• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Północny Londyn > Szpital św. Munga > Centralny korytarz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-06-2025, 14:31

Centralny korytarz
Okrągła arteria łącząca główne oddziały szpitala, wyłożona błyszczącymi, białymi kafelkami, które zdają się zawsze lśnić nieskazitelną czystością. W samym centrum korytarza stoi wysoki, ruchomy pomnik Świętego Munga. Figura co jakiś czas obraca się wokół własnej osi, a jej oczy lśnią złotym blaskiem, który ma przynosić spokój i nadzieję pacjentom. Wzdłuż ścian ustawiono rzędy drewnianych ław z zaklętymi poduszkami, które automatycznie dopasowują się do sylwetki siedzącego, oferując mu chwilę ulgi. Na ścianach umieszczono wielkie, podświetlone tablice informacyjne, na których pergaminowe kartki same się zapisują i aktualizują, pokazując harmonogramy wizyt i zmiany w oddziałach. W chwilach największego ruchu korytarz potrafi samoczynnie się wydłużyć lub poszerzyć, aby pomieścić większą liczbę przechodniów, a jego powierzchnia miękko pulsuje pod stopami, niwelując ewentualne potknięcia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 00:30
13 marca 1962

Korytarze szpitala przypominały jej czasem – zdrożnie – biblioteczne alejki, gdyby tylko cisza w nich nie była tak zgęstniała i sterylna; ponumerowane drzwi ułożone na półkach pięter jak akta w archiwum, do każdego z nich przypisane nazwisko w zużytym indeksie, przetartym od sunących po nim palców. Ocierając się o cudze historie w mijanych spojrzeniach, zasznurowanych ciasno w bolesnych grymasach ust, wyobrażała sobie, że węzły puszczają nocą, kiedy nikt nie musi dłużej patrzeć sobie nawzajem w oczy, pacjenci przechylają głowy na poduszkach ku sąsiednim łóżkom, odpowiadają sobie na pytanie, którego nie trzeba wypowiadać, bo przeszyte nim jest każde prześcieradło: dlaczego tutaj jesteś?; wyobrażała sobie, że w nocy szpital szemra i buczy jak ul, kiedy tysiące historii ożywa, tysiące głosów, tysiące skrzydełek ust. W nocy nikomu nie jest niezręcznie; nikt nie szuka właściwych wyrazów współczucia, nikt nie hamuje pytań i nikt się o nie gniewa, w końcu nikt nie chce być tu w nocy sam.
Czasami, przemierzając te same korytarze, czuła się jak lis w kurniku. Chowający zęby za uśmiechem, kiedy pytała, czy może pomóc – by zaproponować później wypicie razem herbaty na trzecim piętrze, w końcu akurat tam podążała; bo w dzień – kiedy usta sznurowały się ponownie w grymasy – pytania należało zadawać we właściwym czasie, we właściwy sposób.
Znacznie częściej jednak bliżej jej było do kobiety robiącej wszystko, byle nie zostawać samotnie ze swoją własną historią, niż do lisa. Znajdującej być może strzęp pocieszenia we wszystkich tych przypadkach, w których wydawało jej się, że ktoś swoją historię odkształca tak, by ukryć swoją winę. I może czuła wtedy nawet jakąś próżność, parszywy okruch żałosnego odkupienia, że swoich błędów nigdy nie próbowała się przed nikim wyprzeć i że patrząc sobie w oczy w lustrze, potrafiła przyznać przed sobą, że jest we własnej tragedii winowajczynią, a potem umyć twarz i dłonie, wypić kawę, wyjść do pracy, odwzajemniać spojrzenia ludzi, jakby nie różniło jej od nich nic.
Z Olivią nie było inaczej – pomogła jej w korytarzu zawiązać szlafrok, zsuwający jej się z wątłych ramion; kobieta nie miała prawej ręki od łokcia w dół i bluzgała pod nosem tak ciężko, że przez moment wydawała się młodsza o dobre dwadzieścia lat; siwym staruszkom wprawdzie podobne słowa zwyczajnie nie przechodzą przecież przez usta. Udały się później, rzecz jasna, na ciepłą herbatę na trzecie piętro. Nataša osłodziła jej napój miodem, rozmieszała, zastukała łyżeczką o obrzeże filiżanki, pomyślała o matce. Olivia złorzeczyła tymczasem na pacjentkę ze swojej sali i swoją rodzinę. Mówiła o tym, że musiała zostawić psa u sąsiadki, bo żadne z jej dzieci nie chciało się nim zająć (pewnie dlatego, że ma więcej rozumu niż którekolwiek z nich i nie umieją sobie z nim przez to poradzić, na pewno ma więcej wdzięczności, a to i tak nędzny naparstek). Że to właściwie nie pies, tylko psidwak – zabrany, wyobraź sobie, mugolom. Chyba ktoś im go sprzedał w żarcie, nie wiedziała, jak inaczej mogło do tego dojść; oczywiście, próbował ich ciągle zagryźć. Trzeba było interweniować, jak mu się w końcu prawie udało, paskudna sprawa. Okazało się, że Olivia była kiedyś amnezjatorem. Psidwaka zabrała do siebie, dobre dwadzieścia dwa lata temu, bo przez starte mocno zęby uznali, że musi być stary; teraz był ślepawy i przygłuchy, ale chyba zamierzał ją przeżyć, pewnie po to tylko, żeby ją wreszcie zjeść, jak wszystko w jej domu, co choć trochę przypominało rzecz jadalną.
Palisz? Nie paliła, ale zgodziła się kupić Olivii paczkę Dunhavenów. Następnego dnia zapukała do uchylonych drzwi jej sali w przerwie w pracy; zaprosiła ją znów do herbaciarni, Olivia jednak miała inny pomysł – chciała wyjść na świeże powietrze, koleżanka z sali nie pozwalała jej otwierać okna.
Nataša powiedziała, że porozmawia z pielęgniarką – Olivia nie zawahała się, podając jej swoje imię o dzień spóźnione, a jej tylko przez moment wydawało się zaskakujące, że łóżko, na którym kobieta przysiadła, miało poduszkę w wydzierganej poszewce; nie potrafiła sobie jej wyobrazić w oparach mocnego jak jasny szlag tytoniu, dziergającą drobne stokrotki na zielonej łące.
Czasami wydawało jej się, że jest lisem w kurniku strzygącym okiem za odłączonymi od stada sztukami; dzisiaj była jednak najwyżej naiwną gąską – prowadzącą przez ogród osłabioną, jednoręką staruszkę w gryzącym wełnianym płaszczu, odpalającą jej posłusznie mocnego papierosa przy jednej z ławek, zanim wrócą, w zamian za jej historie, okraszone urokliwą siarczystością. Może one też były kłamstwem, jak nazwisko, którym się przedstawiła – skradzione drugiej pacjentce.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:40 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.