• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Północny Londyn > Szpital św. Munga > Centralny korytarz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-06-2025, 14:31

Centralny korytarz
Okrągła arteria łącząca główne oddziały szpitala, wyłożona błyszczącymi, białymi kafelkami, które zdają się zawsze lśnić nieskazitelną czystością. W samym centrum korytarza stoi wysoki, ruchomy pomnik Świętego Munga. Figura co jakiś czas obraca się wokół własnej osi, a jej oczy lśnią złotym blaskiem, który ma przynosić spokój i nadzieję pacjentom. Wzdłuż ścian ustawiono rzędy drewnianych ław z zaklętymi poduszkami, które automatycznie dopasowują się do sylwetki siedzącego, oferując mu chwilę ulgi. Na ścianach umieszczono wielkie, podświetlone tablice informacyjne, na których pergaminowe kartki same się zapisują i aktualizują, pokazując harmonogramy wizyt i zmiany w oddziałach. W chwilach największego ruchu korytarz potrafi samoczynnie się wydłużyć lub poszerzyć, aby pomieścić większą liczbę przechodniów, a jego powierzchnia miękko pulsuje pod stopami, niwelując ewentualne potknięcia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 00:30
13 marca 1962

Korytarze szpitala przypominały jej czasem – zdrożnie – biblioteczne alejki, gdyby tylko cisza w nich nie była tak zgęstniała i sterylna; ponumerowane drzwi ułożone na półkach pięter jak akta w archiwum, do każdego z nich przypisane nazwisko w zużytym indeksie, przetartym od sunących po nim palców. Ocierając się o cudze historie w mijanych spojrzeniach, zasznurowanych ciasno w bolesnych grymasach ust, wyobrażała sobie, że węzły puszczają nocą, kiedy nikt nie musi dłużej patrzeć sobie nawzajem w oczy, pacjenci przechylają głowy na poduszkach ku sąsiednim łóżkom, odpowiadają sobie na pytanie, którego nie trzeba wypowiadać, bo przeszyte nim jest każde prześcieradło: dlaczego tutaj jesteś?; wyobrażała sobie, że w nocy szpital szemra i buczy jak ul, kiedy tysiące historii ożywa, tysiące głosów, tysiące skrzydełek ust. W nocy nikomu nie jest niezręcznie; nikt nie szuka właściwych wyrazów współczucia, nikt nie hamuje pytań i nikt się o nie gniewa, w końcu nikt nie chce być tu w nocy sam.
Czasami, przemierzając te same korytarze, czuła się jak lis w kurniku. Chowający zęby za uśmiechem, kiedy pytała, czy może pomóc – by zaproponować później wypicie razem herbaty na trzecim piętrze, w końcu akurat tam podążała; bo w dzień – kiedy usta sznurowały się ponownie w grymasy – pytania należało zadawać we właściwym czasie, we właściwy sposób.
Znacznie częściej jednak bliżej jej było do kobiety robiącej wszystko, byle nie zostawać samotnie ze swoją własną historią, niż do lisa. Znajdującej być może strzęp pocieszenia we wszystkich tych przypadkach, w których wydawało jej się, że ktoś swoją historię odkształca tak, by ukryć swoją winę. I może czuła wtedy nawet jakąś próżność, parszywy okruch żałosnego odkupienia, że swoich błędów nigdy nie próbowała się przed nikim wyprzeć i że patrząc sobie w oczy w lustrze, potrafiła przyznać przed sobą, że jest we własnej tragedii winowajczynią, a potem umyć twarz i dłonie, wypić kawę, wyjść do pracy, odwzajemniać spojrzenia ludzi, jakby nie różniło jej od nich nic.
Z Olivią nie było inaczej – pomogła jej w korytarzu zawiązać szlafrok, zsuwający jej się z wątłych ramion; kobieta nie miała prawej ręki od łokcia w dół i bluzgała pod nosem tak ciężko, że przez moment wydawała się młodsza o dobre dwadzieścia lat; siwym staruszkom wprawdzie podobne słowa zwyczajnie nie przechodzą przecież przez usta. Udały się później, rzecz jasna, na ciepłą herbatę na trzecie piętro. Nataša osłodziła jej napój miodem, rozmieszała, zastukała łyżeczką o obrzeże filiżanki, pomyślała o matce. Olivia złorzeczyła tymczasem na pacjentkę ze swojej sali i swoją rodzinę. Mówiła o tym, że musiała zostawić psa u sąsiadki, bo żadne z jej dzieci nie chciało się nim zająć (pewnie dlatego, że ma więcej rozumu niż którekolwiek z nich i nie umieją sobie z nim przez to poradzić, na pewno ma więcej wdzięczności, a to i tak nędzny naparstek). Że to właściwie nie pies, tylko psidwak – zabrany, wyobraź sobie, mugolom. Chyba ktoś im go sprzedał w żarcie, nie wiedziała, jak inaczej mogło do tego dojść; oczywiście, próbował ich ciągle zagryźć. Trzeba było interweniować, jak mu się w końcu prawie udało, paskudna sprawa. Okazało się, że Olivia była kiedyś amnezjatorem. Psidwaka zabrała do siebie, dobre dwadzieścia dwa lata temu, bo przez starte mocno zęby uznali, że musi być stary; teraz był ślepawy i przygłuchy, ale chyba zamierzał ją przeżyć, pewnie po to tylko, żeby ją wreszcie zjeść, jak wszystko w jej domu, co choć trochę przypominało rzecz jadalną.
