• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Północny Londyn > Szpital św. Munga > Sala chorych
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-06-2025, 15:39

Sala chorych
Sala chorych w Szpitalu Świętego Munga to spokojny pokój, w którym przebywają pacjenci wymagający krótkiej lub długotrwałej opieki w zależności od specyfiki przypadku. Ściany zdobią delikatne wzory magiczne, które zmieniają się w zależności od pory dnia, a przez większość dnia oświetlenie jest raczej subtelne. Wzdłuż ścian ustawiono łóżka z miękką pościelą, a obok nich stoją stoliki z naszykowanymi porcjami eliksirów oraz zaklętymi akcesoriami medycznymi, które nieustannie monitorują stan zdrowia pacjentów. Do sali trafiają osoby wymagające stałej opieki, a uzdrowiciele regularnie sprawdzają ich stan, podając mikstury lub przeprowadzając zabiegi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Oriana Medici
Akolici
niepokorne myśli, niepokoje
Wiek
25
Zawód
magimedyczka, genetyczka, badaczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
4
0
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
8
Brak karty postaci
31-08-2025, 00:03
10-03-62, późne popłudnie

Kołchoz. Tragedia.
Pijawka numer 3, ileż można wypić czarnego portera? Pijawka 5, cukiereczek, tak się napił, że aż stał się cukiereczkiem, bo temperatura ciała spadła. Po drodze kilku przypadkowych ktoś wypił nie ten eliksir, co trzeba, kto inny cuchnął tak, że nie wiedzieli już, który to eliksir, chyba każdy go poparzył. A do tego wpadł w sidła rośliny, ale nikt nie wiedział jakiej, bo chyba opary jakiegoś eliksiru spowodowały u niego halucynacje. Generalnie jednak rzecz ujmując, pracowała na jednym ze spokojniejszych oddziałów. Wypiła już piątą kawę, kiedy więc pielęgniarka zapukała do socjalnego, zrzuciła nogi z krzesła i wysłuchała prośby, z radością w głosie wybiegając na korytarz. Została poproszona na czwarte piętro przez nikogo, jak Bel, do tego miała ponoć kwiatuszki poranione, więc na chwilę coś innego niż panowie, którym trzeba podać AA, czyli antidotum alkoholowe, ale znane także jako anonimowi alkoholicy. Wybiegła, niosąc stukot obcasów w laofersów po schodach i górnym korytarzu, wpadając do sali z numerem 3.
— Jestem!! — powiedziała, w dłoni trzymając przygotowane fiolki. Słyszała o diabelskich sidłach, na dwóch różnych końcach sali siedziały dwie młode dziewczyny, a pośrodku stała Belvina, do której uśmiechnęła się zawadiacko.
— No i co tam kwiatuszki, co się stało? — przyjrzała się dziewczętom, następnie spojrzała na Bel i totalnie zrozumiała, że to jedna to totalnie mały terrierek, co trenuje i się akurat poobijała. Ale ta druga? Na Samopogromie?
Siedząca na drugiej kozetce dziewczyna, wysoka blondynka, płakała rzewnym płaczem. Oriana spojrzała na nią, spojrzała na Belvinę i zaprzeczyła, totalnie nie akceptując faktu, że miałaby się tym wynaturzeniem zająć. Patrzyła się na swoje paznokcie, różowa sukienka błyszczała nowością i nawet nie wyglądała na kogoś, kto potrzebował pomocy.
— A panience co dolega? — Zaczęła, spoglądając najpierw na blondynkę po prawej stronie. Dziewczę pociągnęło nosem, spoglądając na uzdrowicielki i pisnęła — Gelida Spinae na mnie rzucono!!!
Oriana westchnęła lekko, następnie spojrzała w bok na Lizzie.
— Ja się może pania zajmę... — jak nie, to będą losować, ale nie chciało jej się rozmawiać z panną...
Jak ona miała na imię?
— Jak panienka ma na imię? — Spojrzała jeszcze raz na blondynkę.
— Dolores.



