• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, South Audley St 33 > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-02-2026, 18:33

Salon
Oblane burgundową farbą pomieszczenie sprawia wrażenie mniejszego, niż jest naprawdę. Umieszczone od strony głównej ulicy okna najwięcej światła dają wczesnym popołudniem, dlatego wtedy najłatwiej dostrzec urok tkwiący w starannie dopracowanym wystroju. Na pokrytej miękkim, brązowym aksamitem kanapie i fotelach zawsze znajdują się poduszki, które zazwyczaj służą jako zachęta do krótkiej drzemki lub odpoczynku po długim dniu. Nie dalej niż na wyciągnięcie ręki znajduje się wbudowany w ścianę kamienny regał na książki - lwia część kolekcji to pozycje do znalezienia w każdej księgarni, ale pozostałe odnoszą się do kanonu prawa magicznego. Pomiędzy poszczególnymi pozycjami, tak jak i na gzymsie kominka, znajdują się niewielkie rzeźby i prywatne drobiazgi właścicielki mieszkania. Wykonane z czarnego marmuru konie, uchwycone w różnych fazach ruchu, słoik wypełniony piaskiem czy kartonowy pojemnik na zużyte końcówki ołówków to tylko jedne z wielu rzeczy. W centralnym miejscu salonu stoi wykonany z ciemnego drewna stolik, na którym prawie zawsze można znaleźć szkicownik lub książkę. O dziwo swój dom znalazły tam też rośliny, próbujące przetrwać zbyt duże lub małe ilości wody. Całość dopełnia przytłumione, złociste światło mosiężnych lamp.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
03-03-2026, 20:09
Szklana wskazówka zegarka zawieszonego na nadgarstku przesuwała się niemiłosiernie wolno. Pląsające po tarczy śnieżnobiałe konie z galopu zwolniły do leniwego kłusa, nadwyrężając jej cierpliwość bardziej, niż wobec muzyka robiła to niesforna struna. Niepotrzebnie przygotowała wszystko wcześniej - zostawienie tego na ostatnią chwilę mogło sprawić, że nie wyczekiwałaby pojawienia się przyjaciółki aż tak gorączkowo. Dwadzieścia, piętnaście, dziesięć minut... Czas płynął tak, jakby wcale nie chciał, zmuszając ją do nerwowych wycieczek pomiędzy kuchnią a przedpokojem. Gdyby miała jeszcze godzinę, z pewnością wydeptałaby ścieżkę w rzuconym pod stopy puchatym dywanie. Wyjątkowo gorliwe zniecierpliwienie niewątpliwie oznaczało tęsknotę za znajomą twarzą, ale swój udział miał również fakt, że chciała czym prędzej podzielić się bolesną refleksją z zeszłotygodniowych wydarzeń.
Drgnęła w odpowiedzi na ciche pukanie do drzwi.
Miękka, przyjemnie ciepła iskra obecności Natasy odprężała lepiej niż niejedno wino. Zaraz po wpuszczeniu przyjaciółki do mieszkania ucałowała lekko jej zarumieniony policzek na powitanie i gestem zaprosiła do wejścia do salonu. Na drewnianym stoliku piętrzyły się kryształowe talerzyki, po brzegi wypełnione różnorodnymi słodkościami - kwadratowe kostki nugatu z orzechami, maślane magdalenki z delikatną nutą cytryny, niezwykle kruche, migdałowe tuiles czy pomarańczowe navattes. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że główną gwiazdą wieczoru miał być suflet z malinami, białą czekoladą i kandyzowaną lawendą, dopełnieniem wystroju powinna być francuska flaga zatknięta na przypadkowym ciastku. Zamiast tego w wazonie znajdował się pęk wiosennych kwiatów, roztaczających w pomieszczeniu słodką, ale nienachalną dla zmysłów woń. Pomiędzy ciastkami, dzbankiem z herbatą i butelką Chardonnay leżała równo złożona talia do gry w karty.
