• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Cardiff > Sklep magibotaniczny "Senny Fruwokwiat"
Sklep magibotaniczny "Senny Fruwokwiat"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
12-09-2025, 11:47

Sklep magibotaniczny "Senny Fruwokwiat"
Zaprasza do niego duży drewniany szyld w kształcie fruwokwiatu w amarantowym kolorze, ozdobiony złotawym napisem układającym się w nazwę przybytku. Po przekroczeniu drzwi wejście nowego klienta zapowiada wesoły dzwonek, ani za głośny, ani za cichy, a od pierwszego kroku w nozdrza uderza bukiet przepięknych kwiatowych woni. Główne pomieszczenie składa się z różnych alejek, stworzonych w sposób organiczny - poprzez ułożenie donic oraz podłużnych drewnianych stołów zastawionych mniejszymi naczyniami. W każdej donicy pyszni się zdrowa roślina, a choć zdecydowana większość z nich to gatunki magiczne, to w swojej ofercie sklep posiada też różne rodzaje pozbawione czarodziejskich właściwości. Opłatę można uiścić przy ladzie, na której dumnie spoczywa tytułowy bohater - leniwie kołyszący się w tę i we w tę fruwokwiat. Stricte pracownicza część sklepu to tylna sala, gdzie znaleźć można gatunki wymagające szczególnej opieki, a dalej także całkiem spory segment szklarniowy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
12-11-2025, 10:09
Temat Harrisa to na dobrą sprawę temat rzeka. Jego niekompetencja drążyła w myślach Leonie długie korytarze, przez które wsiąkały w nią korzenie niechęci - silniejsze, niż mogła się spodziewać; z jednej strony to dobrze, bo kiedy złościła się na niego, czuła, że żyje, a z drugiej nie godziła się na kupno słodkiej adrenaliny nieszczęściem roślin, niefortunnie znajdujących się w polu rażenia jego nieuwagi i niewiedzy. Czasem zastanawiała się, czy nie podchodzi do niego zbyt ostro, czy nie jest za surowa w ocenie jego potknięć, do których chyba każdy ma prawo, ale wtedy w sklepie zawsze dochodziło do tragedii na kolejnym gatunku i żółć podchodziła jej do gardła, a dłonie świerzbiły do sięgnięcia po różdżkę. W ekstremalnych przypadkach przełykała opory i zgłaszała zastrzeżenia szefowi, lecz jedyne, co osiągnęła, to jego przygnębione i nieco bezsilne westchnienie - najwidoczniej obiecał komuś, że pod jego skrzydłami młodszy krewniak będzie bezpieczny i teraz nie ma serca odebrać mu pracy. To rodziło w niej dodatkową frustrację, ale na dobrą sprawę: co jeszcze mogła zrobić? Rozwiązaniem, jakie widziała, było doglądanie inwentarza Sennego Fruwokwiatu z podwójną pieczołowitością, jakby próbowała nadgonić braki świeżego kolegi własnym kosztem. Dziś powinna być już w domu, ale często wolała przebywać w sklepie, niż w pustej przestrzeni, gdzie jedyną towarzyszką była wierna Helga.
- Czyli zdrowe - uparła się psotliwie, słowa Keitha o Harrisie komentując już tylko ciszą, wiszącą między nimi jak niewidzialny ciężar zalegający w powietrzu. Było coś niemal uroczego we wspólnym narzekaniu, w myśli, że nie była sama w swojej złości, niedowierzaniu i frustracji, że zawsze mogła liczyć na tego skrzywdzonego przez własny los młodzieńca, który załamywał ręce nad dobrem roślin na wyposażeniu sklepu. I chyba nad stanem jej nerwów, wyraźnie nadszarpniętych działaniami kolegi. Jeśli Leonie czegoś była w życiu pewna, to tego, że Croft skoczyłby za nią w ogień; od lat był jej wsparciem i powiernikiem, i chociaż nie miała jak dotąd odwagi wyjawić mu prawdy na temat tego, co działo się z nią przez okrutne sześć miesięcy, nie zmieniło to faktu, że widziała i będzie widzieć w nim brata. Zresztą rodzony brat też tego z niej nie wyciągnął...
W jej oczach pojawiły się iskierki zaintrygowania, gdy czarodziej opowiadał o wypitej ostatnio herbacie. Brzmiało to nierealnie, jak napar wyjęty prosto ze stronic baśni, w których Leonie zwykle się zaczytywała, więc Keith z wprawą doświadczonego przyjaciela doskonale wiedział, jak wzbudzić w niej ciekawość. Wyobraźnia zaczęła pracować na wysokich obrotach i zielarka czuła się, jakby znajdowała się w tamtym momencie obok niego, trzymając w dłoniach drugi kubek z kwitnącym kwiatem, nadającym smak gorącej wodzie.
- Myślisz, że jeszcze ją ma? Albo mogłaby ją zdobyć? Jeśli cena nie zbija z nóg... - a pewnie tak było, spodziewała się z przykrością, że kosztowało to mały majątek, przekraczający jej stępiony hazardem zarobek. Może gdyby odmówiła sobie gry przez jakiś czas, mogłaby poprosić go o pośredniczenie w zakupach i razem cieszyliby się smakiem egzotycznych kwiatów z części świata, której Figg nigdy nie zobaczy, a bliskość Keitha z panią Lian stała się swego rodzaju ostatnią deską ratunku, promykiem nadziei, że starsza matrona nie podałaby podwójnej kwoty przy negocjacjach. Każdy musiał z czegoś wyżyć, zaś taka herbata to luksus, nie produkt pierwszej potrzeby. - Nie mam pojęcia, co to Huoshan, ale to, co mówisz, brzmi pięknie - uśmiechnęła się lekko. Czasem zastanawiała się w duchu, czy Croft nie wolałby dostać się do tamtych stron i uwić tam prawdziwego gniazda - wśród ludzi, gdzie nikt nie spojrzałby na niego tak krzywo, jak czasem patrzą ksenofobiczni Brytyjczycy. Te myśli jednak budziły napięcie, bo nie wyobrażała sobie życia bez niego, będącego na wyciągnięcie ręki. Może to egoizm, pewnie tak, lecz Leonie tak wiele już straciła z samej siebie, że rozstanie z przyszywanym braciszkiem złamałoby jej serce.
