• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Arabella Bones
Arabella Bones
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Anthony Bones, Martha Bones née Edgecombe
Aspiracje
Żyć w spokoju, chronić magiczne stworzenia
Amortencja
Leśna ściółka, pieczone jabłka, mokry len
Różdżka
10 cali, lipa, rdzeń wąs langustnika ladaco
Hobby, pasje
Dzierganie i haftowanie, wypieki i malowanie na szkle
Bogin
Martwy gromoptak
Umysł
Data urodzenia
13.09.1923
Miejsce urodzenia
Dolina Godryka, West Country, Anglia
Miejsce zamieszkania
Dolina Godryka, West Country, Anglia
Język ojczysty
Angielski
Genetyka
Czarownica
Ukończona szkoła
Hufflepuff, Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Zawód
Magizoolog
Czystość krwi
Czysta
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
39
165
60
Wiek
Wzrost
Waga
Zielone
Szatynka
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Szczupła i wysportowana budowa ciała, wyćwiczona wędrówkami po rezerwacie oraz pracą z magicznymi stworzeniami na łonie natury.
Znaki szczególne
Parę blizn na ciele, które są pamiątkami po spotkaniach z magicznymi stworzeniami.
Preferowany ubiór
Preferuje wygodne stroje, z naturalnych materiałów, zdatne do pracy ze zwierzętami. Nosi swetry samodzielnie przez siebie dziergane, wełniane spódnice albo spodnie, wysokie buty wiązane nad kostkę. Miłośniczka szalonych kapeluszy, których ma bezliku.
Zajęty wizerunek
Rebecca Ferguson
Obrazek postaci
Zapach trawy, dym
dom pełen rąk i śmiechu
świat jest bezpieczny
aż upadek staje się lotem
a śmiech budzi magię

1923 - Narodziny 

Dolina Godryka miała zapach wilgotnej trawy, starych drzew i dymu z kominów, który zimą osiadał nisko nad dachami. Poranki zaczynały się tam od skrzypienia furtki, ptasiego śpiewu i cichego stukotu garnków w kuchni, a wieczory kończyły się ciepłym światłem lamp oraz spokojnym mruczeniem zaklęć rzucanych w kątach domu, aby miotła sama zamiotła śmieci. W takim właśnie miejscu przyszła na świat Arabella Bones, pierwsza córka swoich rodziców, długo wyczekiwana i od początku otoczona troską. Jej dzieciństwo było bezpieczne. Mama pachniała mydłem i lawendą, a ojciec tuszem, pergaminem i chłodnym powietrzem przynoszonym do domu prosto z ministerialnych korytarzy. Bella bardzo szybko zrozumiała, że dom to nie tylko ściany, lecz także śmiech dobiegający z ogrodu, rozmowy prowadzone półgłosem i odgłosy dochodzące z szopy za domem, gdzie tata wraz z przyjaciółmi spędzał długie popołudnia.

 „Mamo, czy możemy go zachować?” było pytaniem, które w domu Bonesów padało niemal bez przerwy, odkąd Bella nauczyła się mówić. Wracała z ogrodu z jeżem zawiniętym w fartuszek, z ptakiem, który wypadł z gniazda, albo z wychudzonym kotem, który najwyraźniej uznał ich próg za bezpieczny. Zawsze miała ciepłe dłonie i ten sam błysk w oczach, w którym mieszały się nadzieja i dziecięca determinacja. Zapach siana, mokrej ziemi i zwierzęcej sierści na zawsze wrył się w jej pamięć i do końca życia kojarzył się jej z domem. Przez pierwsze lata była w centrum uwagi. Jako pierworodna chłonęła czułość rodziców, zanim dom wypełnił się kolejnymi głosami. Z czasem pojawiało się młodsze rodzeństwo, najpierw jedno, potem następne, a wraz z nimi nowe dźwięki: płacz niemowląt, tupot drobnych stóp, dziecięce kłótnie o zabawki. Bella szybko nauczyła się dzielić przestrzeń i uwagę dorosłych, lecz nigdy nie straciła swojej łagodności. To ona pilnowała, by młodszy brat nie ciągnął kota za ogon, i oddawała siostrze większy kawałek chleba z miodem. Rodzina Bonesów wydawała się zwyczajna, a przez to wyjątkowa. Ojciec wracał z pracy zmęczony, ale zawsze gotów wysłuchać. Matka, z igłą w dłoni, potrafiła jednym ruchem skrócić rękaw i jednym spojrzeniem uspokoić rozbiegane dzieci. Dom nigdy nie był pusty. Ktoś pukał do drzwi, ktoś przynosił plotki, ciasto albo butelkę własnej roboty trunku. Bella zapamiętała gwar rozmów, ciepło kuchni i zapach świeżo pieczonego chleba mieszający się z aromatem herbaty. Jednym z najżywszych wspomnień był mugolski rower, prezent przyniesiony przez jednego z gości. Metaliczny dźwięk dzwonka, śmiech dzieci i zakurzone opony stały się częścią codzienności i kolejnym śladem beztroski, który na długo w niej pozostał. Kiedy po latach Bella myślała o dzieciństwie, nie widziała wyraźnych obrazów. Wracały raczej wrażenia: ciepło dłoni mamy, szorstkość sierści przygarniętego zwierzęcia, zapach starego drewna i śmiech niosący się po ogrodzie.
Miała cztery lata i była przekonana, że świat istnieje po to, żeby się z niego śmiać. Tamtego popołudnia dom pachniał pieczonym jabłkiem i cynamonem, a w salonie panował ten rodzaj leniwej ciszy, który zdarza się tylko wtedy, gdy dzieci są zbyt zmęczone, by rozrabiać, a dorośli jeszcze nie zdążyli usiąść z herbatą. Bella wdrapała się na kanapę, zdecydowanie za wysoką jak na jej krótki wzrost, i z triumfem stanęła na miękkim oparciu. Nikt nie zdążył zareagować, gdy straciła równowagę. 
Spadła.
A raczej powinna była spaść, bo zamiast bolesnego uderzenia o podłogę, odbiła się od niej jak gumowa piłeczka. Raz. Drugi. Trzeci. Jej drobne ciało unosiło się i opadało w rytmie dziecięcego śmiechu, który wypełnił całe pomieszczenie. Bella piszczała z radości, klaszcząc w dłonie przy każdym kolejnym podskoku, zupełnie jakby odkryła nową, fantastyczną zabawę. Rodzice zamarli tylko na ułamek sekundy. Potem w pokoju wybuchł chaos. Ojciec zerwał się z fotela, przewracając krzesło, matka rzuciła się do przodu z wyciągniętymi rękami, wołając jej imię z mieszaniną strachu i niedowierzania. Bella tymczasem odbijała się dalej, coraz wyżej, a jej śmiech był czysty, głośny i absolutnie beztroski. W jej oczach błyszczała radość, nie było w nich ani krzty lęku. Gdy w końcu udało im się ją złapać i przytulić do siebie, nadal chichotała, zaciskając palce na koszuli ojca. Jej policzki były zarumienione, włosy rozczochrane, a serce biło szybko nie ze strachu, lecz z ekscytacji. Przez chwilę wszyscy stali w milczeniu, wsłuchując się w jej śmiech i własne przyspieszone oddechy. Bella spojrzała na nich szeroko otwartymi oczami i zapytała zupełnie niewinnie, dlaczego przestali się bawić. Dopiero wtedy do rodziców dotarło, że właśnie byli świadkami pierwszego, niekontrolowanego objawu magii. Nie było w nim nic groźnego ani dramatycznego. Było za to dokładnie takie, jaka była ona sama. Radosne, spontaniczne i pełne życia.
Między lekcjami
w zapachu ziemi i szkła
szuka kim będzie
nie wybiera jeszcze losu
pozwala mu rosnąć


