• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Derbyshire, Burke Manor > Gabinet Vivienne
Gabinet Vivienne
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
06-08-2025, 11:52

Gabinet Vivienne
Gabinet ten był wyjątkowym prezentem ślubnym od męża – wyrazem jego troski, zrozumienia i szacunku dla jej pasji i potrzeby posiadania własnej przestrzeni. Ściany pomieszczenia w całości pokrywają wysokie regały z ciemnego drewna, wypełnione starannie dobranym księgozbiorem. Przy dużym oknie, przez które wpada miękkie światło dzienne, ustawiono klasyczne biurko, na którym zawsze leży stos książek. Na podłodze leży perski dywan o bogatym wzorze, dodający ciepła i tekstury. Subtelne światło, drewniane powierzchnie i zieleń widoczna za oknem tworzą razem przestrzeń niezwykle przytulną i sprzyjającą skupieniu. To miejsce nie przytłacza, lecz otula – pozwala oderwać się od zgiełku świata i zatopić w świecie myśli, słów i wspomnień.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
27-03-2026, 18:51
Jej słowa lekko mnie uderzyły. Faktycznie, gabinet był mój. Stał się dla mnie taką codziennością, czymś tak naturalnym, że przestałam pamiętać o tym jak wielkim zaskoczeniem była dla mnie złożona przez Xaviera obietnica. Obietnica posiadania w nowym domu tylko swojego miejsca, gdzie będę mogła się rozwijać, gdzie będę spędzać swój czas i robić to, na co będę miała ochotę. Nie każda kobieta miała takie szczęście, dobrze o tym wiedziałam. Sama się już przyzwyczaiłam, żyłam tym życiem i, zamknięta w pewnego rodzaju bańce, nie myślałam o tym, że inne kobiety mają gorzej ode mnie. Uśmiechnęłam się więc do Iris ciepło, to był jeden z lepszych komplementów, jakie mogłam otrzymać na temat tego miejsca.
Gdy spojrzenie gościa przeniosło się na kocurka i ja na niego spojrzałam. Faktycznie czuł się tu niezwykle pewnie, miał swoje ulubione miejsca. Często wygrzewał się na parapecie wystawiając brzuszek do słońca, grzał ogon obok palącego się kominka lub wskakiwał mi na kolana chwilę po tym, jak usiadłam w fotelu. W ciągu ostatnich tygodni zdecydowanie częściej niż kiedyś.
- Długo nie mógł zaakceptować Xaviera - odparłam na jej słowa.
Gładziłam go po sierści czekając na odpowiedź koleżanki na moje pytanie. A gdy usłyszałam jej pierwsze słowa zacisnęłam mocno usta. Wróciły moje własne wspomnienia. Rozmowa z ojcem, postawienie przed faktem dokonanym. Niemożność jakiegokolwiek sprzeciwu, chociaż dobrze z matką zdawali sobie sprawę, że nie małżeństwo było mi w głowie. Nie wyszłam na tym źle, z biegiem czasu dopiero dostrzegłam, że mężczyzna który został dla mnie wybrany (czy też ja dla niego) był, świadomie czy też nie, jednym z lepszych ich wyborów. Okazał się człowiekiem, bez którego teraz nie wyobrażam sobie życia. Gdybym mogła się wtedy sprzeciwić i bym to zrobiła kto wie jak to wszystko by się potoczyło. Może kolejna szansa byłaby zdecydowanie gorszą opcją? Jednak nie było o czym gdybać. Bo i po co? Moje życie ułożyło się dobrze.
Pozwoliłam jej mówić. Potrzebowała tego. Tak jak ja miałam wtedy Primrose, której mogłam się wyżalić. I mimo że stawiałam ją w niekomfortowej sytuacji, w końcu to dotyczyło jego brata, to pozwoliła mi mówić i wyrażać swoje uczucia przyjmując je na klatę. Tym samym ja mogłam poczuć się lepiej. Pozwolenie sobie na ujście emocji, wyrażenie ich słowami potrafiło pomóc. Sama już się o tym bardzo dobrze przekonałam nie raz. Gdy powiedziałam na głos to co się we mnie kłębiło, nagle to wszystko przestawało być aż tak trudne. Aż tak straszne. Gdy padło pytanie, zamyśliłam się na chwilę. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak szybko zdążę zapomnieć o tych wszystkich negatywnych emocjach, które wtedy odczuwałam. Lekko opuściłam wzrok na kota, prezent przedślubny, gdy Xavier dowiedział się jak bardzo lubię te zwierzęta. Spojrzałam na Iris.
