• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Horyzontalna 3/12 > Gabinet
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-10-2025, 13:23

Gabinet
Przestronny pokój był niegdyś jedną z sypialni w trzypokojowym mieszkaniu Prince'ów, ale po śmierci żony Jasper skorzystał z dodatkowej przestrzeni i przeniósł tutaj biurko, część naukowych książek i tablice alchemiczne. Niedawno dokupił również wygodną, zieloną kanapę, dzięki której w gabinecie można zarówno pracować, jak i odpoczywać. Perski dywan jest nieco niegustownym prezentem od rodziców, a z okna widać ulicę Horyzontalną. W kącie (z dala od cenniejszych książek i przedmiotów) Jasper urządził niewielki i prowizoryczny warsztat alchemiczny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leonie Figg
Akolici
he was hanged from the gallows that he built for me.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
14-12-2025, 22:13
10 kwietnia 1962

Niewiele myśleli, kiedy na ulicy Pokątnej zatrzymali się przed przeszkloną witryną, w przedziwnym tandemie zawieszając wzrok na kojcu pufków o parach wielkich, paciorkowatych oczu, błyszczących tak ogromną nadzieją, że kiedy Leonie spojrzała kątem oka na Jaspera, a Jasper kątem oka spojrzał na Leonie, decyzja właściwie już zapadła. Żadne z nich nie planowało powiększania zwierzyńca, którego doglądali już wspólnymi siłami, to prawda, ale co stało na przeszkodzie...?
Odkąd go poznała, coraz rzadziej bywała w Mewie i Księżycu, zasiadając do tamtejszych stołów gier i zakładów. Czasem nałóg tarł o ściany czaszki i krzyczał w żyłach gwałtownym pędem krwi, a jeśli nie udało się jej nad nim zapanować, wymawiała się małymi kłamstwami, znikając na godzinę czy dwie. Robiła to jednak rzadko, bo nadal odkładała grosz do grosza na śliczną żółtą sukienkę, upatrzoną na okazję Zjazdu Absolwentów; poza tym czuła potworne wyrzuty sumienia na myśl, że coś przed Jasperem zataja. Że do czegoś nie jest w stanie się przyznać, mimo że on akceptował ją od początku do końca taką, jaką była. Koił jej strach, łagodził napięcie, ocieplał skostniałą duszę swoimi opowieściami, kiedy w głębinach nocy zapominała, że nie jest już w tamtej piwnicy. Powinna móc być z nim szczera, ale zamiast ujawnić kolejną słabość, wolała walczyć z ciągotami i częściej przesiadywać u niego, niż u siebie. Pierwszy rekonesans, swego rodzaju wyprawa zwiadowcza, pokazał, że Jasper nie chował w mieszkaniu niczego, co mogłoby jej zagrozić, i z biegiem czasu nabrała zaufania do tej przestrzeni. Helga także je polubiła, natomiast jej poświęcenie w gonitwach za Puszkiem, którego próbowała zaprosić do zabawy, nie miały w sobie ani gracji, ani żadnego kresu.
Mieli kuguchara, mieli chow-chowa, mieli siebie nawzajem. Można było to uznać za swego rodzaju rodzinę, więc czy naprawdę potrzebowali powiększać ją o pufka? Oczywiście. Weszli do menażerii w milczącej zgodzie, a jedynym zaskoczeniem okazało się tylko to, że zamiast jednego stworzonka, przygarnęli dwójkę. Dwie samice, jak zarzekał się ekspedient. Mhm, bezsprzecznie. Dziecina Leonie cechowała się miękkim, kremowo-żółtym futerkiem, wybrana dlatego, że jako jedyna aż tak wytrwale wpatrywała się w oczy zielarki, wyciągając ku niej różowy języczek. Nie wahała się ani chwili, kiedy wskazywała ją jako swoją faworytkę, a potem ujmowała ostrożnie w dłonie i z tą samą ostrożnością przyciskała do piersi. Helga w tym czasie machała ogonem, jakby wiedziała, że w domu pojawi się coś, czym będzie mogła się opiekować.
Po powrocie zaszyli się w gabinecie Jaspera. Para pufków z ekscytacją przemierzała siedzisko szmaragdowej kanapy, plącząc się to tu, to tam; jej pufek raz na jakiś czas wpadał na siostrę, a potem kulał się aż do wezgłowia i uzbrajał w cierpliwość, żeby znowu przemierzyć tę samą trasę. Helga obserwowała to z pobliża nóg gospodarza, przyzwyczajona do jego towarzystwa i łasząca się do wyciąganej dłoni, gdy próbował ją pogłaskać; zdobył jej zaufanie tak szybko chyba dlatego, że podświadomie wyczuwała skalę zaufania, jakim darzyła go jej właścicielka, właśnie wracająca z kuchni. Leonie niosła na talerzyku trochę pokrojonych owoców, pamiętając, że oprócz smarków, na których dystrybucję niekoniecznie miała teraz ochotę, gatunek ten przepadał także za zdrowszymi przekąskami, więc szybko przygotowała im w kuchni mały powitalny poczęstunek.
