg, wciąż nieprzyzwyczajony do tak obojętnego traktowania. Nawet dzieciaki z West Endu, zupełnie niepojmujące magii, widząc jak wracam do domu z podbitym okiem albo utykając na jedną nogę, zaczęły odnosić się do mnie z większym respektem. Co prawda mówię im, że pracuję w policji, i wołają na mnie komendant Lupin albo detektyw Lupin. Natomiast tak, mam u nich większe powodzenie. U dam też zresztą zazwyczaj też, miałem już zresztą gotową formułkę gdyby jednak powiedziała te magiczne Och, tak? To bardzo ciekawe. Powiedziałbym wtedy pewnie coś w stylu Po prostu dbam o to, żeby czarna magia nie psuła ludziom dnia. Ktoś musi mieć na to oko  albo nawet Zwykle staram się kończyć dzień bez większych zniszczeń — i z możliwie najmniejszą liczbą raportów do napisania. aby nie wyjść na przechwalającego się, ale jednocześnie sprawić, że owa dziewczyna się uśmiechnie. Na razie jednak nie miałem do tego okazji, bo kiedy staram się sprowadzić rozmowę na nieco inne tory niż te firmowe, Iris zgrabnie je omija.
A przecież jeżeli jej sposobem na poznanie drugiego człowieka jest obserwacja, tak moim sposobem jest rozmowa. Dlatego bezpardonowo zaczynam tematy, o których nie śniło się rozmawiać pannie Nott. Na przykład jak ten o jej wieku, chociaż może łatwiej byłoby wpierw spytać o jej imię, natomiast kto tam wie co mi się roi w głowie, ten mógłby dostać odznakę Mandrgory Roku. Zamiast odpowiedzi i szybkich potwierdzień na które, nie będę owijał w bawełnę, liczyłem - otrzymałem coś wyjątkowego, co nie dość, że poruszyło mnie, to jeszcze sprawiło, że poczułem jakąś niespotykaną dotąd głębie, którą można osiągnąć w rozmowie z drugą osobą. Okazuje się, że wbrew temu, co sądziłem, nie przyszedłem do Iris jedynie z pytaniem. Trafnie mnie przeanalizowała. Przyszedłem, bo miałem teorię i liczyłem na to, że znawczyni historii taka jak ona potwierdzi moje podejrzenia w kilka minut, przy okazji łechcząc moje ego.
- Jak radzisz mi w takim razie zadać pytanie? - zastanawiam sie, kiedy widze, że i ona podnosi się z krzesła. Odwracam się w jej kierunku spokojnie spoglądając na sposób w który płynie przez pomieszczenie.
Cokolwiek powiedziała Iris w momencie, kiedy znów podeszła do mnie, zostało to puszczone mimo uszu, bo chyba pierwszy raz w życiu się w pracy rozkojarzłem. Uśmiecham się do niej niepewnie, jakbym jednocześnie chciał i nie chciał to zrobić. Chcę bo tak chce moje ciało, ale nie chcę, bo mam wrażenie, że tylko ja mam na to ochotę. Był to uśmiech pełen zrozumienia, lekkiego zawstydzenia, pobłażania. Jakbym chciał dać jej do zrozumienia, że rozumiem… choć nie mam pojęcia, co właśnie powiedziała. Ale nie mam pojęcia co powiedziała, za to zaczynam podejrzewać że mam do czynienia z najpięknijeszą kobietą jaką kiedykolwiek widziałem.
Pięć minut, dwadzieścia sześć sekund. Tyle zajęło, bym poznał imię i nazwisko .
- Bardzo miło mi poznać Cię Iris, mam wrażenie, że razem znajdziemy tą odpowiedź - pochylam głowę nieco do przodu, składając tą obietnicę i rozważając czy słyszałem kiedykolwiek o jakiejkolwiek Iris Nott. Nie, na pewno nie. Aż dziwne, że nasze drogi dotąd nie mogły się spotkać. - Słyszałem, że historia to jedynie połowa prawdy, bo zawiera tylko tą, którą zapisali po sobie zwycięzcy. - unoszę ręce jakbym się poddawał - Ale masz rację, zasługujesz na całą prawdę, więc może powinienem zacząć od początku. To jednak może być bardzo długa opowieść - rozglądam się po bibliotece zastanawiając się, czy ma tu gdzieś zegar, który wskazywał by na godzinę. Zastanawiam się nad czymś po czym skupiam znów spojrzenie na dziewcznie.