- W zeszłym roku wyjechałam na chwilę do Norwegii, mój pierwszy wyjazd, współpraca z archeologami przy tamtejszych wykopaliskach. Dobrze wiesz, że nie w głowie miałam małżeństwo. Gdy tylko wróciłam ojciec poprosił mnie do siebie i poinformował mnie, że on wraz z głową naszej rodziny, Alarickiem, oraz Silvanus Burke ustalili moje i Xaviera narzeczeństwo. Byłam przerażona, wściekła, wręcz zrozpaczona… Bo gdy w końcu pozwolono mi na zajęcie się czymś co naprawdę mnie interesowano poczułam, że ktoś zaraz mi to odbierze - zatrzymałam się na chwilę, jedną ręką sięgając po filiżankę, a drugą gładząc kota po grzbiecie. Upiłam łyk i cichutko westchnęłam. - A potem zaczęłam poznawać swojego narzeczonego. Na początku było sztywno, dziwnie, przede wszystkim dlatego, że Xavier miał już żonę, którą utracił, a bycie tą drugą… Sama rozumiesz. Ale zaczęliśmy się poznawać, coraz lepiej i lepiej. I wydaje mi się, że to był ten moment kiedy poczułam, że to przestaje się dziać obok, a ja faktycznie jestem w środku. W centrum. I mam coś do powiedzenia. Mój narzeczony mnie słuchał, chciał znać moje zdanie i, po prostu, polubił mnie, a ja jego. Czy ty i pan Flint - spojrzałam na nią z zaciekawieniem lekko przechylając głowę - mieliście już okazję spędzić razem trochę czasu? Poznać się lepiej?
Kot zamruczał na moich kolanach łapkami opierając się o mój brzuch. Spojrzałam na niego lekko unosząc kąciki ust ku górze. Xavier mówił, że Zefir nie odstępował mnie na krok, ponieważ czuł moją ciąże. Jeszcze nic nie było widać, wiedziała tylko najbliższa rodzina. A ja z dnia na dzień coraz bardziej oswajałam się z tą myślą, że noszę pod sercem syna lub córkę mojego męża.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
28-03-2026, 08:53
Nie przerywała, nie wchodziła w słowo, nie próbowała dopasować historii Vivienne do własnej zbyt szybko, jakby obawiała się, że zbyt pochopne odniesienie się do jej słów mogłoby być nietrafionym. Pozwoliła jej mówić do końca, słuchając ją z tą szczególną uważnością, która z zewnątrz wyglądała jak nienaganna uprzejmość, lecz w rzeczywistości była czymś znacznie bardziej wymagającym - próbą uchwycenia sensu, który nie zawsze był wypowiedziany wprost, a między wierszami. A Iris zdawała się być mistrzynią w tej kwestii, chociażby ze względu na swoją pracę. Szukała w tej opowieści momentu przełomu, punktu, w którym coś się zmienia. Momentu, który mogłaby rozpoznać, gdy nadejdzie dla niej samej.
Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na dłoniach Vivienne, przesuwających się spokojnie po miękkim futrze kota. Ten gest - powtarzalny, cichy, niemal automatyczny - miał w sobie coś, co trudno było zignorować. Coś, co mówiło więcej niż słowa. Była w nim stabilność. Oswojenie. Poczucie, że rzeczy, które kiedyś wydawały się obce, z czasem mogą stać się własne. Iris przyglądała się temu uważnie, jakby próbowała zrozumieć, czy taki stan rzeczywiście istnieje… czy jest jedynie efektem przyzwyczajenia. I wtedy poczuła, jak coś w niej reaguje na tę wizję. Nie była pewna, czy to ulga, która przychodzi na myśl o możliwym spokoju… czy raczej sprzeciw wobec myśli, że spokój ten może oznaczać rezygnację z czegoś, czego jeszcze nie zdążyła nawet zaznać.