- Musimy je jakoś nazwać - stwierdziła wesoło i uklękła przed kanapą, wyciągając półmisek w kierunku Jaspera. Nakarmienie nowych podopiecznych z ręki wydawało się rozsądniejsze, niż podanie im zimnego i bezosobowego talerza; zwierzątka musiały się do nich przyzwyczaić, a nie bez powodu mówiło się, że przez żołądek do serca. W pewnym sensie zrobiła tak z nim, przygotowując mu tamtą hibiskusową herbatę. - I chyba najlepiej, żeby się ze sobą zgrywały... Jak Jasper i Prince. Masz jakiś pomysł? - zapytała, ujmując w palce cienki plasterek jabłka. Pufki chyba wyczuły, że nadciąga coś smacznego, bo różowe jęzory zaczęły wić się w powietrzu z jeszcze większym zaangażowaniem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
30-12-2025, 18:33
Z mglistego snu o spadających z nieba maszynach wyrwało go ciepło ciała Leonie, wiercącej się we śnie. Odetchnął z ulgą, próbując nie zastanawiać się nad tym, czy to wizja (najwyraźniej nie na tyle głęboka, by pochłonąć go całkiem) czy senne mary złożone z kalejdoskopowych urywków przepowiedni i lęków. Ostatnio Leonie coraz częściej spędzała noce u niego, z czego szczerze się cieszył—pragmatyzm podpowiadał mu, że gdy ich plany na przyszłość staną się poważniejsze, wynajmowanie mieszkania w Cardiff będzie bezsensowne, a pieniądze lepiej będzie zainwestować w zapasy Fiuu. Nie, żeby był poważnym znawcą finansów, stała i przewidywalna pensja w Mungu nie ułatwiała zainteresowania się tymi sprawami—ale byłby, gdyby odziedziczył rodzinną pracownię. Od dziecka ojciec wpajał im wszystkim ostrożność finansową, choć to Severus najdłużej musiał ślęczeć nad księgami rachunkowymi. A potem Marcus.
Ostatnio coraz częściej łapał się na myśli o dziedzictwie, którego się wyrzekł—choć właściwie dlaczego? Przez tyle lat nie żałował. Teraz też nie, lubił Evershire, lubił swoją pracę. A jednak gdzieś w Manchesterze czekał duży dom, czekał świat niepowiązany z Grindelwaldem, konformistyczny, ale bezpieczny. Świat, w którym może nie straciłby Eileen ani nie martwił się tak o Leonie; ale zarazem świat bezpowrotnie stracony, bo nie wiedział już jak pozostać bratem i synem, który przewidział śmierć własnego brata. Łatwiej było trzymać się na dystans.
Nie podejrzewał, że i Leonie trzyma pewne sprawy na dystans i że gospodaruje pieniędzmi… kreatywniej od niego. Jej własne plany przyjmował skinieniem głowy, przecież to logiczne, że mieli własne plany. Nie zdążył złapać się jeszcze na myśli, że żonie i siostrze zadawał równie mało pytań, bo przecież teraz było inaczej.
Dziś mogli spędzić dzień razem, beztrosko, w teorii uzupełniając zapasy na Pokątnej, a w praktyce rozpraszając się pod sklepem zoologicznym. Pufki wydawały się małe i nieskomplikowane, a spojrzenie Leonie chochlicze, więc powziął decyzję równie spontanicznie jak przy zakupie kuguchara i wrócił do domu z pufkiem o różowym futerku, notując w myślach, że teraz koniecznie przydałby się im aparat fotograficzny by wysłać Audelii dokumentację nowego zwierzątka.
Gdy Leonie kroiła owoce, pufek Jaspera znalazł się już na jego koszuli, ciekawskimi oczkami wlepiając się w nos czarodzieja. Prince nie pomyślał o przygotowaniu posiłku dla pufka, za to pod ręką miał paczkę Musów-Świstusów... dla siebie.