- Och, Merlinie, tawerny się zapłaczą - parsknęła, słysząc zapowiedź ograniczenia balowania po nocach. Wielokrotnie oddawali się temu razem, płynęli przez złote potoki piwa, błądzili w pulsujących rytmach muzyki, jakby jutro miało nie nadejść. To pomagało przypomnieć sobie, czym jest życie i jak smakuje w jej ustach, jak rozpala żyły i jak szeroko można się uśmiechać. - Brzmisz jak ciołek - stwierdziła po chwili, poważniejąc, a żeby podkreślić swoją opinię, skrzyżowała ręce na piersi, gotowa do moralizowania. - Masz dwadzieścia trzy lata i nie młodniejesz, Keith, a jeśli zostawisz za sobą za dużo złamanych serc, pewnego dnia obudzisz się sam jak palec i żadna nie da się skusić tej egzotycznej buźce - powtórzyła jego określenie głosem mądrzejszej starszej siostry. Sama była okropnym przykładem tych myśli i zdawała sobie z tego sprawę, ale od czasu Colina... Szukała. Błądziła. Trafiała do ślepych uliczek, a jeśli nie - tchórzyła i uciekała. Wciąż mieszkały w niej demony, które wykluły się w ciągu tamtego półrocza; nie mogła się ich pozbyć. - Nikt nie interesuje cię aż tak, żebyś nie czuł oporów przed zrezygnowaniem z siedemnastoletniego Keitha? - spytała, patrząc na niego wymownie, bo to podejście nastolatka zachłyśniętego dorosłą wolnością, nie dojrzałego mężczyzny. - Zasługujesz na trochę stałości i szczęścia - dodała ciszej, łagodniej, by zakończyć kazanie balsamem czułości.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
15-11-2025, 16:44
Sytuacja Leonie z jej nowym kolegą z pracy nie była kolorowa i doskonale zdawał sobie sprawę. Musiało to być dla niej raz, że strasznie frustrujące, a dwa rzucało to jej kłody pod nogi. Tak samo jak on Figg chciała tylko spokojnego życia, bez dram i dziwnych sytuacji bez wyjścia, a tak mu się w każdym razie wydawało. Trudno było to jednak osiągnąć w momencie kiedy miało się na drodze kogoś takiego jak Harris, który swoją samą obecnością potrafił podnieść ciśnienie. On sam w pracy miał raczej spokojnie. Praktycznie każdy dzień wyglądał tak samo, nie ważne czy miał poranną zmianę czy popołudniową. Ze śmiechem nadal wspominał jak na samym początku pracy w Krewetce bał się kucharza. Ten człowiek był budowy niedźwiedzia, jego ręce zdobyły różnego rodzaju tatuaże, wyglądał po prostu na groźnego. Początkowo również odnosił się do niego z niechęcią, w każdym razie dopóki Croft nie nauczył się języka, w którym kucharz preferował się porozumiewać na terenie restauracji. Z czasem okazało się, że może i to wielkie niedźwiedź, ale o charakterze potulnego misia i teraz był jego największym sojusznikiem w pracy. Oczywiście, bywały trudniejsze dni, ale chyba żaden z nich nie był porównywalny z tym z czym musiała się mierzyć Leonie.
Pokiwał głową z lekkim rozbawieniem widocznym na twarzy. Jeśli siostra uparła się, że to wszystko jest zdrowe to nie miał najmniejszego zamiaru się z nią o to kłócić. Co prawda może wolałby jednak przespać całą noc bez eskapad do toalety, zwłaszcza, że wystarczały mu własne koszmary, które wybudzały go w środku nocy. Nie lubił ich, budził się wtedy zlany potem, z pościelą na ziemi i łapał oddech pełnymi chełstami. Minęło już tyle czasu, a on nadal nie mógł się ich pozbyć, miał nadzieję, że rozwiązanie zagadki, dojście do prawdy, która tak zaprzątała mu głowę pozwoli mu się z tym wszystkim uporać. Miał zamiar poczynić ku temu odpowiednie kroki, nie mógł się tylko zebrać.
- Och oczywiście, że ją jeszcze ma, tym sie nie musisz w ogóle martwić. - pokręcił głową z uśmiechem machając przy tym lekko ręka - W zasadzie - uśmiechnął się pod nosem patrząc na Leonie - sam jestem w posiadaniu jednej czy trzech porcji. - poruszał zabawnie brwiami, po czym zaśmiał się krótko - Naprawdę podejrzewałaś, że o tobie wtedy nie pomyślałem? Kurde, jak tylko jej spróbowałem to miałem takie „Leonie na bank chciałaby jej spróbować." - uśmiechnął się zadowolony z siebie - Przehandlowałem za nią kilka wieczorów w aptece, ale to mała cena. - mrugnął do niej popijając spokojnie dalej swoją żurawinową, moczopędną herbatkę - Z tego co mi powiedziano Huoshan to jakiś powiat w Chinach i tylko tam można dostać właśnie tą herbatę. - dodał po chwili zamyślając się na moment.
Gdzieś tam marzył po cichu by kiedyś wybrać się do Chin i do Singapuru. Zwłaszcza do Singapuru, bo przecież to tam się urodził, stamtąd pochodziła jego matka. Nie pamiętał w zasadzie nic z pierwszych trzech lat swojego życia, nie pamiętał nawet jak wyglądała jego mama i nie wiedział czy w ogóle żyła. Starał się dowiedzieć coś od marynarzy przypływających z tamtych regionów, ale jak na razie jego próby spełzły na niczym. Może więc jeśli udałoby mu się tam któregoś dnia wybrać osobiście, udałoby mu się czegoś dowiedzieć. I chociaż chęć wyjazdu była duża wiedział, że mimo wszystko wróciłby do Anglii, to tutaj było jego życie, jego znajomi, jego przybrana rodzina, nie wyobrażał sobie mieszkać gdziekolwiek indziej.
Zaśmiał się cicho na jej stwierdzenie, że tawerny zapłaczą. Może nie wysuwałby tak daleko idących wniosków, ale nie zmieniało to jednak faktu, że wieczorne imprezowanie było mimo wszystko dużą częścią jego życia. Był młody, wychodził z założenia, że ma całe życie przed sobą więc teraz, kiedy mógł, czerpał z niego całymi garściami. Wyjścia do tawern i barów, spotykanie się ze znajomymi i spędzanie było wolnego czasu bardzo mu odpowiadało i nawet jeśli jego portfel nie był wypchany monetami po same brzegi, wystarczyło kilka dodatkowych zmian w restauracji by odpowiednio go napełnić.
- Och daj spokój. - machnął ręką przewracając oczyma - Po pierwsze nie łamie serc…w każdym razie nigdy nie specjalnie, ale nie o to chodzi. Tak jak sama powiedziałaś, mam dwadzieścia trzy lata, to jest czas na zabawę, samorozwój, a nie zakładanie rodziny. Na to przyjdzie jeszcze czas, naprawdę mi się nie śpieszy. - pokręcił głową patrząc na nią poważnie - I nie, jeszcze nie znalazłem nikogo aby zrezygnować dla niej z wolności. I nie chodzi o to, że się nie rozglądam…nie chce być jeszcze odpowiedzialny za kogoś, dopóki sam do końca jeszcze w pełni nie jestem na tyle odpowiedzialny by zadbać odpowiednio o samego siebie. - westchnął dopijając herbatę i podnosząc się z krzesła - Jestem szczęśliwy, niczego mi w życiu nie brakuje. - pokręcił głową odstawiając kubek na blat stołu, po czym spojrzał na Leonie i klasnął w dłonie - Chodź, pomogę ci ze wszystkim tutaj zamknąć, a potem zabieram cię na pyszną herbatę Huoshan. - dodał po chwili podciągając rękawy koszuli kończąc tym samym tematy sercowe, które nigdy nie były dla niego za bardzo wygodne.

ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
14-01-2026, 23:47
20.04

Ostatnio nie bywał tu tak często jak wtedy, gdy wyprawy po ingrediencje stanowiły jedyną okazję do zobaczenia Leonie Figg, albo raczej Brunetki Która Uratowała Mu Życie, albo Brunetki o Smutnych Oczach, albo Panny Figg. Na aluzje odnośnie przedstawienia się sobie Leonie była wtedy jeszcze bardziej oporna niż na te, by wprowadziła się do jego mieszkania—"jestem Jasper Prince" nie podziałało, a po tym tekście Jasperowi nie przychodziły do głowy żadne inne. Pewnie mógł spytać wprost, te dwa lata temu, ale trochę stracił głowę.
Teraz to Leonie przynosiła mu czasem ingrediencje i mógł ją widywać do woli i bez żadnej wymówki, więc zapał do wizyt w sklepie ostygł na tyle, by w kwietniu bywał tutaj jedynie przy okazji odprowadzania Leonie do pracy. I jego nieobecność była chyba widoczna, bo kończący zmianę Harris powitał go słowami panie Prince, dawno tu pana nie było, co Jasperowi przyjemnie schlebiło. Leonie poszła się przebrać na zaplecze, a Prince—wdzięczny za bycie rozpoznaym—postanowił zagadać z Harrisem, zapominając, że sprzedawca może śpieszyć się do domu. Ale chyba nie śpieszył się aż tak...

...Leonie słyszała z zaplecza głosy Jaspera i współpracownika, najpierw całkiem donośne (jaką herbatę byś polecił?, uznał za stosowne zapytać Jasper), a potem nagle ściszone, a potem zapadła nagła cisza. Gdy wróciła za ladę, okazało się, że przyczyną ciszy wcale nie jest nieobecność Harrisa, który powinien być już w domu. Wręcz przeciwnie, jej współpracownik uwijał się bardzo gorączkowo wśród kwiatów i bardzo nerwowo układał wielki i nieco chaotyczny bukiet z róż, niezapominajek i stokrotek; a Jasper próbował pomagać (!) i nerwowo pytał go czy na pewno nie mają jeszcze kwiatów bzu i co to właściwie znaczy, że nie są kwiaciarnią, skoro mają tu przecież kwiaty.
Pierwszy zauważył ją Harris, który spojrzał na nią bardzo nerwowo, ale nie przerwał pracy.
Drugi zauważył ją Jasper, którego spojrzenie iskrzyło.
- No już, kończymy! - fuknął do Harrisa nieco bardziej niecierpliwie niż zamierzał, a następnie bezceremonialnie odebrał mu nie-do-końca-gotowy bukiet. Harris nie zdążył zawiązać na nim wstążki ani poprosić, by Jasper nie wspominał Leonie, że to od niego wie, że...
- Lee! - Jasper wyciągnął w jej stronę bukiet, równocześnie piorunując ją wzrokiem i uśmiechając się i wyglądając na mocno speszonego, co było kombinacją, której jeszcze u niego nie widziała. - Harris powiedział mi, że miałaś urodziny! Ponad miesiąc temu, gdy ja i ty... gdy już... - zajęty bukietem, nie przemyślał dalszej części przemowy. - To dla ciebie. I coś jeszcze będzie dla ciebie, a po zmianie porywam cię świętować, czemu mi nie powiedziałaś?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
15-01-2026, 12:02
Przejmowanie zmiany po Harrisie zawsze było jedną wielką niewiadomą. Nie mogła wiedzieć, do jakiej tragedii zdążył nieopatrznie doprowadzić pod jej nieobecność, ani które rośliny będą domagać się przez to najpilniejszej uwagi. Jednak odkąd Jasper odprowadzał ją do pracy po skorzystaniu z okolicznej sieci Fiuu, zmierzała do sklepu w lepszym humorze, bez ołowianych chmur niepewności wiszących nad głową niczym katowskie ostrze; zamiast roztrząsać niszczycielską siłę współpracownika szła obok partnera uśmiechnięta, pogrążona w rozmowach o wszystkim i o niczym. Dziś w udziale przypadło jej zamknięcie sklepu, inwentaryzacja i zajęcie się kilkoma świeżo dostarczonymi gatunkami, dlatego nie czuła na sobie presji związanej z obsługą klienta i mogła poświęcić się temu, co sprawiało jej największą przyjemność - szklarni oraz zapleczu, na którym czekały bardziej wymagające gatunki roślin niż egzemplarze wystawione w głównej części Fruwokwiatu.
Przebierając się na tyłach do jej uszu docierały mgliste głosy pogrążonych w rozmowie czarodziejów. Widocznie Harris poczuł potrzebę opowiedzenia Jasperowi nowinek ze swojego życia, bo miał do tego przedziwnie obnażające skłonności, Prince zaś na pewno był zbyt kulturalny i dobroduszny, żeby mu przerwać i powiedzieć, że wolałby wracać do domu, w czym zresztą Harris powinien go naśladować. Każda minuta obecności współpracownika w sklepie zwiastowała jakąś roślinną tragedię, dlatego miała nadzieję, że uzdrowiciel nie zostanie zamęczony przez niego do utraty zmysłów, albo że obaj chociaż wyjdą na zewnątrz, żeby dokończyć swoje męskie sprawy. Nawet nie przypuszczała... Nawet nie zdołałaby sobie wyobrazić... Nawet nie przeszło jej przez myśl, że właśnie w tej chwili mogli kompletować urodzinowy bukiet, bo prawda o zignorowanych urodzinach wyszła na jaw.
Ubrana we flanelową koszulę i parę znoszonych brązowych ogrodniczek wyłoniła się z wewnętrznej kieszeni sklepu, a zbliżywszy się do lady zatrzymała wzrok na uwijającym się w pocie czoła Harrisie oraz dziwnie nabuzowanym Jasperze, wyciągającym ku niej złożony naprędce bukiet, obfity, kolorowy, pachnący jak najsłodszy świt. Leonie zmrużyła oczy i zmarszczyła lekko brwi, przyjmując od niego wiązankę ostrożnie, jakby ta w każdej chwili mogła okazać się kąsającą chińską kapustą. O co tu chodziło? Skąd ten pośpiech i dlaczego Harris tak dyskretnie wycofywał się do wyjścia? Ach, no tak... Urodziny. Zamarła, mrugając ze zdziwieniem, i spiorunowała współpracownika wzrokiem, na co ten uśmiechnął się z zakłopotaniem, a potem blaszany dzwoneczek oznajmił, że pragmatycznie wyszedł ze sklepu bez pożegnania, pewnie przeczuwając, że jeśli tu zostanie, jego kara będzie powolna i bolesna.