1934 - Hogwart

Życie w Hogwarcie zaczęło się dla Belli od zapachu starego drewna, wilgotnego kamienia i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać, a co od razu sprawiło, że poczuła się na właściwym miejscu. Kiedy Tiara Przydziału zsunęła się jej na oczy i po krótkiej chwili namysłu ogłosiła Hufflepuff, dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, choć tak naprawdę nie do końca rozumiała jeszcze, co ten wybór będzie dla niej oznaczał. Większość członków rodziny należała do domu Godryka Gryffindora, pojedynczy do Ravenclaw. Nie było zbyt wielu Puchonów. Bardzo szybko jednak okazało się, że to właśnie tam pasowała najbardziej.

Była dzieckiem grzecznym, ale nie cichym. Ciekawskim w sposób zdrowy, serdeczny i pełen autentycznego zainteresowania światem. Chciała wiedzieć, jak rzeczy działają, dlaczego rośliny reagują na dotyk, czemu jedne eliksiry parują, a inne pachną miodem. Jej szkolne dni wypełniały się nauką, śmiechem i drobnymi obowiązkami, które przyjmowała z naturalną odpowiedzialnością. Z czasem nauczyciele zaczęli na niej polegać, a rówieśnicy coraz częściej prosili o pomoc. Najbliższe jej sercu były zajęcia z opieki nad magicznymi stworzeniami. Uwielbiała poranki spędzane na świeżym powietrzu, gdy trawa była jeszcze wilgotna od rosy, a powietrze niosło zapach ziemi i sierści. Pamiętała dzień, w którym została poproszona o pomoc przy młodym niuchaczu, który poranił sobie łapę, rozkopując teren przy cieplarni. Bella uklękła przy nim bez wahania, mówiąc cicho i spokojnie, a stworzenie, zamiast uciekać, pozwoliło się opatrzyć. Później, korzystając z wiedzy nauczycieli, przygotowała prostą maść na bazie żywokostu, sproszkowanych liści dyptamu i kilku kropli wzmacniającego wywaru. Pachniała ostro i ziołowo. Zielarstwo było dla niej jak powrót do dzieciństwa. Wilgotne powietrze cieplarni, ciężkie zapachy liści, ziemi i soku roślinnego działały na nią uspokajająco. Potrafiła godzinami przesadzać sadzonki, notować zmiany w ich wyglądzie i obserwować reakcje na światło czy dźwięk. Raz, podczas pracy z rośliną o wyjątkowo drażliwych pędach, została dłużej po zajęciach, by pomóc młodszym uczniom opanować niesforne sadzonki. Robiła to cierpliwie, z łagodnym uśmiechem, który sprawiał, że nawet najbardziej zestresowani uczniowie czuli się pewniej. Nie widziała siebie jako zielarki, ot spędzanie czasu z roślinami dawało jej pewien spokój.Już w pierwszych latach nauki w Hogwarcie stało się jasne, że choć opieka nad magicznymi stworzeniami była dla Arabelli dziedziną niemal naturalną, drugą, równie ważną osią jej edukacji stała się transmutacja. Był to przedmiot wymagający precyzji, skupienia i wewnętrznej dyscypliny, cech, które u Arabelli objawiały się instynktownie, jakby magia sama układała się w jej dłoniach. Podczas gdy wielu uczniów traktowało transmutację z niepokojem, obawiając się nieudanych przemian i trwałych deformacji, Arabella podchodziła do niej z cierpliwą ciekawością. Widziała w niej nie tyle sztukę zmuszania materii do posłuszeństwa, ile rozmowę z nią. Profesor prowadzący zajęcia szybko zauważył, że jej zaklęcia są czyste, stabilne i pozbawione nerwowości. Filiżanki zamieniały się w myszy o idealnie uformowanych ogonach, guziki w chrząszcze o symetrycznych skrzydłach, bez śladu pośpiechu czy chaosu. Arabella miała szczególną łatwość w wyczuwaniu momentu przejścia, tej ulotnej granicy, w której jedno istnienie ustępuje miejsca drugiemu. Potrafiła zatrzymać proces dokładnie tam, gdzie trzeba, a jeśli coś zaczynało wymykać się spod kontroli, reagowała spokojnie, cofając zaklęcie bez paniki. Ta zdolność czyniła ją kimś, do kogo inni uczniowie zwracali się po pomoc przed egzaminami praktycznymi. Nigdy nie poprawiała ich w sposób protekcjonalny. Stawała obok, obserwowała ruch różdżki i szeptała drobne wskazówki, które nagle sprawiały, że wszystko zaczynało działać.
Z czasem transmutacja zaczęła przenikać także do jej podejścia do magicznych stworzeń. Arabella rozumiała, że wiele istot nie reaguje na surowe zaklęcia obronne, lecz na subtelne zmiany formy i energii wokół nich. Umiała tymczasowo wzmacniać klatki ochronne, modyfikować środowisko tak, by było bezpieczniejsze, a nawet łagodzić agresję stworzeń poprzez drobne, niemal niewidoczne przemiany w otoczeniu. Była to magia delikatna, ale niezwykle skuteczna. Egzaminy z transmutacji należały do nielicznych momentów, w których Arabella nie odczuwała paraliżującego stresu. Skupiała się, oddychała równo i pozwalała magii płynąć. Osiągała wyniki znacznie przekraczające przeciętną, choć nigdy się nimi nie chwaliła. Dla niej liczył się sam proces, poczucie harmonii, gdy zaklęcie dopełniało się dokładnie tak, jak powinno. Ta podwójna ścieżka, opieka nad magicznymi stworzeniami i transmutacja, ukształtowała ją jako czarownicę niezwykle wszechstronną. Jedna uczyła ją empatii wobec tego, co dzikie i nieprzewidywalne, druga kontroli nad sobą i materią. W Hogwarcie niewielu potrafiło wskazać, w czym Arabella jest najlepsza, bo prawda była taka, że jej siła tkwiła w połączeniu tych dwóch światów, w umiejętności rozumienia i zmieniania rzeczywistości bez jej niszczenia.