SLANG SZPITALNY, POZDRAWIAM
Pijawka - postać pijana, zatucie alkoholowe
Cukiereczek - postac pijana i zatruta alkoholem, ale już wkracza wychłodzenie organizmu i trzeba go owijać kołdrami
AA - antidotum alkoholowe
Terrierek - młodzi aurorzy, na szkoleniu
Oddział Samopogromu - piętro czwarte, Oddział Urazów Pozaklęciowych
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lizzy Evans
Zwolennicy Dumbledore’a
have a kind heart, fierce mind & brave spirit
Wiek
19
Zawód
Kadetka aurorska
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
12
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
6
10
Brak karty postaci
14-09-2025, 18:32
Kto by się spodziewał, że ćwiczenia, w których istotną rolę pełniła jadowita tentakula i diabelskie sidła będą tymi, które skończą się dla części kadetów wizytą w Św. Mungu?
Prawdopodobnie wszyscy.
Zresztą, kadeci korzystali z magicznej opieki zdrowotnej tak często, że trafili nawet do żargonu, którym uzdrowiciele opisywali pacjentów. I choć Lizzy słyszała czasem jakieś dziwne określenia, gdy sama trafiała na oddział, to ból, który jej przy tym towarzyszył, często był silniejszy od ciekawości i chęci drążenia tematu. I dziś, z twarzą zastygłą w grymasie bólu, podtrzymując tylko opuchniętą i pokrytą wysypką rękę, myślała tylko i wyłącznie o tym, aby przestało już boleć. Każde mniej poważne uszkodzenie potrafiła już sobie opatrzyć, kadecka duma wymagała od niej ograniczania wizyt w szpitalu. Niestety, ręka trwająca nieco zbyt długo w uścisku diabelskich sideł, potraktowana później jadem tentakuli była obrażeniem zbyt poważnym, aby poradzić sobie z tym samotnie. Niestety, cierpienie, w którym się znalazła, wydawało się wzrastać z każdą sekundą mijającą w towarzystwie płaczącej dziewczyny. Łkała tak głośno, jakby właśnie coś rozrywało ją na kawałki, hałas jej towarzyszący zupełnie wyciszał syczenie wydostające się spomiędzy zaciśniętych zębów Lizzy.
Nagłe pojawienie się krzyczącej uzdrowicielki było niczym powiew świeżego powietrza. Przynajmniej blondynka postanowiła przestać płakać i zacząć odpowiadać na pytania. W tym samym czasie spojrzenie Evans skupiło się na nadchodzącej z drugiej strony uzdrowicielce, niechybnie zbliżającej się do zajmowanej przez nią kozetki.
— Diabelskie sidła i jadowita tentakula... — udało się jej wysapać, nim odrzuciła głowę w tył, próbując zmusić się do opanowania drżenia ciała. Zacisnęła mocno powieki, w myślach odliczając do pięciu; dalej się nie dało. Gelida Spinae było poważnym zaklęciem pojedynkowym, na którego dźwięk Lizzy sapnęła niekontrolowanie. Powinna zainteresować się tym przypadkiem, może dziewczyna została napadnięta. Udało jej się otworzyć nieco jedno oko, lecz te zaszło piekącymi od bólu łzami. Widziała zatem tylko rozmazany zarys blondynki, która... Cóż więcej mówić, nie do końca wyglądała na przedziurawioną od lodowych kolców. — Ledwo wyrwałam rękę, to wystrzeliły kolejne kłącza, myślałam, że to fruwokwiat i nie odskoczyłam wystarczająco szybko — mówiła dalej, powoli, z przerwami na zaczerpnięcie charczącego oddechu. — Chyba jest złamana — dodała, bo ręka bolała właśnie w ten sam sposób, choć nie słyszała trzasku łamanej kości i pomimo opuchlizny i wysypki, kończyna trzymała odpowiedni kształt. No cóż, nie była uzdrowicielką, ciężko było jej ocenić to samej na podstawie innych objawów niż okropny ból. Zadanie dokładnego zbadania urazu przypadło chyba Belvinie. Oby zrobiła to szybko i w miarę bezboleśnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
27-02-2026, 15:54
23 maja 1962
przejmuję lokację, dogadane

W trakcie ostatniego dyżuru panna Ferreira narzekała na problemy z zawrotami głowy. Tłumaczono jej przecież, że te po zabiegu występowały bardzo często – szczególnie jeszcze zanim magiczna proteza oka połączy się z ciałem na dobre, a ciało zaakceptuje ją i przyzwyczai się do niej. Sanderson stała wtedy nad jej łóżkiem i próbowała wyjaśnić, że nie widziała na nie od dwóch lat, to bardzo dużo czasu – niewystarczająco długo, by zaakceptowała w pełni swój nieszczęśliwy wypadek, ale wystarczająco długo, by ciało zaczęło przyzwyczajać się do niestandardowego stanu rzeczy. Połączenia nerwowe pozostawały zdegradowane i nim zregenerują się, musiała wytrzymać część oczywistych efektów ubocznych. Niemniej – kobieta wciąż pozostawała pod czujną obserwacją, wciąż wysłuchiwano jej zażaleń i kiedy te zaczęły robić się coraz bardziej niepokojące – ponownie poproszono Sanderson o konsultację.