— To brzmi… dobrze — Powiedziała w końcu, powoli, z wyraźną ostrożnością w głosie, jakby każde słowo musiało zostać przepuszczone przez wewnętrzny filtr, zanim opuści jej usta. — Lepiej, niż mogłabym się spodziewać.
Na moment odwróciła wzrok, jakby sama myśl była zbyt bliska, zbyt osobista, by utrzymać ją bez dystansu. — I może właśnie to jest najbardziej niepokojące — Dodała ciszej, bardziej do siebie niż do Vivienne. Jej palce poruszyły się lekko na kolanach, jakby próbowała rozproszyć napięcie, które od kilku dni nie chciało jej opuścić. Od rodzinnej kolacji minie zaraz pięć dni - pięć dni odkąd jej ojciec ponownie przekonał się, jak wiele błędów wychowawczych popełnił. Pięć dni odkąd zarówno Augustus, jak i Euphemia Nott, spoglądali na swoją jedyną córkę z nie lada rozczarowaniem. Od zawsze dostrzegali w niej pierwiastek buntu, którego nie zaznali we własnej młodości - ale Iris wie i wiedziała to od zawsze, że nie uświadczy nigdy czułości w ich spojrzeniu, a jedynie zawód. Zimne oczy ojca nawiedzały ją w snach i robiły to też teraz - aż poczuła dreszcz przebiegający ją wzdłuż kręgosłupa. Och, ileż by oddała za matczyny, czuły uścisk... za pokrzepiające słowa dodające jej wiatru w skrzydła. Być może wizja wzięcia za męża mężczyzny, którego nie znała, nie byłaby tak przerażająca.
Odsunęła od swoich myśli rodziców. Vivienne mogła dostrzec w twarzy swojej koleżanki, że coś ją wyraźnie rozproszyło - Iris zdradzały oczy. Te, zdające się emanować nieugiętością stali i zimnem burzy, wyrażały zawsze najwięcej emocji. Teraz był to smutek. Żywy, nieznośny. Tęsknota za ciepłem rodzicielstwa, którego nigdy nie doznała.
Odchrząknęła, poprawiając się na krześle i przenosząc wzrok na wznoszące się rzędy ksiąg. Imponujący widok. Oczywiście zbiór nie dorównywał temu w archiwach jej rodowego zamku, ale sam fakt ich licznej obecności sprawiał, że młoda Nott czuła się... swobodniej. Jak w swoim naturalnym środowisku. — To oznacza, że wszystko może potoczyć się… właściwie — Wymamrotała, pokładając wiarę w te słowa. — Że mogę się przyzwyczaić. Że mogę nauczyć się tego życia. Może nawet… je polubić.
Na pytanie Vivienne nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego jej spojrzenie przesunęło się na Zefira, który poruszył się leniwie, zupełnie nieświadomy ciężaru tej rozmowy. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie skupić się na tym widoku - czymś zwyczajnym, niewinnym, niezależnym od decyzji podejmowanych przy zamkniętych drzwiach i podpisywanych cudzymi nazwiskami. Ten drobny moment zawieszenia był jak oddech, którego potrzebowała bardziej, niż była gotowa przyznać. Dopiero potem wróciła spojrzeniem do Vivienne. — Jeszcze się nie spotkaliśmy — Odpowiedziała spokojnie, ale w tym spokoju była wyraźna linia oddzielająca fakt od wszystkiego, co wokół niego narosło. Krótka pauza. — Wszystko, co o nim wiem… pochodzi od innych.
