• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Lillie Wellers
Lillie Wellers
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Bohai Zhang, Jee-Yun Zhang (z domu Hwang), przybrani rodzice Wellers
Aspiracje
Wygrać puchar Quidditcha jako pełnoprawna ścigająca Harpii, prowadzić szczęśliwe i radosne życie
Amortencja
Świeże powietrze, Mandarynka, Sosna, Drzewo cedrowe
Różdżka
Pióro Hipogryfa, Jabłoń. Elastyczna, 9 i pół cala
Hobby, pasje
Quidditch, łyżwiarstwo, spacerowanie, bieganie, czytanie książek, malowanie i rysowanie
Bogin
Widok martwej rodziny pod wodą podczas sztormu.
Umysł
Data urodzenia
1 lipiec 1941
Miejsce urodzenia
Cardiff
Miejsce zamieszkania
Cardiff
Język ojczysty
Angielski
Genetyka
Czarownica
Ukończona szkoła
Hogwart (Hufflepuff)
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Czystość krwi
Półkrwi
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
20
158
55
Wiek
Wzrost
Waga
Brązowe
Czarne
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Lillie jest niską osobą, nie mierzącą nawet 160cm. Ze względu na uprawianie sportu ma delikatnie zarysowane mięśnie. Ma małe kobiece krągłości, na co z reguły stara się nie zwracać uwagi (choć momentami się tego wstydzi).
Znaki szczególne
Azjatycka uroda, duże oczy i niski wzrost. Dwie blizny na prawym nadgarstku, kilka blizn na ciele (na lewej nodze na wysokości łydki i kolana; lewego biodra, blizna po oparzeniu na prawym ramieniu, ciągnąca się do obojczyka).
Preferowany ubiór
Na co dzień wybiera ubrania ładne, skromne - spódnice do kolan, w jasnych kolorach, ciepłe swetry, dobrze skrojone koszule i koszulki. Często można ją znaleźć w nieco bardziej sportowych obuwiach i zestawach, aniżeli eleganckich. Nie nosi za dużo biżuterii - kolczyki i bransoletka to jej limit.
Zajęty wizerunek
Song Yuqi
Obrazek postaci

1941 - narodziny

Podobno urodziłam się rankiem. Gdy pierwsze promyki słońca wpadły do pomieszczenia, rozległ się mój pierwszy krzyk. Nie pamiętam wiele z okresu bardzo młodego dzieciństwa. Ponoć byłam grzecznym dzieckiem, rzadko kiedy płakałam, byłam istnym wulkanem energii i uwielbiałam przebywać w towarzystwie dwóch starszych braci. Danny oraz Nicky zawsze potrafili mnie rozśmieszyć, przy nich nic nie było mi straszne. Nie było między nami dużej różnicy wieku – Danny miał 5 lat, Nicky 3. Dogadywaliśmy się wspaniale, nigdy nie kłóciliśmy. A dodatkowo nasi rodzice naprawdę nas kochali i chcieli dla nas jak najlepiej.

  


1943 - narodziny magii

Kiedy obudziła się we mnie magia, miałam dwa latka. Któregoś dnia moje lalki zaczęły same się ruszać. Ja byłam zachwycona, ale moi bracia, którzy byli tego świadkiem, trochę się przestraszyli. Szybko jednak okazało się, że to nic dziwnego. Mój ojciec był czarodziejem. Pochodził z czystokrwistej rodziny, która przeniosła się do Cardiff dwa pokolenia temu. Ojciec lubił pomagać mugolon i dzięki temu poznał moją matkę - urodzoną w Anglii Koreankę. Z tego, co się dowiedziałam, nie chwalił się przed rodziną matki, że jest czarodziejem. I ja również miałam się nie chwalić - bo okazało się, że jako jedyna z rodzeństwa miałam magiczne zdolności. Danny oraz Nicky byli mugolami. Może trochę nie czułam się z tym najlepiej, czułam pod skórą, że momentami rzucają mi zazdrosne spojrzenia, ale z drugiej strony starali się, bym tego nie odczuła za bardzo. Ojciec natomiast był szczęśliwy. Mimo pracy w czarodziejskim świecie, nie utrzymywał kontaktów ze swoją czarodziejską rodziną, której nie podobał się ślub z mugolką. Wiele mi opowiadał o szkole, o tym, co można robić jako pełnoprawny czarodziej, a to, co najbardziej mnie się spodobało, to sport. Chociaż latanie na miotle nie brzmiało bezpiecznie... To nie mogłam się doczekać, aż spróbuję. 