-Patrz, faktycznie się tulą! - pochwalił się Prince gdy wróciła z talerzykiem, nieświadom jeszcze, że czułość była jedynie głodem. -Uważasz, że rodzice zgrali jak mnie nazwali? - uśmiechnął się łobuzersko, zastanawiając się czy Leonie i Figg brzmi dla niej równie dobrze. A może lepiej Leonie i Prince? Zanim nabrał ochoty to wypalić, zagłuszył natarczywą myśl błyskotliwym pomysłem na imiona dla puszków. -Gdyby były różnej płci - ale nie były, prawda? -to Leon i Princessa. - zawyrokował. - Może Księżniczka i Figa?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leonie Figg
Akolici
he was hanged from the gallows that he built for me.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
31-12-2025, 22:31
Widok różowej kulki futra na koszuli Jaspera, dużych, paciorkowatych oczu błyszczących nadzieją na coś smakowitego, sprawił, że niemal zgubiła się w pół kroku, rozważając, czy powinna natychmiast rzucić się mu na pomoc, czy poczekać na rozwój wydarzeń. Stworzonko zdawało się wędrować z konkretną intencją, natomiast Jasper sprawiał wrażenie… niezbyt zorientowanego w tym, co zaraz mogło się wydarzyć. Czyżby nie wiedział? Albo zapomniał? Lojalność nakazywała uświadomić go w preferencjach żywieniowych zwierząt, które przygarnęli, ale umysł Leonie zatrzymał się na zabawnym wyobrażeniu jego zdumionej miny, kiedy dojdzie do tego, co ewidentnie zamierzał puszek.
- Tak - przytaknęła po chwili, z trudem tłumiąc rozbawiony uśmiech, który już pchał się na wargi, póki co drżąc w koniuszkach. - Faktycznie się tulą… - potwierdziła, powtarzając jego słowa. Niech się dzieje wola Merlina. Sama na szczęście nie zamierzała iść drogą Jaspera, tylko sięgnęła po kawałek jabłka i zamachała nim delikatnie przed pyszczkiem kremowego puszka, który wyraźnie ożywił się na zapach i bliskość owoca. Długi, różowy jęzor wychynął na powietrze i przyssał się do wilgotnego miąższu, pijąc soki i wyrywając kawałeczki, które potem trafiały do wnętrza mordki. Leonie patrzyła na to z niemal matczynym rozczuleniem; tak samo czuła się przy małej Heldze, jak gdyby wszystkie małe istoty miały w sobie coś, co chwytało ją za serce. Kiedyś myślała, że tak samo poczuje się z własnym dzieckiem, ale od czasu rozmowy z Jasperem kategorycznie odrzuciła te myśli, tlące się dotychczas gdzieś na dnie pokiereszowanego przez Colina umysłu. Nie było sensu wyobrażać sobie niestworzonego, miłość, którą miała w sercu dla maleństw, momentalnie przelała na puszka, nie widząc w tym problemu. Nie kłamała, kiedy powiedziała Jasperowi, że nie dba o to, czy doczeka się potomstwa, czy nie.
- Nie pasowałoby do ciebie żadne inne imię - stwierdziła pewnie, tym razem pozwalając sobie na szeroki uśmiech. W tym czasie sięgnęła też po kawałek pomarańczy i zaproponowała ją puszkowi, który dotknął jej jęzorkiem, skrzywił się i podreptał w kierunku jabłka nadal leżącego na talerzyku postawionym na kanapie. - Na przykład Cornelius albo Steffen… Nie, jak nic miałeś być Jasperem - zdecydowała, nadal siedząc na ziemi oparłszy się bokiem ciała o kanapę. Wciąż nie mogła się nadziwić, że ten piękny i czuły mężczyzna… należał do niej. Twierdził, że należał. A teraz mieli coś prawdziwie wspólnego, dwa żyjątka pod ich opieką, czekające na imiona, dzięki którym staną się pełnoprawnymi członkami rodziny. Kreatywność w ich przypadku nie porażała, świadczyły o tym “Puszek” i “Helga”, ale kiedy Jasper wspomniał o Księżniczce i Fidze, z ust Leonie wyrwał się niepowstrzymany śmiech; chichocząc, pochyliła głowę nad siedziskiem kanapy, a kremowy puszek wyciągnął ku niej języczek i tylko dzięki ręce na pulsie zdążyła w porę cofnąć się przed różową odnogą pędzącą do jej nosa. O nie, nie dzisiaj. - Wolisz mieć Księżniczkę czy Figę? - zapytała wesoło, tym samym godząc się na jego propozycję. Kolor futerka jasperowego zwierzątka był bardziej fantazyjny i pewnie lepiej pasowałby do małej królewny, ale to walka, której nie chciała poddać. - Przekornie przyjęłabym Księżniczkę dla siebie - zadeklarowała i pogładziła beżową istotę, łaszącą się radośnie do jej dłoni i uwijającą się przy owocach, jak gdyby chciała zjeść jak najwięcej, zanim będzie musiała podzielić się bufetem z siostrą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
31-12-2025, 23:42
Choć na granicy świadomości majaczyła podstawowa wiedza o pufkach, to z typowym dla siebie optymizmem przypisał uroczemu stworzeniu najczystsze intencje, zupełnie rozbrojony widokiem wielkich oczu. Z podobną ufnością podchodził do czarodziejów (a zwłaszcza czarodziejek, przyjmując pogodnie nowe perfumy Ingrid czy sprawy do załatwienia Leonie, czy Leonie potakującą, że pufki się tulą) i wszystkiego, co—niczym pufki—zdawało mu się magiczne. Sceptycyzm, nieufność i gorycz zarezerwował dla mugolskiego świata.