Eliksiry były dla niej sztuką równowagi. Precyzja, zapachy i kolory bulgoczących wywarów fascynowały ją niemal tak samo jak pieczenie słodkości w domu. Często żartowała, że kociołek i misa do wyrabiania ciasta niewiele się od siebie różnią. Zaklęcia i uroki sprawiały jej czystą radość. Nie była najbardziej biegłą w tym uczennicą w klasie, ale pracowitość i skupienie nadrabiały wszystko. Ćwiczyła do skutku, aż ruch różdżki stawał się naturalny, a magia płynęła gładko i stabilnie. Już od pierwszych lat wyróżniała się nie brawurą, lecz czymś znacznie trudniejszym do zauważenia. Była cierpliwa, uważna i niezawodna. Gdy inni uczniowie tracili głowę przed egzaminami lub popadali w drobne konflikty, Arabella potrafiła słuchać. Zapamiętywała drobne szczegóły, imiona, obawy, sekrety. Nauczyciele szybko zauważyli, że można jej ufać. Zawsze oddawała zadania na czas, nigdy nie szukała drogi na skróty, a gdy łamała regulamin, co zdarzało się rzadko, robiła to z powodów, które wynikały raczej z troski o innych niż z chęci przygody. Decyzja o mianowaniu jej prefektem przyszła w piątym roku i zaskoczyła ją bardziej niż kogokolwiek innego. Gdy jej nazwisko padło w Wielkiej Sali, Arabella poczuła, jak rumieniec wpełza jej na policzki, a serce zaczyna bić szybciej. Nie była najgłośniejsza ani najbardziej znana. Nie zdobywała punktów spektakularnymi czynami. Właśnie dlatego ją wybrano. Profesorowie widzieli w niej równowagę, spokój i naturalny autorytet, który nie potrzebował podniesionego głosu.
Rola prefekta nie przyszła jej łatwo, ale była dla niej czymś głęboko osobistym. Na początku miała trudność z karceniem rówieśników, zwłaszcza tych, których uważała za przyjaciół. Każde zwrócenie uwagi bolało ją bardziej niż osobę, do której mówiła. Z czasem jednak zrozumiała, że bycie prefektem nie oznacza władzy, lecz odpowiedzialność. Nauczyła się mówić stanowczo, ale łagodnie, tłumaczyć zamiast rozkazywać. Zamiast wpisywać uwagi, siadała obok młodszych uczniów i pytała, co ich gnębi. Najlepiej odnajdywała się w nocnych dyżurach w dormitoriach Puchonów. Kamienne korytarze pachniały wtedy starym drewnem i świecami, a cisza była przerywana jedynie szelestem szat. Arabella czuła się wtedy na swoim miejscu. Sprawdzała, czy wszyscy są bezpieczni, pocieszała tych, których dopadła tęsknota za domem, przynosiła herbatę tym, którzy nie mogli zasnąć. Zyskała opinię prefekta, do którego można przyjść z każdym problemem, nawet tym, którego nie dało się nazwać.
Bycie Puchonką nauczyło ją, że prawdziwa siła tkwi w wytrwałości i empatii. Bycie prefektem pozwoliło jej tę siłę w sobie rozpoznać. Gdy opuszczała Hogwart po zakończeniu nauki, nie zabierała ze sobą poczucia triumfu ani dumy z odznak. Zabierała cichą pewność, że potrafi dbać o innych, nawet w trudnych warunkach, i że odpowiedzialność nie jest ciężarem, lecz wyborem. To właśnie ta cecha miała wiele lat później zaprowadzić ją do Indii, do miejsca, gdzie znów będzie potrzebna komuś bardziej niż sobie.
Kiedy do Hogwartu dołączyło młodsze rodzeństwo, poczuła ukłucie żalu, że los przydzielił ich do innych domów. Czasem zerkała na nich w Wielkiej Sali, sprawdzając, czy jedzą, czy się śmieją, czy nie wyglądają na zbyt zmęczonych. Bywało jej ciężko, gdy widziała ich rzadziej, niż by chciała, ale szkoła w naturalny sposób splatała ich drogi. Spotykali się na korytarzach, w trakcie przerw, a po zajęciach wracali razem do domu, gdzie wszystko znów było znajome i ciepłe. Nie wiedziała jeszcze, kim chce zostać. Marzyła czasem o pracy przy eliksirach, innym razem o własnej piekarni, w której zapach drożdżowego ciasta mieszałby się z subtelną nutą magii. Hogwart był dla niej czasem odkrywania, próbowania i uczenia się siebie. Z charakterystyczną dla siebie otwartością przyjmowała co przynosiła jej codzienność i nie chciała od razu zdefiniować swojego życia. Los wskazał jej co może robić.