Panna Ferreira widziała cztery obrazy. Cztery obrazy jednym okiem. Nie wirują, po prostu są. Wszystkie cztery, lekko oddalone od siebie. Zlewające się z jednym, wielkim obrazem widzianym przez wciąż zdrowe oko.
– Dziwne… – mówi pielęgniarka, kiedy Moira pochyla się ku twarzy kobiety. Oko wydaje się poruszać normalnie – a sama pacjentka przyznaje, że wcale nie ma problemu z ruchem gałką. Obraz zmienia się należycie, poza dziwnym wrażeniem czterokrotnego powielenia. Źrenica zachowuje się absolutnie dziwnie – nawet jeżeli zaklęcie na niej złożone zostało sprawdzone prawdopodobnie kilka dobrych razy. – Ten model zakładałyśmy chyba dziesięć razy w przeciągu ostatniego roku… – ma rację, a dodatkowo był niemalże niezawodny. Prosty, powolny w adaptacji, ale nigdy nie zawodził w sposób, w który zawodził pannę Ferreirę.
Sztuczna źrenica rozciąga się wertykalnie, potem horyzontalnie, jakby nie umiała rozciągnąć się w sposób należyty i jednostajny wzdłuż każdej z dwóch osi. Różdżka Sanderson zamienia się w źródło światła, którym zbliża się bardzo blisko sztucznej gałki pacjentki. Gdy jaskrawie świecąca końcówka znajduje się może dwa centymetry od oka – źrenica staje w miejscu. Odpowiednio zwężona. Odpowiednio przygotowana na bardzo nieprzyjemne wrażenie tak intensywnego blasku, skierowanego prosto w twarz czarownicy.
– Założę pani opaskę, tylko na chwilę, byle dać pani głowie odpocząć – tłumaczy, zasłaniając pole widzenia zawodnej protezy. Ferreira mówi, że wciąż kręci jej się w głowie, ale jeżeli opisuje swoje wrażenia skutecznymi i celnymi słowami – Sanderson sama dorobiłaby się przy tym zawrotów głowy. Co było jednak przyczyną, a co skutkiem? Zawroty głowy poskutkowały wielokrotnym widzeniem? A może wielokrotne widzenie poskutkowało zwrotami głowy? Drugie wydaje się nielogiczne z perspektywy poprzedniego tygodnia, ale założenie, ze pacjent pominął coś z braku wiedzy… Wcale nie było niemożliwym.
Gdy trafia do szklarni przyszpitalnych, Natasa Doherty zbiera się do wyjścia. Ale nie ma wyjścia innego niż pomoc Sanderson, bowiem ta pojawia się przed jej sylwetką wtedy, kiedy ta obraca się do drzwi. Jakby wyrosła spod ziemi.