Palisz? Nie paliła, ale zgodziła się kupić Olivii paczkę Dunhavenów. Następnego dnia zapukała do uchylonych drzwi jej sali w przerwie w pracy; zaprosiła ją znów do herbaciarni, Olivia jednak miała inny pomysł – chciała wyjść na świeże powietrze, koleżanka z sali nie pozwalała jej otwierać okna.
Nataša powiedziała, że porozmawia z pielęgniarką – Olivia nie zawahała się, podając jej swoje imię o dzień spóźnione, a jej tylko przez moment wydawało się zaskakujące, że łóżko, na którym kobieta przysiadła, miało poduszkę w wydzierganej poszewce; nie potrafiła sobie jej wyobrazić w oparach mocnego jak jasny szlag tytoniu, dziergającą drobne stokrotki na zielonej łące.
Czasami wydawało jej się, że jest lisem w kurniku strzygącym okiem za odłączonymi od stada sztukami; dzisiaj była jednak najwyżej naiwną gąską – prowadzącą przez ogród osłabioną, jednoręką staruszkę w gryzącym wełnianym płaszczu, odpalającą jej posłusznie mocnego papierosa przy jednej z ławek, zanim wrócą, w zamian za jej historie, okraszone urokliwą siarczystością. Może one też były kłamstwem, jak nazwisko, którym się przedstawiła – skradzione drugiej pacjentce.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
11-01-2026, 18:12
Zaczynała swój codzienny obchód w nienajlepszym nastroju. Po pierwsze – pielęgniarki spóźniły się z wykonaniem niektórych dokumentów, bo główna salowa na jej oddziale okazała się być w pierwszych tygodniach ciąży i rzygać jak kot, notorycznie co pół godziny od rana. Po drugie – nieporządek w papierach wynikający z tych drobnych zawirowań kadrowych (inna koleżanka poszła wspierać salową w jej kobiecych obowiązkach i tak jakoś wyszło…) nie pasował do porządku, który zwykła tolerować doktor Sanderson – z wiekiem coraz bardziej wymagająca wobec współpracowników ze szpitalnej kadry. Po trzecie – nie tylko pracownicy nie zgadzali się liczbowo – bo schorowana Olivia wiecznie narzekająca na zimną jak lód uzdrowicielkę… Zawinęła się na tamten świat?
Nie, Moira Sanderson wiedziałaby, gdyby jej pacjentka została przetransportowana do kostnicy. Zakładała też, że marudna staruszka nie była prosta do wykończenia. Jej organizm odrzucał niemal każdą protezę, której integrację rozważano. Przy pierwszej propozycji dorobiła się dodatkowo wysypki – niezwykle bolesnej, ropnej, cuchnącej przy pęknięciu. Przy drugiej nerwy zatańczyły taniec nowoczesny – chcąc poruszyć prawą ręką, ruszała ręką lewą i o ile odpowiednia rehabilitacja mogłaby rozwiązać sprawę – emerytka była już za starym psem na nowe sztuczki. Przy trzeciej więc rozważano stary model, który nie dość, że nie zadziałał, to dodatkowo wyłączył jej czucie w prawej nodze, za co sama Sanderson – zaangażowana do pomocy kobiecie w systemie awaryjnym – nazwana została bezmyślnym konowałem. Efekt uboczny zniknął dopiero po ponownym rozłączeniu protezy i ciała.
Dla staruszki Moira była więc nieudacznicą, zaś na Moiry staruszka była ciekawym przypadkiem medycznym, który chętnie udusiłaby własnymi rękami, gdyby nie szacunek do złożonej, medycznej przysięgi.
Sanderson wychodzi z sali dynamicznie i ze zdeterminowaną miną staje przed pielęgniarką, która tłumaczy jej, że staruszka poszła na spacer.
– Spacer? – kpi Sanderson, ale nie komentuje tego dłużej, ucinając rozmowę uniesioną dłonią. Dziękuje pospiesznie za informację i już kilka uderzeń serca później – zmierza korytarzem w kierunku schodów. Dynamiczne uderzenia obcasów o posadzkę wtórują jej gniewnemu spacerowi, przerwanemu przez coś, co jawi się jej na granicy pola widzenia, a co zauważa chyba również dzięki mokremu, paskudnemu kaszlowi dochodzącemu zza uchylonego okna. Widok ubranej w wełniany płaszcz kobiety, ściskającej między wargami peta w ten klasyczny sposób, w który robiły to stare, doświadczone papierosiary zmusił Sanderson do zwężenia spojrzenia i zagęszczenia ruchów.
Gdy znajduje się na dziedzińcu – widzi jak kobiecina wciska jakąś historię młodej, kędzierzawej kobiecie. Sanderson zaczyna kojarzyć dziewczynę – ostatnimi czasy wyjątkowo często zderzały się spojrzeniami, a magichirurg nie mogła uciec wrażeniu, że alchemiczka… Zwyczajnie się na nią gapi.
Znały się? Raczej nie. Ale z pewnością rozpoznaje ją teraz. To wnuczka tej całej bezrękiej starej? Są w zmowie? O co tu właściwie chodzi?
– Pani Olivio, dzień dobry – mówi, zachodząc je od tyłu, kładąc ciężką od presji dłoń na ramieniu staruszki. Potem spotyka się spojrzeniem z siedzącą obok dziewczyną. Kobietą – bo chociaż posiada tak dziewczęcą urodę, z pewnością pozostaje dorosła od dłuższego czasu. Starsza kobieta ucieka ramieniem spod palców Sanderson, jakby te paliły (ziębiły?) ją do bólu.