Warkot nad doliną
wojna wdziera się w ciszę
ona szuka drogi
aż w burzy uczy się lotu
i staje się małym ptakiem 

1941 - Indie

Po zakończeniu szkoły Arabella wróciła do domu, tylko na chwilę, choć od pierwszego dnia miała wrażenie, że świat wokół niej nie jest już tym samym, który opuszczała jako uczennica. Był rok 1941. Mugolska wojna wdarła się nawet w miejsca, które dotąd wydawały się od niej odległe i bezpieczne. Nad doliną coraz częściej rozlegał się niski, przeciągły warkot silników samolotów. Arabella wiedziała, że dom jest chroniony zaklęciami, ukryty przed mugolskim wzrokiem, a mimo to przy każdym takim dźwięku serce ściskało jej się odruchowo. Starsi mówili o bombach, o miastach zrównanych z ziemią, o nocach rozświetlonych ogniem. Te opowieści zapadały głęboko, nie pozwalając zignorować lęku. W tym samym czasie dojrzewała w niej decyzja dotycząca przyszłości. Wiedziała już, że chce pracować z magicznymi stworzeniami, szczególnie z tymi, które żyły bliżej nieba niż ziemi. Nie miała jednak pojęcia, jak zrobić pierwszy krok. Rozważała pisanie listów do rezerwatów, wertowała książki i notatki z Hogwartu, aż w jednej z wieczornych rozmów ojciec mimochodem wspomniał, że Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami w Biurze Dezinformacji poszukuje stażystów. Ta informacja wystarczyła. Arabella zgłosiła się niemal od razu.


