• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, al. Śmiertelnego Nokturnu 88/5 > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
25-01-2026, 21:51

Salon
Serce mieszkania, lecz bije ono słabo i nieregularnie. Meble stoją zbyt blisko siebie, przytłaczające, jakby nikt od dawna nie próbował tu wprowadzić porządku. Futra spoczywają na kanapach i oparciach, zbierając kurz i cień, ciężkie od zapachu zwierzęcia i dymu. Zasłony tłumią światło dnia do brudnej poświaty, a uschnięte rośliny straszą pustką. Przy wejściu leży legowisko największego władcy pilnującego porządku pod nieobecność właściciela.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 11:52

Wszystko jak sen wariata śniony nieprzytomnie
19 maja 1962

Nie, nie budźcie mnie ― jeszcze nie. Sen miał w sobie tę rzadką właściwość, której jawa od dawna odmawiała: był ciekawszy, gęstszy, mniej posłuszny zasadom. Z niewolnika czynił wolnego ducha, głodnego sytością nastręczał, udręczonego tęsknotą, mirażem nagradzał torturował. Tam było piękniej. Tam wszystko miało sens, nawet jeśli sens ten był tylko złudzeniem utkanym z potrzeby. Tutaj… tutaj wszystko było cięższe, bardziej toporne, specjalnie odbierając życiodajny dech z płuc.
Koszmar?
Nie. Zbyt… pociągający.
Widział ją ― a raczej słyszał najpierw, bo obraz zdawał się kapryśny, ulotny, jakby nie chciał poddać się jego woli. Śmiech niósł się po nagich pagórkach, odbijał od pustych konarów drzew, których nie widział, lecz czuł ich obecność w szumie, w chropowatej ciszy między dźwiękami. Jesień pozostawała sugestią otoczki ― chłodem, suchym trzaskiem pod stopami, obietnicą koloru, którego odmówiono jego oczom. A jednak biegł. Ambicja, stara jak jego własne imię, poderwała go do przodu; przyspieszył, choć nie wiedział, czy goni kobietę, czy własne złudzenie. Powinno mu być obojętne ― była jedną z wielu, przelotną formą, chwilowym kaprysem ciała i myśli. Pragnienie przybrało formę ostrzejszą, bardziej niecierpliwą; skupiało się wszystko, czego nie potrafił nazwać na jawie. Już ją miał ― tak przynajmniej wmówił sobie z bezczelną pewnością. Dłonie zamknęły się na niej, na krzywiźnie sylwetki, na cieple skóry, które wreszcie przebiło się przez martwą strukturę. Twarz ujął stanowczo, niemal zaborczo; śmiech urwał wargami, nie pozwalając jej mówić, jakby słowa mogły zniszczyć tę chwilę, jakby były zbyt ciężkie dla tej dziwacznej, nierealnej przestrzeni. Lepiej było ją uciszyć. Lepiej było czuć, niż rozumieć.
A jednak coś pękło.
Zieleń spojrzenia skupiona wyłącznie na niej, zwęziła się nagle, zdawkowe lumos maxima rzucone w eter. Dłonie ― przed chwilą pewne, stanowcze ― natrafiły na pustkę. Nie było już ciała, które stawiało opór, nie było oddechu, który drażnił skórę. Zniknęła. Śmiech urwał się gwałtownie, jak przecięta struna. Uśmiech rozpadł się w nicość razem z nią. Nie było już rumieńca na policzkach, nie było spojrzenia, które igrało z nim jak z równym sobie. Została cisza, wyobcowanie, resztki pyłu trawiące struktury dłoni.
To nie miało prawa się zdarzyć.
Nie jemu.
Zatrzymał się, w śnie nie istniał wysiłek ani oddech; a jednak czuł coś na kształt zadyszki ― gniewnej, urwanej, niespokojnej. Rozejrzał się, choć wiedział, że to daremne. Świat wokół niego był jedynie echem, atrapą stworzoną na potrzeby chwili, która właśnie wymknęła mu się z rąk.