- Z tych Nottów? - zauważam, a świat w jednej chwili ustawia się w nowym porządku. Jeżeli jest faktycznie z tych Nottów, to obawiam się, że mam tylko dwa wyjścia z tej sytuacji. I żadne z nich nie brzmi dla mnie satysfakcjonująco.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
21-02-2026, 12:34
Nazwisko wybrzmiało w ciszy czytelni inaczej niż jej imię. „Iris” było miękkie, niemal prywatne. „Nott” - twardsze. Osadzone w historii. Wypowiedziała je bez zawahania, bez podkreślenia, bez pauzy, która mogłaby zdradzić, że ma świadomość jego ciężaru. A jednak ciężar ten istniał - obecny w archiwach, w kronikach rodowych, w raportach ministerialnych, w pamięci ludzi, którzy zajmowali się magią zawodowo. Nie była to duma ani manifest. Był to fakt, który należało przyjąć do wiadomości. Tak jak przyjmuje się datę bitwy albo nazwę starożytnego zaklęcia.
Zobaczyła moment, w którym jej nazwisko dotarło do niego. Nie był to teatralny wstrząs ani przesadzone zdumienie. To było subtelniejsze. Jego spojrzenie nie uciekło - przeciwnie, na ułamek sekundy stało się bardziej skupione. Jakby kilka niezależnych informacji nagle połączyło się w jedną całość. Auror. Zniknięcia. Konstrukcje przejścia. Nott. Układanka zaczęła się domykać. Iris nie potrzebowała legilimencji, by to dostrzec. Wystarczyła obserwacja. I doświadczenie w patrzeniu na ludzi, którzy nagle zdają sobie sprawę, że stoją przed kimś z rodu.
Nie cofnęła się. Nie wykonała gestu obronnego, nie skrzyżowała ramion, nie zmieniła dystansu między nimi. Jej postura pozostała taka sama - wyprostowana, spokojna, osadzona w przestrzeni. Jeśli w jego głowie nazwisko przesunęło rozmowę na inne tory, ona nie zamierzała tego podkreślać. Nie było w niej potrzeby tłumaczenia się z pochodzenia ani dystansowania od niego. Stała w tym miejscu jako badaczka. Nazwisko było częścią jej biografii, nie jej argumentem.
— Z tych — Odpowiedziała, a lekki uśmiech zatańczył na jej herbacianych wargach.
Dwa słowa. Bez ironii. Bez napięcia. Bez wyzwania. Odpowiedź była krótka, bo nie widziała powodu, by ją rozwijać. Nie zamierzała ani umniejszać swojego pochodzenia, ani go celebrować. Jeśli on wiedział, co oznacza „z tych Nottów”, nie potrzebował wykładu. Jeśli nie wiedział - to i tak wkrótce miał się o tym dowiedzieć.
Obserwowała go dalej. Jego wcześniejsza swoboda - ta lekka, niemal figlarna energia, z którą poruszał się między regałami - uległa korekcie. Nie zniknęła całkowicie, ale stała się bardziej kontrolowana. Jakby nagle przypomniał sobie o protokole. O raportach. O możliwych konsekwencjach. To było niemal niezauważalne dla kogoś z zewnątrz. Dla niej - wyraźne.
Więc jednak coś to zmieniało.
— To coś zmienia? — Zapytała łagodnie, przestępując krok do przodu w jego stronę. Jej spojrzenie było łagodne, choć intensywne. Niby nonszalanckie, a ciekawskie. Może nieco... f i g l a r n e. Stając w opozycji do jego zmiany zachowania - stając się odbiciem lustrzanym wcześniejszej wersji niego.
Nie było w tym oskarżenia. Raczej test. Chciała zobaczyć, czy jego odpowiedź będzie należała do aurora, czy do człowieka. Czy nazwisko uruchomi w nim mechanizm dystansu, czy ciekawość. Jej głos pozostał równy, miękki, pozbawiony napięcia. Pytanie było czyste. I świadome.
Zamknęła księgę, którą trzymała otwartą, pozwalając, by pergamin osiadł na sobie z cichym szelestem. Ten dźwięk wypełnił przestrzeń między nimi mocniej, niż można by przypuszczać. To nie była już rozmowa wyłącznie o konstrukcjach przejścia. W powietrzu pojawiła się warstwa społeczna, rodowa, polityczna. To, co wcześniej było intelektualną grą, zaczynało zahaczać o strukturę świata, z którego oboje pochodzili - choć z innych jego części, czego Iris jeszcze nie wiedziała.