– Nie chciałam cię wystraszyć – mówi od razu, analizując wyraz twarzy blondynki. Spieszyła się? Cieszyła się? Podobno słowianie uśmiechali się inaczej, ale Sanderson też rzadko bywała wulkanem pozytywnej energii. Czasami siliła się na uśmiechy (znaczące, często przekonujące) przy pacjentach, przyjaciołach, rodzinie – ale zwykle pozostawała okrutnie wręcz stonowana. – Skończyłaś - zgaduje, nie wie. Może wychodziła na papierosa? Ale palić mogła w dyżurce. - a właśnie mogę cię potrzebować. Znajdziesz chwilę? – chyba ciężko będzie odpowiedzieć nie, skoro ubrana w medyczny kitel Moira stała dosłownie przed tobą i patrzyła wprost na ciebie. Mogłaby zgarnąć kogokolwiek innego, ale gdy zobaczyła już przed oczami kręcone włosy młodej zielarki – uparła się, zębiskami chwyciła jej łydkę i ani zamierzała puszczać. – Mam jedną pacjentkę, na której chciałabym przetestować kilka eliksirów… – testowanie na pacjencie nie brzmi dobrze, więc musi sprostować. – Nie są to niebezpieczne testy, gwarantuję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
13-03-2026, 13:25
Ognisty krzew nie chciał się przyjąć. Niewłaściwa wilgotność, nieodpowiednia temperatura, stężenie światła, miąższość gleby, a może obecność obcych partykuł w powietrzu – trudno było wskazać jednoznaczną, pewną przyczynę kolejnej porażki, tymczasem cierpliwość przełożonej miała się na wyczerpaniu. Widząc jej zbladłą twarz i zaciśnięte w wąską linię usta, kiedy znalazły dziś rano dogasające szczątki krzewu w specjalnie przygotowanej dla niego piwniczce, przez moment nie była pewna, czy uda jej się podtrzymać w niej wiarę w to przedsięwzięcie. Pozyskiwanie jednak ingrediencji z rosnących dziko krzewów było kłopotliwe i kosztowne, w dodatku – nie znaleziono jeszcze skutecznego sposobu, by przechowywać je przez dłuższy czas, jeśli więc chciały dostarczyć szpitalnym alchemikom materiału do prowadzenia badań nad jego leczniczym potencjałem (jeśli sama chciała uzyskać dostęp do tego materiału dla własnych badań) wymagałoby to zapewnienia regularnych – i kosztownych – dostaw świeżych składników. Gdyby udało im się z powodzeniem zasadzić krzewy przy szpitalu, zbliżyliby się o krok, jak szczerze wierzyła, do przełomu. Powszechnie wierzono, że posiadały niezwykły potencjał, tymczasem ich właściwości pozostawały w większości jeszcze niezbadane, jak sądziła – głównie przez trudność w pozyskiwaniu z nich ingrediencji i ich nietrwałość. Razem z przełożoną spędziły długie godziny, dyskutując na temat warunków, jakie należało im przygotować, środków ostrożności, jakie będą musiały zastosować, by nie puścić szklarni z dymem i nie narazić nikogo na niebezpieczeństwo, sposobów postępowania z nimi przez personel (początkowo miała zajmować się nimi sama, mogłaby więc bez problemu część ingrediencji przemycać do własnej pracowni); jeszcze dłużej rozprawiały o tym, co będzie należało zrobić później – o projekcie wyhodowania odmiany o rozszerzonej tolerancji środowiskowej; i o tym, jakie mogło to otworzyć możliwości, gdyby im się udało wyhodować przynajmniej takie, które zdołałyby przetrwać – choćby początkowo w osłabionej formie – w przygotowanej dla nich piwniczce, która wcześniej służyła za skład wszelkich rzeczy, które jeszcze się mogą przydać w nieokreślonej przyszłości, która nigdy nie nadchodziła.
Najpierw jednak należało skutecznie przesadzić endemiczny krzew z jego jaskini do tej nieszczęsnej prowizorycznej nory, dla rośliny wyraźnie nieprzekonującej – to być może miało być największym wyzwaniem tego przedsięwzięcia; sprowadzony parę dni temu okaz zamienił się w rozczarowującą kupkę popiołu, choć jeszcze wczoraj, choć trochę przygasły, nie wydawał się wcale umierający. Geolog, z którym konsultowała warunki, wspominał o cyrkulacji powietrza; być może nie doceniła istotności tego czynnika. Spróbujemy jeszcze raz, oznajmiła wreszcie przełożona, najwyraźniej posiadając jeszcze strzęp nadziei, że zdołają zrozumieć wymagania rozkapryszonej rośliny; dokładniej: że zrozumie je Nataša.