- Tak sądzisz? - odezwał się pogodnie, jako drugi z trzech synów nigdy nie dopatrywał się w swoim imieniu wyjątkowości. Wręcz przeciwnie, z pokorą środkowego dziecka przyjmował raczej, że to imię pierworodnego Severusa jest wyjątkowe. - Wybrałaś godne i czarodziejskie imiona. I niemożliwe do wymówienia - parsknął śmiechem. - Mam nadzieję, że mugolskie niczym Michael tym bardziej nie! - kontynuował przekomarzanie, gładząc delikatnie grzbiet pufka opuszkami palców. Stworzenie wydawało się tak małe, że zaczynał bać się własnej siły albo tego, że przydusi je gdyby położył na nim całą dłoń. - A Leon? - dociekał, choć przed chwilą uznał to imię za godne pufka, nie czarodzieja. - Ty nie mogłabyś być Jasperią, tego się nie da odmienić. - pokręcił głową. Ani nikim, kto nie brzmi równie miękko jak Leonie, Lee - dodał w myślach, ale nie na głos. Nie był pewien, czy chciała być łagodna i miękka; bo choć widział w niej te cechy i choć taki był jej dotyk gdy spotkali się po raz pierwszy, to może wolała myśleć o sobie… inaczej. - Moja wygląda trochę jak Figa. - zgodził się pokornie, by spełnić życzenie Leonie, choć w różowym futerku Figi nie było nic przypominającego ten owoc. Co najwyżej w kształcie, ale pod tym kątem oba pufki wcale się nie różniły. - Jakie zwierzątko chciałaś mieć, gdy byłaś dzieckiem? - zaczął temat, sięgając po plasterki jabłka. - Ja nie będę oryginalny, zawsze podobały mi się kuguchary. Ale do Hogwartu wszyscy dostaliśmy po sowie, choć chciał ją tylko Marcus, Severus wolał ropuchy… Była taka renomowana hodowla, kiedyś ojciec kupował z niej ingrediencje i zabrał nas na wycieczkę. - wspomniał z uśmiechem i całe szczęście, że przyszedł mu do głowy ten temat—bo na końcu języka miał wyznanie, że Ingrid nie lubiła kugucharów. Zanim zdążył je jednak wypowiedzieć…

1. pufek atakuje mój nos
2. pufek atakuje twój nos
3. pufek spada z kolan jednego z nas (a drugi dołącza do ucieczki) i ląduje wśród mikołajkowych słodyczy
1x k3 (pufek):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leonie Figg
Akolici
he was hanged from the gallows that he built for me.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
03-01-2026, 14:24
- Chyba jeśli akurat jesz czekoladową żabę - parsknęła przekornie, samej nie mając problemu z wymówieniem żadnego z tych imion. Jedne podobały się jej bardziej, inne mniej, wpadły do głowy z eteru zasłyszanych gdzieś na ulicach zawołań, teraz wracając do tafli pamięci. Michael też do niego nie pasował, Jasper od początku miał być Jasperem, tą wersją siebie, która stała się dla niej bezpieczną otuliną, sercem, które oczarowało ją swoją dobrocią, wyrozumiałością i otwartością. I choć doprowadziły do tego śmierć brata oraz żony, pasmo tragedii wpisane w przeszłość, była wdzięczna, że życie ukształtowało go w taki sposób. To, czego nie miała odwagi wprost nazwać miłością, budziło w jej żołądku chmurę motyli, ilekroć o nim myślała, a robiła to często, codziennie, co kilkanaście, kilkadziesiąt minut, bezbronna wobec siły uczuć, których możliwości nawet nie przewidziała. - Leon jest zbyt... zbyt. Swoją drogą poznałeś Leona, syna Neda i Colette? A Jasperia nie brzmi tak źle. Właściwie mogłoby być imieniem jakiejś księżniczki - powiedziała z szerokim uśmiechem, podając pufkowi kawałek jabłka, do którego przylgnęła tuba różowego języka, sycąc się miąższem świeżego kąska. Patrzyła na to z rozczuleniem, na tyle zachwycona z dwóch puszystych kulek, że nie przejmowała się logistyką zakupu. Dobrali dla pufków ładny kojec, który miał odgrodzić je od potencjalnie polującego Puszka, po drodze do domu wstąpili też na małe zakupy, żeby uzupełnić zapas owoców, a to wystarczało jej za przygotowanie, którego mogliby potrzebować.
