• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Darmoor (Devon)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-07-2025, 00:14

Darmoor (Devon)
Dartmoor to rozległy obszar wrzosowisk, torfowisk i skalistych wzgórz w hrabstwie Devon. Wiatr tu nigdy nie cichnie – hula po otwartych przestrzeniach, szumi wśród traw, gwiżdże między granitowymi wychodniami. Pogoda zmienia się gwałtownie: poranna mgła potrafi w kilka minut przerodzić się w słońce lub deszcz. Krajobraz jest surowy, dziki, piękny w swojej prostocie. Stare kamienne murki, zarośnięte ścieżki i samotne drzewa tworzą poczucie, że czas płynie tu inaczej. Na wzgórzach pasą się dzikie kucyki, a w dolinach kryją się ciche strumienie. Mgły suną nisko, chowając ścieżki. Wśród wzgórz kryją się samotne drzewa, porośnięte mchem murki, stare mostki z epoki kamienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-02-2026, 16:59
11 maja 1962


W roku 1958 nic nie zwiastowało zniknięcia Leonie Figg. Jakby to było wczoraj, pamiętał kiedy ojciec patrzył na nią dobrotliwie, pamiętał drgnięcie rozbawienia, kiedy pokazywała mu język i własną akceptację, kiedy poszukiwali razem zastępstwa na haku. Ślimaki uciekły tamtego dnia od swojego przykrego losu, ale niedługo później… Córka Thaddeusa rozpłynęła się w powietrzu.
Mężczyźni wciąż chodzili razem na ryby, robią to do dziś dzień. Ale nawet gdyby robili to dosłownie dzień w dzień, nawet gdyby mieszkali pod jednym dachem, nawet gdyby stykali się czołami i przesyłali informacje mikrofalami – dojście do tego co ich gryzło… Było niekiedy zajęciem czasochłonnym. Wymagało spojrzenia w oczy nie tylko sobie wzajemnie, bo jeszcze w oczy własnych uczuć. Byli produktami innych pokoleń i chociaż Harrison odnalazł z wiekiem pewne umiejętności – opanował swoją wrażliwość i ograniczył własną porywczość – wciąż niechętnie mówił Thaddeusowi o własnych rozterkach, jakiekolwiek by one nie były. Może dlatego dowiedział się o zniknięciu jego córki późno? Może to ta okropna strona wzajemnośći?
Ale teraz dowiedział się szybciej, w Londynie, spotykając się z pół-przypadku – Harrison spodziewał się spotkania, jakoś po prostu. Może zdążyli się do siebie zbliżyć? A może o dobrych nowinach łatwiej jest mówić?
To nieważne, bo Harrison nie potrzebował więcej zachęt. Kiedy ostatnio jej szukał – nie odnalazł jej, a trzecie oko pozostawało zamknięte (chyba) na wszystko, czego nie domyśli się sam. Kiedy szukał jej kilka dni temu – znalazł ją. W Londynie, kiedy wracała ze szpitala.
Cały czas była w Cardiff, co za historia. Nie zdążył zapytać czemu. Ani czemu nie powiedziała nic rodzicom. Nieco zmieszany przypomniał impulsywnie, że stojąc przed płotem w Dolinie Godryka w roku 58 obiecał jej, że kiedy kolejny raz odwiedzi ich w domu, mogą się trochę popojedynkować – tylko dla frajdy, jak w klubie pojedynków, jak w szkole. Ale kiedy odwiedził ich, widocznie wyjechała.
To może popojedynkują się teraz? Nie powie Thaddeusowi.
Nie byli zbyt zżyci, ale chyba cieszy się, że ją widzi. W Devon, w odpowiedniej odległości od Doliny, ale równie odpowiednio blisko, by mógł zaproponować jej odwiedzenie rodzinnych stron. Trochę z własnej tęsknoty za Mandatem – starą szkapą, to musi przyznać, a trochę z chęci pogadania z Tedem o nowych modelach wędek. A może trochę dlatego, że wciąż w głowie wspomina ton głosu jej ojca, wspominającego o tym, że wróciła.
– Kamień, papier, nożyce – do dwóch. Kto wygra – rzuca pierwszy. Dziesięć kroków w przeciwne strony i zaraz zaczynamy – mówi, ale nie patrzy na nią, a raczej między falistości terenu. Kiedyś spotkał tu zdziczałe kucyki – od tego czasu naciskał na odwiedzanie tego miejsca częściej niż to mile widziane. Mógłby przyjechać tu na wakacje. Albo zamieszkać tu na całe życie, gdyby rzucił magipolicję. Na przykład.