– Może zaczynamy w niewłaściwym miejscu. Gdybyśmy zaczęły od uzyskania nasion odpowiedniej krzyżówki, zamiast je tu przesadzać... – mruknęła, spoglądając na ostatnie płomyczki pląsające po poczerniałych gałązkach.
– W godzinach pracy potrzebna jesteś tutaj – usłyszała wymowną, jeszcze trochę zirytowaną odpowiedź. Od początku przestrzegała ją, że ten eksperyment nie powinien kolidować z jej zwykłymi obowiązkami; nie byli w końcu centrum badawczym ani eksperymentalną hodowlą finansowaną przez znudzonych mecenasów, a uzyskanie zgody na te nędzne próby było już wystarczająco kłopotliwe, by próbować uzyskać kolejne. Oczywiście, odpowiedziała, wymieniając z nią krótkie spojrzenie, zanim kobieta nie zostawiła jej samej, z karkołomną gonitwą myśli próbujących ułożyć się w realistyczny plan. Mogłaby odnowić kontakt ze znajomymi ze Stowarzyszenia Zielarzy; poprosić o pomoc – wynalazła więc chyba właśnie rzecz jeszcze trudniejszą niż przesadzenie tego nieszczęsnego krzewu.
Należało tymczasem wrócić do zwykłej pracy – wiosna oznaczała, że znów mieli pełne ręce roboty i kiedy doczekała się wreszcie fajrantu, w ramionach czuła przyjemną, zmęczoną obolałość; w kręgosłupie – zmęczoną i nieprzyjemną. Kierując się ku drzwiom, marzyła o ciepłej kąpiel, by rozluźnić spięte mięśnie, tymczasem pomiędzy nią a marzeniem nieoczekiwanie stanęła doktor Sanderson, wciąż w swoim kitlu i z wyraźną służbową determinacją, kiedy przyszpilała ją spojrzeniem jak szpilką – raczej marny – okaz pospolitej ćmy do swojej kolekcji. Drgnęła zaskoczona, dając się przyszpilić w miejscu; odpowiadając jej wzrokiem pytającym, zanim zdążyłaby to pytanie uformować.
– Nie szkodzi – odparła odruchowo. – To miłe zaskoczenie.
Przez moment chciała powiedzieć jej, że przełożona już wyszła, jednak krótkie stwierdzenie Moiry sygnalizuje, że wcale nie była jej potrzebna. Dyskretnie wyprostowała sylwetkę pod jej uważnym spojrzeniem; nie chciała sprawiać wrażenia zmęczonej, raczej do dyspozycji, choć wątpiła, by dla Sanderson zmęczenie miało być wystarczającą wymówką, by jej nie zatrzymywać lub by nie zatrzymywać siebie. I w tym były zresztą do siebie podobne. Uśmiechnęła się lekko, cieniem w kącikach ust i przejaśnieniem w źrenicy.
– Skończyłam – potwierdziła, gestem dłoni zwracając uwagę na trzymane w niej robocze rękawice. Mogę cię potrzebować sprawiło jej cichą przyjemność; po tym, jak Sanderson oznajmiła, że nie jest jej nic dłużna, obawiała się, że na tym ich kontakt mógł się zakończyć, nie mając żadnego usprawiedliwienia w powodach zawodowych; z powodów zaś osobistych nie ośmieliłaby się chyba go narzucać. W odpowiedzi kiwnęła zgodnie głową, tym samym zachęcając ją, by powiedziała więcej. Zmęczenie zdawało się odbijać w świadomości ledwie echem, coraz odleglejszym, tak samo poślad odniesionej dziś rano porażki.
Sięgnęła za plecy, by szarpnąć niedelikatnie za wiązanie roboczego fartucha.