– Z łaski swojej proszę dać mi dopalić, nie mam ochoty na wasze szalone eksperymenta – wchodzi w konflikt z magichirurg. Właściwie obie są w tym układzie jak krwiożercze, trujące wiwerny. Dzieli je tylko różnica pokoleń.
– Na polecenie kogo zabrała pani pacjentkę na zewnątrz? Przypominam sobie, że wielokrotnie wspominałam w dokumentacji o przeciwskazaniach i wyjątkowym osłabieniu po ostatnim zabiegu…
– Już wystarczająco napsuła mi pani ostatnio zdrowia, paniusiu – poucza Olivia.
– Nie zwracam się do pani, pani Young – dobrze wiem, że ignoruje pani zalecenia. Pytam o panią – zerka ku Natasy, wreszcie wymijając ławkę i stając na przeciwko dwójki przyjaciółek z przypadku. Sojuszniczek…? – Jak się pani nazywa i na jakim oddziale pracuje?
Zgaduje. Być może ma jednak do czynienia z rodziną.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
20-01-2026, 00:13
Nie musiała się wcale odzywać – słowa sypały się z ust staruszki, nie domagając się zaproszenia i zachęty, jakby od dłuższego czasu zbierane na podobną okazję: nieostrożne pytanie przypadkowej gęsiny, które wzruszy kamień i rozpocznie istną lawinę historii, anegdotek, gorzkich żalów i przekleństw, nie szczędzących nawet zastępów szpitalnego personelu troszczącego się o jej zdrowie. Kobieta miała wiele do powiedzenia, a w tym wszystkim nic dobrego – i to wcale nie w ten rozżalony sposób człowieka rozliczającego się ze światem, przeszłością i sobą w świadomości nadchodzącego końca, który dobrze z hospicjum znała; raczej z nienawistną żwawością, jakby to przed nią świat miał się rozliczać. Na końcu tego potoku brakowało jedynie wdzięcznego rewanżu: ale wystarczy już o mnie; powiedz, jak ty się czujesz z moim bólem. Natašy to jednak nie przeszkadzało, nie miała wprawdzie ochoty mówić o sobie, nie tylko teraz, chociaż teraz może tym bardziej, przeczuwając, że stanęłaby później z anegdotkami Olivii w równym szeregu przed innym więdnącym uchem. Mimo wszystko, czuła do niej cień niewymuszonej sympatii – było coś ujmującego w tym, że nie próbowała wcale ukrywać swojego zgorzknienia. Postanowiła uznać nawet, że cień sympatii jest odwzajemniony, wnioskując po tym, jak odchylała dłoń trzymającą papierosa i jak odwracała lekko twarz, wydmuchując siny dym, litościwie, w przeciwną stronę.
Rozmowa, schodząca nieuchronnie ku mężczyznom i stanowi cywilnemu Doherty, została szczęśliwie przerwana, zanim musiałaby na zwyczajowe pytania odpowiedzieć; swoją wybawczynię – to już kolejny dług wdzięczności – rozpoznała po głosie natychmiast, choć nie miały jeszcze okazji ze sobą rozmawiać, przynajmniej nie w obecnym życiu. Zrobiło jej się pod płaszczem zimno, jeszcze zanim podniosła błękitne spojrzenie ku twarzy doktor Sanderson i dostrzegła jej wyraz, dezaprobatę kondensującą się w okolicach oczu i ust, ponaglającą. Podniosła się odruchem z ławki, ledwie powściągając przy tym mimowiedny pośpiech; zaskoczyła ją własna nerwowość – rzadko tak dotkliwie odczuwała swój lichy wiek, własna młodość nagle przypominała jej bardziej niezdarną cielęcość. Może dlatego przez moment prawie oczekiwała, że Sanderson spojrzy na nią i ją rozpozna, choć było to, rzecz jasna, w najlepszym wypadku mało prawdopodobne.
Moira zwracała się wyłącznie do Olivii, Nataša miała tymczasem wystarczająco ogłady, by ten fakt milczeniem uszanować, pozwalając starszym kobietom wymienić uprzejmości. Musiała przyznać, że przez moment wątpiła w staruszkę, ta jednak zdawała się obecnością Sanderson przede wszystkim zwyczajnie poirytowana. Doherty powiodła po twarzy magichirurg z niestosowną niemal ciekawością, szukając śladów rozdrażnienia czy urazy, i na tym akcie przyłapało ją kobiece spojrzenie. Nie była tym razem płochliwa, choć kierowane do niej słowa nie próbowały się nawet na udawaną grzeczność silić – ale to nie ziębiło jej wcale. Wiedziała przecież dobrze – i niemal wszystko, co było tylko publice dostępne – że Sanderson uczciwie sobie na to prawo do nie-grzeczności zapracowała, w przeciwieństwie do wielu, którzy chcieli je jedynie egzekwować.
Rozchyliła już usta do odpowiedzi, Olivia weszła jednak lekarce bezceremonialnie w słowo, odwlekając jeszcze jej skazanie. Nie miała jednak złudzeń, że zrobiła to, by ją jakoś ratować, raczej zwyczajnie nie potrafiła milczeć albo po prostu nie chciała – to akurat Nataša doskonale rozumiała. Może na starość stanie się do niej podobna; zacznie bluzgać, sarkać i złorzeczyć, jakby mogła nadrobić wszystko to, o czym milczała wcześniej, ze wstydu, strachu albo taktu. Pani Young, dotarło do niej zaraz później i teraz dopiero opuściła znów wzrok na staruszkę, którego ta – wymownie – nie raczyła jednak odwzajemnić.