– Ojciec mówił, że się hajtasz. Chyba służy ci ta Walia, co? – taktyka rozproszenia przed pojedynkiem w kamień-papier-nożyce? Grudna zagrywka, ale czysto zacznie grać dopiero kiedy sięgną po różdżki… – To jakiś stamtąd? – dopytuje, jakby faktycznie żałował, że zmarnował szansę. Albo jakby pracował w podwójnej agenturze dla Figga seniora… To bardzo wstępne pytanie, a i ciężko ocenić, kiedy uśmiecha się jedynie delikatnie i – jak zawsze – nie do końca złapać umie kontakt wzrokowy. Robił to zarówno kłamiąc, jak i mówiąc prawdę.
Wiosna 1x: Kołkogonek*
Waszą drogę blokuje stado zwierząt gospodarskich. Krowy i owce stoją ciasno, zajmując całą szerokość ścieżki. Poruszają się powoli i niechętnie. Każdy gest wywołuje zamieszanie. Zwierzęta beczą i potrącają się nawzajem. Przejście wymaga cierpliwości. Szybko się nie uda. Wśród zwierząt pojawił się jednak kołkogonek i nietrudno zgadnąć, że wcale nie ma wobec nich dobrych zamiarów.
Możesz spróbować powstrzymać kołkogonka przed zaatakowaniem zwierząt, ale uważaj: zbyt długie przebywanie w jego towarzystwie wywołuje pecha. Spełnione PS 60 oznacza skuteczne przepłoszenie. Do rzutu dolicza się bonus za ścieżkę mistrzostwa ONMS. W przypadku sukcesu zyskujesz możliwość bezpłatnego nabycia w sklepiku Mistrza Gry jednego zwierzęcia gospodarskiego. Niepowodzenie oznacza atak pechowej aury kołkogonka. Przez 3 dni od daty tego wątku otrzymujesz karę -5 do wszystkich rzutów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
01-03-2026, 14:16
W głębi serca nosiła żal do Titusa o to, że jej nie odnalazł. Magipolicjant, przyjaciel jej ojca, może odrobinę też jej samej, nawykły do prowadzenia nieoczywistych śledztw; jeśli mogła na kogoś liczyć, to właśnie na niego (ewentualnie na Ambrose'a, złotowłosego sąsiada z Doliny), a jednak przez pół roku katorgi ani razu nie usłyszała jego głosu. Nie słyszała pięści dobijającej się do grubych piwnicznych drzwi i wyważającego ich zaklęcia, nie widziała jego postaci w przejściu, szepczącej, że już jest bezpieczna. Nic. Zawiódł ją nawet funkcjonariusz magicznych służb. Nawet Titus Harrison.
Okłamała go, kiedy trafili na siebie w Londynie. Wmówiła, że przez cały czas, kiedy rodzice gorączkowo jej szukali, była w Cardiff, bo wolała stracić w jego oczach jako wyrodna córka i aferzystka, zamiast przyznać się do niewoli, o której opowiadała tylko nielicznym. Tak było łatwiej. Tak było bezpieczniej. Uwierzył jej? Nie zastanawiała się nad tym, nie rozkładała jego ekspresji na czynniki pierwsze, nie analizowała drobnych szczegółów, zdradzających wiarę lub jej brak, bo koniec końców to bez znaczenia. Nakarmiła go kłamstwem, a on przełknął je jak kawałek ciastka, dzięki czemu zalegająca między nimi cisza była lżejsza, niż gdyby próbowali rozwikłać kołtun prawdziwej przeszłości.
Zaproszenie na spacer na neutralnym gruncie przyjęła z uśmiechem. Mimo swojej goryczy nadal ciekawiło ją, jak miewa się Titus i co porabiał przez cały ten czas, kiedy ona... mieszkała w Cardiff. Nie rozmawiała z tatą tak długo i wylewnie, by ten zahaczył o temat swojego wędkarskiego towarzysza, dlatego pojawiła się w wietrznym Dartmoor, napawając się rześkim majowym powietrzem. Czuła się tu prawie jak u siebie. Do Doliny nie było zbyt daleko, a zarazem na tyle daleko, żeby nie ryzykowała przypadkowym spotkaniem z rodzicami. Pewnie i tak odwiedzali właśnie Arlo, który na szczęście czuł się dużo lepiej, niż na samym początku miesiąca.