 

W naszym domu często rozmawiało się po mandaryńsku, w języku ojca. Chciał, byśmy na wszelki wypadek również znali ten język - mimo władania językiem angielskim. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, Bohai zastanawiał się, czy nie przeprowadzimy się kiedyś do Chin, dlatego też pielęgnował swój ojczysty język. Dzięki temu prócz angielskiego umiem porozumiewać się w języku mandaryńskim. Słyszałam, jak mama co jakiś czas mówi coś po koreańsku - ale nie uczyła nas swojego języka. Podporządkowała się ojcu, chociaż sama nie potrafiła biegle mówić w jego języku, pozwalała, byśmy my go poznali. Dodatkowo prowadziliśmy życie jak zwykła rodzina. Ja pokochałam łyżwiarstwo. Przez kilka lat dzielnie chodziłam na naukę jazdy na łyżwach i akrobatykę. Sport był czymś, co kochałam - nawet w wolnych chwilach starałam się chociaż biegać. Wiedziałam, że będzie to moje życie. Uwielbiałam również rysować, gdy na zewnątrz nie było odpowiedniej pogody do biegania. Byłam szczęśliwa w tej rodzinie.     


Mój ojciec pracował w jakiejś magicznej firmie przewozowej. Niejednokrotnie zabierał nas na przejażdżki samolecącym wozem. A przynajmniej tak to dla mnie wyglądało. Był to drewniany powóz, który nie potrzebował koni. I do tego latał! Ojciec mówił coś o jakichś testralach, ale ja nie byłam w stanie  ich zobaczyć. Nie do ósmego roku życia.  




1949 - wypadek i sierociniec

To było pierwszego lipca. Moje ósme urodziny. Tata wynajął po raz kolejny latający wóz, byśmy mogli wyjechać na wakacje w inną część Anglii. Spakowani, uśmiechnięci i radośni, siedzieliśmy w środku, podczas gdy niewidzialne konie, kierowane lejcami w dłoniach ojca, ciągnęły nasz środek transportu ku południowej części kraju. W lato pogoda lubiła się zmieniać jak w kalejdoskopie. I właśnie tego dnia postanowiła też zmienić moje życie na zawsze. 

 

Nie pamiętam dokładnie, jak to było. Chyba uderzył w nas piorun. Znajdywaliśmy się nad morzem, w powietrzu. Nagle drewno dookoła nas zapaliło się i zaczęliśmy szybko tracić wysokość. Ojciec próbował ratować nas magią, ale w panice nie mógł wiele zdziałać. Wpadliśmy do wody... I jedyne, co pamiętam jak przez mgłę, to uciekające konie, wlatujące w przestrzeń. Testrale. Wtedy po raz pierwszy je zobaczyłam . Nie wiedziałam jednak, czemu. Szybko straciłam przytomność.

 

Przez następnych parę miesięcy moje życia diametralnie się zmieniło. Przeżyłam jako jedyna wypadek – prawdopodobnie wyciągnięta na powierzchnię wody przez jednego z braci. Znalazł dużą deskę z wozu, która nie uległa całkowitemu zniszczeniu i kazał mi się jej mocno złapać, a chwilę później jego i pozostałych członków mojej rodziny wciągnęła woda. W przebłyskach wspomnień widywałam ich przerażone twarze, nie mogące złapać oddechu. Przez długi czas musiałam być na lekach uspokajających, bo bardzo często nawiedzały mnie atak paniki.  


