• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Sheffield, Grunty Whitfieldów > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
18-03-2026, 11:14

Salon
Pomieszczenie utrzymane jest w kolorystyce ciemnej zieleni i spójnych odcieni skórzanych brązów – od jasnych przypominających miękkie cielęce podgardla, po surowsze wpadające w czerń, łagodnie przetarte. Wygodna kanapa i fotele obite są skórą, pod stolikiem, na którym zawsze czeka pełna karafka, rozciąga się natomiast dywan ściągnięty z grzbietu hereforda o białym wzorze wzdłuż linii grzbietowej, zapewne pochodzącego z rodzinnego stada. Na półkach można odnaleźć drobne ozdoby ze zwierzęcymi motywami wykonane z rogu lub kości słoniowej, ponadto liczne akcenty srebrne i stalowe – w tym trzymane w witrynie noże ozdobne i myśliwskie o zmyślnych rączkach, z wybitymi na grzbiecie ostrzy datami lub srebrne papierośnice z kunsztownymi grawerami, często nawiązującymi do symboli rodzin błękitnokrwistych, wszystkie opatrzone dyskretnie dekoracyjną literą W. Ściana przeciwległa do wysokich okien w większości przesłonięta jest wysokim regałem z półkami zapełnionymi książkami – głównie traktującymi o zoologii, zootechnice, hodowli i chowie zwierząt lub agrotechnice. Atmosfera salonu – podobnie jak w reszcie domu – zdaje się wyraźnie świadczyć o długotrwałej nieobecności pani Whitfield czy też innej decyzyjnej kobiecej ręki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Sawyer Whitfield
Czarodzieje
nie wiesz, kim nie chcesz być, zostajesz więc cichą potencjalnością
Wiek
30
Zawód
hodowca, garbarz, przemytnik, dziedzic
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
6
5
Brak karty postaci
18-03-2026, 12:10
2 maja 1962

Nocami często śnił o przeszłości. O niebie oślepiającym czystym błękitem, przelewającym się nad głową jak odwrócone morze, o skórze szorstkiej od pyłu, popękanych palcach pod cielęcą rękawicą, popękanej od słońca ziemi pod stopami; śniło mu się ognisko w chłodnej nocy pośród płaskich stepów, a gdzie okiem sięgnąć – nic. Potem w ciemności łyskały złote oczy jak dwa księżyce i ciemność zalewała mu wzrok jak pot albo krew z rozciętej głęboko brwi, znaleźli z kuzynami kolejne cielę, za późno. Sen niósł go jak puszczona luzem klacz; zatrzymywała się pod nim, by wypaść się na szkolnych błoniach Hogwartu, a na szklistej rogówce podnoszonego oka strzeliste wieże dzieliły sen na wiosnę, lato, jesień i zimę. Śniły mu się długie korytarze, schody zmieniające sekwencję za każdym razem, kiedy docierał do ostatniego stopnia na szczycie i z góry spoglądała na niego z irytacją Gruba Dama, czego tu znów szukasz?; śniły mu się drzwi do pokoju życzeń i zwierciadło Ain Eingarp, przed którym w rzeczywistości nigdy nie stanął, a kiedy robił to we śnie – pękało i rozsypywało się mu pod nogami (rozbite lustro to siedem lat nieszczęścia, ile lat warte jest zwierciadło znające wszystkie pragnienia?). Kiedy pochylił się nad jego szczątkami, w każdym fragmencie widział coś innego, dziesiątki marzeń, tych banalnych i tych gorszących. W jednym z nich znalazł ciemne oczy kobiety przepełnione pogardą i złością; w innym – wyzwanie iskrzące w błękitnych oczach gryfona. Sięgnął po niego, ale kiedy się pochylił, zmiękły mu nogi, chyba upadł, kalecząc dłonie o swoje pragnienia, z bólu mrugnął, a potem do ust podniósł ciężką od whisky szklankę. I śnił o tym, że siedzieli naprzeciw siebie i jednocześnie przed czymś uciekali, na pewno gdzieś się razem śpieszyli – szklanka za szklanką, słowo za słowem, każde coraz dalsze od tego, co najbardziej pilne. Kiedy wstał, żołądek wywrócił mu się na lewą stronę, podparł się dłonią o kamienny murek między pastwiskami i zwymiotował gwiazdami na stokrotki, spróbował w nie wpaść, w tę upstrzoną kwiatkami galaktykę, ale coś go zatrzymało za kołnierz i nie pozwoliło wpaść w nią na główkę, więc się rozzłościł. W kieszonkę na sercu, pod połą swojego płaszcza na cudzej piersi, wcisnął kępę chwastów i bełkotał coś o uroczyście grobie i hortensjach, i o ostatni raz umarłeś, nie rób tego więcej, noc była jasna i chyba zimna, bo drżały mu ręce. I kiedy drżały, przeczesywał palcami złote włosy albo przeczesywał nimi łąkę, zaciskał, szarpnął – chyba się mocowali w wysokiej trawie, potem stał nad nim i złapał go za stopę, ciągnął i upadł w tył, w dłoniach trzymając brudnego buta, prawego. Swoich już nie miał – rzucił nimi chyba w złotą głowę gdzieś przy małej szopce na skraju pastwiska; tam, gdzie jeden z mugolskich robotników chował zapas kieszonkowych buteleczek, przeświadczony, że nikt o tym nie wie. Sawyer znał wszystkie jego kryjówki, zamierzał mu je pokazać, ale nie pamięta, czy dotarli do kolejnej, zanim stracili buty, on oba, Jesse prawego.