— Ratujesz mnie przed zagładą, panno Doherty. Praca w tym tygodniu była koszmarna i dzięki tobie w końcu mam okazję porządnie odpocząć — westchnęła, zajmując miejsce na przeciwległym końcu kanapy tuż po tym, gdy zrobiła to przyjaciółka. Wypełnianie swoich obowiązków nie było nawet w połowie tak bardzo męczące jak znoszenie uśmiechów rzucanych mimochodem przez Camillę. Na samo wspomnienie pyszniącej się koleżanki spięła plecy, amortyzując efekt odruchu poprzez mocniejsze oparcie się o aksamitne poduszki. W zależności od potrzeb Natasy uzupełniła kubki lub kieliszki dedykowanym im napojem. — Na początku proponuję zagrać w wojnę. Potem, kiedy już mnie pokonasz, przejdziemy do pokera. Potem... zagramy w co tylko zechcesz, bo wygrany ma prawo do wyboru rodzaju rozrywki. Ostatnio moje szczęście ogranicza się do funkcjonowania w granicach normy, bez jakichkolwiek odstępstw od reguły — przebrzydła, paląca gardło gorycz wypełniła zdawkowe parsknięcie śmiechem. Ostatnie tygodnie wypełniła tęsknota za normalnością, stanem, w którym nie wybierała pomiędzy tkliwym dudnieniem serca a mętnym obłędem. Zgarbiła się pod naciskiem ciężaru niesionego wraz ze wspomnieniami. Żałowała, że nie znalazła czasu na spowiedź jeszcze w tamtym tygodniu, może nawet w sobotę, gdy rozgrzeszenie miałoby największą skuteczność. Grzechy pożerały łapczywie, szarpały zębami za mięśnie i kości, dotkliwie rwały każde z napotkanych włókien.
Sięgnęła po talię i zaczęła tasować karty z mniejszym lub większym wyczuciem, w zależności od tego, jak bardzo intensywny był wzrok Natasy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
15-03-2026, 13:59
Czuła się trochę zakłopotana, wspinając się do drzwi mieszkania panny Crouch. Chyba po raz pierwszy, odkąd się poznały, kłopotało ją właśnie jej nazwisko, choć wiedziała, że niepotrzebnie i zupełnie wbrew wszystkiemu, co o Mayi uważała; a uważała z niezachwianą pewnością, że nie żywiłaby do niej nigdy urazy za jej polityczne opinie. Mogłaby się z nią nie zgodzić, zdarzało im się to wcześniej, bywały niejednomyślne albo sobie przeciwne, ale bez złości – niezręczność sytuacji zneutralizowałaby z odziedziczonym wraz z nazwiskiem dyplomatycznym wdziękiem; sądziła, że to najgorsze, co mogłoby się stać. Mimo to, przezornie miarkowała się z wyrażaniem przy niej swoich poglądów tak stanowczo i dosadnie, jak jej się coraz częściej zdarzało, chcąc chyba przede wszystkim nie gorszyć jej swoją zacietrzewioną czasem nie-dyplomacją (wolała wprawdzie skuteczność, nawet jeśli osiągniętą nieprzyjemnym środkiem) i skłonnością do ofensywnej agitacji. Odczuwała wobec niej spokorniałość, której brakowało jej wobec większości ludzi – chyba przez mimowiedną słabość, jaką do niej miała, wynikłą z sympatii, troski i, może najważniejsze, wdzięczności. Zawdzięczała jej wprawdzie wiele: po pierwsze to, że kiedy gubiła się jeszcze wśród czarodziejskich konwenansów i nazwisk, panna Crouch złapała ją za rękę i cierpliwie pokazała jej, jak się między nimi poruszać, by nie prowokować więcej problemów własną ignorancją i zagubieniem; po drugie to, że obchodzono się z nią lepiej, życzliwej albo przynajmniej bardziej powściągliwie, kiedy zaczęto je obok siebie, a później ze sobą, widywać w szkolnych korytarzach lub w bibliotece, gdzie cicho studiowały tak różne od siebie przedmioty, z tak podobną zapamiętałością, by potem sobie o nich opowiadać; po trzecie to, że była iskrą nadziei, znajomą czułością muskającą zmarznięty policzek i ciepłym uściskiem, przed którym się – już – nie wzdragała, za którym w pewnym momencie zaczęła tęsknić, a którego dzisiaj nie chciała utracić.
Wiedziała, że Maya nie byłaby zła – wciąż jednak czuła się skłopotana; że przychodziła do jej mieszkania, do swojej drogiej przyjaciółki, do młodej panny Crouch, ciesząc się z głośnej porażki jej dziadka, uważając, że odsunięcie go od władzy w departamencie, było symboliczne, istotne i słuszne. Nie zamierzała, rzecz jasna, o tym mówić; nie zamierzała też jednak ani uchylać się od odpowiedzi, ani kłamać, gdyby powiedzieć coś należało.