- Właściwie nie obchodzę urodzin... - zaczęła nieporadnie, opuszczając wzrok na bukiet. Był śliczny, lubiła wypełniać mieszkanie kwiatami, czy to swoje, czy jego, ale ciążyło na nim znajome poczucie niesprawiedliwości. Nierówności wobec Basila. Tymczasem Jasper wydawał się zarówno podekscytowany, jak i naprężony, ganiący, zakłopotany, skonfliktowany; ech, chyba powinna była mu powiedzieć. - Zresztą i tak je razem obeszliśmy. Spotkaliśmy się tamtego dnia, przed wieczorem u Oriany - zauważyła, jakby to wszystko tłumaczyło i wymazywało winy. W dniu dwudziestych piątych urodzin obudziła się wtulona w Jaspera, a to ewidentnie był znak; resztę celebracji stanowiły dyskusje o Grindelwaldzie i przyszłości. - Dziękuję za kwiaty - uśmiechnęła się do niego ciepło, speszona myślą, że mógł być na nią za to zły. - Ale nie musimy niczego świętować, to nic wielkiego - dodała, niepewnie; nie chciała świętować, skoro było to przypomnieniem, od ilu lat Basil już nie żył.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
15-01-2026, 19:26
- Co? - spojrzał na Leonie, jakby wróżki podmienily ją w dzieciństwie i jakby w istocie pochodziła z innego świata.  Jak można nie obchodzić urodzin? Wcale? Nie, na pewno nie miała na myśli, że wcale, może po prostu nie obchodziła ich hucznie. Może ich znajomość była wtedy zbyt świeża, może... och, wieczór u Oriany, no tak. Może odwołała prawdziwe urodzinowe plany (Jakie? Gdzie? Z kim?) by omawiać z nimi wydarzenia z zaprzysiężenia Ministra. - Och, wtedy... - pokiwał głową. - Wydarzenia historyczne - zniżył przezornie głos - to faktycznie intrygujący sposób na obchodzenie urodzin, ale przecież nie, nie obeszliśmy ich. - uparł się. - Przynajmniej nie ze mną. - może zrobiła to dzień później, w otoczeniu przyjaciół i... Harrisa? Merlinie, jakie to upokarzające, że Harris wiedział, a on nie. Nawet Harris wydawał się tym zawstydzony. - Wiem, że to było... świeże - a ilekroć godził się z tym, że to wszystko było chaotyczne i świeże i inne niż ugadywanie zaręczyn z ojcem wybranki, tylekroć świat przypominał mu, że spontaniczność ma swój koszt. Niewiedzę o urodzinach wybranki, na przykład. Może nie powiedziała mu, bo nie chciała ich obchodzić z kimś, kto mógłby zniknąć następnego poranka? Czy to przez to, że zniknął podczas ich pierwszego poranka? - ale zorganizowałbym coś dla ciebie, przecież nic hucznego skoro nie obchodzisz ich hucznie... - wytłumaczył. Może i teraz udawała, że wszystko w porządku, ale jak to o nim świadczyło? Przespać się (prawie) z dziewczyną, a potem zignorować jej urodziny i rozprawiać tego samego wieczoru o polityce? I o piosenkach pisanych przez jej byłego? Z perspektywy czasu to przecież nie mógł być miły wieczór, znaczy miło było zobaczyć wszystkich akolitów i bardzo miło było wiedzieć, że Leonie należy do ich grona, ale omawiali same poważne tematy...
- Nic wielkiego? Harris wypaplał mi, że to okrągłe ćwierćwiecze. - nie dość, że urodziny, to jeszcze takie. Dwudziestka-piątka, chyba ostatnia z okrągłych dat, którą obchodziło się z uśmiechem na twarzy. Trzydziestka przypomniała Jasperowi, że nie ma jeszcze dzieci, a gdyby nie poznał Leonie to w czterdziestkę byłby albo zgorzkniałym wdowcem albo uwikłałby się w jakiś głupi i niezręczny romans z jakąś wdową poznaną poprzez kolegów z pracy.
Właściwie, w jego rodzinie ćwierćwiecze byłoby dla panny ostatnim dzwonkiem na zażegnanie staropanieństwa, ale nie miał okazji tego doświadczyć—Eileen uciekła zanim rodzice zdążyli zaaranżować jej małżeństwo.
- Możemy poświętować dzisiaj! - w jej nie musimy nie usłyszał wcale ani odmowy ani wahania, jedynie zakłopotanie i kurtuazję. - Ach, pracujesz do późna. - przypomniał sobie. - W kolejny dzień wolny?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
20-01-2026, 18:15
Po prawdzie ich znajomość była wtedy zbyt świeża. Nie na to, by wspólnie obejść dwudzieste piąte urodziny Leonie, ale na wyjaśnienie, dlaczego tego nie zrobią i dlaczego ona unikała zdmuchiwania świeczek już od kilku lat. Po oszukaniu przeznaczenia i ucieczce od niego teoretycznie powinna cieszyć się z każdego tortu i każdego przeżytego roku, ale czas  na wolności mijał, a ona nie wróciła do radosnego świętowania, więc chyba tak miało już pozostać. Krępowało ją, że Harris wypaplał o tym Jasperowi, budząc w mężczyźnie poczucie winy za coś, na co nie miał wpływu.
- Można powiedzieć, że dostałam zaprzysiężenie ministra Leacha w ramach prezentu - zaśmiała się cicho; oboje doskonale wiedzieli, że to nie zmianę u władzy miała na myśli, podkreślając wagę podarunku, a powrót Grindelwalda, który z rozmachem przypomniał światu o swoich ideałach i postrzeganiu przyszłości czarodziejskiego świata, zarazem wytykając błędy i podłości człowieka, którego Leonie obarczyła winą za śmierć brata. W rozmowie było to jednak zasłoną dymną, mającą za zadanie zapewnić Jaspera, że niczego nie stracili, bo dostała więcej, niż kiedykolwiek mogłaby sobie życzyć i nie ma powodów do nadrabiania. Ale komu próbowała zamydlić oczy? Przecież to Jasper, a on nigdy nie dawał za wygraną, kiedy coś sobie postanowił.
Serce cierpło w piersi na dźwięk zapewnień płynących z jego ust. Nie miała ani cienia wątpliwości, że przyjęcie, czy to duże, czy bardziej kameralne, urządzone przez niego byłoby piękne i ciepłe,  a dziś dawał wyraz żalowi, że przegapił szansę, jakby więcej ich nie było im pisanych. Powinna wziąć to za jakiś znak? Może to był jedyny rok, w trakcie którego mieli możliwość świętować, bo mimo wszystko Prince dawał ich relacji jakiś okres "od, do". Jej ciało momentalnie wypełniło się lękiem, lecz umysł próbował przypomnieć, jak często podkreślał, że była dla niego ważna i wiąże z nią swoje plany. Dlatego podeszła teraz do Jaspera, odłożywszy bukiet na ladę, i ujęła jego dłonie, pełna poczucia winy za postawienie go w tej sytuacji.