Miała ochotę sięgnąć po papierosa zatkniętego między jej palce, choć nie była paląca; udusić się ciężkim dymem byłoby może znośniejsze niż duszność sytuacji, w której została podstępem postawiona. Sanderson wyszła zza ławki, by stanąć im naprzeciw; Nataša zaryzykowała spojrzeniem niezdradzającym winnej pokory, bo winna się w istocie nie czuła.
– Za pozwoleniem pani Windle. Musiało zajść między nami nieporozumienie – odpowiedziała, wreszcie dopuszczona do głosu, przeczuwając, że to tłumaczenie może okazać się niewystarczające dla kogoś przyzwyczajonego do chirurgicznej precyzji cięć i wyjaśnień. Dopuszczała też myśl, że Moira weźmie jej słowa za niezdarną, szczeniacką wymówkę, choć ta wyjątkowo gryzła ją w godność – w kwestii czasu – uzupełniła, próbując rozegnać mglistość usprawiedliwienia, krótko spoglądając na panią Young, która istotnie zdawała się w zupełności pochłonięta prędko wypalaną resztką swojego papierosa.
– W cieplarni – przez moment zastanawiała się, czy nie przywołać również nazwiska swojej przełożonej; nie chciała jednak wydawać się nadgorliwie uległa, więc ten pomysł zagryzła w zalążku, czując, że przyzwyczaja się powoli do ciężaru spojrzenia Sanderson, do jego chłodu i tego, że wydawał się dotkliwie znajomy, by nie powiedzieć wprost: matczyny, to znaczy: dostrzegający wszystkie jej braki i wyłuszczający je przed nią jak lustro. – Nataša Doherty.
– Skończyłam – oznajmiła zrzędliwie Olivia, przyciskając truchło papierosa do poręczy ławki. Nataša nie zwracała jednak na nią dłużej większej uwagi.
Matczyny, to znaczy: pragnęła jego ciężaru, nawet jeśli miał ją zgnieść, jak ten niedopałek, o tę zimną poręcz. Olivia chyba się podniosła, chyba zamierzała wrócić sama lub już zaczęła wracać, na marginesie uwagi.
– Pewnie słyszy to pani codziennie – podjęła trochę inaczej, trochę spokojniej i trochę stanowczo, czując, że ma na to tylko krótki moment: – uratowała mi pani życie. A teraz ja się tak pięknie za to odwdzięczam – w kącikach ust zawisnął jej blady, ścierpły uśmiech. Nie wyjaśniała więcej; łudziła się, że ten brak uściśleń zatrzyma ją może na dłużej lub chociaż ją zastanowi i to zastanowienie, choćby krótkie, będzie jej małym zwycięstwem. Wyciągnęła z kieszeni paczkę Dunhavenów, którą miała oddać Olivii. – Pali pani, doktor Sanderson?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
22-01-2026, 17:46
Spojrzenie tężeje jeszcze wyraźniej, kiedy wyłapuje na jego granicy zogniskowaną, intensywną i pełną ciekawości uwagę Doherty. Gdy zderzają się wzrokiem znowu – teraz już niemal w ramach pojedynku, Sanderson spuszcza jedynie dolną wargę – może by coś powiedzieć, a może by rozluźnić mimowoli zaciskającą się szczękę. Poświęca o moment za długo na zapamiętanie jej rysów twarzy, doszukując się wszelkich podobieństw do okropnej w obejściu staruszki. Chyba obie były w pewien sposób okropne w obejściu, ale Moira pozostawała czasami dość ślepa na… Własną opryskliwość.
Była dobrą specjalistką – naprawdę w to wierzyła – a to było chyba dużo bardziej wartościowe niż puszyste zdania pełne serdeczności.
– Dobrze, zatem porozmawiam sobie z panią Windle. Wątpię, bym wyraziła się niejasno – ale może ona wyraziła się niejasno do pani, upewnię się, by więcej nie popełniła tego błędu – wydaje się okrutnie rzeczowa, okrutnie surowa. Twarz przyjmuje zdeterminowany wyraz, wbrew temu, jak nonszalanckim spojrzeniem omiata ją zbuntowana staruszka, z papierosem wyglądająca trochę tak, jakby nie tylko zdrowie miało ją gdzieś – ona gdzieś miała i swoje zdrowie.
Sanderson marszczy brwi, kiedy kobieta przyznaje się do pracy w szklarni. Co więc robiła tutaj, dotrzymując towarzystwa kobiecie, która z całą pewnością nie powinna przemieszczać się po korytarzach sama i która zostałaby z korytarza tego odholowana, gdyby tylko robiła to bez towarzystwa? Ostatnie efekty uboczne… Odbiły się na zdrowiu pani Young. Z tym nie było dobrze i wcześniej, ale Sanderson wychodziła z założenia, że nim podejmą kolejną próbę ratowania jej istnienia i przywrócenia jej pełnej sprawności, odbudować musieli jej odporność. Wzmocnić ją. Odpowiednio przygotować.