Maya powitała ją tymczasem ze zniecierpliwioną czułością, pod którą chętnie, z ciepłym uśmiechem, nadstawiła policzek, choć gestu nie odwzajemniła, tak jak nie robiła tego nigdy – było to dla niej wciąż zbyt niezręczne, wydawało się dotkliwie nienaturalne, kiedy próbowała. Zsunąwszy z siebie lekką pelerynę – choć wolała garderobę bardziej mugolską, chciała jej się podobać; nie wystarczyło tych chęci jednak na tyle, by zrezygnować z mało kobiecej koszuli i spodni pod spodem – podążyła za jej zaproszeniem do salonu, gdzie czekał na nią iście królewski poczęstunek. Nie musiałaś, naprawdę, przełknęła, nie chcąc okazywać tym stwierdzeniem niewdzięczności; to tylko ja – ani sobie umniejszać. Powinna się już wprawdzie przyzwyczaić, że Maya podejmowała gości w prawdziwie szczodry sposób; zapewne do tego była również przyzwyczajona, ale nigdy nie wydawała się zgorszona, kiedy sama podejmowała ją u siebie prostym ciastem krojonym przy niej w wysłużonej blaszce.
– A ty mnie w rewanżu straszliwie rozpieszczasz, panno Crouch – odparła, ujmując przelotnie w palce jeden z kwiatów, jakby chciała pomóc mu utrzymać śliczną koronkę płatków, zaglądając mu w rumiane lico. – Masz na myśli zwyczajny koszmar biurokracji – choć podejrzewała, że dla Mayi nie był to raczej koszmar, po prostu chleb powszedni – czy się coś stało?
Pytanie ułożyło się w świadomości trochę ciężko, okraszone niewygodnymi myślami, speszenie przegnała jednak trzeźwym napomnieniem, że Maya mówiła zapewne rzeczywiście wyłącznie o pracy, nie o zmianach w Ministerstwie. Wypuściła kwiat z palców, pozwalając mu zwiesić głowę, swoją – też dzisiaj ciężką, nie od słodyczy – unosząc, by na nią z zatroskaniem spojrzeć. Usiadła na kanapie, zatapiając się w amortyzującej miękkości poduszek, przyglądając się jej uważnie, kiedy opadała – nie siadała, opadała, jak gdyby też ciągnął ją podobny niesłodki ciężar – na drugi koniec kanapy. Nie chciała popędzać jej kolejnym pytaniem, ale wyczuwając, że będą rozmawiać na temat uciążliwy, poprosiła bez wahania o Chardonnay, przede wszystkim po to, by Maya nalała go także sobie. Skinęła zgodnie głową na propozycję gry w wojnę, ciesząc się nie pierwszy raz, że doświadczały jej między sobą tylko w tym wydaniu (musiała zagryźć na języku mimowolną uwagę prowadzącą nieuchronnie ku polityce), ale gra miała być jedynie zajęciem rąk i wypełnieniem przestrzeni, amortyzacją dla myśli, jak te miękkie poduszki dla ciała; po dalszych słowach panny Crouch była już tego pewna. Miała ochotę złapać ją za dłoń sięgającą po talie, uścisnąć czule ich nerwowość. Jak bardzo to do niej pasowało – szukanie bezpieczeństwa w znajomej, przewidywalnej normie; w tym, co poukładane i posłuszne, dające się sklasyfikować i zamknąć w szufladce.
– Inaczej mówiąc, przed czymś uciekasz – zawyrokowała wprost, używając przywileju wieloletniej przyjaciółki. – Przed czym?
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
15-03-2026, 18:12
Rozpieszczanie było właściwie wybranym określeniem. Niezależnie od okazji lub wagi spotkania chciała gościć Natasę tak, jak należało, odwdzięczając się niemo za liczne rozmowy odbyte w czasie teraźniejszym i przeszłym. Może nawet i bardziej za te, które miały za sobą, gdy właściwie niewiele osób w ogóle chciało się do niej odezwać. Dlatego tym większe zadowolenie czuła, widząc, że czuje się w mieszkaniu swobodnie i odważyła się pieszczotliwie sięgnąć po jeden z kwiatów zatkniętych w bukiecie. W tym przyjemnym dla oka krajobrazie przywołanie tematu pracy wydawało się kompletnie nie na miejscu, ale skoro już zaczęła mówić, należało również skończyć.