Początki były dalekie od marzeń. Przekładała dokumenty, sortowała raporty, przyjmowała zgłoszenia o incydentach z udziałem magicznych stworzeń i wysyłała odpowiednie informacje tam, gdzie należało zatuszować ślady ich obecności przed mugolami. Była jednak uważna i skrupulatna, szybko ucząc się, jak wiele zależy od drobnych decyzji i właściwie sformułowanych poleceń. Z czasem zaczęto zabierać ją w teren. Najpierw jako obserwatorkę, potem jako pełnoprawną uczestniczkę akcji. Przełom nastąpił, gdy zaproponowano jej zdobycie doświadczenia w różnych rezerwatach. Skorzystała bez wahania. Bywała w rezerwatach w Szkocji, gdzie pracowała z hipogryfami i rarogami, uczyła się ich zachowań w zmiennych warunkach pogodowych. W Walii obserwowała stada abraxanów i pomagała przy rehabilitacji skrzydlatych stworzeń po urazach. Najlepiej czuła się jednak wśród istot latających, jakby rozumiała ich potrzebę przestrzeni, ruchu i wolności. Z każdym kolejnym wyjazdem utwierdzała się w przekonaniu, że to właśnie z nimi potrafi nawiązać najgłębszą więź. Po roku wędrówek między rezerwatami wiedziała już, że Europa przestaje jej wystarczać. Coraz częściej myślami uciekała dalej, do miejsc, o których czytała w specjalistycznych opracowaniach i starych dziennikach badaczy. Azja przyciągała ją szczególnie. Marzyła o zobaczeniu gromoptaków, pikującego licha i wielkiego nawałnika burzowego, o poznaniu ich zwyczajów u źródła, w naturalnym środowisku. W 1942 roku wyruszyła więc do Indii. Świat był rozdarty hukiem bomb i szeptami tajnych rozkazów, a Ministerstwo Magii, działające w cieniu mugolskich konfliktów, rozpaczliwie potrzebowało rąk do pracy tam, gdzie ich władza sięgała. Tak właśnie Arabella, świeżo po ukończeniu szkolenia w zakresie magicznej zoologii na Wyspach, otrzymała przydział do rezerwatu magicznych stworzeń w północnych Indiach, kraju, który wciąż pozostawał pod brytyjskim panowaniem, choć jego serce biło własnym, nieujarzmionym rytmem.
Podróż była długa i duszna. Statek płynął przez wody tak błękitne, że wydawały się nierealne, a powietrze z każdym dniem stawało się cięższe i bardziej nasycone zapachami soli, przypraw i obcych lądów. Gdy wreszcie zeszła na ląd, uderzyła ją feeria barw. Szafranowe szaty, szmaragdowe liście palm, czerwienie i złota świątyń migoczących w słońcu. Indie pachniały kardamonem, dymem, wilgotną ziemią po monsunie i czymś dzikim, czego nie potrafiła nazwać. Praca w rezerwacie okazała się znacznie trudniejsza, niż zakładały podręczniki pisane w bezpiecznych gabinetach Londynu. Stworzenia nie reagowały na zaklęcia uspokajające tak, jak te europejskie, a stada latających nagów strzegły swych terenów z dumą i gniewem. Każdy dzień zaczynał się o świcie, gdy powietrze było jeszcze chłodniejsze, a kończył długo po zachodzie słońca, przy świetle lamp olejnych i brzęczeniu nocnych owadów. Arabella często wracała do swojej skromnej kwatery zmęczona do granic, z dłoniami pachnącymi ziołami i sierścią magicznych bestii. Różnice kulturowe były dla niej niemal tak wielkim wyzwaniem jak sama praca. Lokalni pracownicy rezerwatu mieli własne tradycje, gesty i zasady, których nie rozumiała. Kiwnięcie głową nie zawsze znaczyło to samo, a cisza potrafiła być odpowiedzią pełniejszą niż słowa. Arabella musiała nauczyć się pokory, słuchania i obserwowania, zamiast narzucania znanych jej metod.Na szczęście nie była sama. W rezerwacie pracowało kilku Brytyjczyków, oddelegowanych tam jeszcze przed wojną. Był wśród nich Harold Finch, starszy magizoolog o wiecznie zakurzonym płaszczu, który traktował Arabellę jak córkę, oraz siostry Moore, bliźniaczki odpowiedzialne za archiwa i ochronne zaklęcia, zawsze gotowe na kubek herbaty i ciche słowo otuchy. Ich obecność była dla Arabelli kotwicą, przypomnieniem domu w miejscu tak odmiennym.
Najważniejszą postacią w jej nowym życiu okazała się jednak mentorka, czarownica imieniem Anjali Devi. Pracowała w rezerwacie od ponad dwudziestu lat, a jej magia była subtelna i głęboka jak korzenie banyanu. Anjali miała oczy w kolorze ciemnego bursztynu i głos spokojny, który potrafił uciszyć nawet najbardziej niespokojne stworzenie. To ona uczyła Arabellę, że magia Indii płynie inaczej, że trzeba ją czuć, a nie zmuszać do posłuszeństwa. Ich wspólne lekcje odbywały się często o zmierzchu, gdy niebo przybierało odcienie purpury i pomarańczy, a powietrze drżało od cykania świerszczy. Nauka języka była dla Arabelli źródłem niekończącej się frustracji. Hindi plątało jej się na języku, a lokalne dialekty brzmiały jak śpiew, którego nie potrafiła powtórzyć. Zdarzało się, że jedno źle wymówione słowo wywoływało salwy śmiechu albo niezręczną ciszę. Anjali jednak cierpliwie poprawiała ją, powtarzając frazy, aż w końcu zaczęły brzmieć naturalniej. Każdy nowy zwrot był małym zwycięstwem, krokiem ku zrozumieniu ludzi i miejsca, które powoli stawało się jej domem. W chwilach samotności Arabella tęskniła za Anglią, za chłodnym deszczem i zapachem mokrego kamienia. Lecz gdy stawała o poranku wśród mgieł unoszących się nad dżunglą, słysząc odległy ryk magicznych bestii i czując ciepło słońca na skórze, wiedziała, że jej los zaprowadził ją dokładnie tam, gdzie powinna być. Indie, ze swoją dziką magią, bólem kolonialnej rzeczywistości i niepojętnym pięknem, odcisnęły na niej ślad, który miał pozostać już na zawsze. Z czasem zaczęła swoje myśli przelewać na papier. Słowa płynęły same, a stos zeszytów powiększał się z każdym miesiącem. Liczne pamiętniki miały stać się jej ucieczką kiedy wróci znów do Anglii.
Pobyt w Indiach stopniowo zmieniał sposób, w jaki Arabella postrzegała własne możliwości. Im więcej czasu spędzała wśród stworzeń latających, im częściej obserwowała je w burzach, w nagłych podmuchach wiatru i w chwilach absolutnej ciszy przed uderzeniem pioruna, tym wyraźniej czuła, że sama pozostaje tylko obserwatorką. Była blisko, rozumiała je, potrafiła przewidzieć ich reakcje, a jednak wciąż dzieliła ją od nich granica, której nie umiała przekroczyć. Zrodziła się w niej myśl, początkowo nieśmiała, potem coraz bardziej natarczywa, że animagia mogłaby stać się nie tylko celem samym w sobie, lecz także narzędziem w jej pracy. Zaczęła od tego, co najprostsze i zarazem najtrudniejsze. Od zatrzymania się i zajrzenia w głąb siebie. Wędrowała samotnie, długimi godzinami spacerowała w lasach, wsłuchując się w szum liści i trzepot skrzydeł wysoko nad głową. Medytowała o świcie, gdy mgła jeszcze snuła się nisko nad ziemią, i o zmierzchu, gdy światło stawało się miękkie, a dźwięki przygasały. Nie próbowała jeszcze zmiany ciała. Skupiała się na zjednoczeniu z naturą, na odnalezieniu w sobie tej części duszy, która odpowiadała na rytm przyrody bez słów i zaklęć. Z czasem wprowadzała kolejne etapy przygotowania do animagii. Każdego dnia, zanim przystąpiła do prób ukierunkowania woli, piła napar z liści mandragory. Gorzkawy smak długo utrzymywał się na języku, a ciepło rozlewało się po ciele, pomagając jej wejść w stan głębokiej koncentracji. Ćwiczyła transmutację, doskonaląc precyzję i stabilność zaklęć, wiedząc, że bez solidnych podstaw nie ma mowy o płynnej przemianie. Najlepiej pracowało jej się podczas burz. Wychodziła wtedy na otwarte przestrzenie, czując, jak wiatr szarpie jej szaty, jak powietrze drży od elektrycznego napięcia. W takich chwilach skupiała całą swoją wolę na jednym pragnieniu, na wyobrażeniu ruchu, lekkości i lotu. Początkowo nie działo się nic. Potem zaczęła sobie wszystko wyobrażać. Widziała niebo z wysokości gałęzi, czuła delikatny ciężar własnego ciała i gwałtowne uderzenia serca, szybkie, rytmiczne, inne niż ludzkie. Budziła się z uczuciem tęsknoty, jakby czegoś jej brakowało.
Proces trwał długo. Bywały dni zwątpienia, gdy miała wrażenie, że stoi w miejscu, a jej wysiłki nie prowadzą do niczego namacalnego. Były też momenty przełomowe, krótkie i ulotne. Drżenie palców, wrażenie zmiany perspektywy, nagłe poczucie, że świat jest większy, a ona sama mniejsza. Zaczęła rozumieć, że jej animagiczna forma nie będzie potężna ani groźna. Przeciwnie. Była szybka, czujna i niemal niezauważalna. Pewnego dnia, po długiej medytacji i próbie przeprowadzonej tuż po burzy, poczuła, że coś wreszcie się domknęło. Przemiana przyszła płynnie, bez bólu i bez oporu. Zamiast ludzkiego ciężaru pojawiła się lekkość, a świat skurczył się do sieci gałęzi, dźwięków i zapachów. Jej animagiczną postacią okazał się raniuszek pospolity. Mały ptak o szybkim ruchu, bystrym spojrzeniu i niezwykłej zdolności obserwacji. Ta forma pasowała do niej idealnie. Nie dominowała, nie budziła strachu. Pozwalała zbliżyć się do stworzeń latających bez naruszania ich przestrzeni, podglądać je z wysokości, słuchać i uczyć się bez ingerencji.