Uniosła podbródek minimalnie, a jeden z kącików ust tkwił w niepozornym uśmiechu. Widziała, że przelicza. Że ocenia. Że w jego głowie powstaje kilka możliwych scenariuszy jednocześnie. Aurorzy byli szkoleni do przewidywania. Do zabezpieczania się. Do myślenia o konsekwencjach zanim padnie kolejne słowo. Ale w jego spojrzeniu było coś jeszcze - coś mniej strategicznego, bardziej osobistego. I to właśnie to ją interesowało. — Jeśli moje pochodzenie jest problemem... — Dodała ciszej.— ...możesz wyjść teraz. Choć... wolałabym, żebyś tego nie robił.
Nie chciała prowadzić rozmowy, w której jej nazwisko stanie się przeszkodą albo pretekstem. Jeśli miał ją traktować jako potencjalne zagrożenie, powinni zakończyć to teraz. Jeśli miał ją traktować jako źródło wiedzy - musiał zostawić uprzedzenia za progiem czytelni.
Pozwoliła ciszy opaść między nimi. Tym razem była to cisza inna niż wcześniej - nie intelektualna, nie analityczna. Była to cisza decyzji. Czekała, nie spuszczając z niego wzroku. Nie wywierała presji. Nie przyspieszała. Biblioteka nauczyła ją cierpliwości. Wiedziała, że najważniejsze odpowiedzi rodzą się w pauzach.
— Biblioteki są stworzone dla długich opowieści, George — Znów ten sposób, w którym wypowiedziała jego imię. Jakby robiła to już wcześniej, wiele razy. — A historia nie boi się niewygodnych początków. Więc zacznij od początku.
To nie było polecenie. To było zaproszenie - do szczerości, do ryzyka, do opowiedzenia historii, która prawdopodobnie nie była wygodna.
Do tej pory analizowała go jak problem do rozwiązania. Ton głosu. Sposób formułowania myśli. Napięcie barków. Ruch w przestrzeni. Teraz, po raz pierwszy, pozwoliła sobie spojrzeć nie jak badaczka. Jego twarz była młodsza, niż sugerował ciężar, który nosił w spojrzeniu. Ciemne włosy, niesforne, jakby nigdy nie układały się tak, jak należało. Linia szczęki wyraźna, nieprzesadnie ostra, ale zdecydowana. Usta - zbyt skłonne do półuśmiechu, który pojawiał się szybciej, niż pozwalał na to rozsądek. I oczy. Oczy były najbardziej niepokojące. Nie dlatego, że były jasne. Nie dlatego, że intensywne. Ale dlatego, że patrzyły wprost. Bez unikania. Bez gry.
Iris poczuła coś, co zupełnie nie pasowało do jej wyważonej konstrukcji myślenia - krótkie, ledwie uchwytne przesunięcie pod żebrami. Jakby ktoś nieostrożnie dotknął struny, której istnienia nie była świadoma. Nie odwróciła wzroku od razu. I to było błędem.
Dostrzegła drobne szczegóły: sposób, w jaki jego koszula opinała ramiona - napięte nie od pozy, lecz od przyzwyczajenia do ruchu. Zapach deszczu, który wciąż utrzymywał się wokół niego, chłodny i świeży, kontrastujący z suchym powietrzem biblioteki.
Był zbyt realny.
Zbyt cielesny.
Zbyt obecny.
I to właśnie ją niepokoiło.
Bo do tej pory mężczyźni w jej świecie byli nazwiskami. Sojuszami. Kandydatami. Układami. Cichymi figurami przy stole.
On nie był figurą.
Był ruchem.
I po raz pierwszy tego dnia, zupełnie wbrew sobie, pomyślała nie o rdzeniu zaklęcia ani o warunku przejścia.Pomyślała, że jego uśmiech - gdyby przestał być ostrożny - mógłby ją rozbroić.
Natychmiast cofnęła tę myśl.
Wyprostowała się minimalnie, jakby fizycznie chciała przywrócić porządek wewnętrzny. — Od początku... — Powtórzyła ciszej, już bardziej dla siebie niż dla niego. Bo jeśli pozwoli sobie na rozproszenie, nawet najdrobniejsze, to nie będzie już wyłącznie badaczką analizującą konstrukcję przejścia.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
21-02-2026, 15:13
Czy w końcu Iris Nott się uśmiechnie? To pytanie zdaje sobie zadawać od chwili, kiedy jej usta na chwilę wyginają się, kiedy potwierdza moje podejrzenie. Dlaczego jej uśmiech gaśnie, a ona zaczyna rozważać, czy dobrze, że ma nazwisko jakie ma? Nie obcowałem zbyt często z damami , czyli dziewczętami pochodzącymi ze starych czarodziejskich rodów. Tyle, co udało mi się zamienić kilka zdań ledwie z nimi w szkole, chociaż prawie zawsze był to kontakt wymuszony zadaniem, a nie ich otwartością. Czułem się w pewien sposób odesparowany od tego świata, ale kiedy właściwie każdy element świata czarodziejów był dla mnie nowościa, nie skupiałem się za bardzo na podziałach klasowych. I nie chodzi tu o roczniki czy przynależność do domów.