Śnił mu się szorstki policzek na jego policzku. Coś ciepłego i mokrego dotykało jego skroni, zaczęło go międlić z czułością, więc otworzył oczy – to nie kobieta o ciemnych oczach. Młode łaciate cielę wyciągnęło łeb przez szczeble niskiego boksu, by dosięgnąć źdźbeł trawy wczepionych mu w ubranie.
Głowa pękła mu na dwoje, kiedy podniósł się do siadu – na policzku odciśnięty miał finezyjny wzór od szorstkiej słomy; przez świetlik stodoły wpadło poranne światło, musiał zacisnąć powieki i przełknąć żółć. Chyba zwariował, tak mu się przez moment zdawało. Chyba w końcu oszalał, przeglądając znów te nekrologi albo coś innego – zamiast pisać mu szalone listy, w końcu po prostu oszalał. Ale kiedy otworzył znów oczy, na wyciągniętych bezwładnie przed nim stopach tkwił jeden but – prawy, trochę za duży, brudny i odrapany na czubku, na pewno nie jego.
– Jesse – podniósł głos, a przynajmniej tak mu się zdawało, w rzeczywistości chyba tylko zarzęził jak zdychający silnik. Cielę dosięgnęło włosów na jego ciemieniu, słabą ręką odsunął uporczywy pysk od swojej głowy, a może byłoby lepiej gdyby dał się uczesać. Chyba mu go pokazał, tego cielaka, wziął na sznurek, to mój ulubiony, tak twierdził we śnie – wspomnieniu – ma imię po tobie, chociaż nie nazywał żadnego cielęcia, odkąd dostał swoje pierwsze cielęce rękawiczki, ten też miał na imię GB 00jakieścyfry.
Odpowiedziało mu tylko mlaskanie głodnego zwierzęcia zabranego z cielętnika przed śniadaniem. Był pewien, że oszalał – ale to nie był jego but. Dźwignął się, opierając o bramkę małego boksu, ruszył w stronę uchylonych dużych drzwi, pospiesznie, prawie na oślep i chwiejnie, jakby walczył z grawitacją desperacko, ostatkiem sił.
– Jesse! – zawołał głośniej, wypadając na zewnątrz niezdarnie, czując jak żołądek sięga prawie gardła, a kręgosłup rwie się w spazmatyczny pałąg, kolana pod nim były miękkie. Ale ustał – rozbolałymi od dnia źrenicami szukając znajomej (albo nie) sylwetki, zwłok albo dowodu na to, że istotnie: oszalał.
Jak mógł stracić go z oczu?
– Jesse?! – wołanie było ostre, chrapliwe i bardziej jak wyplute przekleństwo niż wiara, że ktoś go słyszy. – Popierdoli mnie chyba – możliwe, że na diagnozę za późno, skoro wyśnił sobie kopciuszka. Zamiast chodzić po pięknych domach i rozmawiać ze ślicznotkami, będzie go szukał chyba w porcie, bo jego kopciuszek chodzi najwyraźniej w kajakach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 07:25 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.