– Na jaką przypadłość? – odbiła w zgodzie rzeczowym pytaniem, wciskając rękawiczki do kieszonki, by zzuć zaraz z siebie zielarski mundur, pilnie, jak na rozkaz. – I co chcemy osiągnąć? – była przyjemnie świadoma popełnionego instynktownie my, choć kiedy znalazła znów błękit jej powściągliwego w ekspresji spojrzenia, nagle świadoma dokuczliwie, obawiając się, że mogło to wybrzmieć zuchwale.
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
20-03-2026, 21:43
Tak więc przez chwilę jeszcze tkwią w sytuacji, w której udają, że prośba jest prośbą do potencjalnego odrzucenia; kiedy patrzyły sobie w oczy i chyba doskonale zauważały kładący się na twarzach cień zmęczenia – zarówno u jednej, jak i u drugiej. Przez tygodnie, kiedy ich kontakt znowu ograniczył się do wymiany spojrzeń na korytarzach wielkiego ula pełnego pracowitych pszczół – myślała, że wspomnienie związane z ostatnią wymianą uprzejmości odpłyną, przeminą i nie wrócą. Zaskakiwała siebie samą aktem sentymentu – cieniem zmieszania, jaki pojawiał się w jej ciele, kiedy przyglądała się młodszej kobiecie. Kiedy ostatnio rozmawiały – obawiały się powtórki wydarzeń, które przyciągnęły ich żywoty do siebie przed wielu laty. Obecnie śledzić mogły doniesienia gazet – słyszeć głosy sprzed wielu tygodni, nieco przycichłe już, ale wciąż aktualne. Niepokoje, nieznane symbole, niepotrzebna śmierć, interwencje aurorskie. Gdy przyglądała się młodej, zmęczonej Natasy – w tym świetle mogłaby może zauważyć w niej siebie sprzed wielu lat. Blondynka bez uśmiechu, przepracowana, skupiona. Gotowa pomóc starszej uzdrowicielce nawet kosztem własnego wolnego czasu – czy z grzeczności, czy z miłości do swojej pracy (pracoholizmu, nazwijmy to po imieniu), czy strachu, czy sentymentu.
– Odpoczniemy jak skończymy, może wypijemy razem kawę.
Gdzie w głowie Natasy pojawiają się wątpliwości nad zuchwałością rzuconego my – Sanderson znajduje jedynie żywą chęć do pomocy. Nie ma dla niej znaczenia używana w warunkach szpitalnych nomenklatura – tak długo jak ich działania prowadziły bowiem do medycznego sukcesu i ulgi cierpiących pacjentów – mogły porozumiewać się i hieroglifami, tak długo jak czyniły to z należytym, wzajemnym szacunkiem. Zwykła twierdzić – zapewne już od dawna – że tak samo jak nigdy nie odmówi pomocy nikomu w potrzebie, niezależnie od jego statusu krwi, reputacji czy innych, pozornie dzielących zmiennych (wygodnie omijając przy tym mugoli), nie odmówi również pomocy nikogo, kto wydawał się do niej chętny. I oczywiście – w warunkach tych sama wyszła z inicjatywą do młodszej pracownicy szpitala, ale nigdy nie zabiłaby w niej tej instynktownej, medycznej wspólnoty (nie ona – nie ktoś, kto traktował swoje zajęcie jako przeznaczenie i misję, w której nie przebierała w środkach) – zawsze traktowała ją poważnie, niezależnie od jej wieku i nawet jeżeli do zadań bardziej wymagających – z oczywistych względów – wolałaby zatrudnić kogoś bardziej wykwalifikowanego.