Jej głos nie był ostry, nie był też oskarżający - ale miał w sobie coś, co wyraźnie zaznaczało granicę. Jakby chciała podkreślić, że ta wiedza, choć uporządkowana i logiczna, nie należy do niej w pełni. — Jest odpowiedni. Rozsądny. Dobrze wychowany — Wymieniła niemal mechanicznie, jakby powtarzała słowa zasłyszane wielokrotnie, aż straciły swój pierwotny ciężar. — Dokładnie taki, jakim powinien być — Na moment zamilkła, a cisza, która zapadła, nie była pusta. — I to sprawia, że nie mam się czego uchwycić — Dodała ciszej, a jej spojrzenie na chwilę zgasło, jakby właśnie to było sedno problemu, którego nie potrafiła wcześniej nazwać. — Gdyby był nie do przyjęcia, gdyby było w nim coś, czemu mogłabym się sprzeciwić… — Urwała lekko, jakby ta myśl była zbyt prosta, by mogła być prawdziwa. — Wszystko byłoby prostsze.
Oparła się nieznacznie o oparcie fotela, ale w jej postawie nie było rozluźnienia. Raczej próba utrzymania kontroli nad czymś, co narastało od kilku dni i nie znajdowało ujścia. Jej palce znów splotły się na kolanach, tym razem mocniej, jakby ten gest miał ją zakotwiczyć w teraźniejszości. Uniósłszy wzrok, spojrzała na Vivienne z tlącym się żarem w oczach. Przez chwilę analizowała słowa jasnowłosej, a wewnątrz niej narastał podziw wobec niej - na jej barki zrzucono nie lada ciężar. Druga. Przed jak ogromnym wyzwaniem stanęła Avery - i podołała mu, najlepiej jak potrafiła. Sytuacja Iris była niczym w porównaniu z jej. Aż zrobiło jej się głupio, przez co lekko skuliła głowę, wbijając wzrok w podłogę. Rumieniec wstydu wpełzł na jej policzek, a zęby mimowolnie zacisnęły się.
— Moje rozterki brzmią tak trywialnie w porównaniu z tym, z czym musiałaś zmierzyć się Ty — Skrucha przebijała się przez jej ton. Miała nadzieję, że koleżanka nie będzie odtąd spoglądać na nią z dezaprobatą. Że nie potępi jej, nie uzna za słabą. Ceniła sobie towarzystwo Vivienne na każdych uroczystościach, w których uczestniczyły wspólnie; na każdym spotkaniu, gdzie za młodu podpierały ściany i próbowały dopasować się do życia dorosłych. Nigdy nie miały okazji bardziej zacieśnić relacji, choć Iris żywiła nadzieję, że kiedyś się to zmieni. Nie chciała teraz zaprzepaścić swojej przyszłej szansy. — Ja po prostu... — Wzbierające się łzy pod powiekami zdawały się być upustem wszystkich myśli, które od czwartego maja zaprzątały jej umysł. Popatrzyła na kobietę i wtedy kilka samotnych kropel pociekło po jej policzkach. Dolna warga lekko zadrżała, gdy Iris wezbrała więcej powietrza w płuca. — Boję się. Moja matka nigdy nie... nie poświęciła... — Urwała, przełykając ciężko wzbierającą się gulę w gardle. Ten temat okazywał się jeszcze cięższy niż przypuszczała. — Nigdy nie powiedziała jak być dobrą żoną. Dobra żona daje potomka. A ja... — Pokręciła głową, przerywając. Jej wargi zacisnęły się mocno w cienką linię, a łzy ginęły w kołnierzu jej ubrania. Och, jak bardzo potrzebowała tego spotkania z Vivienne...
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
09-04-2026, 21:47
Przez miesiące walczyłam ze swoim strachem i niechęcią, zła i wściekła za to, co mnie spotkało. Ale minęło trochę czasu, poznałam swojego męża i okazało się, że bycie żoną wcale nie jest takie straszne. Bycie jego żoną, bo gdyby moim mężem był ktoś inny, to nie jestem pewna, czy mogłabym powiedzieć to samo. Teraz był we mnie spokój, nadszarpnięty jedynie wiedzą o ciąży, która wciąż skrywana była w tajemnicy. Strach zaglądał, co jakiś czas brał mnie w swoje szpony. Ale wiedziałam, że nie byłam w tym sama. I chociaż tak bardzo się bałam przyszłości, tak ten strach nie mógł nade mną zapanować, gdyż uczucie wsparcia Xaviera czy Primrose było silniejsze.