List z dalekich gór
przyszedł za późno, jak cień
brat zaginął w wojnie
ona wróciła nieść dom
i ciszę, której nie leczy nic 

1944 - tragedia w rodzinie

Wieści dotarły do Arabelli z opóźnieniem, jakby świat sam próbował oszczędzić jej ciosu. Była wtedy w Indiach, pochłonięta pracą i nauką, żyjąc między monsumami, a ciszą rezerwatów. List przyszedł niespodziewanie. Najpierw była informacja o zaginięciu brata. Tego, który zawsze patrzył dalej niż inni i mówił o świecie z takim entuzjazmem, jakby nie istniały w nim żadne pułapki. Zaginął we Francji, w samym środku chaosu, i nikt nie potrafił powiedzieć, co dokładnie się z nim stało. Arabella czytała list kilka razy, jakby zmiana kolejności słów mogła zmienić sens wiadomości. Wiedziała już wtedy, że mały Eddie i Conrad niczego jeszcze nie rozumieją. Eddie, piąty z rodzeństwa, zbyt młody, by pojąć, dlaczego brat przestał pisać, dlaczego wieczorne czytanie listów w salonie nagle się urwało. Conrad, trzeci, tkwiący w ostatnim roku nauki, żyjący w półprawdach i przemilczeniach, karmiony zapewnieniami, że wszystko jest pod kontrolą. Ich ojciec znikał coraz częściej, wracał wyczerpany, z uporem w spojrzeniu, którego wcześniej u niego nie było. Szukał. Między dwoma krajami, między obowiązkiem a rozpaczą.