- Jase, dla mnie to tylko zwykły dzień, naprawdę. Z tą różnicą, że nagle zmienia się cyfra z tyłu lub przodu metryki i nagle powinnam czuć się starzej, niż się czuję - uśmiechnęła się lekko, patrząc w jego oczy. Współpracownik wyświadczył jej tak niedźwiedzią przysługę, że gdyby nie jej wrażliwość wobec roślin, wepchnęłaby go w chińską kąsającą kapustę. Niestety szkoda kapusty. - A Harris zamienił się na łby z ogrodowym gnomem, skoro w ogóle ci o tym powiedział. To nie jego sprawa. Zresztą o co miałabym prosić los, zdmuchując świeczki, skoro już cię mam? - spytała teatralnie. Swoją drogą okrągłe ćwierćwiecze wcale nie brzmiało dobrze, miała wrażenie, że powinna zacząć narzekać na reumatyzm, kolejki w szpitalu świętego Munga, ceny marchwi na lokalnym ryneczku i długie terminy oczekiwania do sanatoriów.
Propozycja poświętowania skuła lodem wszystkie organy wewnętrzne zielarki. Jej twarz, wcześniej utrzymująca pogodny i trochę zakłopotany wyraz, nagle zbladła; do ostatniej chwili miała nadzieję, że uda się tego uniknąć, ale Jasper zawsze próbował sprawiać jej przyjemność i na pewno sądził, że teraz też to robił. - A moglibyśmy... nie? - poprosiła ciszej, usiłując nieporadnie zatrzymać tę machinę, zanim planowanie nabierze jeszcze większego tempa. -  Urodziny źle mi się kojarzą, odkąd Basil... no wiesz. Czułabym się nie fair, myśląc nad tortem, czy w tym roku otworzę swój sklep, wyjdę za mąż, nauczę się prowadzić latający motocykl, zacznę normalnie rozmawiać z rodzicami albo zwiedzę Chiny - westchnęła głęboko, ze zmęczeniem kogoś, kto uznał wszystkie te plany za równie niedorzeczne i niemożliwe. Niepisane komuś, kto pogubił się w życiu tak mocno, jak ona. Basil zaś już niczego nie mógł sobie życzyć. - Możemy spędzić czas bez świętowania - zaproponowała w mizernej kontrofercie, ale przynajmniej ukraszonej ufnym, choć nieco smutnym, uśmiechem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#27
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
21-01-2026, 00:14
- Tak, było dość... huczne. - zgodził się z porozumiewawczym uśmiechem, zniżając głos. Powrót Grindelwalda był spektakularny, ale nie był przecież tak do końca jej ani dla niej.  Nawet ich tam nie było, nie otrzymali symboli wypalonych na dłoniach, nie widzieli tego na własne oczy. Samemu zagłuszał polityką samotność, więc wiedział coś o szukaniu ekscytacji w wielkim schemacie świata i zapominaniu o tu i teraz, o sobie. Na Evershire prawie się przez to wypalił.
I zapomniał o Eileen.
Wtedy był trochę ślepy, ale teraz nie trzeba było być nawet przesadnie spostrzegawczym ani poskromić entuzjazmu by zauważyć, że atmosfera stała się niezręczna; a sarnie spojrzenie Leonie—jakieś spłoszone. Jak zawsze, gdy się wahała albo nie chciała robić mu przykrości, ale przecież chodziło o jej urodziny. I to on sprawił jej przykrość, we własnym mniemaniu, całkowicie ignorując tamten dzień.
- Bzdura, jest się młodym duchem, a nie metryką. - zażartował niezręcznie, zastanawiając się, czy uderzył w czułą strunę. Bała się starości, jak wiele kobiet? Samemu też nie czuł się świetnie z własną metryką—nie, gdy dobiegał czterdziestki jako gorzkniejący bezdzietny wdowiec i nie teraz, gdy zakochał się w dziewczynie o kilkanaście lat młodszej od siebie. Dziewczynie, przed którą było całe życie. Kiedyś nawet wyobraził ją sobie w jego własnym wieku, otoczoną dziećmi i chow-chowem i pufkami i momentalnie wmówił sobie, że to tylko kwestia lęków i zbyt niesfornej wyobraźni. Wizje bywały równie przykre, ale przecież rzadko nadchodziły za dnia, a poza tym znał Leonie. Nie była podła i nawet gdyby coś się między nimi popsuło, nawet gdyby poznała kogoś innego... nie zabrałaby jego pufka. Ani nie kupiła podobnego, to jakieś niesmaczne.
- Kokietujesz mnie, Lee. - uśmiechnął się i żartobliwie przewrócił oczami (maskując speszenie), gdy wyznała, że to jego życzyłaby sobie nad urodzinowym tortem. - Może o aparat fotograficzny. - wytknął zanim ugryzł się w język, bo to miała być niespodzianka na jej urodziny. Ale one już minęły, a bez sensu czekać do marca, więc to będzie niespodzianka... po kolejnej wypłacie?
Uniósł lekko brwi gdy zbladła, ale cierpliwie odczekał kilka uderzeń serca zamias spytać. I jego cierpliwość została nagrodzona, bo od jakiegoś czasu Leonie mówiła zamiast zamykać się w sobie (jak wtedy, gdy spytał jak ma na imię, na przykład). Zastanawiał się, czy przekroczył jakąś granicę albo czy nieświadomie nadepnął na jakąś ranę z przeszłości—czy tamten znał datę jej urodzin, czy zranił ją wtedy w wyjątkowy sposób? Spoważniał, a potem zdławił nagłą ulgę (to nie tamten) i w jego oczach zalśniło zrozumienie, gdy wspomniała Basila.
- Wiem. - trochę mocniej uścisnął jej dłonie. - Ja chyba zbyt lubię moje urodziny i torty, by z nich rezygnować. - zażartował, ale jakoś ponuro. - Ale podchodziłem tak samo do pracowni, którą miał odziedziczyć Severus. Właściwie do wszystkiego związanego z rodzinnym dziedzictwem. I na logikę wiem, że ktoś musiał je przejąć, ale rodzice chyba do dziś mają do mnie żal o to, że się zbuntowałem, a ja mam żal do Marcusa, że buntował się... za mało. - wyznał i dopiero teraz, po tylu latach—uświadomił sobie, że nigdy nie spytał Marcusa, czy on miał żal do niego. Brata, który odfrunął z domu by zbudować sobie życie po swojemu, zostawiając mu niespodziewaną odpowiedzialność. Obecny dom Marcusa zawsze wydawał mu się pełny—obowiązków, eliksirów, akceptacji rodziców i cholernych dzieci; ale pierwszy raz od dawna przemknęło mu przez myśl, że może zostawili po sobie jakąś pustkę. Severus, Eileen i on sam. Albo przynajmniej Severus i Eileen. Przecież gdyby brat chciał, to mógłby do niego napisać w sprawach innych niż nagłe dostawy ingrediencji... prawda?