Iris mi nie przerywała, pozwoliła mi mówić ale widziałam jak uważnie mi się przygląda. Jakby oceniała, czy słowa, które padają z moich ust były prawdziwe lub były jedynie wyuczoną formułką, którą powinna mówić każda kobieta mająca męża. Ale ja nie miałam powodów, by ją okłamywać i mydlić oczy. Mówiłam jej prawdę, ta prawda była z mojej perspektywy i była najprawdziwsza jaką znałam. To od niej zależało, czy mi uwierzy. Iris w swoich słowach była bardzo ostrożna, jakby nie do końca była ich pewna. Jakby się czegoś bała. Przechyliłam lekko głowę nie przerywając ruchu dłoni po grzbiecie mojego kota. Jego mruk był cichy i kojący. Spojrzałam na jej uciekające spojrzenie, na zaciskające się palce na materiale spódnicy. Odetchnęłam ciężko.
- Czego się boisz? Zmiany? Straty? Wiesz - zaczęłam delikatnie, starając się, aby mój głos był możliwie ciepły i spokojny. - Wyjście za mąż to jedna wielka zmiana, utrata dotychczasowego życia. Ale zyskujesz nowe, które jak sama zauważyłaś, może potoczyć się dobrze.
Oczywiście, że dostrzegłam rozproszenie w jej spojrzeniu. To jak nerwowo poprawiła się na krześle, jak wzrokiem objęła moją biblioteczkę. Ja jednak nie spuszczałam z niej swoich oczu, nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć - kontynuowałam.
- Nie wiem czy chodzi tu o przyzwyczajenie czy nauczenie się. Nie wiem czy ja się przyzwyczaiłam i nauczyłam, rodzina Burke wciąż momentami jest dla mnie zagadką, a ich zwyczaje kompletnie nieznane. Za to kiedy poznałam swojego męża, ale to nie było od razu… nie będę cię okłamywać, to trwało i musiałam wiele rzeczy sama przemyśleć, dopiero wtedy zaakceptowałam. To był ten kluczowy moment
Nie wiedziałam, czy moje słowa do niej trafiają. Czy są tym co chciała usłyszeć. Stojąc z boku i słuchając swoich słów, mogłabym pomyśleć, że opowiadam romantyczną historię z miłością od pierwszego wejrzenia. A wcale tak nie było. To trwało i wymagało zaangażowania z obu stron, z mojej bardziej, bo to co dla Xaviera było naturalne, dla mnie było nie do pomyślenia.
Nie naciskałam z odpowiedzią, spokojnie czekałam aż Iris będzie gotowa, by ruszyć kolejny temat. Uniosłam filiżankę, upiłam łyk. Miałyśmy czas. Dopiero po chwili ponownie na nią spojrzałam, wtedy kiedy zaczęła opisywać swojego narzeczonego słowami tak bardzo pozbawionymi jakichkolwiek uczuć. Ale absolutnie jej się nie dziwiłam, skoro go nawet jeszcze nie spotkała.
- I na pewno taki jest, śmiem wątpić w to, że twoja rodzina specjalnie znalazłaby ci kogoś niewychowanego, nierozsądnego - westchnęłam. - Moi rodzice nie wzięliby pod uwagę mojego sprzeciwu. To była decyzja głowy rodu, nie było mowy o jakimkolwiek “ale”. Alaric Avery wymaga absolutnego posłuszeństwa. Z tego co się orientuję, to Octaviuss Nott jest bardzo konserwatywny, prawda? Nawet jeśli znajdziesz coś, co mogłoby pozwolić ci się sprzeciwić, to czy twoja rodzina weźmie to pod uwagę? Nie zrozum mnie źle, Iris - spojrzałam na nią uważnie. - Nie jestem pewna, czy jesteśmy w pozycji, aby się sprzeciwiać.