Mobilizacja do sparingu napełniała jej ciało przyjemnym mrowieniem adrenaliny. Oczy połyskiwały podekscytowaną gotowością, a topolowe drewienko spoczywało w dłoni, naszykowane do tańca zaklęć. - Ale z ciebie dżentelmen - parsknęła cicho, zaczepnie, na podyktowaną przez niego instrukcję. Teoretycznie sprawiedliwą, ale nie byłaby sobą, gdyby nie wplotła w preludium sparingu odrobiny lisowatości. - Nie dasz damie rzucić pierwszego zaklęcia? - uśmiechnęła się szeroko. Dama, w kontekście zbrukanego ciała i połamanego umysłu brzmiało to niemal prześmiewczo, ale próbowała o tym teraz nie myśleć, zbyt zogniskowana na treningu, który zamierzała wykorzystać w akolickiej przyszłości. Jej brawura szybko jednak obumarła. Oczy otworzyły się szeroko, a policzki pokryły rumieńcem, kiedy wymieniła animusz na delikatne zawstydzenie; Ted Figg naprawdę miał długi język. Z drugiej strony nie było to żadną tajemnicą. - Tak... Gdyby nie Walia, pewnie bym go nie poznała - zgodziła się i odchrząknęła, próbując przywołać się do pewnego siebie porządku, mimo że trud zdawał się daremny. - A ty? Złapałeś kogoś na swoją zanętę, Tite? - zapytała i zerknęła na jego dłoń, sondując serdeczny palec w poszukiwaniu obrączki, której nie znalazła. - To magimedyk z Londynu - w kącikach ust narodził się zalążek nieśmiałego, czułego uśmiechu, a kiedy znów otworzyła usta, żeby go przedstawić, do ich uszu dotarło beczenie połączone z odgłosem kopyt plądrujących trawę. Leonie zamrugała i obróciła się, w oniemieniu odnajdując gromadę, która wysypała się na ścieżkę, jaką dotarli do otoczonego skałkami punktu wrzosowisk. Krowy, machając głowami, wzbudzały melodię dzwonków zawieszonych na ich szyjach, owce kotłowały się wokół nich, przestępując z kopyta na kopyto, coś chyba też gdaknęło. - Co to za kompania? - rzuciła w eter, po czym zmrużyła oczy i przyjrzała się części stada, która stała nie za jej plecami, a za plecami Titusa. Wskazała potem na kształt, który nie pasował do reszty. - Patrz. To nie kołkogonek? - zapytała podejrzliwie. Ostatnim, czego potrzebowali, czego ona potrzebowała, to pech, jakby nie miała go już w nadmiarze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
02-03-2026, 12:01
Ale uwierzyć jej nie mógł, bo kiedy nie było jej – miewał przeczucia. Były one jednak na tyle niewyraźne i ciężkie w interpretacji, by w ogóle odebrał je jako jasno powiązane z Leonie Figg, a już z pewnością by zdolnym był do określenia jej położenia. Czuł jednak, że nie była bezpieczna i czuł to jeszcze nim właściwie zniknęła z domu rodziców – jak założył wtedy – po prostu na gigancie.
To było dziwne, bo rodzice (Thaddeus, ale według wiedy Titusa, byli z Isadorą chyba małżeństwem udanym i kochającym) naprawdę ją kochali, ale nie znał jej na tyle dobrze i nie spędzał dużo czasu w ich towarzystwie, by skutecznie wyłapać relacje między wszystkimi domownikami. Dlatego jej szukał, ale jej nie znalazł. Czuł, że powinien znaleźć, ale kiedy poczuł, że właściwie był już bardzo blisko – wizja rozmyła się. To było jeszcze kilka lat temu. Z każdym rokiem czuł się ze swoim darem (chorobą psychiczną?) coraz pewniej – sugestie z dna umysłu i wizje senne interpretował z większą skutecznością. Czy teraz przewidziałby, gdzie się znajdowała?
Tego nie wie. Ale nie drąży, bo to pewnie nie jego sprawa.
– Już zaczynasz ze mną walczyć? – dopytuje, kiedy zarzuca mu brak dżentelmeństwa. Pewnie słusznie, bo nie był nigdy przesadnie szarmancki. Raczej dość prosty – można byłoby powiedzieć. Czasami miły, ale nie dystyngowany. – Nie zaprosiłem tu damy, tylko koleżankę, nie próbuj na mnie kobiecych sztuczek – kręci nosem, uśmiechając się szeroko, może zbyt szeroko, ale chyba oboje droczą się ze sobą i chyba sprawia mu to pewną frajdę. Nawet wprawianie jej w drobne zakłopotanie kwestią zamążpójścia nie jest w stanie go speszyć, bo chyba nawet… Cieszy się, że Thaddeus odzyskał ostatnio swoją córkę, a wraz z wydarzeniem tym – zyskał równie miłą szansę na powiększenie rodziny o jej męża. Może o dzieci. To chyba naturalna kolej rzeczy. W swoim czasie.
Zapytany o swoje losy, prostuje się nieco, ale nie panikuje. Poniekąd, w kwestii ożenku, pozostaje od lat w wiecznym zawieszeniu. W wiecznym chcę, ale nie chcę – chcę, ale chyba bym nie mógł, a dodatkowo, od pewnego czasu, chyba porzuca nawet myśl chcę, na rzecz nie chcę, przyznając się z ulgą (nie z bólem), że życie z drugim mężczyzną jest chyba życiem szczęśliwym – nie tylko do zniesienia.