Dreszcz przebiegł po jego karku, kiedy Nottka sptyała, czy to coś zmienia. Nie dlatego, że zmienia, ale dlatego, że powiedziała to w sposób, który był niesamowicie wyjątkowy. Miał wrażenie, że był to sposób ulotny, ale jednocześnie bezpośredni, niósł za sobą jakiś niepokój, ale też nadzieję, a może jedynie jej cień. Ten cień widziałem najwyraźniej, był również widoczny pod rzęsami, które okalały piękne oczy.
- Nie, ale jesteś pierwszym Nottem, którego poznałem - wzruszam ramionami, a dla Iris niech to będzie po prostu sygnał, że mogłaby powiedzieć że ma szósty palec i to też byłaby taka sama nowość. Nawet jeżeli nie większa. Może więc przyrównajmy to do sytuacji w której okazałoby się, że Iris ma bliźniaczkę. Sam Lupin też nie zna zbyt wielu bliźniaków, więc mówiłby, że jest to jego pierwsza znajoma bliźniaczka. Poza nią znałby również bliźniaków Hopper, którzy byli rudymi chłopcami z osiedla. Ależ oni rozrabiali!
Uspokoił się nieco, kiedy Iris sugeruje, że to ona chciałaby, żeby został.
-Nie, nie, zaskoczyło mnie, że przedstawiamy się całym nazwiskiem. Wyszedłem na niegrzecznego - wyjaśnia, chcąc wziąć ciężkość odpowiedzialności na siebie, co było już w samo w sobie bardziej dżentelmeńskie niż przedstawianie się pannie całą wiązanką imion i prezentowanie jej od razu wykazu z banku. Lupin może akurat niech nie wyciąga takiego wykazu, natomiast na szczęście nie miał takiego zamiaru. Zamiast tego pokazuje na siebie - George Lupin, z tych Lupinów - przekonująco unosi brew, żeby zaprezentować jej powagę sytuacji i swojego własnego nazwiska. Oczywiście było to zagranie poniżej pasa, bowiem kiedy jej rodzina faktycznie była powszechnie znana, jego nazwisko mogło jedynie być kojarzone przez wąską grupę francuskich czytelników kryminałów, za sprawą jego własnego wuja, którego nie widział nigdy w swoim życiu. Skoro wymieniliśmy uprzejmości, zaśmiałem się krótko, wyobrażając sobie, jak inaczej-a jednak coś miała wspólnego na pewno - z typowymi prezentacjami taka sytuacja w porównaniu do jej znanych prezentacij.
Nie było więc miejsca na ciszę, skoro ja się zaśmiałem. Liczyłem, że i ona się uśmiechnie, ale chyba jeszcze nie ten moment. Nie będąc jeszcze gotow na to, by odpuścić, biorę sobie za cel doprowadzić jej usta do uśmiechu jeszcze do końca tego spotkania. Zostałem wszak aurorem również dlatego, że jestem ambitny.
- A więc od początku - zgadzam się i zaczynam opowiadać ze szczegółami, których zwykle nie opowiadamy postronnym, o tym jak od dwóch lat natrafiamy na przedziwne sytuacje w których znikają rózne osoby. Na przykład te które widziano na miejscu zdarzenia, gdzie wszystkie zeznania prowadzą do jednego osobnika, ale nie możemy znaleźć żadnych dowodów na to jak znikneli z miejsca zdarzenia. Wspominam nawet te bardziej publiczne zdarzenia, jak zamieszki na Notting Hill, albo atak na Cyprze, gdzie zgineli zarówno cywile jak i mundurowi, wspomniałem również niedawne wydarzenie pod Dover, gdzie zniknął cały prom. Przedstawiam jej analizę, zgodnie z którą doszliśmy do wniosku, że zamieszani w to czarodzieje nie deportowali się z miejsca zdarzenia, bo nie znaleźliśmy na to dowodów, a zniknięcia były masowe. Przyznałem, że może być to również objaw zbiorowej utraty lub zmiany pamięci, ale poprosiłem, żeby nie zamykała się na to i dała znać co myśli.
Przez cały czas, kiedy opowiadałem jej o sprawie moje spojrzenie było czujne, zaangażowane. A sposób w który się wypowiadałem sprawiał, ze miało się wrażenie, że jest to coś co porusza mnie najbardziej w tym momencie. Bo tak było, byłem bardzo oddany pracy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-04-2026, 09:29 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.