Kiedy Jasper przystał na nazwanie swojego zwierzątka Figą, z zadowoleniem musnęła ustami jego policzek, w ramach nagrody. W wielu sprawach byli zgodni, nawet jeżeli Leonie nie potrafiła być z nim jeszcze tak krystalicznie szczera, jak powinna. Kwestia hazardu budziła w niej wyrzuty sumienia, więc po prostu odpychała od siebie te myśli, udając, że nie istnieją.
- Też miałam ropuchę - oznajmiła, zastanawiając się, czy to rozjątrzy wspomnienia Jaspera o bracie, czego nie chciała robić, nie w tak przyjemny dzień. Śmierć Severusa była drzazgą wbitą zbyt głęboko, by cokolwiek albo ktokolwiek zdołało ją wydostać. Czasem po twarzy Prince'a przemykały cienie, ciemne chmury zamyślenia, które biegły w kierunku zmarłego dziedzica rodziny, a ona coraz częściej umiała powiedzieć, kiedy do tego dochodziło. - Nazwałam ją Basil Drugi. Mój brat, ten, który... odszedł jakiś czas temu był Basilem Pierwszym. Jak nazwałeś swoją sowę? - zapytała, ciekawa, czy jego kreatywna tendencja objawiła się już w dzieciństwie, potem spersonifikowana pod postacią Puszka, upragnionego kuguchara. - Ale prawdę mówiąc, zawsze chciałam mieć memortka, a najlepiej dwa - przyznała, gładząc beżowe kosmyki pufka, Księżniczki. Idea niemych ptaków, które u schyłku życia zaczynają śpiewać miriadami zasłyszanych dźwięków, poruszała ją już od dziecka, ale nigdy nie zdołała uprosić rodziców o parę tych stworzeń; to nic jednak, teraz chciała skupić się na nowych podopiecznych i zbystrzała, kiedy różowy jęzor nagle wystrzelił w kierunku jej nosa. Zdrada! Spróbowała się uchylić...

55+: udaje mi się uniknąć językowego natarcia
70+: robię unik w kierunku Jaspera i jęzor zmienia trajektorię, tym razem pędzi w kierunku jego nosa
1x k100 (unik):
18
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
03-01-2026, 21:21
- Kto nie chciałby mieć imienia możliwego do wymówienia podczas jedzenia słodyczy? - skontrował i na dowód sięgnął po musującego cukierka. - Ty takie masz. Leooooooo-nieee. - zademonstrował, gdy buzujący Mus-Świstus rozpuszczał mu się na języku. Parsknął śmiechem (gdy już upewnił się, że przełknął cukierka, był w końcu uzdrowicielem i ratował już wiele dzieci, które zachłysnęły się landrynką—w teorii nie leżało to w gestii toksykologii, ale w praktyce co zrobić...), bo nagle strasznie go to rozbawiło. - Spotykam się z dziewczyną o imieniu dosłownie rozpływającym się na języku. - pochwalił się i spojrzał na Leonie sugestywnie. Gdyby nie wczesna pora dnia i dwoje nowych lokatorów w mieszkaniu, pociągnąłby może tą sugestię dalej, ale na razie mieli pufki do nakarmienia. - Zbyt? - roześmiał się znowu, bo takie skwitowanie imienia Leona wydało mu się szalenie zabawne. Nawet w połączeniu z trochę przykrą myślą o tym, że to byłoby idealne imię dla syna Leonie i ze wzmianką o cudzym dziecku. - Chyba mignął mi na Horyzontalnej. - odpowiedział wymijająco, bo po tym jak wmieszał się bezpardonowo w życie i poglądy polityczne Neda, Rineheart chyba chciał go trzymać z dala od swojej rodziny. Pewnie słusznie. Ale Leonie...? Ona też przecież była na spotkaniu akolitów. - A ty?
Choć śmierć Severusa była cieniem, z którym musiał żyć, to czasem wspomnienia o bracie wywoływały miłe ciepło. Najstarszy Prince właśnie taki był, pogodny i ciepły i... wszystko w jego obecności wydawało się lepsze. Albo wydawało się gorsze bez niego, jakby ich rodzina utraciła potem spoiwo trzymające ich razem. Ale teraz Jasper o tym nie myślał, tylko z rozbawieniem spoglądał na Leonie.