– Chyba nie jestem chodliwym towarem. Ale idę jutro na randkę… – przyznaje, bo to wygodne wyjście. To nawet nie kłamstwo, co w tej konkretnej kwestii może budzić nawet pełne radości zdziwienie. Jej, pójdzie na randkę i znów nic z tego nie będzie, hura… – Magimedyk z Londynu, no proszę… – wyraża aprobatę, bo przecież lepiej by porozmawiali o nim. Oplotkowali go. Może w przyszłości przenieśli informacje zdobyte tutaj do jej ojca? Nic nie wiadomo…
Ale dźwięki zbliżających się do nich zwierząt gospodarskich momentalnie zmuszają jego głowę do obrotu. Unosi dłoń, bo nie chce by ta wykorzystała jego nieuwagę i rozpoczęła pojedynek – to byłoby złośliwe, ale jako mundurowy powinien być chyba gotowy bronić się zawsze i wszędzie… A potem widzi kołkogonka. Nieszczęście gospodarskie. Od lat nie przeganiał go z obejścia.
Krowy muczą, owce beczą, a Harrison przestępuje z nogi na nogę. Ogląda się na Leonie.
– Jeśli zaplącze się pomiędzy nimi i trafi do chlewu… – mówi, jakby to miało wyjaśnić wszystko. – Daj mi chwilę. Spróbuję… – wykonuje pewien ruch dłonią, jakby chcąc pokazać, że przegoni go.
Ale czy przegoni? Na pewno spróbuje. Na pewno zbliży się tam za nią, spróbuje odpędzić go dynamicznie, biorąc do ręki jeden z rzuconych tu konarów – cieńszych, trochę kosturowatych, wilgotnych od wiosennej rosy. Wie co wypłoszyłoby go najskuteczniej, ale nie odnajduje w okolicy psa pasterskiego. Czy coś mu się stało?
Krzyczy, tupie, wzbudza zamieszanie pośród zwierząt, licząc, że te odbiegną nieco dalej - zostawiając szkodnika za sobą. I liczy, że ten nie ściągnie na niego zbyt wiele nieszczęść.

|| ONMS Próg: 60-10=50
1x k100 (ONMS):
66
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
09-03-2026, 15:58
Nie powstrzymała uśmiechu przed poszerzeniem jego łuku zaraz po pytaniu Harrisona, nawet nie próbowała. Oczy kryły w sobie coś psotnego, swobodnego, podobna do lisa, który został przyłapany w kurniku po spałaszowaniu dorodnego ptaszyska. Trafnie zauważył fortel, którego próbowała się dopuścić - zarazem dopuszczając do głosu dobry humor, zamiast urazy za to, że nie przyszedł jej na ratunek, kiedy naprawdę tego potrzebowała. Wstyd się przyznać, ale nosiła w sercu setki drzazg wbitych w mięsień przez ludzi, którzy nieświadomie zostawili ją w tamtej piwnicy. Którzy nie przeciwstawili się rachunkowi prawdopodobieństwa i tknięci przeczuciem nie wyważyli grubych drzwi jej więzienia. Pierwsza iskra małostkowej złości na Titusa już minęła, tym bardziej, że wydawał się szczerze zadowolony z ich spotkania, dzisiaj również sprawiając takie wrażenie. Leonie zastanawiała się, czy to czyniło z niego nie tylko przyjaciela ojca, ale też jej. Wciąż znali się słabo, niemniej widziała w nim pokrewnie wrażliwą na naturę osobę - to cenne.
- A to koleżanka nie może być damą? - zripostowała zaczepnie. Ostatnio jako tako wracała do formy, przykładała się do wzmacniania więzi z różdżką, dbała o nią najlepiej, jak mogła, żeby móc na niej naprawdę polegać - bo z Nedem poradziła sobie tragicznie, a z Jasperem przy okazji dobrze się bawili. Nawet bardzo. Jakim przeciwnikiem okaże się Titus Harrison, magipolicjant? Cichy i spokojny z charakteru, ale to przecież prywatne wydanie, nie zawodowe. W pracy, ubrany w mundur, musiał zachowywać zimną krew, umacniać kręgosłup, pokazywać pazur bezkompromisowości, czyż nie? Analizować, egzekwować, powstrzymywać, karać. Przynajmniej próbowała go sobie takim wyobrazić, ale za żadne skarby nie mogła przenieść fantazmatu na stojącego przed nią człowieka. - Na randkę? - podchwyciła z ciepłym uśmiechem. Odkąd jej relacja z Jasperem przybrała nieoczekiwany obrót, a na jej palcu lśnił pierścionek zaręczynowy, stała się wielką orędowniczką miłości. Zaczęła wierzyć w przeznaczenie, w potęgę uczuć, w ich nieskazitelną dobroć, a skoro sama była szczęśliwa, życzyła tego Titusowi. Za długo był sam. - Kim jest? I dokąd idziecie? Zdradź coś więcej, jeśli to nie sekret - zachęciła. W ramach rewanżu uchyliła rąbka tajemnicy o Jasperze, gotowa rozgadać się o nim aż do zdarcia głosu, niestety jednak, ku ich solidnemu zdziwieniu... Zwierzęta gospodarskie miały trochę inne plany.