Druga wiadomość przyszła kilka tygodni później i była ostateczna. Anthony Bones zginął w Nantes w nocy z jedenastego na dwunastego listopada tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku. Krótki komunikat, bez emocji, bez wyjaśnień. Arabella pamiętała, jak siedziała wtedy nieruchomo, czując, że coś w niej pęka, ale nie wydaje żadnego dźwięku. Wojna, która od dawna wisiała nad światem jak cień, nagle uderzyła bezpośrednio w jej rodzinę. Nie czekała. Jak tylko mogła, wróciła do domu, do Dolina Godryka, która tym razem nie pachniała spokojem ani bezpieczeństwem. Dom był pełen ludzi, ale jednocześnie przeraźliwie pusty. Ministerialni urzędnicy zadawali pytania, na które nikt nie znał odpowiedzi. Sąsiedzi i przyjaciele przychodzili z kondolencjami, które brzmiały podobnie i niczego nie zmieniały. Matka była nieobecna duchem, zamknięta w bólu, którego nie potrafiła ubrać w słowa.
To Arabella wzięła na siebie ciężar organizacji. Spokojna, opanowana, praktyczna, dokładnie taka, jakiej potrzebowała rodzina w obliczu tragedii. To ona dopilnowała formalności, sprowadzenia ciała ojca i pochówku. Gdy dwa tygodnie później przybyła trumna z sugestią, by jej nie otwierać, wiedziała, że Conrad i tak tego nie posłucha. I nie posłuchał. Widok, który zastał, zostanie z nim na zawsze. Martwe ciało, puste oczy, rany, których nie dało się wytłumaczyć wypadkiem ani pojedynkiem. Arabella nie musiała patrzeć, by wiedzieć. Czuła to instynktownie, jak zwierzę wyczuwające zagrożenie. Stało się coś strasznego. Coś, o czym nikt nie chciał mówić głośno. Żałoba przyszła falami. Najpierw była pustka, potem gniew, potem cicha, wyczerpująca rozpacz. Eddie nie rozumiał, dlaczego tata nie wróci, dlaczego dom jest pełen szeptów i łez. Conrad nosił w sobie poczucie winy, że nie zareagował wcześniej, że nie zadał właściwych pytań. Arabella była dla nich oparciem, choć sama ledwo stała na nogach. Tamten czas na zawsze zmienił ich rodzinę. Wojna zabrała im brata, potem ojca, a razem z nimi niewinność i poczucie bezpieczeństwa. Arabella została, by razem z bliskimi zmierzyć się z ciszą, która zapadła po tragedii. I choć wiedziała, że kiedyś znów wyruszy w świat, to właśnie wtedy, w Dolinie Godryka, nauczyła się, że są straty, których nie da się naprawić żadną magią.

Znów płynie na wschód
z myślą o rannych skrzydłach
i ciszy nauki wraca,
by leczyć w terenie
by wieczorami wracać do domu

1949 - Indie/Praca w rezerwacie

W 1946 roku Arabella znów wyruszyła do Indii. Wracała tam z jasno określonym celem. Chciała się uczyć dalej, pogłębiać wiedzę i zdobywać umiejętności, które pozwoliłyby jej kiedyś stworzyć miejsce bezpieczne dla magicznych zwierząt. W głowie coraz wyraźniej kształtowała się wizja niewielkiej lecznicy w Anglii, może nawet w Dolinie Godryka, gdzie mogłaby łączyć opiekę medyczną z empatycznym podejściem, którego tak brakowało w oficjalnych strukturach. Indie przyjęły ją inaczej niż wcześniej. Nie była już młodą badaczką szukającą swojego miejsca, lecz czarownicą świadomą tego, co chce robić. Pracowała intensywnie, szkoliła się u lokalnych mistrzów opieki nad magicznymi stworzeniami, uczyła się metod leczenia opartych na obserwacji, cierpliwości i minimalnej ingerencji. Dużo czasu poświęcała stworzeniom latającym, ich urazom skrzydeł, przeciążeniom magicznym i reakcjom zderzenia ze światem mugoli. Zaczęła myśleć o leczeniu nie tylko jako o usuwaniu objawów, ale o przywracaniu równowagi całemu organizmowi.Kiedy wróciła do Anglii, zderzenie z rzeczywistością było bolesne. Szybko okazało się, że otwarcie własnej lecznicy nie jest ani proste, ani szybkie. Zezwolenia, kontrole, regulacje i nadzór Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami sprawiały, że prywatna inicjatywa wymagała ogromnych nakładów czasu i energii. Zaproponowano jej powrót do departamentu, tym razem na wyższym stanowisku, z większym zakresem odpowiedzialności i wpływem na decyzje. Była to propozycja rozsądna i bezpieczna. Arabella jednak wiedziała, że nie tego chce. Dokumenty, procedury i polityka nigdy nie były jej światem. Potrzebowała pracy w terenie, zapachu ziemi, odgłosów skrzydeł i bezpośredniego kontaktu ze stworzeniami. Dlatego odmówiła i przyjęła ofertę pracy w rezerwacie Bulstrodów.



Rodzina Bulstrodów miała długą tradycję związaną z opieką nad magicznymi stworzeniami. Ich rezerwat był jednym z najlepiej zorganizowanych w Anglii, z rozbudowaną infrastrukturą, zapleczem leczniczym i dużą różnorodnością gatunków. Wiedza Arabelli, zwłaszcza ta zdobyta w Indiach, okazała się tam niezwykle cenna. Rozpoczęła pracę w 1949 roku i niemal od razu zaangażowała się w rozwój metod leczenia, szkolenie młodszych opiekunów i reorganizację lecznicy. To był czas intensywnej pracy, ale też poczucia sensu. Mogła wreszcie robić to, co kochała najbardziej. Pomagać, obserwować, leczyć i uczyć się każdego dnia. Jej podejście, łączące empatię z dyscypliną i ogromną wiedzą praktyczną, szybko zostało zauważone. W 1957 roku otrzymała awans i objęła zarządzanie całą lecznicą w rezerwacie. Było to zwieńczenie lat nauki, podróży i osobistych strat. Od 1949 roku mieszkała na stałe w Dolinie Godryka, w rodzinnym domu, razem z matką. Po śmierci męża kobieta jakby zapadła się w sobie, cicha i wycofana, potrzebująca stałej obecności córki. Arabella wracała tam każdego dnia po pracy, niosąc ze sobą zmęczenie, ale też poczucie stabilności. Dom nie był już taki jak dawniej, lecz wciąż stanowił punkt odniesienia, miejsce, w którym splatały się rodzinne losy, kiedy tak liczne rodzeństwo zbierało się kuchni i salonie.