Gdzieś jest?
To nigdy nie miało prawa się zdarzyć.
Sponiewierany, zniszczony, roztrzęsiony? Nie ― rozciągnięty na granicy własnej skóry, jak zwierzę, które czuje już ostrze na karku i nie zamierza czekać na cios. Wściekłość wgryzła się głęboko, zapuściła kły w miękkie tkanki świadomości, rozszarpując resztki kontroli, które jeszcze próbowały utrzymać go w pionie. Był jak basior w potrzasku ― gotów odgryźć własną łapę, byle tylko wyrwać się z niewidzialnych więzów, które zacisnęły się wokół klatki piersiowej. Sen nie przyszedł. Nie miał prawa. Zamiast niego przyszło coś cięższego ― pulsujące, gorące, rozlewające się pod skórą rozjuszenie, które nie znało odpoczynku. Krzesło nie było winne. Było pod ręką. To wystarczyło. Uderzenie o ścianę rozdarło ciszę sypialni jak wystrzał, drewno jęknęło, pękło, rozsypało się bez godności, a echo rozlało się po kątach, wyrywając Zlate ze snu. Nie miał jednego celu, jednego ciała, które mógłby zgnieść i uznać sprawę za zamkniętą. Rozłaził się, sączył, wsiąkał w każdą szczelinę jego świadomości. W nią ― że była tym, czym była, że ośmieliła się istnieć w tej formie, że pozwoliła mu uwierzyć w coś, co nie miało prawa bytu. W siebie ― że nie dostrzegł, że przeoczył, że pozwolił, by instynkt zawiódł go jak ślepego szczeniaka. W świat ― że dopuścił do tej farsy, do tej chorej konfiguracji, która nigdy nie powinna była się wydarzyć.
Pierwotny gniew.
Dłoń zastygła na ułamku obrotu, szkło jęknęło cicho pod naciskiem palców, jakby ono samo przeczuwało, że cisza ―  dotąd rozciągnięta leniwie między ścianami ―  właśnie została rozszarpana na strzępy. Myśl, która jeszcze przed chwilą wiła się wokół niej, lepkiej i niechcianej, urwała się gwałtownie, pozostawiając po sobie cierpki posmak niespełnienia. To nigdy nie miało prawa się zdarzyć ―  wydarzyło się; tkwiło w nim, przybierając manierę upierdliwości ciernia wbitego w palec.
PUK. PUK.
Natarczywość dźwięku nie była przypadkowa; miała w sobie coś z uporu, bezczelnej pewności, że po drugiej stronie ktoś jednak istnieje ―  że oddycha, słyszy, nie potrafi się wyzbyć odruchu odpowiedzi. Zlata zadrżała przy drzwiach, jej ciężar przesunął się o kilka centymetrów, pazury skrobnęły o podłogę w cichej reprymendzie, jakby i ona nie aprobowała tej ingerencji w zamknięty porządek dnia. Obstawiał młodszą siostrę, obstawiał wiecznie czepliwego sąsiada z góry, obstawiał cały świat przeciwko sobie. Wstał niezbyt chętny, ubarwiony w manierę chłodu; koszula rozchylona na piersi zdradzała więcej, niżby chciał, lecz nie poprawiał jej od razu ―  dopiero w pół drogi, mechanicznie, palce znalazły guziki, choć nie wszystkie uznały za warte zapięcia. Włosy odgarnął do tyłu gestem pozornie niedbałym, choć wnętrze kipiało od zupełnie innych impulsów. Zatrzymał się przy drzwiach, nie otwierając od razu. Cisza po drugiej stronie była równie wymowna jak wcześniejsze pukanie ―  napięta, wyczekująca, niemal drwiąca. Dłoń zawisła na klamce, jakby i ona potrzebowała chwili, by rozważyć konsekwencje.
― Czego? ― mruknął w końcu, głosem zachrypniętym, przeciągniętym przez gardło jak ostrze po kamieniu. O proszę, tegoż gościa się nie spodziewał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 06:16 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.