Nie przeszło jej przez myśl, by zacząć pojedynek, zanim Titus byłby gotowy, dlatego nie zwróciła uwagi na jego uniesioną dłoń pod tym kątem, tylko uznała, że powstrzymywał ją przed zbliżeniem się do kołkogonka, jak dżentelmen. Kto wie, w jakiej odległości jego aura pecha zaczynała działać? Gdyby się nad tym zastanowić, mogłaby uznać, że sama była kołkogonkiem w ludzkiej postaci, ale póki co nie zawracała sobie głowy porównaniami. Przypatrywała się za to zbliżającemu się do stada Harrisonowi, który zlokalizował gagatka i wykurzał go spomiędzy głośno beczących owiec i zafrapowanych krów. - Ciekawe, czy przyszły do nas, żebyśmy go przepłoszyli... - zastanowiła się, używając liczby mnogiej, bo chociaż nie pomogła, to przynajmniej nie przeszkodziła, a to był jakiś wkład w zadanie. Magiczne stworzenie czmychnęło między drzewa, kiedy stado ruszyło do przodu, sprowokowane przez głośne zachowanie Harrisona, osiągając dokładnie ten efekt, do którego próbował doprowadzić. I nikomu nic się nie stało, należało uznać to za sukces. - Biedactwa. Nie ich wina, że przynoszą pecha - westchnęła pod nosem; wydawać by się mogło, że to koniec przygody, kiedy niespodziewanie usłyszeli melodię cichego kwakania. Nieporadnego, zagubionego, poniekąd spanikowanego, rozbrajającego. Leonie obróciła się to w jedną, to drugą, rozglądając się za źródłem dźwięku, aż jej oczom ukazała się wychylająca się spomiędzy kępy traw kaczuszka. Spojrzała paciorkowatymi oczami najpierw na nią, potem na Titusa, potem znowu na nią i z głośnym kwakaniem pobiegła w kierunku Figg, budząc wspomnienia o tym, jak sama została kaczką podczas sparingu z Jasperem. - Ojej, gdzie zapodziałaś mamę? - spytała łagodnie i kucnęła obok ptaszątka, ostrożnie podsuwając mu swoją dłoń do poznania zapachu - ale zamiast tego pisklę wtuliło się w kołyskę palców, dopiero wtedy umilknąwszy. Leonie pogładziła jej głowę, a kiedy spróbowała cofnąć palce, kaczątko wdrapało się na jej rękę, prawdopodobnie nie chcąc tracić ciepła i nadkruszonego poczucia bezpieczeństwa. - ...Chyba mam koleżankę - zauważyła i rzuciła Titusowi zagubione spojrzenie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
13-03-2026, 16:23
Kołkogonek – pomimo ogólnego otoczenia aurą pecha – przyniósł Harrisonowi odpowiednio dużo szczęścia. Niepotrzebnie o tym wspomniał – nie wiedział czemu w ogóle wierzył w to, że młoda dziewczyna nie podejmie rękawicy i nie zacznie zadawać drążących pytań. Chyba stracił przy niej element czujności. Chyba za bardzo cieszył się z tego, że mógł ją zobaczyć – być pewnym, że jest cała i być może nawet przekonanym o tym, że jej życie ułoży się pomyślnie. Bocian nie pożre suma – a będzie z nim koegzystować.
Magiczne stworzenie, pojawiwszy się w momencie, w którym pewnie mógłby spowiadać się ze swoich jutrzejszych zamiarów (albo nakłamać coś prewencyjnie), uratował go od możliwego zmieszania. Teraz liczył właściwie na to, że Leonie szybko zmieni profil zainteresowania, skupi się na rozpędzonej zwierzynie gospodarskiej i po wszystkim – wróci uwagą bezpośrednio do pojedynku, który mieli dzisiaj odbyć. To byłoby wygodne, prawda? Wygodne, ale nierealne, bo Harrison nie był gotowy poświęcić tematu jej narzeczonego. Wiedział, że za informacje zapłacić będzie musiał czymś od siebie – nawet jeżeli nie zdecydował jeszcze, jak szczera będzie to zapłata.