Trafiłam pod opiekę siostry mamy i zamieszkałam w domu mugoli. Jednak nie na długo - moje moce magiczne dały się parę razy we znaki, kiedy to przedmioty ruszały się w moim otoczeniu. Ciotka była przerażona. Uważała mnie za potwora i za indywiduum. Oddała mnie zaledwie po tygodniu do sierocińca. Tam nie było wcale lepiej. Inne dzieci również się mnie bały, wystarczyło jeden, dwa ruchy przedmiotów obok. Nie chciały nawet przesiadywać w moim towarzystwie. A gdy leki wyciszające, które znów brałam (przeciwko atakom paniki i ogólnemu zestresowania) wyciszyły nieznacznie magię, starały się uprzykrzyć mi życie.     


Pierwszą próbę samobójczą przeszłam w wieku 9 lat, namawiana przez starsze dzieci. Nie pamiętam dokładnie jak, ale ktoś rozbił lustro w jednym z pomieszczeń. Parę starszych chłopców uznało za świetną zabawę nagabywanie mnie do zrobienia sobie krzywdy. A ja głupia dałam się namówić, chyba się ciesząc w pewnym stopniu, że zwrócili na mnie uwagę... Ale byłam też tym wszystkich zmęczona. Podali mi ostry kawałek lustra i rozbawieni, z uśmiechami na ustach instruowali mnie, jak rozciąć sobie nadgarstek. Dałam się namówić, choć gdy zaczęli mnie przekonywać, że ten cały ból się skończy, może sama tego chciałam? Nie jestem pewna... Ale nie udało się - odratowali mnie. Czy obiecałam sobie spróbować kolejny raz? 
Jak najbardziej.




1951 - poznanie państwa Wellers

Czasami zdarzało mi się wymknąć z sierocińca, gdy uwaga opiekunów była skupiona na czymś innym. Nie chciałam tam wracać, widzieć inne dzieci, znów znosić ich nękania. W tamtych momentach szwendałam się bez większego celu - aż trafiłam nad wodę, do portu. Przesiadywałam nad wodą, wpatrując się pustym spojrzeniem w przestrzeń, w wodę, patrząc daleko w dal. I to tutaj spróbowałam drugi raz. Wskoczyłam do wody, będąc przekonaną, że to właśnie jest mi pisane...   


Tak naprawdę nie chciałam umierać. Ale zrozumiałam to zdecydowanie zbyt późno. Przed oczami znów miałam wypadek, twarze braci i rodziców w wodzie, nieprzytomnych, wodę zmieniającą swoją barwę na czerwień, sztorm... To miała być ostatnia rzecz, którą miałam widzieć. I potem miała zapaść ciemność. 


Nie wiedziałam, jak długo to trwało, ale w pewnym momencie poczułam ciepło. Było przyjemne i kojące. Czy powinnam to odczuwać? Byłam pewna, że umarłam. Nie powinnam czuć nic. Powoli otworzyłam oczy i w pierwszym momencie widziałam tylko drewno w kolorze ciepła. Przyjemny dla oka brąz. Zamrugałam oczami, pozbywając się rozmazanego obrazu. W sekundę przeszedł mnie dreszcz i poczułam ogromne, przejmujące zimno – szybko podniosłam się do pozycji siedzącej i zacisnęłam dłonie na kocu, pod którym leżałam. 
- Spokojnie. Nie wstawaj. - do moich uszu doszedł przyjemny, ciepły ton głosu. Kobiecy, dojrzały, kojący atak paniki, który zaczął mnie ogarniać. Skierowałam twarz w jego stronę - ujrzałam piękną, elegancką kobietę, ale nie w długiej, balowej sukni, którą po głowie sobie wyobrażałam. Była ubrana jak osoby z portu, nawet parę razy chyba ją widziałam. 
Okazało się, że jej mąż, Hans Wellers, widząc topiącą się dziewczynkę wskoczył za nią do wody. Uratował mnie. Dzięki niemu mogłam dalej żyć. Bo naprawdę nie chciałam umrzeć. Bałam się. Bałam się tego, co było dalej oraz samej śmierci. Pamiętam, że długo nie mogłam się uspokoić, płakałam, aż opadłam z sił. 