Na jej kolejne słowa jedynie pokręciłam głową. Nie byłyśmy tu, by się licytować. Której rozterki i przeżycia są ważniejsze lub mniej ważne. Która przeszła lub przejdzie więcej. Bycie pierwszą żoną to co innego niż bycie drugą. Każda wolałaby być pierwsza, ale teraz, kiedy wiedziałam już jakim uczuciem darzy mnie mój mąż i co ja czuję do niego, absolutnie mi to nie przeszkadzało.
Ciche westchnienie wyrwało mi się widząc pojawiające się łzy pod powiekami panny Nott. Machnęłam różdżką przywołując drewniane pudełeczko z chusteczkami i ustawiłam je na stoliku tuż przed nią, aby mogła się nimi poczęstować.
- Moja matka też mi nic nie powiedziała. Jedyne co od niej słyszałam, to że powinnam być posłuszna mężowi, słuchać się go i zawsze trzymać jego stronę. Jestem żoną od trzech miesięcy i zgadzam się tylko z jednym - aby trzymać jego stronę, bo jesteśmy jednością. Ale nie powiedziałabym, że słucham się go we wszystkich kwestiach czy zawsze przyznaję mu rację - odpowiedziałam głosem pełnym emocji. - Matka też nie powiedziała mi jak wyglądają relacje z mężem, jak wygląda noc poślubna. Będzie boleć bo ma boleć, potem pojawi się syn. Nie znam żadnej, którą matka uświadomiła by bardziej. To przychodzi samo, Iris, oh, nie płacz. Nawet go jeszcze nie spotkałaś, dlaczego już myślisz o dawaniu mu potomka? - Zapytałam łamiącym się głosem.
W moim łonie rozwijał się potomek mojego męża. Nie wiedziałam jak się zachodzi w ciąże, nigdy tego dziecka nie chciałam i teraz siedziała przede mną dziewczyna, która miała dokładnie te same obawy. Nie byłam w stanie powstrzymać łez. Sama sięgnęłam po chusteczkę i otarłam policzki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
11-04-2026, 09:03
Siedziała nieruchomo, z dłońmi splecionymi na kolanach, jakby każdy, nawet najmniejszy ruch mógł naruszyć kruchą równowagę, którą z takim trudem w sobie utrzymywała. Słowa Vivienne nie minęły jej bez echa - nie mogły. Osiadły się w niej powoli, ciężko; nie potrafiła ich zignorować. Nie były pocieszeniem. Były możliwością. A możliwość, że to wszystko - małżeństwo, oddanie, podporządkowanie - może być dobre, była dla niej niemal bardziej niepokojąca niż wizja nieszczęścia. Jej spojrzenie zatrzymało się na dłoniach Vivienne, przesuwających się spokojnie po miękkim futrze kota. Ten gest był powtarzalny, cichy, niemal hipnotyzujący. Właśnie to wywołało w niej reakcję - subtelną, ale wyraźną. Coś między ulgą a sprzeciwem. Między pragnieniem spokoju a lękiem, że spokój ten oznacza rezygnację z części siebie, której jeszcze nie zdążyła nawet poznać. Wzięła powoli oddech. — Wszystkiego — Wyznała cicho, sięgając po chusteczkę, której brzegi przycisnęła do kącików oczu i dzięki temu powstrzymała cisnące się łzy. Słowo było krótkie, niemal zbyt proste jak na ciężar, który niosło.
Jej palce zacisnęły się mocniej na chusteczce, którą teraz trzymała zwiniętą w dłoni, tę jednak spowrotem ułożyła na swoich udach, nieco rozluźniając swoją postawę. Przez chwilę analizowała wypowiedź Vivienne i dostrzegała w nich wyjątkową dojrzałość, co sprawiło, że przez ułamek sekundy pozazdrościła jej koleżance. Przypomniała sobie ostatnią kłótnie z Amodeusem, ich słowną potyczkę,  emocje, które brały górę nad i - choć starał się zachowywać względny spokój - nad nim. Moment, w którym wykazała się dziecinnością, a przecież była już dorosła i powinna być dojrzała. — Zmiany… — Wyjaśniła po chwili, już ciszej. — I tego, co po niej zostanie.