Od smętnych myśil odciągnęły go życzenia, które recytowała Leonie.
Nie wyczuł w nich ani westchnienia, ani ironii, ani rezygnacji. Zaczął je sobie wyobrażać, a przy jednym zarumienił się nagle i jego dłonie zdały się cieplejsze.
- Możemy. - obiecał z pewnym rozkojarzeniem, ledwo świadom, że właśnie pogrzebał temat obchodzenia spóźnionych urodzin dzisiaj albo niedługo.
- A o tym marzy.. - sz -...łabyś nad tortem? O sklepie, w którym możesz ustawiać rośliny jak chcesz i dać Harrisowi klarowniejsze instrukcje? I o latającym motorze? I o wyprawie do Chin zamiast do Peru? - kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu, ale nie żartobliwym. To faktycznie trudne do spełnienia marzenie, ale ekscytująće. - Rozumiem to z rodzicami. Też bym chciał, choć niby nadal się do nich odzywam. Może to nie przez ciebie coś pękło, Lee. U nas pękło po... Severusie. - przypomniał jej z powagą. I utrzymał równie poważny, dziwnie napięty wyraz twarzy gdy dodał: - I to marzenie o ślubie też dzielimy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#28
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
22-01-2026, 13:01
Bez znaczenia, czy znaleźli się na placu, czy nie, mogła cieszyć się tak samo. Zresztą i tak było to jedynie zamydleniem oczu, bo aż do dzisiaj Leonie nie postrzegała powrotu Grindelwalda w kategorii prezentu urodzinowego, od lat tak mocno wypierała znaczenie tej daty, że zaczęła traktować ją jak zwykły marcowy dzień. Nieszczególny, niespecjalny, nierewolucyjny. Nieważny. Podobnie nie dbała o swój wiek, nie liczyła, ile zim udało jej się przeżyć od pamiętnej ucieczki, nie chciała tego wiedzieć. Jej umysł otaczał się szczelnym murem na wszystko, co uważał za zagrożenie, a to było jednym z nich. Nie tylko przez Basila i jego przedwcześnie zakończone życie, ale przez to, że licząc i celebrując musiałaby spojrzeć na mijające miesiące i zauważyć, jak wiele z nich po prostu zmarnowała. Przepiła, przegrała w karty, przepłakała wtulona w psią sierść, doprowadzona do ponurych rozmyślań, czy jednak nie byłoby lepiej, gdyby nigdy nie wybiegła przez uchyloną furtkę i nie rzuciła się w otchłań zewnętrznego świata. Życie z Colinem paradoksalnie bywało prostsze. Podejmował za nią wszystkie decyzje, mówił jej, jaka ma być, co ma robić i jak ma to robić, kształtował ich przyszłość bez jej udziału, i chociaż to bolało, bolało potwornie, mogła po prostu wyłączyć umysł i egzystować jako pusta skorupa, zatracona gdzieś w świecie fantazji. Igiełki takich myśli kąsały ją teraz w kostki, wzięte z dyskomfortu, który zaczął się wraz z bukietem i tematem urodzin.
- Jase - zaczęła, zanim zrozumiała, że nie wie, jakich słów użyć, by mu to wytłumaczyć. Mówił o aparacie fotograficznym, który pewnie chciałby opakować w ozdobny papier i kokardę, a potem wręczyć jej go nad tortem o świeżo zdmuchniętych świeczkach, lecz sama perspektywa sprawiała, że jej mięśnie skostniały, a rozum zaczął miotać się w panice. Zrobiłaby mu przykrość, gdyby teraz bezpośrednio odmówiła, ale co miała zrobić, skoro tak bardzo chciała odmówić? Prosić, by zapomnieli o tej rozmowie i nigdy więcej do niej nie wracali? - Prezenty można robić bez okazji - spróbowała więc chwycić się tego argumentu. Jasper mógł poczuć, jak palce, które z nim splotła, zaczynają lekko drżeć i poruszać się eratycznie, jakby bardzo chciała je wygiąć, ale przez bliskość ich dłoni nie mogła do tego doprowadzić.
- W takim razie obejdźmy twoje urodziny - wypaliła, gdy wspomniał o swojej sympatii do tortów i całej otoczki święta. Pewnie hołubił w sobie ciepłe dziecięce wspomnienia, kiedy jego rodzina była jeszcze w komplecie, a może i późniejsze, z uniwersytetu, gdzie musiał otaczać się przyjaciółmi, którzy pewnie organizowali dla niego przyjęcia niespodzianki. Jakaś miła, ładna dziewczyna rzucała się w jego ramiona i całowała policzki, reszta śpiewała "sto lat", a ogień na świeczkach płonął tylko dla niego. - Udajmy, że były twoje, nie moje - poprosiła. Jak jeszcze miała go przekonać? Jak wyjaśnić, że zmarnowała ostatnie trzy lata życia, brodząc w rynsztoku, dlatego odwykła od uroczystości? Może nieważne, kto byłby jubilatem. Mogliby znieść tym samym ciężar, który zaczął przygniatać jego ramiona na wspomnienie rodziny, zrozumiale rezonujące z doświadczeniami Leonie. Pogładziła kciukami wierzch jego dłoni i przez chwilę milczała, próbując poukładać rozpierzchnięte myśli, nieposłuszne, wymykające się rozumowi, kiedy ten próbował je pochwycić i przytrzymać. Jej napięcie nie minęło. - Nie musiałeś ani tego chcieć, ani tego robić. Skoro Marcusowi nie przeszkadzało zajęcie się pracownią, nie powinieneś mieć wyrzutów sumienia, że to zrobił, ani że ty odmówiłeś - udało jej się wreszcie odpowiedzieć, jednocześnie dławiąc ochotę schowania się na zapleczu, pewnie gdzieś między kłaposkrzeczkami a czyrakobulwami.
Cicho odetchnęła z ulgą, kiedy Jasper powiedział, że mogą odpuścić sobie obchodzenie jej urodzin. I tak zamierzała ukręcić za to łeb Harrisowi, czując, jak mięśnie w jej kończynach ciągle drżą, a nogi przypominają słomki wypełnione watą, niechętnie podtrzymujące jej ciężar.