— Wszyscy byli poddenerwowani od jakiegoś czasu i to napięcie powoli zaczyna schodzić — niekoniecznie w sposób, jaki powinno. — I przy okazji obrywa się osobom, które naprawdę chcą pracować. Może i jestem trochę przewrażliwiona na punkcie porządku, ale nam wszystkim byłoby o wiele łatwiej odnaleźć się we wspomnianej przez Ciebie biurokracji, gdyby każdy się pilnował — westchnęła, czując na plecach ciężar minionego tygodnia. Ten był trudny z wyjątkowo wielu powodów. Liczba rozpraw rosła, wraz z nią piętrzyła się dokumentacja wymagająca wytężonej organizacji przestrzeni nie tylko w trakcie obrad, ale i po nich, kiedy w razie potrzeby należało przenieść część plików do archiwum. Odnalezienie się w podwójnym chaosie nie było czymś, do czego przywykła, a z czym najwyraźniej jeszcze nie potrafiła sobie poradzić.
Wino przelane do kieliszków straciło nieznacznie ze swojej złocistej barwy, przeobraziło się w nieco bardziej mętny i mniej fascynujący dla oka alkohol, ale zachowujący wartość smakową. Szlachetna winorośl była równie wdzięczna za wybrana przez nią rozrywka na ten wieczór, a przynajmniej taką miała nadzieję, bo inaczej nie zniosłaby zanudzenia Natasy. Na zewnętrznej stronie kart widniała standardowa, utrzymana w granatowym kolorze oprawa, przypominająca wiszące na ścianie sztukaterie przyozdobione roślinnym ornamentem. Wewnętrzna nie odstawała pięknem, ale łatwo dało się zauważyć, że w przygotowaniu wizerunków króla, damy czy jokera posłużono się magią, ponieważ każda z postaci poruszała się w wyznaczonym im obszarze. Tasowała je dość sprawnie, z wdziękiem znającej się na tym osoby, przy czym każdy ruch był niezwykle szybki i gdyby dobrze przyjrzała się twarzom namalowanych postaci, dostrzegłaby na nich lekkie poirytowanie. Pytanie przyjaciółki, będące jasnym następstwem przygotowanego przez nią wstępu, zbiegło się z momentem rozdzielenia talii na równe części. Muskając opuszkami palców brzegi kart uśmiechnęła się gorzko, nie szczędząc tego nieprzyjemnego uczucia również w spojrzeniu, choć zdecydowanie je złagodniała, za wszelką cenę nie chcąc jej tym przytłoczyć. Wieczór dopiero się zaczynał.
— Lepiej byłoby zapytać, przed kim — fuknęła z niezadowoleniem. Nawet jeśli zaprosiła ją specjalnie po to, żeby omówić związaną z nim okoliczność i skazała się na konieczność przywołania jego widma, nie oznaczało to, że zamierzała się z tego cieszyć. Zwłaszcza, gdy było tak bardzo wyraźne. — W tamten piątek koleżanki z departamentu namówiły mnie na wyjście do baru. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale dokładnie w tym samym lokalu razem ze swoim przyjacielem bawił się Lysander. Jak się pewnie słusznie domyślasz, spotkaliśmy się po raz pierwszy od zjazdu i wszystko, co miało pójść nie tak jak trzeba, właśnie takie było — nawet po tygodniu nie potrafiła odnieść się do tego spotkania bez poczucia wstydu, jakim okryła się na rzecz spuszczonych ze smyczy emocji. Pokutowała za zazdrość każdego dnia przechodząc obok biurka Camilli, której nadal nie znudziło się opowiadanie innym o uroczym, a zarazem nonszalanckim mężczyźnie, jakiego spotkała w weekend w Londynie. Stosunkowo spory haust wina miał być zapewne dopiero jednym z wielu komentarzy na sposób, w jaki wtedy się zachowała. — Częściowo mogłam uniknąć tak ogromnej tragedii. Niestety jedna z dziewczyn poczuła się w obowiązku zaopiekować się nim tuż pod moim nosem, przeczuwając, że będę tym zachwycona. A ja, cóż... — wzruszyła ramionami, powstrzymując się przed dokończeniem zdania w obawie przed ośmieszeniem. Natasa i tak znała składowe jątrzącego się wewnątrz uczucia, kapryśnego równie mocno co wiosenna pogoda, wykutego w niezłomnym, marmurowym pomniku pamięci, który zwłaszcza od kilku ostatnich tygodni dostarczał jej nadmiernych wrażeń.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