Nie miała zamiaru zawodzić pacjentki raz po raz – wbrew antypatii do niej, wykonywała swoje obowiązki ze szczególną starannością. Jak zawsze, jak codziennie, jak w wypadku każdego trafiającego pod jej opiekę pacjenta. Była ostrzejsza, mniej życzliwa – to prawda – ale czy przez to mniej staranna?
Chyba wręcz przeciwnie. Chyba nie gniewała się na młodą zielarkę, gdyby nie to, że sprawa wrednej Olivii Young stała się jej sprawą – po części – osobistą.
Nataša Doherty – imię brzmi słowiańsko. Nie przedstawiałaby się przecież ruskim zdrobnieniem. Zapytałaby, ale impulsywnie obraca ciało frontem do wstającej staruszki.
– O nie, pani Young. Nigdzie nie idzie pani sama. Nie pozwolę pani złamać jedynej ręki – mówi, jakby bała się, że kobieta straci równowagę i przewróci się na schodach. Jakby kiedyś miało to już miejsce. – Siostro Gibson – zaczepia kobietę, która wędrując przed siebie ze stertą dokumentacji w klaserze – ewidentnie skraca drogę przez dziedziniec. Nie wydaje się wielce zachwycona z konieczności zajęcia się panią Young – nie umie jednak odmówić determinacji, która pojawia się w głosie Sanderson, kiedy ta na chwilę odwraca się od panny Doherty.
Moira każe pielęgniarce zadbać o bezpieczne dostarczenie przesyłki.
A potem odwraca się do młodszej kobiety, zawiesza na niej spojrzenie i na chwilę – dosłownie krótki moment – poczuć można, że wydaje się nieco zdziwiona jej słowami.
Nie, nie poznaje jej. Ale to chyba… To chyba nie dziwi ich obu.
– Nie mam ochoty, dziękuję – odmawia papierosa, ale nie odmawia sobie przyjemności poszerzenia wiedzy. Tak, została złapana na wędkę tych całych wygodnych niedomówień. – To wina odpowiedzialnej za kobietę salowej, nie pani – pani Doherty. Żeby była jasność – zaznacza. – Uratowałam życie przeganiając stąd panią Young, nim zamęczy panią opowieściami o urokach życia? Czy może pamięć mnie zawodzi i nie wiem o czym mówimy?
Przystaje obok. Nie odchodzi. To chyba sukces?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
01-02-2026, 13:37
Wiele razy wyobrażała sobie to spotkanie – oko w oko z kobietą, którą podziwiała, jeszcze zanim poznała jej nazwisko, rozfragmentowaną w artykułach biografię i szczególny rytm jej kroków wybijanych na szpitalnej posadzce, który nauczyła się rozpoznawać bez odwracania spojrzenia, tak jak byłaby zdolna rozpoznać po krokach matkę, Ludvę albo funkcjonariusza mijającego drzwi ich mieszkania w Pradze o świcie (udawali, że nic więcej nie słyszą; najważniejsze, że nie zapukał do nich). Minęło jednak sporo czasu, odkąd ujrzała ją w Mungu po raz pierwszy i wciąż nie potrafiła znaleźć ani dobrej wymówki, ani stosownych słów, by napocząć z nią rozmowę. Pamiętała jeszcze, jak oszołomiona wydawała się pielęgniarka, którą zapytała wtedy o jej nazwisko; później, zapoznając się z nią głównie za pośrednictwem wzmianek w przeszłej prasie (zbyt obiektywnych i ograniczonych) i przydługich języków szpitalnego personelu (często zawistnych albo przezornie milczących), zrozumiała, że nie znać jej było istotnie w tym miejscu niestosownością. Chciała z nią porozmawiać, zamiast tego nie wchodziła jej w drogę, przystawała z boku, wyglądała przez pobliskie okno na dziedziniec, kiedy Moira akurat kogoś strofowała, obserwowała ją przypadkiem, ukradkiem, konspiracyjnie, kiedy miała ku temu okazję; obserwowała ludzi w jej otoczeniu, ich kręgosłupy napięte jak struny, spojrzenia pilnujące batutę jej gestów i coraz silniej utrwalała w sobie ciche teorie, że nieuczciwie dotąd przymykano na nią oko. Wielu rzeczy, jakie przemykały jej przez myśl, nie mogłaby wypowiedzieć głośno, przez wgląd na dobrą pamięć doktora Sanderson.
Wiele razy wyobrażała sobie to spotkanie – postawiona wreszcie w jego fakcie, czuła się zaskakująco pewnie, zaskakująco spokojnie, pomimo pierwszego dreszczu; może przez to, że była przede wszystkim zaskakująco skupiona, zatrzaśnięta na bieżącej chwili raptownie jak pułapka na myszy (choć z ich dwójki to jej byłoby do tej nieszczęsnej myszy bliżej), co nie pozostawiało wiele miejsca na tchórzostwo i uniki. Udało jej się wprawdzie wymknąć spod brzemienia jednoznacznej winy, ale wcale nie czuła się lepiej z tym, że za jej pomyłkę – naiwność – oberwać się miało rykoszetem (to znaczy: świadomie odwróconym od siebie grotem) dobrotliwej pani Windle. Jeśliby zresztą do tego doszło, spodziewała się, że spojrzenie Sanderson, ostre jak puginał, mogło jeszcze do niej wrócić, kiedy sobie wszystko wyjaśnią, ale to właściwie nie było perspektywą wyłącznie przykrą: groźną, owszem, lecz także utrwalającą fakt ich zaznajomienia, nawet jeśli przez negatywne skojarzenie.