Jej wzrok zatrzymał się gdzieś pomiędzy - na przestrzeni, która nie należała ani do niej, ani do rozmówczyni. Jakby szukała tam odpowiedzi, której żadna z nich nie mogła jej dać. Słuchała dalej - o czasie, o poznawaniu, o akceptacji, która nie przyszła od razu. I coś w niej poruszyło się głębiej. Bo w tej opowieści była jedna rzecz, której Iris nie potrafiła w niej odnaleźć dla siebie. Czas. Stalowe tęczówki na moment złagodniały, ale zaraz przygasły. Lawirowały między jasnowłosą a rzędem ksiąg za jej plecami. Jeszcze niedawno ich obecność była dla niej czymś znajomym, niemal kojącym. Teraz wydawały się odległe. Jak świat, który znała - uporządkowany, logiczny, możliwy do zrozumienia. Świat, który nie obejmował tego, co miało nadejść. — Masz rację — Słowom towarzyszył krótki gest dłoni. — W naszym świecie nie ma miejsca na sprzeciw i negocjacje.
„Mężczyźni mogą chodzić gdzie chcą. Robić co chcą. Spotykać się z kim chcą. Wychodzić z tego brudni i wciąż bezpieczni. Tak działa świat, w którym żyjesz, niezależnie od tego, czy ci się to podoba czy nie.”, głos starszego brata rozbrzmiał w jej głowie, odbijał się echem od każdego wspomnienia z George’m. Docierało do niej jak długo karmiła się złudną nadzieją, że może uda jej się wyrwać z systemu praktykowanego przez wieki. Docierało do niej, że pragnęła samej idei wyzwolenia się z okowów aranżowanych małżeństw - bez względu na to kto miałby stać się j e j wybrankiem.
Będzie musiała stawić czoła konsekwencjom uczuć, które narastały w niej przez ostatni rok; będzie musiała zacisnąć zęby i liczyć na to, że wybrany jej przez wuja Leopold Flint, okaże się być dobrym mężem. Tak, jak Xavier dla Vivienne.
Jej ramiona opadły minimalnie, jakby coś w niej ustąpiło - nie w geście rezygnacji, lecz uznania czegoś, co i tak było nieuniknione. Spojrzeniem wróciła do Vivienne i lekko ściągnęła brwi. Pytanie zbiło ją z tropu - czy nie najważniejszym w zawarciu małżeństwa było jak najszybsze danie potomka? Czy nie o to, przede wszystkim, chodziło? O przedłużenie rodu - urodzenie s y n a, bo to on dalej będzie nosić nazwisko. Co jeśli powije dziewczynkę? Czy nie okaże się wtedy rozczarowaniem dla swojego męża, jego rodziny, a także swojej?
Zamrugała parokrotnie powiekami nabierając do płuc więcej powietrza. Chaos. To było odpowiedzią na pytanie Vi - chaos, który panował w jej głowie od czwartego maja.
— Bo gdy myślę o małżeństwie to danie potomka, syna, wydaje się być najważniejszym obowiązkiem, który ma spełnić małżonka — W y d a j e się, bo całą wiedzę, którą miała na ten temat czerpała z własnych przemyśleń, obserwacji zamężnych kuzynek i koleżanek i nielicznych źródeł pisanych. Tych ostatnich, miała wrażenie, że było więcej spisanych przez mugolskich autorów, więc nie sięgała do nich zbyt często. Jak niechlubnie przed sobą przyznawała, jedyną osobą spoza kręgów czarodziei krwi błękitnej czy czystej, którą tolerowała był George. — Czasem mam wrażenie, że mój ojciec zamiast mnie wolałby mieć czwartego syna — Wyznanie to zdaje się ją wiele kosztować, bo dotychczas zatrzymywała je dla siebie. Nerwowy uśmiech wpełzł na jej usta, wykrzywił je dość mocno jak na okoliczności. Niczym brzytwa, której próbowała się chwycić w trakcie, gdy tkwiła w wirze rodzicielskich nieprzychylności i ojcowskiego chłodu.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 17-04-2026, 00:31 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.