26-03-2026, 23:59
Maya Crouch kochała porządek i – ironicznie – burzyła porządek jej świata, w nieświadomości, z której nie zamierzała jej wybawiać. Przysiadając obok niej na bibliotecznej kanapie u zarania ich nieobliczalnej znajomości, nie mogła tego przewidzieć; że w przyszłości jej przyjaciółka stanie się być może ostatnim argumentem, przez który zachowa umiarkowaną spokorniałość w swoich osądach, awersjach i resentymentach. Łatwo byłoby wprawdzie wrzucić ich wszystkich do jednej szuflady i w niej zatrzasnąć: błękitnokrwistych i konserwatywnych, przywiązanych do starych praw, starych tradycji i starych konwenansów z kurczowym pedantyzmem, niezależnie czy archaiczna doktryna odpowiadała teraźniejszym potrzebom społeczeństwa i jego ewoluującej świadomości. Tych, którzy uważali, że Leach nie powinien być Ministrem Magii, Shacklebolt – Szefem Departamentu, a Dumbledore – dyrektorem Hogwartu i człowiekiem szanowanym; i tych, których można było z nimi powiązać, przez powinowactwo, pokrewieństwo czy inną wspólność: otoczenia, spraw, uścisku dłoni. Gdyby wtedy obok niej nie usiadła – gdyby poznała ją za późno, być może nigdy nie zdobyłaby się na tę przyjaźń. Teraz zaś nie potrafiłaby sobie jej ująć; trzymała się jej kurczowo, tego zaprzeczenia dla swojej złości, jej jasnych oczu i dobrotliwego uśmiechu, łagodnych dłoni, w której dostrzegała całą tę nieuświadomioną władzę, po którą nie miała – jeszcze – serca sięgnąć, bo obawiała się, że to musiałoby je podzielić; gdyby zaczęła stawiać jej wymagania, oczekiwać od niej więcej, wciągać ją w sprawy, w których nie mogła się mierzyć z prymatem jej rodziny.
– To zrozumiałe, chyba nikt nie spodziewał się ostatnich zmian, a teraz pewnie wielu nie wie, czego po nich oczekiwać – wybrała dyplomatyczną, możliwie krótką odpowiedź, choć miała ochotę zapytać ją, jak właściwie zostały te zmiany przyjęte i jakie nastroje obecnie w Ministerstwie panują, czy pojawiał się opór, nieprzychylne szepty, czy ostatecznie nie zmieniało to dla podległych urzędników nic poza tym, że ktoś inny patrzył im na ręce? Dalsze słowa odwiodły ją jednak od myśli o zmianie szefostwa; brzmiało to raczej na innego rodzaju poruszenie. Prawie się uśmiechnęła, z mimowiedną czułością wobec jej umiłowania do nieskalanego porządku; w przypadku Mayi wydawało się to nieszkodliwe i urocze. – Ktoś namieszał w papierach? Celowo? – nie powstrzymała ciekawości; zdawało jej się, że może rozegrać ją z przekonującą niewinnością. Jakby wcale nie wietrzyła w tym możliwych poszlak dyskretnego buntu albo prób zatarcia jakiejś sprawy. – Czy waszego stażystę przerosły zasady archiwizacji?
Pomimo zauważalnego zdenerwowania, a może właśnie przez nie, karty w dłoniach Mayi przeskakiwały z wdzięczną werwą; migające między kierami i treflami królewskie twarze wykrzywiały się w niezadowolonych grymasach, a ona nie mogła powstrzymać wrażenia, że rozumie dokładnie, co muszą czuć. Musiała unieść spojrzenie z powrotem ku jej licu, bo wydawało jej się, że zaraz też zakręci się jej w głowie; że zaburzy się jakiś znany jej porządek, w czyichś nerwowych, nieuważnych palcach. W spojrzeniu panny Crouch lśniło coś ostrego; nie była jeszcze pewna, co dokładnie – czy był to gniew, czy rozgoryczenie, czy pretensja i rozczarowanie. Intrygowało ją to tym silniej, że rzadko widywała ją w podobnym nastroju. Ostatnim razem chyba, kiedy...