Szczęśliwie zdążyła się w życiu nauczyć, jak udawać obojętną i niewiedzącą, nie drgnęła więc nawet, słysząc w słowach magichirurg skrzypienie zasadzanego na pielęgniarkę szafotu. Odwzajemniała jej uważne spojrzenie jakby w niewypowiedzianym zaproszeniu, jakby chciała oznajmić, że nie ma żadnych tajemnic, których nie rozwiałoby zadane przezeń pytanie, dopóki pospieszna ewakuacja pani Young nie skradła jej wyłącznej uwagi błękitnych, przenikliwych oczu. Na horyzoncie pojawiła się siostra Gibson, szczęśliwy zbieg okoliczności w czarnym koku, dzięki któremu mogła jeszcze chwilę z Sadnerson dzielić.
Przyjąwszy odmowę, uchyliła wieczko pudełka, z wprawą palaczki kciukiem podważyła papierosa, wysuwając go ponad szereg pozostałych, jakby zamierzała unieść karton do ust i złapać go między wargi. Nie zgadzała się z zapewnieniem Moiry, postanowiła jej jednak jeszcze nie zaprzeczać – mogą się poróżnić, kiedy przyjdzie im się rozejść, nie wcześniej, dlatego spuściła wzrok na samotnego papierosa, wysunęła jeszcze dwa po sekundzie namysłu, chwyciła je w palce i wsunęła w wewnętrzną kieszeń płaszcza.
– Ja, prawdę mówiąc, nie palę od dawna, ale w obecnych czasach nie zaszkodzi się chyba zabezpieczyć – usprawiedliwiła się nieproszona, łyskając przekornością ponurego humoru w podnoszonej znów źrenicy, brylując wciąż w niedopowiedzeniu: nie precyzując, czy ma na myśli mugolaka na stanowisku Ministra Magii, powrót Grindelwalda czy jeszcze coś innego – zanim popełnię jakąś porywczość, przynajmniej najpierw odliczę do trzech.
Sama nie była pewna, co miała na celu, wypowiadając w jej obecności podobne słowa; czy chciała wyłącznie sprawdzić granice swobody, na jaką mogła sobie przy niej pozwolić, czy zamierzała nacisnąć na głębiej zaszytą strunę nerwów, by sprawdzić bezwarunkowe odruchy rozmówczyni.
– Obawiam się, że okazałoby się to ratunkiem popełnionym na marne. Zamierzam upuścić z tej kobiety całą zepsutą krew, choćbym miała ją wysączyć do cna i przekonać się, czy tkwi w niej jeszcze jakaś radość – choć rozumiała niechęć Sanderson do złośliwej staruszki, nie chciała stawiać się przeciwko niej, nawet jeśli tylko przez przemilczenie retorycznego pytania. Było jej właściwie żal pani Young: chyba nikt jej w szpitalu nie odwiedzał, a jeśli mówiła prawdę, nikt też na jej powrót nie czekał poza psem, a zarówno pacjenci jak i personel zdawali się przede wszystkim zniecierpliwieni, żeby się jej wreszcie spod swojej opieki pozbyć. Nawet jeśli sobie na to uczciwie zapracowała, nie potrafiła zostawić jej na pastwę tak zupełnego osamotnienia.
– W czterdziestym czwartym – odpowiedziała, przyglądając jej się uważniej, odruchem wyglądając na jej twarzy śladów rozpoznania, znajdując zamiast tego ślady czasu – sama była wtedy ledwie dziewczynką, Moira młodą kobietą jeszcze na początku swojej kariery. Miała wtedy łagodniejszą twarz, a przynajmniej zapamiętała ją łagodniejszą; albo na dzieci po prostu patrzyła łagodniej. Dzisiaj nie miała już przed nią przywileju dzieciństwa: przyzwolenia na naiwność i usprawiedliwienia dla głupoty, przez którą mogłaby wtedy zginąć, gdyby nie Sanderson. – To było tuż po którymś z nalotów, nazwali to chyba później małym blitzem. Miałam dziewięć lat – wyjaśniła rzeczowo, czując widmowy zapach spalenizny, dymu, rozgrzanego metalu. Mrugnąwszy, pod powiekami miała piach, drażniące ciepło, jakby nachylała się nad ogniem. Zeszkliło jej się spojrzenie; udała, że to nic, że tego nie zauważa. – Pani chyba jeszcze wtedy studiowała? Czy miała pani tam kogoś, po mugolskiej stronie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
04-02-2026, 20:15
Nie uśmiecha się nawet na coś, co chyba miało być jedynie żartem. Porywczość nigdy nie była czymś, co pochwalała – a unikanie jej wydawało się czynem zwyczajnie dojrzałym i takim, który przypadać powinien każdej kobiecie w wieku Natasy. Dobrze, że znalazła sposób na osiągnięcie zen z samą sobą.
– Nie pamiętam żadnych czasów, których nie nazwaliby “tymi czasami” – upierdliwymi, niewygodnymi, przejściowymi, trudnymi. – Czasy zawsze będą tego od nas wymagać – mówi z pewną surowością, wciąż zbierając myśli po samowoli pielęgniarki, pani Young i może częściowo po wybryku Doherty pojawiającej się tu – jak zakładała – przypadkiem.