- Tak, to chyba byłoby miłe - przytaknęła lekko na pytania o jej marzenia, niekoniecznie związane z życzeniami nad zdmuchanymi świeczkami. W kącikach jej ust pojawił się uśmiech, niezbyt promienny, niezbyt szczęśliwy, ale świadczący o tym, że stres w niej łagodnieje, a chęć ucieczki zaczyna powoli maleć. Mówienie nadal nie było dla niej proste, aczkolwiek zdecydowanie częściej zmuszała się do szczerości przy Jasperze, przede wszystkim dzięki poczuciu bezpieczeństwa, jakie między sobą dzielili. Był jej najbliższym powiernikiem, choć ich relacja, ich związek, trwał niedługo. - To była moja wina, Jase. Oni nie zasłużyli sobie na to, jak ich potraktowałam. Chcieli tylko zrozumieć, co mnie spotkało, chcieli znaleźć sposób na to, żeby mi pomóc, ale w tamtym momencie ani nie mogłam tego przyjąć, ani ich próby nie działały - westchnęła i cofnęła dłonie, żeby przeczesać palcami włosy i założyć kosmyki za uszy. Potraktowała rodziców podle, na listy Arla przynajmniej czasem odpisywała. Ale Isadora i Thaddeus? Odcięła się od nich tak, jak odcina się toczoną nekrozą kończynę, z tym, że tą kończyną była Leonie. Ale potem Jasper powiedział coś tak nieoczekiwanego, że zamrugała z niezrozumieniem, a jej policzki pokryły się intensywną czerwienią. - Ja... Och--- to... - zamotała się, znów szeroko otwierając oczy. - Chodziło mi, że--- to znaczy... Tak? Aha - wymamrotała spłoniona. Jak w ogóle powinna to zinterpretować?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#29
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
22-01-2026, 19:48
Jego rodzice mieli czworo dzieci (i długo myślał, że tak wygląda każda rodzina, więc zabolało go podwójnie gdy z biegiem lat zaczął rozumieć, że nie zanosi się nawet na jedynaka; że nikt nowy magicznie nie wniesie radości w jego chłodne małżeństwo, czyniąc je rodziną), więc zwykle wszystkim się dzielili, w tym ich uwagą. Przynajmniej jako trzej bracia—Eileen była o tyle młodsza, że rozpieszczali ją wszyscy. Prince'owie starali się traktować dzieci po równo, choć Severus był jasno przyspasabiany na dziedzica pracowni. Na co dzień byli grupą... ale od czasu do czasu każde z nich musiało poczuć się doceniane indywidualnie i nie czuć potrzeby rywalizacji o uwagę. Pewnie różni rodzice mogą osiągnąć ten cel na różne sposoby, pewnie wystarczy jakakolwiek chwila czasu wykrojona dla pojedynczego dziecka—ale w jego domu prawdziwą celebracją były urodziny. Wtedy mógł (każdy z nich mógł) spędzić dzień dowolnie i narzucić braciom swoje ulubione zabawy i jeść co chciał, i matka czytała mu jego ulubione baśnie, a ojciec pokazywał ingrediencje alchemiczne tylko jemu. Wtedy czuł się prawdziwie ważny i urodziny zlały się w jego wyobraźni z przekonaniem, że jest ważny. Może dlatego nie czuł się niezręcznie obchodząc je po śmierci Severusa, bo zawsze były tylko jego.
Dlatego za to poczuł się okropnie, że przegapił coś, co i Leonie powinno udowodnić, że jest ważna. Dla niego i w ogóle.
Dlatego też teraz czuł się coraz bardziej niezręcznie, widząc jak temat najpierw ją peszy, a potem słysząc jak kojarzy się z bolesnymi wspomnieniami.
Miał nadzieję, że tylko z tymi—ale nie spytał o to, bo uświadomił sobie, jak okrutnie to brzmi. Cieszę się, że kojarzą się t y l k o ze śmiercią brata? Brawo, Prince.
Miał nadzieję, że szczerze nie lubiła tej okazji i rozumiała ją inaczej niż on i tylko tyle.
Że nie czuła się... nieważna.
- Dobrze. - ukrócił szybko, mocniej przytrzymując jej drżące dłonie. Bez okazji, niech będzie. Zmartwił się trochę, ale niespodziewanie dla siebie zdołał uśmiechnąć się szczerze, gdy zaproponowała by to jego urodziny obeszli. - Dzisiaj czy dwa razy w roku? Podwójne prezenty, podwójne torty, czy ty wiesz, co mi proponujesz? - zażartował. - Moje są dziesiątego stycznia i wtedy je obejdziemy. - zarządził łagodnie. Właściwie też nie powiedział Leonie, kiedy ma urodziny. Miał nadzieję, że rozwieje to jej własne zakłopotanie, ale brunetka nadal wydawała się roztargniona. Chciałby wierzyć, że myślała po prostu o jego relacji z bratem—na jej komentarz niepewnie pokiwał głową, nie czując się na siłach tłumaczyć dzisiaj dwóch dekad niechęci między nim i Marcusem—ale znał ją na tyle, by wiedzieć, że chyba nie do końca.
Czego się dzisiaj bała?
Czasami, egoistycznie, chciałby wiedzieć i móc unikać każdego z tych tematów—od papierosów, po spacery w mugolskich dzielnicach. Ale zarazem rozumiał, że Leonie pewnie nigdy mu o tym nie opowie, bo to bolałoby o wiele bardziej niż okazjonalny zryw lęku.
- Lee. - spróbował jej przerwać, ale mówiła o rodzicach coraz bardziej gorączkowo. Co miał jej powiedzieć, że by zrozumieli? Zarówno jej milczenie jak i to, co się stało? Nie znał ich więc—co najgorsze—nie mógł tego powiedzieć, nie z czystym sumieniem. Może gdyby wychował się w podobnej rodzinie jak Leonie, zapewniałby ją teraz, że rodzice w każdej chwili przyjmą ją z otwartymi ramionami, ale nawet jego samego zaskoczyła stanowczość i nagłość z jaką jego rodzice odcięli się od Eileen. 
W zamian gorączkowo spróbował powiedzieć coś innego, co poprawi jej humor albo przynajmniej odciągnie ją od myśli o kontakcie z rodziną, ale spektakularnie zawiódł. Albo może nie, chyba żadne z nich nie myślało już o panu i pani Figg. Za to chyba byłoby trochę łatwiej, gdyby w zamian myśleli o wyprawie do Chin, a nie...
- Mhmmm.... uhmmm.... - otworzył oczy równie szeroko i przez moment tak mierzyli się spojrzeniem, a on żałował, że cofnęła dłonie, aż... - Hmm... - odchrząknął i spojrzał na bukiet. Bukiet był wielki i skomplikowany i rozpraszający.