- Merlinie, czy zamiłowanie do żab to jakaś puchońska cecha? - nie spodziewał się tego po niej, w jego wyobraźni chodziłaby raczej po Hogwarcie z chow-chowem. Albo sową wyglądającą jak chow-chow (uśmiechnął się sam do siebie na tą myśl). - Podobno one mają jakieś gatunki, jaką miałaś? - dociekał i roześmiał się gromko słysząc imię sowy. - Zaraz nazwę swojego pufka Księżniczką Drugą. - zagroził, ale bez realnej chęci zmiany imienia, bo już dostał buziaka w policzek i przyzwyczaił się do Figi. - Och. Przepraszam. - uśmiech momentalnie spełzł z jego twarzy, gdy wyjaśniła dlaczego. - Jak... - zaryzykował, nie chcąc zatrzymywać się dziś na śmierci Basila Pierwszego. - zareagował na to, że nazwałaś na jego cześć żabę? - za życia, rzecz jasna. W sumie, Jasper trochę żałował, że nie wpadł na podobny pomysł; że nie miał niczego co przypominałoby mu o Severusie. Po jego śmierci na jego cześć mógłby nazwać tylko syna, ale to oczywiście nie wchodziło w grę, a Marcus jakoś na to nie wpadł. Głupi Marcus. - Moją sowę nazwałem Cyceron, bo byłem pretensjonalnym nastolatkiem. - westchnął. Pretensjonalnym i niewinnym, koledzy znaleźli inne zdrobnienie dla Cycerona, niemające wiele wspólnego z bystrym rzymskim czarodziejem. Przynajmniej teraz miał Stokrotkę, na przeciwnym spektrum bezpretensjonalności—i z jej imienia chyba nie dało się tak żartować.
- Dlaczego memortka? Albo dwa? - zaciekawił się (nie przypisywał Leonie upodobania do serenad umierających ptaków)u, dopisując to w głowie do listy zakupów obok aparatu fotograficznego i pewnej pary monet, jaką upatrzył w sklepie z cennymi artefaktami. Musiał tylko dowiedzieć się, kiedy Leonie ma urodziny... miał nadzieję, że bliżej maja niż grudnia!
Wtem pufek łapczywie zaatakował nos Leonie, a Jasper—niczym na jej rycerza przystało—
—parsknął śmiechem, takim niekontrolowanym do łez.
- I na co ci były te jabł—ej! - śmiejąc się, nie zdołał nawet odgonić Figi, która rzuciła się na jego smarki (przy śmiechu do łez dostęp do nich był zresztą ułatwiony).
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Leonie Figg
Akolici
he was hanged from the gallows that he built for me.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
04-01-2026, 13:09
Parsknęła, słysząc przeciągane zgłoski swojego imienia. Jasper wydawał się być w szampańskim humorze i Leonie przypisywała to działaniu pufkowej słodyczy, urokowi dużych paciorkowatych oczu, które zerknęły na niego, kiedy z gardła mężczyzny wydobył się chichot. Może powinna mieć pretensje o niepodzielenie się cukierkiem, ale miała wrażenie, że cukier i tak uderzył jej do głowy, jak gdyby wyłapywała jego cząsteczki z powietrza, równie wesoła, równie swobodna, równie szczęśliwa decyzją, którą podjęli w bezgłośnym porozumieniu przed witryną menażerii na Pokątnej. Do czasu.
- Z kim? - zmroziło ją na moment, powieki otworzyły się szeroko, nadając twarzy zielarki sarniego wyrazu. Nie żartowała, bardzo często zapominała, że gdy opowiadał o swojej partnerce, miał na myśli właśnie ją; chyba nie potrafiła uwierzyć, że w życiu Po mogło spotkać ją coś tak pięknego i dobrego. Żadnego dnia u jego boku nie traktowała jak czegoś, czego nie należy celebrować, wręcz przeciwnie, budziła się i zasypiała tak samo wdzięczna za obecność i uczucia Jaspera, czas w ogóle tego nie zmieniał. - Och... - wymamrotała z zawstydzeniem, uświadomiwszy sobie, kogo miał na myśli. - Ze mną - podkreśliła głośno, przede wszystkim dla samej siebie, próbując utrwalić te myśli w ścianach czaszki, wyścielić nimi umysł, aż przestanie reagować lękiem i ukłuciem zazdrości za każdym razem, gdy uzdrowiciel wspomni o "innej" kobiecie. Drobny, jeszcze nieco niepewny, ale szczęśliwszy uśmiech wrócił do kącików ust, myśli zaś powędrowały do dnia, kiedy Colette Rineheart wpadła jak burza do Sennego Fruwokwiatu. - Poznałam ich przy okazji odwiedzin w sklepie. Colette szukała kilku trudniej dostępnych roślin w ramach inspiracji do sztuki teatralnej. Jest artystką, odpowiadała za scenografię. Prawdziwa Francuzka - uśmiechnęła się weselej, wspominając charakter kobiety. - A Leonowi bardzo spodobała się Helga. Chyba od wtedy męczy rodziców o własnego chow-chowa. Powiedziałam mu, że to lew Merlina - opowiedziała teatralnie, z emfazą godną tej istoty. Dobrze ułożony chłopiec zapytał o pozwolenie, zanim wtulił się w popiersie psiny, a Helga pozwoliła mu na to z radością. Ciekawe, jak zareaguje na pufki.