Jeśli kobieta chciała badać reakcje Sanderson, jej usposobienie, śladową łagodność, skłonność do żartów… W Świętym Mungu liczyć mogła tylko na chłodną, wymierzoną ścisłymi ramami relację, którą oferowała każdemu współpracownikowi. Zdobywała się na czułość i troskę jedynie w wypadku pacjentów – nawet Olivia nie została przecież bezlitośnie porzucona. Uzdrowicielce wciąż zależało na jej dobrobycie, wciąż głowiła się nad potencjalnie najmniej bolesnym i najskuteczniejszym rozwiązaniem problemu jej niepełnosprawności – nawet jeżeli ofukają się pewnie jeszcze dzisiaj. I może Natasy upiecze się, kiedy Sanderson uzna, że stara pani Young owinęła ją sobie wokół palca jak naiwne dziecko.
Nie ocenia zachcianek Doherty – odbiera je prędzej jako żart, kolejny żart; umiarkowanie śmieszny żart. Nie wie czy zielarka faktycznie planuje spędzać więcej czasu z gderliwą staruszką, czy być może drwi jedynie z jej zepsutej krwi, ale nie musi myśleć o tym dłużej. Tajemnica ich znajomości, tajemnica ich ratunku – teraz ona trafia na tapet, a wraz z nią do głowy Sanderson wracają wspomnienia z roku 44.
Dobrze pamięta tamten czas. Gdyby nie wolontariat, z którego nie zrezygnowałaby nawet z perspektywy czasu, jej studia nie wydłużyłyby się. Poznała wtedy wiele dotkniętych niesprawiedliwością rodzin – opatrzyła więcej tak boleśnie rannych dzieci, niż pewnie przez dziesięć lat dalszej kariery. Mugolska Wojna urosła w jej głowie w tamtym czasie do rangi piekła na ziemi, a ruiny londyńskich domostw śniły jej się jeszcze przez długie miesiące po wielomiesięcznej akcji pomocy.
Spojrzenie Sanderson lekko łagodnieje – próbuje doszukać się w pamięci rysów Doherty, jednak jest w tym niezwykle nieskuteczna. Musiała się zmienić – przecież dorosła. Miała wtedy dziewięć lat.
Czasami tracimy pojedyncze wspomnienia – czasami umysł broni nas przed przewlekłym bólem duszy. Stojąca przed nią kobieta nie zapomniała jednak ich spotkania. Nie zapomniała po tylu długich latach.
– Baby Blitz, pamiętam. Dziwię się jednak, że sama to pamiętasz. Nie cierpisz przez to wspomnienie? – gryzie się w język. Nie zauważyła nawet, kiedy porzuciła zwrot grzecznościowy i zaczęła zwracać się do niej na ty. Jakby miała przed sobą małą dziewczynkę, nie dorosłą kobietę. Chyba nie powinna zadawać tego pytania, ale wymknęło jej się jedynie ze względu na troskę, którą obdarzyłaby przecież ofiarę wojny - Natasę sprzed prawie dwudziestu lat.
Sanderson jest fatalną matką. Nawet pomimo tego wizja wojny – czarodziejskiej czy mugolskiej (której świadkiem była tylko z boku) – jest chyba jedynym powodem możliwych wątpliwości w wyznawane od dziesiątek lat ideały. Nie chciała, by jej syn zobaczył to, co wielu ze starszych czarodziei wspominało z popłochem.
– Studiowałam, tak. I nie, nigdy nie miałam – odpowiada dość surowo, chyba pilnując się z dygresjami – tym razem dużo skuteczniej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
8 godzin(y) temu
Stwierdzenie kobiety przyjęła z pokornym posłuchem wypadającym młodości; spotykała się zresztą z tą prawdą nie pierwszy raz – znajdowała ją często w rozmowach z pacjentami, dawniej w praskim hospicjum i teraz, w tym kolejnym życiu po życiu porzuconym, w Mungu. Przetrzymywała ją w szufladach swojego biurka, na luźnych arkuszach papieru, zapisaną ciemnym atramentem, przygnębiającą, czasy zawsze są złe. Pomiędzy nimi pojedyncze zdania pocieszeń: cudzych szczęśliwych wspomnień, zdarzających się nawet w tych czasach niekończących się nigdy. Posiadała między nimi stare, zniszczone zdjęcie kobiety w ślubnej sukni, uśmiechniętej, chociaż po kościele, w którym miała wyjść za mąż, pozostały tylko mury o pustych oczodołach po wyłupionych ciśnieniem witrażach i zakurzone stopnie, na których stała. Skromny bukiet, który ściskała w dłoni, składał się z kwiatów wyzbieranych spomiędzy szkła w doniczkach pod wybitymi oknami i marcowych stokrotek. Sama pamiętała ją inaczej – z zaschniętą krwią pod półksiężycami paznokci, brunatną plamą rozlaną na starej koszulce i zapadniętą ze zmęczenia twarzą; należała do tej samej grupy wolontariuszek, co jej matka, wcześniej i w czterdziestym czwartym. Także w tym dniu, kiedy Nataša wpadła na Moirę, biegnąc przez zgliszcza zniszczonej dzielnicy, czując jeszcze na ramionach bolesne ślady kobiecych rąk, które próbowały ją zatrzymać w schronie w podziemiach metra. Poczucie bezpieczeństwa było wtedy już tylko minionym snem – a skoro nigdzie nie czuła się bezpiecznie, chciała przynajmniej być obok Libuše, więc uciekła tam, gdzie matka zniknęła, kiedy tylko niebo przestało warczeć: prosto w dym, ogień i krzyk.
