• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 16.02.1959 | A devastated heart hurts the most
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
25-01-2026, 12:56

A devastated heart hurts the most
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
25-01-2026, 13:42
Sztywność ramion narzucona do granic śmieszności, teatralna stateczność ministerialnej codzienności, spłynęła wraz z opuszczeniem podziemnej nory ― przesiąkniętej zapachem kurzu, atramentu i cudzych ambicji. Zniknęła razem ze schematyzmem słów przełożonego, z tym nieśmiertelnym panie Borgin, wypowiadanym zawsze w tonie, który sugerował, że świat bez raportów runąłby natychmiast, najlepiej na głowę petenta. Krzykliwe upomnienia o wypełnieniu upierdliwych druków raportu brzmiały jeszcze przez chwilę w czaszce, jak echo źle dobranej inkantacji ― irytujące, jałowe, a jednak uparte. Zlecenie, oczywiście, odbyło się daleko w Szkocji, bo nic tak nie cementowało sensu istnienia ministerialnego trybiku jak delegacja w miejsce zimne, wilgotne i niechętne życiu. Zakończyło się, jak zwykle, reprymendą ― bo bestia, łapana z należytą pieczołowitością, uznała łańcuch za sugestię, nie za rozkaz. Zadraśnięcie na szyi, dość rzucające się w oczy, było pamiątką po tej krótkiej lekcji biologii: materia żywa nie respektuje formularzy. Bębenki słuchowe wciąż zdawały się zamglone po donośniejszym ryku, pierwotnym, który nie potrzebował pieczęci ani zgody przełożonego, by wybrzmieć. Ryk miał sens. Raport ― niekoniecznie.
Basta. Godziny pracy upłynęły, a porządek dnia ustąpił miejsca czemuś, co zapowiadało się na znacznie ciekawsze zwieńczenie. Ulica oddychała wieczorem, ciała ludzkie poruszały się w przewidywalnych trajektoriach, jak stado przekonane o własnej autonomii. I właśnie wtedy, pośród tej pozornej swobody, obruszyła się sylweta znajomej kobiety. Nie gwałtownie, nie teatralnie ― raczej jakby świat sam musiał się o nią potknąć, by przypomnieć sobie o jej istnieniu. Zaczepiła jego uwagę dobitnie, na dłużej niż ostatnim razem, co samo w sobie było aktem niemal bezczelnym. Stała w półcieniu, w miejscu, gdzie światło nie decydowało się jeszcze na pełne zaangażowanie, a jej postawa niosła w sobie coś z drapieżnej cierpliwości. Nie robiła nic szczególnego. To zawsze było najbardziej irytujące. Obecność, ta nieunikniona właściwość bytu, emanowała z niej jak zapach, którego nie sposób było zignorować ani przypisać do konkretnego źródła.
― Moje mieszkanie było bliżej... ― Jakby faktycznie mu to przeszkadzało, gdy gmerał spokojnym krokiem tuż za nią. Ciało odpowiedziało wcześniej niż myśl. Mikroruchy mięśni, ledwie zauważalne przesunięcie ciężaru, biologiczny alfabet zapisany pod skórą. Umysł, oczywiście, próbował to skomentować z przekąsem: proszę bardzo, ministerialny łowca, tresowany do kontroli, reagujący jak każdy inny organizm na bodziec wykraczający poza normę. Prześmiewcze, ale skuteczne. ― Ech, Fran... Kompletnie dzisiaj nie słuchasz ― mruknął pod nosem, niebywale niczym dzieciak pozbawiony radości z uciechy byle słodkością. Faktycznie, takowego nie dostał jak zwyczajowo miało to miejsce, chociaż zdołał zasięgnąć jej dłoni, by przypadkowo... Nie zwiała mu łania sprzed nosa.
Łypał wejrzeniem tu i ówdzie, ruchem na tyle odruchowym, że sam nie byłby w stanie wskazać momentu, w którym stał się nawykiem. Ojciec mawiał kiedyś, że świat nie gryzie znienacka, tylko zawsze chwilę wcześniej pokazuje zęby. Przezorność więc trwała, jak odruch mięśniowy, nawet wtedy, gdy rozum podpowiadał, że nie ma przed czym się bronić. Dla kontroli sytuacji, oczywiście. Dla iluzji panowania nad przestrzenią, która i tak miała w nosie jego starania. Wiedział jednak swoje, ta kobieta mknąca przed nim nie potrzebowała ani tarczy, ani strażnika. Radziła sobie sama, w sposób aż nazbyt czytelny ― tym drażniący bardziej. Jej ruchy były oszczędne, pozbawione zbędnego napięcia, jakby ciało nie musiało negocjować z otoczeniem swojego prawa do istnienia. I to właśnie w tej pewności było coś prowokującego. Wzrok zjechał niżej, pierwotnie, niemal bezwstydnie, jakby wbrew wszelkim deklaracjom cywilizowanego dystansu. Usta wykrzywiły się w lekko perfidnym uśmieszku ― tym rodzaju, który nie zdradzał zamiarów, a jedynie przyznawał się do myśli. Biologia, nie pierwszy raz, wygrała z wychowaniem. Ironia losu polegała na tym, że on nawet nie próbował jej za to zganić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 11:05 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.