Leonie wzruszyła ramionami z rozbawieniem, nie mając pojęcia o powiązaniach puchonów jako genetycznego kolektywu z żabami, ale kto wie? - Chyba najzwyczajniejszą, szczerze mówiąc nie jestem pewna... Wyglądała normalnie - oceniła z niewielką wprawą, a potem dźgnęła rozchichotanego Jaspera w bok łokciem. Jego humor nie bladł, tylko przybierał na sile, rozbawienie przygasło dopiero na wspomnienie losu jednego z jej braci, straty nadal rozdzierającej serce. Pewnie dlatego tak dobrze go rozumiała, identyfikując się z cierpiącym po stracie Severusa czarodziejem. - Basil? Najpierw stwierdził, że zamieniłam się z ropuchą na mózgi - ciągnęła z czułym uśmiechem, - ale potem uznał to za dowód sympatii i powód do dumy, bo mogłam nazwać ją Arlo Drugi, ale wybrałam jego - a teraz ani jeden, ani drugi już nie żył. Nie wyobrażała sobie, jak znosił to Arlo, zmuszony wspominać utraconą część duszy, kiedy spoglądał w lustro i widział odbicie twarzy Basila, identycznego bliźniaka; Leonie zostawiła go z tym samego. - Jak wygląda droga od Cycerona do Stokrotki? - spytała ze szczerą ciekawością, unosząc brwi. Na przestrzeni lat coś w guście i preferencjach Jaspera przeszło radykalną zmianę, może po prostu dojrzał. - Są... piękne - odparła zdawkowo na temat memortków. Piękne w swojej ciszy, piękne w ostatnich melodiach, przywodzących na myśl wyciekające z nich wspomnienia. Nie wiedziała jednak, jak to wyjaśnić, a po chwili nie musiała nawet szukać odpowiednich słów, bo język wdarł się do jej nosa przy nie dość szybkim uniku, wydał bardzo nieładny odgłos przy błyskawicznym jedzeniu i cofnął się dynamicznie, oddając jej wolność. Leonie przesunęła się w tył na podłodze i w szoku doświadczeniem przykryła nos dłońmi. - To się nigdy więcej nie powtórzy - zapowiedziała poruszona. Bogowie, jakie to było dziwne. Nie, na pewno nigdy więcej. - Przyniosłam wam owoce! - wytknęła, odgiąwszy palec tylko na tyle, by mogła jego koniuszkiem wskazać na talerz, przy którym Księżniczka nadal beztrosko ucztowała. Przynajmniej jedna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
05-01-2026, 20:21
Cukierek trochę skleił mu usta i tylko dlatego co? rozbrzmiało jedynie w myślach Jaspera zamiast na głos w pokoju. Pytanie Leonie wydało mu się całkowicie pozbawione kontekstu, a spłoszona mina tym bardziej—tyle dobrego, że teraz wyglądała na bardziej zaskoczoną niż przerażoną. W półcieniu nocy zdążył już poznać jak tężały rysy jej twarzy gdy się bała, ona też oswajała się z widokiem jego miny po wizjach—ona jedna, bo albo nikogo nie dopuszczał tak blisko (ze znajomymi jasnowidzami nie dzielił wszak ani nocy ani codzienności), albo nikt nie wiedział, co się z nim dzieje. Na szczęście, nie doświadczył już niczego równie upiornego i przygnębiającego jak ostatni koszmar o kolejnej mugolskiej wojnie, ale krótkie sny i przebłyski zdarzały się co jakiś czas. Próbował się przyzwyczaić do nich tak wytrwale, że czasami udawało mu się je nawet ignorować, tak jak inni próbują ignorować chroniczny ból lub dokuczliwe alergie. Ostatnio chyba zwracał na nie uwagę większą niż zwykle głównie dlatego, że Leonie spoglądała wtedy na niego z namysłem. Nie był jednak gotowy mówić o obrazach pozbawionych użyteczności i sensu, więc zwykle uśmiechał się pokrzepiająco.
Jej obecne zaskoczenie wyjaśniło się samo, gdy zrozumiała (nie wiedział nawet, jak wielkim przełomem jest dla niej to zrozumienie) kogo miał na myśli.
- Oczywiście, że z tobą. - potwierdził z rozbawieniem, ale nie takim wyciskającym śmiech, a ciepłym i łagodnym. Spotykał się z nią, podobała mu się ta myśl i był w na tyle dobrym humorze, że na szczęście nie wziął zaskoczenia Leonie za wahanie albo za oznakę, że zbyt pochopnie przypiął nazwę i łatkę czemuś, na co być może było za wcześnie. Ale obiecali sobie, że mogą być swoją odpowiedzialnością, więc dla niego było to... jasne.