 


1952 - adopcja

Naszym wspólnym rozmowom nie było końca, a gdy uśmiech zaczął powoli pojawiać się na mojej twarzy, zaczęłam również otwierać się przed nimi. Nie jestem pewna do końca, kiedy zaczęłam mówić o zainteresowaniu sportem. O tym, jak dobrze mi szło na łyżwach, jak uwielbiałam akrobatykę i bieganie, jak bardzo byłam aktywnym dzieckiem i wszędzie było mnie pełno. Zaczęłam z powrotem brzdąkać na gitarze, jak kiedyś, kiedy siedziałam z braćmi. Dodatkowo państwo Wellers pokazywali mi ciekawe rzeczy. W późniejszych latach zainteresowała mnie ekonomia i handel. Nie miałam wcześniej styczności z którąkolwiek z tych rzeczy, może dlatego wydawało mi się to pasjonujące? To tego właściwie uczyłam się od Państwa Wellers - pomagałam im w wakacje w handlu. I chyba szło mi całkiem nieźle, skoro wcześniej coś we mnie dostrzegli. Potencjał. 


Niedużo minęło, nim moje nazwisko z Zhang zmieniło się na Wellers. To było dwa miesiące przed wyjazdem do Hogwartu. Pierwszego lipca 1952 roku, w moje 11 urodziny, przekroczyłam próg domu Państwa Wellers jako ich adoptowana córka, rozpoczynająca nowe życie. Również moje rodzeństwo, starsze ode mnie, okazało się być wspaniałymi ludźmi. Czułam, że mogę znów być szczęśliwa - nie chciałam zapomnieć o swojej prawdziwej rodzinie, a przynajmniej nie tej najbliższej. Ale od tamtego dnia musiałam przestawić swoje myślenie i próbować kształtować swoje życia inaczej, wśród ciepła i uśmiechów państwa Wellers. Dodatkowo, po paru latach, gdy już czułam się lepiej i kiedy kiedy przesiadywałam z Wellersami w porcie, łapałam za puste kartki i rysowałam na nich. Zaczęłam na nowo jeździć na łyżwach, szukając radości z wszystkich tych czynności. To zawsze będzie moim hobby, jak czytanie książek na statku, podczas rejsów w wakacje, ale nie dawało mi już takiej satysfakcji, jak kiedyś.  




1952 - Hogwart i nowa pasja

W Hogwarcie Tiara przydzieliła mnie do Hufflepuffu. Żółty nigdy nie był moim ulubionym kolorem, ale nie chciałam nastawiać się negatywnie. Bałam się, oczywiście. Po tych kilku latach w świecie mugoli wszystko było dla mnie nowe i nieznane. Z początku myślałam, że w zielarstwie znajdę swoje miejsce. Pasjonowały mnie magiczne rośliny, ich zastosowanie i uprawa. Przez pierwsze lata z chęcią się o nich uczyłam. Ale w końcu mogłam odkryć to, o czym opowiadał mój ojciec. 


Quidditch. 


Latanie na miotle było bardzo przyjemne. Uczucie unoszenia się nad ziemią, wiatru we włosach pomagał mi poradzić sobie w ciężkich chwilach. Dodatkowo, zakochałam się w tej grze. Początkowo trochę się go obawiałam. Ale gdy raz ze znajomymi z roku znaleźliśmy się przy boisku, oglądając mecz, a potem – gdy weszłam na boisko i ktoś dla zabawy podał mi kafla... Wiedziałam, że muszę znaleźć się w drużynie, muszę grać, muszę latać na miotle. Moim życiem miał zostać Quidditch.   