Kiwa głową na jej przypuszczenie, upewniwszy się, że kołkogonek pognał przed siebie – czekając pewnie na kolejną okazję na dostanie się niepostrzeżenie między tłoczące się bydło. Harrison wierzyć chce, że zwierzęta posiadają wiele ludzkich cech; być może to jego dziwactwo, spowodowane wizjami wypełnionymi mówiącymi i myślącymi stworzeniami. Stworzeniami, u których dopatrywał się niemal ludzkiej mimiki, ludzkiej inteligencji i ludzkich odruchów.
– Na bank – mówi, bo naprawdę w to wierzy. Zrzuca swoją chwilową broń– swój druidzki niemal kostur – na ziemię, byle otrzepać dłonie i podejść bliżej do Figg. – Dla mnie zwierzęta czują czasami tak jak my, serio to mówię. Bo zobacz, jak dużo strachu mają czasami w oczach. I jak dbają o swoje dzieci – jak cierpią kiedy urodzą się za słabe – mówi poruszony, chyba z pasją. – Przed oknem mieszkania rośnie mi wysoki już buk. W marcu grzywacze założyły sobie tam gniazdo. Ktoś mówi, że to tylko ptaki. Ale one się dobierają na całe życie, mimo że w sumie się to nie opłaca – bo przybywa ich mniej niż wśród tych gatunków, które zmieniają partnerów częściej. Ciekawe, nie?
Powinno to do niej trafić – była świeżo upieczoną narzeczoną. Na pewno miała w sobie tonę romantyzmu, motyle w brzuchu, nieokiełznane fantazje i werwę, do którego ona pewnie przyzna się bez wstydu i zawahania, absolutnie przeciwnie do Harrisona, który chociaż dochodził już do porozumienia z własnym, omotanym uczuciami umysłem – zdecydowanie nie był gotów do przyznania się komukolwiek.
I chociaż zaraz proponować chciał już powrót do wcześniejszych planów – z ulgą zauważając, że nie słyszał zwierząt nawet z oddali… Nie, chwila. Słyszał. Słyszeli.
Maleńka, kołysząca się na krzywych nóżkach. Kaczuszka – żółta, puszysta, śliczna. Jak zabaweczka.
– Biedactwo… – mówi cicho, ale charcząco – pewnie przez  niedawny krzyk i rześkie powietrze. Kiedy zwierzątko zbliża się do pochylonej ku niej Figg, Harrison kaszle kaszlem palacza – próbując nie brzmieć jak trzydziestoletni, cierpiący na pylicę pracownik przemysłu włókienniczego w mieście Łodzi (to jego piętnasty rok pracy).
Było coś niezwykle rozczulającego w całym tym obrazku. Nie w kaszlącym Harrisonie – w Leonie, która została wybrana przez kaczuszkę.
– Nie możemy jej tu zostawić… – wyraża wątpliwość, poprawiając przydługie włosy. – Wiesz co, może zdejmę sweter i ją owiniemy, nie? I tak mi za ciepło i w nim, i w kurtce. A ty – nie zdejmuj szalika, tylko się przeziębisz, twój ojciec nie byłby zadowolony, gdybym ci pozwolił – od razu ostrzega. – Chcesz nadal poćwiczyć? Jak wolisz możemy odstawić ją gdzieś…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
18-03-2026, 09:59
Słuchała Titusa w milczeniu, z uwagą. Z przygnębieniem krążącym w ciele wraz z krwią przez wyobrażanie sobie wiecznie odpędzanych kołkogonków, które w zgodzie ze swoją naturą próbowały tylko znaleźć bezpieczne miejsce do życia, pewnie nie zdając sobie sprawy, że robią to kosztem dobra, zdrowia i szczęścia innych. W mig zaczęła żałować przepędzenia tego gagatka, spojrzała za nim w ścianę lasu, ale krzewy wzburzone jego ucieczką przestały już drżeć. Nie został po nim żaden ślad, może poza lekko rozkopaną racicami ziemią. Ale przecież nie mogli dać mu tu zostać, nie wiadomo, jak niepomyślnie wpłynęłoby to na całe stado... A zwierzęta ewidentnie szukały u nich pomocy z intruzem. Leonie westchnęła ciężko pod nosem, rozdarta między współczuciem do kołkogonka, a dobrostanem gospodarskiej czeredy.