Ale czy na pewno? - pomyśla z krótkim ukłuciem sumienia, bo nawet miły dzień i wesoły nastrój nie były w stanie przyćmić poczucia winy wobec okoliczności ich pierwszego spotkania. Wspominał je miło i z pewną wdzięcznością wobec losu—gdyby nie utrata rozsądku w tamtym barze, być może do dziś mijaliby się z onieśmieleniem—ale gdyby wiedział o historii Leonie rozegrałby je inaczej. Nie wątpił, że chciała go wtedy zaprosić do mieszkania; ale wątpił by potraktowanie w podobnie lekceważący zobowiąznaia sposób dziewczyny tak skrzywdzonej było drogą do jej zdrowej samooceny; winę za jej zwątpienie w swoje intencje przypisywał zatem sobie.
W trakcie krótkiej rozmowy z Leonie dowiedział się o rodzinie Neda chyba więcej niż od samego Neda podczas jego długiej rekonwalesencji w szpitalu—Rineheart ofiarował mu fakty i imiona, a nie detale umożliwiające wyobrażenie sobie Colette i Leona—ale słuchał o tym z milczeniem, niepewny gdzie leżała jego lojalność wobec pragnienia prywatności aurora. - Gryfoni powiedzieliby, że lew Godryka. - zakpił jedynie - Ale wolę lwa Merlina. - błysnął zębami w ślizgońskim uśmiechu.
- A na twoją cześć któryś z nich nazwał... coś? - dociekał ze śmiechem, choć jego oczy zdały się poważniejsze. Czy Severus nazwałby ropuchę po nim czy po Marcusie? Może miałby na tyle taktu i wyczucia ich rywalizacji, że po żadnym; może lepiej tego nie roztrząsać.
Westchnął, gdy Leonie zadała pytanie dość oczywiste—szczerze przekonany, że sama rozumiała drogę od Cycerona do Stokrotki i zadała to pytanie jedynie po to, żeby się ponabijać.
- Naprawdę mam wyjaśnić to na głos? - rozbawienie kazało mu wyjaśnić to na głos, choć może w innej sytuacji by się speszy—powstrzymał. - Cycerona nazwałem pretensjonalnie, na cześć wielkiego czarodzieja, ale koledzy z dormitorium szybko uświadomili mi z czym tak naprawdę kojarzy się to imię. Stokrotka jest bezpretensjonalna i przynajmniej nikt nie żartuje z kobiecego ciała gdy słyszy jej imię. - westchnął, choć gdy powiedział to na głos... - Choć chyba w tym wieku nie powinienem się takimi sprawami przejmować, bo i tak nikt by z tego nie zażartował. - uświadomił sobie ze śmiechem, bo traumy z dormitorium wydały mu się teraz absurdalne. Jeśli Hector znów zirytuje go pytaniami nadmiernie osobistymi, to porozmawia z nim o sowie. Mało brakowało, a pochwaliłby się Leonie tym wspaniałym pomysłem, ale jakoś nie chciał się przyznawać, że chodzi do magipsychiatry. Przez pieprzonego Tobiasa Snape.
- Można w ogóle hodować je w mieszkaniach? Czy marzyłaś o tym w domu rodziców? Chciałaś kiedyś mieć własny dom, czy wolisz miasto? - wystrzelił pytaniami, z których tylko jedno się liczyło. Może nie powinien rozpędzać się w marzeniach, ale od dawna—chyba od ostatniego snu o wisielcu i ostatnich daremnych starań o dziecko—nie pozwalał sobie o niczym marzyć...
A potem niemal popłakał się ze śmiechu, najpierw widząc zszokowaną minę Leonie, a potem jej całkowite poważne zapewnienie.
- Lee, nie znam się na zwierzętach, ale nawet ja wiem, że wolą smarki od owoców! - wykrztusił przez śmiech w odpowiedzi na jej nigdy, bo same pufki rzecz jasna nie mogły odpowiedzieć—Figa spojrzała jedynie na Leonie z czymś, czemu Jasper przypisał szczere oburzenie. Następnie, czując chętniejsze i świeższe źródło pożywienia, ruszyła w stronę nosa roześmianego Jaspera i przyssała się w poszukiwaniu jedzenia, ale...

Jasper śmieje się tak bardzo, że
1. siłą niekontrolowanego wydechu Figa wystrzeliwuje wprost na talerz i Księżniczkę  (niestety razem ze smarkiem, dzięki czemu Księżniczka pozna lepsze przysmaki niż jabłka)
2. siłą niekontrolowanego wydechu Figa wystrzeliwuje z powrotem w stronę Leonie
3. Figa spada mu pod koszulę i nie może się wydostać

wypadło trzy!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:49 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.