Od tego czasu spędzałam mnóstwo czasu w bibliotece, zagłębiając się coraz bardziej w historię tego sportu. Poznając wszelakie drużyny, nawet te najmniej ważne czy znane. Czytałam o taktykach, o ciekawostkach dotyczących meczy, graczy... Musiałam wiedzieć wszystko. I próbowałam dostać się do drużyny, gdy tylko mogłam oficjalnie się do niej zgłosić. Szkoliłam się w lataniu na miotle, chcąc być przygotowaną na wszystko. Moim życiowym celem w wieku lat 15 było zostać ścigającą Harpii z Holyhead. Bardzo chciałam dostać się do tej drużyny i robiłam wszystko, co mogłam. A gdy zostałam ścigającą Hufflepuffu, był to pierwszy krok w kierunku realizacji marzenia. Początki bycia w drużynie były trudne. Okazało się, że ten sport nie był aż tak prosty, jak myślałam. Chwilę mi zajęło nim złapałam podstawy. Mimo to, nie zrażałam się. Uczucie latania było cudowne. Do tego adrenalina podczas gry wprawiała mnie w naprawdę dobry nastrój. Wiedziałam, że prędzej czy później będę mogła z czystym sumieniem nazywać się ścigającą Hufflepuffu. Wpierw musiałam ogarnąć podstawy – a gdy już to zrobiłam, starałam się uczyć innych rzeczy. Kombinacji, ostrzejszych przejęć. Byłam osobą skorą do współpracy, nie musiałam błyszczeć solo w drużynie - ważna była współpraca i gra zespołowa.    




1959 - Osy z Wimbourne

Nie miałam nie wiadomo jak świetnych ocen na koniec szkoły. Ale nie było to dla mnie najważniejsze. To, z czego najbardziej się cieszyłam, to dostanie się do drużyny Quidditcha. Na mecze przychodzili nie tylko uczniowie. Łowcy talentów, wyłapujący najlepsze osoby z drużyn. Po jednym z meczy podszedł do mnie mężczyzna. Pierwszą drużyną, do której zostałam zwerbowana były Osy z Wimbourne. I pewno niektórzy traktowaliby ten krok jako porażkę, ale nie ja. Robiłam wszystko, by dobrze grać. Szybko zakumplowałam się z resztą drużyny. Ze względu na swoją szybkość byłam wartościowym graczem i szło mi dobrze. Byłam dumna z tego, że dostałam się do drużyny i mogłam grać zawodowo. I wiedziałam, że było to tylko kwestią czasu, kiedy uda mi się dostać do Harpii. Nieważne było to, jaka była pogoda, czy byłam zmęczona, czy gra była bardziej lub mniej brutalna. Najważniejsze było podążanie za swoimi marzeniami, znajdowanie się na boisku, gra w Quidditcha.  

 


1961 - Harpie z Holyhead

Starałam się cały czas mieć na uwadze ewentualnie przesłuchania do drużyny Harpii. Zamierzałam pojawić się tam, zachwycić wszystkich i mimo uwielbiania Os - zmienić barwy na ciemnozielone. I w końcu, po dwóch sezonach w Osach, udało mi się przejść przesłuchanie. Chociaż jestem pewna, że wcześniej parę razy trenerzy Harpii mogli widzieć mnie w akcji, na przesłuchaniu dałam z siebie sto procent. Byłam z siebie dumna – a jeszcze bardziej, gdy dostałam się do drużyny. Nie było dla mnie ważne to, czy było to oficjalnie ogłaszane w gazetach (a rodzice mówili, że w kąciku sportowym gdzieś było!). Nie interesował mnie rozgłos. Ja chciałam grać, sport był moim życiem, dzięki niemu mogłam zarabiać, w wolnych chwilach pomagając rodzicom, nie chcąc się od nich odcinać.


Lillie Wellers, ścigająca Harpii z Holyhead. Czyż nie brzmiało to dumnie? 

2
Pozostało PP
mixed
0
Pozostało PM
1
8
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
0
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
10
15
25
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka II — Magiczne rośliny
Zielarstwo
Ziołolecznictwo
Uprawa magicznych roślin
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Zarządzanie finansami
Znajomość prawa handlowego i nielegalnych praktyk
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
Urok osobisty
Odczytywanie emocji i czujność
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
Gra na gitarze
Ścieżka XVIII — Sport
Quidditch
Łyżwiarstwo
Akrobatyka
Bieganie
Ścieżka XIX — Technika i rzemiosło
Malarstwo i rysunek
Ścieżka XX — Poliglotyzm
Język mandaryński

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-01-2026, 19:13

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Philippa Moss

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
20-01-2026, 20:05

Lillie Wellers

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[20.01.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 opcm [prezent powitalny]
[28.01.2026] Zdobycie trofeum: Pierwszy dzień w Hogwarcie, + 20 XP
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 07:54 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.