– Możemy omówić to już w drodze do apteki szpitalnej? – zaproponowała. – Pomożesz mi dobrać odpowiednie środki. Być może będziesz musiała również zmodyfikować przepis – pacjentka wydaje się odporna na preparaty z niektórymi składnikami. Wierzę, że sobie poradzisz – mówi, stawiając jej poprzeczkę dość wysoko – ale jeśli faktycznie intuicja jej nie myli i Natasa jest człowiekiem ukształtowanym podobnie do niej – zrobi wszystko, by przeszkodę przeskoczyć. Niekoniecznie z gracją, ale ze skutecznością. – Zamontowałam pacjentce protezę niemal trywialną – model klasyczny, na obecnym stadium rozwoju niemal bezawaryjny, chociaż o integracji znacznie przedłużonej w czasie. Pacjenta informuje się o efektach ubocznych procesu – zawroty głowy, bóle głowy, inne objawy migrenowe… Ale u pacjentki pojawiło się wielokrotne widzenie. To efekt uboczny tak rzadki, bym musiała… Myśleć nieszablonowo. Połączenia nerwowe nie odnawiają się u pacjentki równomiernie – zerka ku niej, idąc korytarzem. Chce być pewna, że dziewczyna nadąża, słucha ją i chociaż częściowo rozumie. Sanderson i tak stara się nie używać słownictwa zbyt fachowego, świadoma przecież, że pracowała w szklarniach – nie na izbie przyjęć. – Źrenica człowieka jest okrągła – każdy inny stan to wynik choroby czy urazu. Źrenica w oku sztucznym zaś – we wszczepionej pacjentce protezie – zdolna jest do zachowań nietypowych. To zabezpieczenie na wypadek uszkodzenia - ta powinna być zdolna do kompensacji. Zauważyłam, że przy niewystarczającym oświetleniu źrenica pacjentki rozciąga się wertykalnie, a potem horyzontalnie. Proteza nie jest uszkodzona, a nierównomierna odbudowa nerwów nie powinna powodować podobnego stanu– tłumaczy, wykonując ruchy dłonią po odpowiednich osiach. Opierając spojrzenie na jej twarzy, kiedy przystają w kolejce do punktu aptecznego, wzdycha cicho. – Zbliżając Lumos do jej oka, zauważyłam powrót do prawidłowego funkcjonowania protezy – efekt oślepił pacjentkę, ale to akurat zachowanie prawidłowe – tak powinna zachowywać się prawidłowo zintegrowana proteza – przerywa na chwilę. – Nadążasz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
01-04-2026, 21:19
Zaproszenie na późniejszą – może – kawę przyjęła ledwie zgodnym skinieniem głowy; w błękitnym spojrzeniu, spomiędzy zmęczenia, zdążyła rozbłysnąć determinacja idąca za przyjętym wyzwaniem, a ona nie potrafiła – albo nie chciała – myśleć o sprawach późniejszych, stając przez zadaniem oczekującym najpierw działania. Odpocznie, kiedy skończy, więc kiedy osiągnie przynajmniej zadowalający rezultat, były to stwierdzenia synonimiczne. Mogło to oznaczać za godzinę, pojutrze lub – obmierzłe – nigdy, na które rzadko sobie pozwalała przez chorobliwy upór i jeszcze gorszą dumę; a teraz była szczególnie nieskłonna udzielać sobie dyspensy od choćby umiarkowanego sukcesu, ze względu na pacjentkę – i nie mniej istotnie: ze względu na Moirę.
Zajmowała się alchemią wystarczająco długo, by nie czuć się wyzwaniem onieśmielona lub może zwyczajnie nie dała sobie czasu na to, by niepewność odczuć; fartuch zielarski i rękawice porzuciła za sobą na wieszaku jak przyciężką wylinkę, by podążyć za instrukcją Moiry przetartą drogą do szpitalnej apteki, zbierając po drodze włosy w surowsze upięcie. Oddawanie alchemicznych przepisów eksperymentalnym modyfikacjom nie było jej obce, ale żaden z jej amatorskich eksperymentów nie wiązał się dotąd z preparacją specyfiku medycznego dla pacjenta szpitala; jak każdy alchemik posiadała swoje sposoby i zapisane na marginesach wariacje przepisów, zmienne proporcje przypisane pożądanym rezultatom czy metody obchodzenia się z ingrediencją, by wydobyć z niej więcej soku. Zniwelowanie cierpkiego smaku, którego nie mógł przełknąć syn klientki; niedrastyczne zwiększenie nasennego efektu, kiedy dotychczasowa siła eliksiru stawała się niewystarczająca (choć intratniejszym byłoby sprzedać więcej) lub odwrotnie – stopniowe jego osłabianie na prośbę kobiety próbującej uniezależnić matkę od środków uspokajających bez jej wiedzy, choć było to etycznie wątpliwie, pracowała jednak ze starszymi ludźmi wystarczająco długo, by rozumieć potrzebę (dyskrecja była zresztą często warunkiem koniecznym podejmowanych zleceń). Nie raz – a właściwie za każdym razem, kiedy go przygotowywała – myślała o możliwych modyfikacjach trucizny z miesięcznika, jednak z oczywistych powodów podobne eksperymenty były niemożliwe do bezpiecznego przeprowadzenia, mogła więc jedynie dołączać do zawiniętej w materiał buteleczki dłuższy uścisk dłoni, pytanie czy ktoś będzie przy tobie? i coś na ból, uspokojenie lub krew.