- Harris zapomniał wystawić mi rachunek za bukiet, mógłbym właściwie... zapłacić? - zaproponował, biorąc głęboki oddech. Znowu powiedział coś za szybko i znowu pogrzebią temat i będzie dobrze. Może powinien przeprosić, a może powinien jednak udać, że to się nie stało. - Chciałbym go kupić bez okazji dla swojej... - kogo? Brak ram ich relacji uwierał go coraz bardziej, w jego świecie kochanki mieli tylko ludzie pokroju Adama Sandersona albo niefrasobliwi dwudziestolatkowie; a nie ludzie poważnie traktujący dziewczynę, która przekroczyła ćwierćwiecze. Nie, nie będzie o tym myślał, będzie cierpliwy. - Dla Ciebie. - zakończył niepewnie. - Ale właściwie jak chciałabyś, żebym cię nazywał jeśli ktoś spyta? - wyrwało mu się na jednym wydechu, bo cierpliwość była cnotą, której dziś mu brakowało. W marcu byli dla siebie zobowiązaniem, potem powiedział jej coś, wobec czego nie nalegał na odpowiedź i żyli w swojej bańce; ale potem zechciała go przedstawić przyjaciołom i okazało się, że mają wspólnych znajomych, wśród akolitów i nie tylko. Czy powinni zgodzić się na jakieś słowo przynajmniej dla świata, jeśli Lee nie była gotowa, czy naciskał zupełnie bez sensu?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#30
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
22-01-2026, 22:40
Od dawna nie czuła się ważna. Była cieniem przemykającym z miejsca na miejsce, przeczekującym dni w nadziei, że jutro nareszcie poczuje się lepiej, tyle że magiczne jutro pozostawało nieuchwytne. Stała w miejscu, podczas gdy świat parł do przodu i życia ludzi wokół niej zmieniały się nie do poznania, adaptując się do zmian zachodzących w magicznym społeczeństwie, od tych maleńkich po naprawdę znaczące; wtenczas pod jej dachem jedyną zmienną była waga rosnącej Helgi, a nawet to w końcu się zatrzymało. Gdyby go nie poznała, gdyby Jasper Prince nie znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, prowadzony później do jej mieszkania w atmosferze migoczącego w żyłach alkoholu i wzajemnie pobudzanej potrzeby, i gdyby nie zaprosił jej dwa dni później na kolację... Limbo egzystencji Leonie nie potrwałoby dużo dłużej. Pewnego dnia po prostu by zniknęła.
On ją od tego uratował, uwolnił z marazmu i niekończącego się strachu, powoli ucząc ją, że zmiany, choć przerażające, razem da się zupełnie dobrze okiełznać, jeśli ofiaruje się sobie nawzajem wsparcie i wymienia między sobą siłę. Dawał jej odczuć, że jest ważna, nie potrzebowali do tego okazji. Ona na pewno próbowała mu przypominać o tym na każdym kroku niezależnie od okoliczności, bo przynajmniej w jej małym i pobliźnionym sercu Jasper Prince liczył się całkowicie.
Humor w jego głosie na jej kontrpropozycję sprawił, że nagle zachichotała, mimowolnie zarażona jego rozbawieniem, figlami uwikłanymi w barwę ciepłego głosu, który tak uwielbiała. Podświadomie rozładowywał trawiące ją napięcie i pomagał oddychać, choć pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy z działania, jakie na nią teraz wywierał. Palce Leonie przestały dygotać, szczególnie kiedy ujął jej dłonie nieco mocniej, jak drogowskaz pozwalający jej na powrót z wyżyn swoich emocji.
- Brzmi, jakbym proponowała ci najlepszy czas w twoim życiu - zażartowała, bo dla niej musiało być to dowcipem, nie prawdą, nie szczęściem, które Jasper pokrewnie znalazł w łączącej ich relacji. A powinno tym być, ponieważ on był tym samym dla niej, przez ostatnie dwa miesiące czuła się stabilniej i spokojniej niż przez trzy ostatnie lata, a przede wszystkim: czuła się szczęśliwiej. Przy nim miała tysiąc powodów do uśmiechu, przy nim zasypiała i budziła się z poczuciem bezpieczeństwa, mimo że koszmary jeszcze czasem wracały. - Nie uświadamiaj mi, że mogę być na tym stratna. To nie leży w twoim interesie - upomniała go głosem drżącym od rozbawienia i wypalanego właśnie napięcia, przez które kilka minut temu miała ochotę schować głowę pod ladę albo uciec na zaplecze i zabarykadować się przed nim, udając, że nie ma jej w środku. - Blisko - dodała łagodniej, z czułością, styczeń i marzec szły niemal pod rękę.
Słowa o rodzicach pozostawiły sadzę na jej języku, a przyjemność lub nieprzyjemność ich wypowiedzenia niestety nie odbiera im szczerości. Zawiniła w relacji z rodzicami, zabrnęła w swoją ucieczkę tak daleko, że w końcu zrozumiała, że nie ma pojęcia, jak zawrócić i to naprawić. Teraz zaś, w chwili, kiedy bardzo chciała przedstawić im Jaspera, było to niemożliwe, odległe jak skuty lodem biegun. Mama zawsze utyskiwała na jej wybory co do chłopców, ale uzdrowiciel? Trochę starszy, ze stabilną sytuacją finansową i dobrym nazwiskiem? Och, Merlinie, byłaby jego fanką. Tata też, jeśli Jasperowi udałoby się złowić nad dolinowym jeziorem choć jednego okonia albo płotkę. Na szczęście jej myśli nie zabrnęły dziś tak daleko, mętniejące pod wpływem odurzającego działania tematu o małżeństwie. Nie powiedziała tego w taki sposób, oscylowało to gdzieś w sferze absurdalnych dziecięcych marzeń, nie obecnych ciągot... Zresztą Jasper zamotał się tak samo jak ona, a Leonie momentalnie uznała, że próbował wycofać się teraz z nieprzemyślanych słów. Na pewno tak było.
- Nie możesz - wypsnęło się jej odruchowo, więc wyciągnęła kosmyki zza uszu, przeczesała je i znów wsunęła na to samo miejsce, coraz bardziej czerwona na policzkach. - To znaczy możesz, ale nie musisz. Myślę, że Harrisowi przydałaby się mała nauczka i mogłabym dopisać ten koszt do jego rachunku - zapowiedziała diabolicznie, strzelając wzrokiem to tu, to tam, jakby każdy punkt w Sennym Fruwokwiecie domagał się uwagi. Kwestia zapłaty mogła jednak być dla niego o tyle ważna, że był to prezent, a gdyby odebrałaby mu możliwość oficjalnego kupna, zniszczyłaby wagę symbolicznego podarunku. Właśnie, przypomniała sobie, że położyła kwiaty na ladzie, więc szybko sięgnęła po jeden z kolorowych blaszanych pojemników i postawiła go obok księgi rachunkowej, wkładając bukiet do środka. - Jak to jak? Leonie - zdziwiła się i odpowiedziała mu prostodusznie, nie wyczuwając stojącego za jego pytaniem znaczenia. - Chyba że wolisz nazywać mnie inaczej? - spytała, jednocześnie przeglądając kwiaty, których użyto do bukietu, żeby je podliczyć. "Inaczej" w jej mniemaniu miało oznaczać "Lee", nic więcej. Żadnego oficjalnego tytułu. - Wyszło sześć sykli i dwadzieścia knutów, jeśli nadal chcesz zapłacić... I, Jase? Dziękuję jeszcze raz - podsumowała z ciepłym uśmiechem, i tak uwzględniając zniżkę dwóch sykli, którą zamierzała odjąć współpracownikowi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:21 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.