Pomyślała, że to wymagało pewnej odwagi: przyznać tak chłodno, bez śladu rewolty, złości czy smutku, że czasy nie zmienią się nigdy. Słyszała w nich znajome napomnienie – zagryź zęby, przystosuj się i naucz żyć z tym, co jest. Chciała więcej; nawet jeśli oznaczało to, że jest naiwna.
– Więc to żadne zabezpieczenie, raczej aprowizacja – mruknęła z udanym skwaszeniem, niezrażona nieudolnością własnego żartu. Równie dobrze mogłaby wypalić je teraz, wrócić do nałogu, jeśli to kwestia czasu, nie możliwości, nie sięgnęła jednak do wewnętrznej kieszeni. – A wszystko, co robimy, to złudzenia, co najwyżej granie na zwłokę? – to wyraźnie nie miało być pytaniem, stało się z nim w ostatniej głosce, podnoszonej wraz z zaciekawionym spojrzeniem ku starszej kobiecie, choć nie wydawała się oczekiwać odpowiedzi, ugodowo zawieszając je na granicy retoryczności. – Może zdążą przynajmniej zwietrzeć, zanim stracę cierpliwość.
Baby Blitz, tak powtórzyła za nią cicho pod nosem. Zaskoczyło ją następujące zaraz pytanie, tak bezpośrednie i wypowiadane bez ogródek. Ludzie przechodzili zazwyczaj nad wspomnieniem wojny w milczeniu żałobnym, wyrozumiałym albo niezręcznym, albo dowolnej mieszance tych przymiotów. Sama unikała mówienia o niej w ten sposób: personalnie, jak o czymś, czego doświadczyła. Wolała traktować ją raczej jak coś, co się przydarzyło światu, nie jej; choć co noc zabierała ją ze sobą do łóżka, kładła głowę na poduszce pełnej zgliszcz, zamiast puchu, zasypiała z prochem pod powiekami, wspomnieniem zimnego betonu pod policzkiem, zanim materiał przesiąknął jej ciepłem. Pytanie zaskoczyło ją zauważalnie – przez moment sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała, jak jej odpowiedzieć, błękit oczu urósł wspomnieniem popłochu, na krótki moment. Jakby wcześniej nie przyszło jej na myśl, że mogłaby przez wojnę cierpieć.
– Nie. Myślę czasem o tym, że to wszystko może się wydarzyć znowu, może jutro. Zastanawiam się, czy nie powinnam więc tak żyć, jakby się jutro miało wydarzyć, a potem żyję tak samo jak zawsze – nie wiedziała, czy dlatego, że to w gruncie rzeczy nic to dla niej nie zmieniało, czy dlatego, że nie wiedziała, jak przetłumaczyć carpe diem z łaciny na czyn. – Pamiętam, po prostu; niewiele, choć czasem tak, jakby to było wczoraj – zawiesiła głos, rozważając chyba dalsze słowa, przebierając w nich z nieukrywaną przezornością; ale nie budzę się z krzykiem, chciała się jeszcze usprawiedliwić, nie budzę się zmęczona ani przestraszona, nie płaczę, nie miewam koszmarów – ale nie cierpię. Miałam szczęście, jeśli można o szczęściu w ogóle mówić, w każdym razie nikogo nie straciłam. Później życie było może inne, ale nie było dla nas złe – ostatnie stwierdzenie postawiła jak kategoryczną kropkę, stanowczą konkluzję: nie mogła cierpieć. Jej bliscy przeżyli; nie była okaleczona; nie nosiła blizn. Nie musiała też łatać rozdartych ciał, słuchać zawodzenia rannych, zamykać oczu straconym pacjentom; była dzieckiem, więc mogła być tchórzem, kiedy nie mogła znieść więcej krwi, w przeciwieństwie do Moiry. Stawiała więc diagnozę rzeczową; nieszczerą, między bogiem a prawdą wręcz wprost kłamliwą, ale między sobą a drugim człowiekiem wystarczająco przekonującą, jak jej się zdawało.
– Byłam dzieckiem. Wolno mi było zamknąć oczy, zasłonić uszy i nie rozumieć wielu rzeczy – dodała powoli, przekierowując tym samym ciężar rozmowy przeciwko niej. Nie odbiła jej pytania, ale pozwoliła, żeby zawisło niewygodnie w powietrzu. Zastanawiała się, czy po tym wszystkim istniało jeszcze coś, co mogłoby Moirę przerosnąć. – Moja matka była wolontariuszką. Uciekłam jej szukać; wtedy, kiedy mnie pani znalazła. Była wierząca wcześniej, ale podczas wojny zaczęła modlić się tak, jakby tylko to trzymało ją na nogach i przy zdrowych zmysłach. Wojna się skończyła, a ona modliła się jeszcze więcej. Odwracała wzrok, kiedy się skaleczyłam albo otarłam do krwi – miała wrażenie, że matka któregoś dnia wyszła do zbombardowanej dzielnicy i po prostu nigdy nie wróciła, nigdy w zupełności. Gdyby potrafiła wierzyć w jej Boga, musiałaby go chyba znienawidzić za to, że jej ją odebrał. – Jak pani sobie z tym wszystkim poradziła? – zaryzykowała, pomimo ukrócającej szorstkości poprzednich odpowiedzi. Sądziła, że to sprawiedliwe; że ma prawo zadać jej podobnie intruzywne przez troskę pytanie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-02-2026, 08:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.