- Racja, najwyraźniej zobaczyłam to po Heldze. Może dlatego, że spędziłam z nią tyle czasu i nauczyłam się sposobu, w jaki okazuje swoje uczucia, a ma ich tyle, że pewnie mi dorównuje z ich ilością... Ludzie, którzy uważają, że zwierzęta to tylko zwierzęta i nie mają żadnej inteligencji emocjonalnej sami są jak zgniłe rzodkwie - stwierdziła stanowczo. Szczenię, które patrzyło na nią przez drzwi balkonu nieznajomych czarodziejów, na jej wychudzoną, zaniedbaną sylwetkę, poszarzałą twarz i dzikie oczy, miało w swoim spojrzeniu ciche zrozumienie. Współczucie. Ciepłą łagodność, do której przylgnęła i której już nie opuściła. Gdyby tamci ludzie nie podarowali jej maleńkiej Helgi, pewnie jakoś by ją ukradła. Nie wszystko mogła i chciała jednak zdradzić Titusowi, który nadal wierzył, że przez cały ten czas była w Cardiff, i nie zamierzała wyprowadzać go z błędu. Przyznawać się do oszustwa. Za to jej wzrok zdradził oczarowanie przez kwestię grzywaczy, o których wspomniał. Zamrugała, zaciskając dłonie i wyginając palce, choć tym razem nie z podenerwowania, a z zachwytu zaciskającego się na sercu. - Tak samo gawrony - przytaknęła. Na pewno istniało dużo takich gatunków, ten jednak wyjątkowo mocno utknął w jej pamięci. - Wiesz, że ich zgromadzenia nazywają się parlamentami albo sejmikami? - uśmiechnęła się pogodnie. Coś za jej mostkiem zaczęło się kurczyć, jakby ktoś mełł tkwiący tam pergamin. Wciąż bała się wierzyć w swoje szczęście, w swój fart. W to, że narzeczony wybrał ją i zabiegał o nią od dwóch lat, czego ona, ślepa, nie zauważyła. - Mam nadzieję, że Jasper i ja... Że też będziemy gawronami albo grzywaczami - zarumieniła się i umknęła zawstydzonym spojrzeniem, zaś uśmiech, choć skrępowany, nie zmalał. Na całe życie. Byli ze sobą dopiero od marca, ale to nie przeszkadzało Leonie wyobrażać sobie ich wspólnej starości, splecionych sękatych dłoni, wspólnego narzekania na bolące stawy. - I będę trzymać kciuki za to, że na tej randce poznasz swojego grzywacza - zaśmiała się cicho. Miał rację, jako świeżo upieczona narzeczona była pijana miłością i marzeniami, a dobre samopoczucie sprawiało, że chciała się nim dzielić.
Również z kaczuszką. Stworzonko wspięło się na kołyskę jej palców i Leonie podniosła je ostrożnie, prostując postawę. Kilka kroków zbliżyło ją do Harrisona, żeby też mógł rzucić okiem na maleństwo, po czym przytaknęła, godząc się z jego słowami. Faktycznie nie mogli zostawić jej na pastwę losu. Trzoda już odeszła, a wraz z nią zapewne pani kaczka.
- Daj spokój, nie wrzuciłby cię za to do jeziora w roli zanęty - zaczepnie przywołała ich pierwsze wspólne wspomnienie, słodko-gorzkie w perspektywie przyszłości, jaka czekała ich relację. Gdyby nie jej zniknięcie, niewykluczone, że dziś byliby bliskimi przyjaciółmi. Niewykluczone, że stworzyliby z Tedem trzyosobowy klub wędkarski. - A w ogóle... co u niego? - spytała niepewnie, zdradzając, że nie utrzymywała z ojcem regularnego kontaktu. Ich rozmowy nadal wyglądały koślawo, oszczędnie, stawiali pierwsze kroki ku normalności, ale to nie znaczyło, że Leonie nie dbała o rodziców i nie interesowała się nimi. Przecież wielokrotnie patrzyła na dom rodzinny z oddali, oglądała krzątającą się na ganku Isadorę, obserwowała pracującego w ogrodzie Thaddeusa. Oni po prostu jej nie widzieli. - Spróbujmy ją owinąć i jeśli będzie grzecznie siedzieć, wtedy poćwiczymy - zaproponowała swobodniej i kiedy Tite zdjął sweter, opatuliła jego odzieniem kaczuszkę, którą usadzili na sporych rozmiarów kamieniu. Ptaszątko zapadło się w ciepłych pieleszach, ale uspokoiło się dopiero kiedy Leonie mimo wszystko zdjęła szalik i owinęła nim pisklaka, a miękką konstrukcję gniazdka oparła swoim plecakiem. - To co, gotowy? - zapytała po tym, jak odeszli o kilka sporych kroków w tył, a maleństwo nie próbowało uciekać ani za nimi gonić, tylko pozostało w bezruchu, zerkając na nich przez lustra paciorkowatych oczek. Kątem oka też będzie je obserwować w trakcie sparingu, nie chciała, by się wystraszyło.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
21-03-2026, 22:23
Właśnie taką ją poznał – wrażliwą na losy zwierząt i magicznych stworzeń, pochylającą się z taką samą uwagą nad małymi ślimakami, jak i nad kołkogonkami – szkodnikami w chlewniach, potrafiącymi doprowadzić do strat bolesnych dla całego gospodarstwa, a szczególnie dla portfela właściciela. Mógł się rozczulić nad jej dobrym sercem, nad jej reakcją na opowieść o grzywaczach, na jej własne uzupełnienie – niemal słodką posypkę na czubku deseru – dotyczące gawronów i na jej, niezwykle dziewczęcą, wiarę w miłość na zawsze. Jasper – uzdrowiciel z Londynu. To zbieżność nazwisk i zawodów? Jeśli to przypadek – nie warto o tym mówić. Jeśli to nie przypadek – nie wolno o tym mówić. Wolno za to uczepić się tej części tematu, która nie budziła tak wielkiej niepewności.