Choć jedno źródło
to dwie osobne rzeki
płyną przy sobie
niosą wspólne wspomnienia
choć brzegi mają inne


1958 - Zakon Feniksa

Decyzja dojrzewała w Arabelli powoli, ale nieubłaganie. Przez lata nauczyła się rozpoznawać to uczucie, cichy niepokój pod skórą, który oznaczał, że świat znów zaczyna się chwiać. W 1958 roku wiadomość o ucieczce Gellert Grindelwald z Nurmengardu rozeszła się błyskawicznie po magicznej społeczności i natychmiast zapaliła dawno tlące się kręgi. Dla wielu była to historia z przeszłości, powrót dawnego zagrożenia, które być może nigdy nie odzyska dawnej siły. Dla Arabelli był to sygnał ostrzegawczy. Bała się nie tylko wojny. Bała się jej konsekwencji. Wiedziała, że gdy czarodzieje zaczynają walczyć, to magiczne stworzenia cierpią najbardziej. Zawsze tak było. Rezerwaty stawały się celem, siedliska były niszczone, a stworzenia wykorzystywane, wypędzane albo mordowane w imię strachu i kontroli.


Coraz częściej myślała o tym, że sama praca w rezerwacie nie wystarczy. Leczenie skutków nie powstrzyma przyczyny. Zaczęła rozmawiać z ludźmi, którzy myśleli podobnie, ostrożnie, półsłówkami. Tak po raz pierwszy usłyszała o kręgu czarownic i czarodziejów, którzy nie czekali, aż zagrożenie zapuka do drzwi, lecz działali wcześniej, w cieniu, chroniąc tych, którzy sami nie mogli się obronić. Wieść o jej rozważaniach dotarła do Conrada szybciej, niż się spodziewała. Do tej pory trzymał się na dystans, zamknięty w sobie, odcinający się od rodziny, jakby każdy powrót do domu otwierał rany, których nie chciał rozdrapywać. Pewnego popołudnia zapukał jednak do drzwi. Przyszedł na herbatę, jak dawniej, trochę niezręcznie, jakby nie był pewien, czy nadal ma do tego prawo. Rozmawiali długo. O Grindelwaldzie, o strachu, który znów zaczął krążyć pod powierzchnią codzienności, o tym, że historia ma brzydki zwyczaj powtarzania się, gdy nikt nie reaguje na czas. Conrad słuchał uważnie, a potem powiedział tylko, że rozumie jej decyzję. On sam ma swoje powody, by interesować się tym, co dzieje się w cieniu, i że kiedyś jej je zdradzi. Nie naciskała. Skinęła tylko głową, wierząc, że jeśli przyjdzie odpowiedni moment, brat opowie jej całą historię. Conrad pewnego dnia powiedział, że jej starania oraz zaangażowanie zostało dostrzeżone i sam Albus Dumbledore chciałby ją poznać lepiej. Pamiętała go z czasów szkolnych, to on uczył obrony przed czarną magią kiedy uczęszczała do Hogwartu, był jednym z tych nauczycieli, których uczniowie uwielbiali. Ona również cieszyła się zawsze na zajęcia z nim. Teraz jednak nie była uczennicą, a dojrzałą kobietą, która wiedziała kim jest i w jakim świecie chciałaby żyć. O czym wprost powiedziała profesorowi. Musiała jej odpowiedź mu się spodobać, bo niedługo potem zaczęła być traktowana jako członek grupy skupionej wokół Dumbledora. Wiedziała, że to nie będzie bezpieczna droga ani łatwa. Nie pchała się na pierwszy plan. Oferowała to, co miała najcenniejszego. Wiedzę o magicznych stworzeniach, kontakty w rezerwatach, umiejętność poruszania się niezauważenie i, gdy trzeba było, zdolność obserwowania świata z innej perspektywy. Robiła to z potrzeby ochrony. Dla niej grupa ta i dołączenie do niej nie był aktem buntu, tylko obietnicą, że tym razem nie pozwoli, by wojna znów zniszczyła tych, którzy nie mają głosu.
0
Pozostało PP
wand
0
Pozostało PM
0
12
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
11
5
15
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
10
10
5
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka I — Magiczne mikstury
Eliksiry i maści
Trucizny i antidota
Ścieżka II — Magiczne rośliny
Zielarstwo
Ziołolecznictwo
Uprawa magicznych roślin
Ścieżka III — Opieka nad magicznymi stworzeniami
Wiedza i zrozumienie magicznych stworzeń
Tropienie i śledzenie
Leczenie magicznych stworzeń
Ochrona zagrożonych ekosystemów
Ścieżka VII — Magia uzdrawiania
Pierwsza pomoc
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
Dzierganie
Proza
Ścieżka XVIII — Sport
Wspinaczka
Ścieżka XX — Poliglotyzm
Hindi
Ścieżka XXI — Magiczna umiejętność
Animagia

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-01-2026, 18:02

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Violet Macnair

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-01-2026, 23:40

Arabella Bones

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[25.01.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 transmutacja [prezent powitalny]
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 08:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.