Lysander. Ostatnim razem, kiedy Lysander i teraz również – Lysander. Sięgnęła po swój kieliszek jakby na sygnał; nie uniosła go jednak do ust, wsparła jedynie szklaną stópkę na udzie, trzymając go jakby w pogotowiu, nerwowość zajmując gładzeniem obłości szkła opuszką kciuka. Czuła się znów trochę zakłopotana; nie wiedziała wprawdzie, czy powinna mówić jej o tym, że się z nim widziała i o tym, że zamierza się jeszcze z nim widzieć, ale nie chciała też jej tego nie mówić, skoro nie miała niczego do ukrycia. Ale nie chciała też, żeby Maya przez zakłopotanie tym, że się znają i widują, przestała mówić jej o tym, co ją szczególnie zaprzątało – a więc o Lysandrze właśnie – albo by się miała powściągać czy poprawiać, mówiąc o nim. Obecny moment nie wydawał się dobry, by o tym wspominać; ale nie wydawał się też dobry, by to przemilczeć.
I sama też – nie wiedziała jeszcze, jak właściwie o nim mówić. Chciała wprawdzie mu ufać, eksperymentalnie, ale kładąc na szali jedynie własne zaufanie; co jej jednak powie, jeśli Maya zapyta ją, co o nim myśli?
Wyobraziła sobie ich w tamtym barze – spoglądających na siebie z przeciwnych stron stolika, rumieniec na jej twarzy, szklankę w dłoni pospiesznie podnoszoną do ust, jego niezachwianą, zapewne, nonszalancję, którą tak swobodnie się zasłaniał. I nie mogła wysupłać z tego wyobrażenia złodziejskiej chciwości z jego źrenic; krzywości uśmiechu zalęgniętego w kącikach ust, kiedy na nią patrzył – śliczną i jaśniejącą jak klejnot. Mogła wcześniej słuchać jej z troskliwym zaabsorbowaniem, krzyną czułości względem tego, jak bardzo była nim zajęta, ale teraz, kiedy obserwowała jej zdręczoną ekspresję, przychodziło jej to trudniej, troskliwość stawała się nagle ostrzejsza i ukierunkowana, nie jak dłoń ułożona na jej ramieniu, ale jak dłoń gotowa zacisnąć się w pięść.
– A ty? Pozwoliłaś jej? I on jej pozwolił? – zachęciła ją, sięgając po kupkę swoich kart. – Co dokładnie poszło nie tak? I, skoro mówisz, że nie tak, jak trzeba, to jak było trzeba? – czuła, że naciska mocniej niż zamierzała; wyciągnęła pierwszą kartę, synchronizując ruch dłoni z ruchem Mayi. Pierwsze zwycięstwo.
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Maya Crouch
Czarodzieje
Wiek
25
Zawód
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
3
3
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
10
Brak karty postaci
31-03-2026, 03:32
Ograniczona przestrzeń własnego biurka była przyczółkiem spokoju. Niewielkim, ale wystarczającym, aby wziąć głęboki oddech i odciąć się od wszechobecnego szumu. Czasami, zanurzona w zapachu papieru, atramentu i książek, zapominała o zatopionym w piersi ostrzu. Wystarczył zaledwie jeden nieostrożny ruch i broczyła szlakiem krwi, bo nieostrożna myśl była równie śmiertelna co sztylet, przynajmniej w obecnym położeniu.
— Moja przełożona na początku pomyślała tak samo, ale pomylone ze sobą akta spraw miały podobną sygnaturę, stąd pomyłka. Związane z nimi rozprawy miały miejsce lata temu, a osoba odpowiedzialna za porządek już od dawna nie pracuje w Ministerstwie — wyjaśniła zwięźle. Potoczna wylewność nie była wskazana ze względu na piastowaną funkcję i ogół zasad panujących w Departamencie. Miała nadzieję, że przyjaciółka nie będzie miała za złe przyjęcia takiej postawy. Może i nawet już teraz powiedziała zbyt dużo, ale ostatecznie siedziały tu tylko we dwie, mieszkanie miało grube ściany i sąsiadów mających wystarczająco wiele własnych problemów. Mayfair wolało milczeć i przechować swoje sekrety daleko poza zasięgiem światła dnia.