Mógł być w końcu pewien, że szansa na znalezienie swojego grzywacza na randce w ciemno… Jest niska. A i mógł przeczuwać przecież podskórnie, że Leonie i Jasper – bo teraz znał już jego imię – to nie element przejściowy. Przeczucia niekiedy go myliły, ale nie zwykł kwestionować tych pozytywnych – naprawdę chcąc trzymać się myśli dobrych, podnoszących na duchu.
– Będziecie, na pewno – wam na pewno przeznaczone jest być razem. Ja chyba bardziej cieszę się czasami z tych grzywaczy za oknem – odpowiada Harrison rozbrajająco szczerze, zdejmując już z siebie sweter, który za chwilę odda pod władanie żółtemu pisklakowi. Gdy ponownie narzuca na siebie płaszcz,  unosi dłoń i pojedynczym, wyprostowanym palcem gładzi maleńki dziubek kaczęcia. Przyzwyczai się do jego zapachu i tak, zatapiając się w wełnianej strukturze brązowego gniazdka, które Harrison właśnie mu uwił. Gdy pada pytanie o ojca – Titus prostuje szyję i zerka na Leonie z góry – badawczo, zaciskając usta. – Wiesz jak jest z ojcami, Lia – przywołał dawne zdrobnienie, chociaż gdy to zrobił – poczuł się tak, jakby umysł mógł naciągnąć się jak mięsień. Nie obrazi się za taką poufałość, prawda? Była już zaręczona, starsza i dojrzalsza od ostatniego momentu, kiedy nazwał ją w ten sposób. Powie jeżeli jej to nie odpowiada? Wstyd nie pozwala spytać jej na własną rękę. – Machanie ręką na przeciwności losu, jakoś to będzie – kiedy świat się wali. Ale co ja gadam, czasami też taki jestem, a nigdy ojcem nie byłem. Chyba to taka nasza chłopska rzecz. Ale za długo go znam żeby czegoś nie zauważyć, to się czuje, nie umiem wyjaśnić – pracował czasami więcej, chętniej wybierał się poza dom na ryby – widziałem, że zajmuje sobie głowę – jest szczery, bo chociaż bardzo ją lubił – był bardzo lojalny wobec swoich kumpli. Nie nazwie Teda w ten sposób głośno, ale przecież znali się za dobrze, by być byle znajomymi czy byle koleżkami od wędki. – Nie bądź zła, ale szukałem cię wtedy, chociaż za Chiny Ludowe nie wiedziałem gdzie. Nie mówiłem mu nic, myślałem, że go miło zaskoczę, ale… No wiesz.
Nie znalazł jej wtedy. Ale to sprawa dawna – liczyło się chyba tu i teraz.
– Teraz jest rozanielony, że jesteś. Serio – a on nie może uwierzyć w to, jak wielka i silna bywała miłość rodzica do dziecka. Pan Harrison kochał go, nawet pomimo braku więzów krwi. Chronił go przed informacją o własnym, upadającym zdrowiu – byleby nie wzbudzać przesadnego współczucia czy nie martwić go dłużej niż to konieczne. – Chociaż chciałby wiedzieć więcej o twoim… Narzeczonym – i wysłał go na zwiady. Trochę. Harrison nie wiedział jednak  wobec kogo powinien pozostawać lojalny – chociaż miał swoje typy.
Kaczka godzi się na swój los, zatapia dzióbek w miękkich materiałach i pozwala sobie na chwilę bezpiecznego oddechu.
– Jak zaczniesz kasłać, co złego to nie ja – odpowiada, kiedy ta zdejmuje z szyi szalik – zupełnie niezgodnie z jego zaleceniami. To wszystko pasowało jednak do obrazu Leonie zbudowanego w głowie – jej dobre serce dla zwierząt nakazywało ryzykować dla nich zdrowiem. Nawet w tak mikrej skali. – Gotowy, to jak… Trzy-czte-ry–

|| Kamień, papier, nożyce
k1 - wygrywa Leonie i zaczyna
k2 - wygrywa Titus i zaczyna
1x k2 (kamien, papier, nozyce):
1
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 18:46 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.