– Jeśli to tylko oporność, to mniejszy problem – nie wykluczało to przynajmniej ingrediencji o wielu substancjach aktywnych i właściwościach zupełnie. — Czy jest coś, na co reaguje źle?
Przede wszystkim jednak ufała ocenie Moiry (czy to próżność?) – nie było w niej więc krzyny wahania, kiedy na tę umowną prośbę przystawała ani później, kiedy Sanderson starała się opisać jej przypadek w możliwie przystępny sposób dla umysłu nieobytego ze specjalistycznym słownictwem. Wierzę, że sobie poradzisz wprawdzie równie dobrze mogło świadczyć nie o jej zaufaniu, ale o tak niskim progu stawianego przed nią zadania, że trudnością byłoby mu właściwie nie podołać, mogłaby więc zaryzykować deklaracją zaufania wobec kogokolwiek, ale ta teoria podobała jej się najmniej, dlatego pozwwalała sobie na zuchwałość – próżną myśl, że nie była wyborem z braku laku.
Zharmonizowała się z nią w drodze instynktownie, wystukując na posadzce korytarza wspólny rytm kroków; odczuwając podskórną przyjemność z faktu, że je razem widziano. Starała się przy tym nadążać za jej wyjaśnieniami, choć okrojona do podstaw wiedza medyczna stanowiła pewną przeszkodę; na co dzień pracowała z unerwieniem i fotoreceptorami wyłącznie liści, nerwy ludzkie zaś potrafiła głównie szargać. Wszystko to zdawało się jej, mimo to, szczerze zajmujące – medycyna absorbowała ją podobnie, kiedy mówił o niej Vilém, choć jego badania, metody i teorie nie mogły równać się z tym, czym zajmowała się Sadnerson; medycyna niemagiczna była w porównaniu znacznie ograniczona, poza tą oczywistą różnicą, że Vilém ostatecznie zajmował się dalece mniej ekscytującym leczeniem paliatywnym, głównie ze względu na narzucone mu okoliczności, ale nie z mniejszą pasją; wcześniej zajmował się kardiologią.
– Za zwężenie i rozszerzenie źrenicy odpowiadają przeciwstawne sobie mięśnie? – spytała prosto, zakładając, że Moira musiała liczyć się z jej wybrakowaną wiedzą i ją jakoś znieść; próbując zrozumieć mechanizm, który chciały doprowadzić do poprawności. Na etapie edukacji szkolnej omawiali budowę oka, ale chyba nie tak dokładnie, nie pamiętała. – Czy też, jak się domyślam, ich protetyczne odpowiedniki – sprecyzowała, odwzajemniając spojrzenie Moiry. – Jak rozumiem, protezy nie zawsze są akceptowane przez organizm. Czy w takich wypadkach oko po prostu nigdy nie zadziała? Czy zdarza się, że organizm opiera się... mniej kategorycznie, zanim dokończy się proces integracji? Na przykład zmniejszoną pobudliwością czy... zakłóceniem między nerwem a mięśniem? – brakowało jej fachowych słów; znała przynajmniej bliżej temat fotoreceptorów, choć wątpiła, by można było porównywać te w ludzkim oku z tymi, które pobudzały roślinę do podążania za światłem. Stanęły w kolejce, nawet jeśli obie mogłyby ją pominąć po znajomości; być może grała na czas, być może Moira jej ten czas dawała. – W przeszłości kobiety rozszerzały sobie źrenice z pomocą ziół. Halucynogennych i silnie trujących; tylko po to, by się bardziej podobać.
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 22:11 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.