Większa wartość karty Natasy na poczet wygranej nie była zaskoczeniem, a mimo to wykręciła usta w grymasie tak kwaśnym, jakby nadgryzła soczysty plasterek cytryny. Prawdziwym powodem pojawienia się go nie była sama przegrana, do czego przecież ostatnio tak dobrze przywykła. Zanurzenie się w odmętach jaskrawego nurtu wspomnień nie należało do najprzyjemniejszych. Tamten wieczór miała pamiętać głównie ze względu na to, jak bardzo zazdrościła Camilli zainteresowania Lysandra i jak on sam łyskał ku niej tym czułym, niebywale roziskrzonym spojrzeniem. Zadrżała, wzdrygnęła w odwecie przed sunącą otuliną zimna, choć wewnątrz całego mieszkania rozchodziło się dogodne ciepło. Nagrzane majowym słońcem i żarem drewien dogasających w kominku nie miało konkurencji wobec lodowatych kajdan, jakimi obciążono nadgarstki.
— Pozwoliłam. Nie roszczę wyłącznych praw wobec kogoś, kto nigdy nie był mój — była to jednocześnie prawda i nieprawda. Nikt nie twierdził, że istniały regulacje mające odebrać jej mandat udziału w tego, dość szczególnego rodzaju, szrankach. — A charakter naszej poprzedniej rozmowy już na starcie pozbawił mnie wielu przywilei. Jednym z nich było wyrażenie sprzeciwu wobec takiego rozwoju sytuacji — nigdy nie wątpiła w powodzenie, jakim w istocie mógł cieszyć się Lysander, ani umiejętności, dzięki którym błyskotliwie lawirował w rozmowie. Liczyła przynajmniej na to, że nie będzie musiała nabrać w tym pewności osobiście. Rzeczywistość była wymiernie łaskawa. Miała wtedy równie dużo szczęścia co teraz, gdy kolejna karta padła łupem przyjaciółki. Zazgrzytała zębami. — To, że na widok łaszącej się do niego dziewczyny zapragnęłam wydrapać sobie oczy, to zupełnie inna kwestia — dodała z godnym pożałowania rozbawieniem. Sącząca się z niego gorycz była lepka, ogłuszająca, naleciała dniami spędzonymi w kontemplacji nad nienawiścią do siebie. Do uczuć, nad jakimi pomimo upływu lat nie mogła zapanować, wymykającymi się dobrze znanym zasadom. W odosobnieniu wyliczałaby je dalej szeptem, ale w towarzystwie przynajmniej powinna zachować twarz ogłady. Kolejna przegrana była zapewne jedną z prób mających to sprawdzić. Mrowienie w opuszkach palców sugerowało potrzebę przetasowania losowo otrzymanych kart, ale zdołała się powstrzymać - sięgnięcie po kieliszek i posmakowanie wina miało wypełnić powstałą pustkę. Nie tylko, bo i przeciągała moment, w którym należało uzupełnić odpowiedź dla Natasy.
— Było trzeba zachować godność. Było trzeba siedzieć z zamkniętymi ustami aż do końca wieczoru, udawać, że mnie to nie rusza — a ruszało bez cienia wątpliwości. Mówiąc o tym przeżywała podobną torturę co wtedy. — Zamiast tego byłam opryskliwa i przy pierwszej okazji zwiałam pod pretekstem zamówienia drinka. Niestety Lys ruszył za mną i zapytał, co stało się ze mną podczas zjazdu — znów parsknęła śmiechem. — Wyjaśniłam, że miałam dość tej gry, rozmów, które ciągnęły mnie ku tym przeklętym uczuciom. Może nie powinnam mówić wtedy o bawieniu się moimi uczuciami, ale... jak inaczej miałam to wszystko nazwać? Zapytany o powód zadawania tak licznych pytań wyjaśnił, że był ciekawy. Ciekawy, Nataso, choć już przy pierwszym dałam mu do zrozumienia, że we mnie nic się zmieniło. Niepotrzebnie — nawet już nie musiała dodawać, jak bardzo znienawidziła się przez całe zajście. Należało unieść przeszłość z godnością, o której dopiero co wspomniała - na przekór podszeptom rozsądku wybrała ścieżkę o boleśnie wyboistych koleinach, pokrytych pnączami cierni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 19:10 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.