• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Scarborough (orkshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-07-2025, 01:01

Scarborough (Yorkshire)
Miasto malowniczo rozpostarte jest nad Morzem Północnym, otoczone wzgórzami, gdzie z jednej strony królują ruiny średniowiecznego zamku, a z drugiej ciągną się dwie zatoki: spokojna North Bay i tętniąca życiem South Bay. Historia i codzienność przenikają się tu niemalże idealnie: brukowane uliczki, rybackie chaty i kamienice pamiętające minione wieki stoją tuż obok sklepów z pamiątkami i restauracjami. W porcie kołyszą się kutry, mewy krzyczą nad dachami, a na nabrzeżu można usiąść z porcją gorącej ryby z frytkami, patrząc na spokojne fale i czerwone dachy wznoszące się po zboczu. Wesołe miasteczko rozbłyskuje wieczorem kolorowymi światłami. Wystarczy kilka minut spaceru, by odnaleźć ciszę wzdłuż klifów z widokiem na bezkresne morze. Nad ranem mgła spływa po dachach, a gdy słońce wyjrzy zza wzgórz, wszystko rozświetla się ciepłym, bursztynowym blaskiem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
14-02-2026, 19:58
22 kwietnia 1962 roku

Dotarli na miejsce w chwili, gdy na niebie wciąż majaczył mglisty zarys osobliwego znaku — z pewnością pozostawionego tam nie bez powodu. Powoli rozpływał się w powietrzu, niknąc tak samo nieuchronnie jak dobry humor Henry’ego, który jeszcze niedawno przecież mu dopisywał. Okolica sprawiała wrażenie uśpionej — noc była łagodna, niemal czysta, jakby świat wstrzymał oddech w nabożnym skupieniu. W powietrzu nie drgał żaden powiew wiatru, nie zaszeleścił liść, nie zaszczekał pies. Cisza zdawała się czymś naturalnym, zwyczajnym.
Miasto, malowniczo rozpostarte nad Morzem Północnym i wtulone w ramiona wzgórz, tej nocy wydawało się niemal baśniowe. Nad dachami unosiła się cienka mgła, zsuwając się leniwie ku brukowanym uliczkom, jakby chciała ukryć to, czego świadkiem stało się jedno z domostw. Z jednej strony, wysoko nad portem, majaczyły ruiny starego zamku — ciemne, poszarpane kontury na tle nieba. Z drugiej zatoki spały w ciszy: spokojna tafla North Bay i odległe, przygaszone światła South Bay, gdzie jeszcze kilka godzin wcześniej tętniło życie.
W porcie kołysały się kutry, uderzając o nabrzeże jednostajnym, głuchym rytmem. Mewy ucichły. Wesołe miasteczko, które wieczorami rozbłyskiwało feerią barw, teraz stało nieruchome i puste, jak scenografia po zakończonym spektaklu. Wszystko zdawało się oddychać spokojem.
Jednak dom, do którego dotarli oddychał śmiercią.
Drzwi ustąpiły z cichym jękiem. W środku panował chłód cięższy niż nocne powietrze. Zapach — metaliczny, duszny — przylgnął do gardła. Ciała mugoli leżały w bezładzie, jak porzucone kukły, zastygłe w niedokończonych gestach. Na podłodze, przy przewróconym krześle. W progu kuchni. Na schodach prowadzących na piętro.
Młody auror zatrzymał się tuż za wejściem. Poczuł, że rzeczywistość rozwarstwia się przed nim na dwie sprzeczne prawdy. Jedna należała do miasta — spokojnego, pachnącego solą i mokrym kamieniem. Druga — do tego domu, w którym śmierć przyszła bez zapowiedzi.
Przez krótką chwilę miał wrażenie, że pomylił adres, że to jakaś groteskowa pomyłka. Tyle ciał — zbyt wiele jak na jedno zgłoszenie, zbyt wiele jak na jedno ludzkie serce, które próbowało to objąć. Czuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła, jak myśli rwą się i plączą. Był szkolony, przygotowany na najgorsze, a jednak nic w salach treningowych nie przypominało tej ciszy przerywanej tylko skrzypieniem własnych butów.
— To… — urwał, nie potrafiąc dokończyć zdania.
Starszy auror stał już w salonie, z twarzą wypraną z emocji, jakby od dawna nauczył się je odkładać na później.
— Masakra — powiedział sucho. — Celowa. Bez śladów włamania. Sprawdź piętro.
Henry skinął głową, choć miał wrażenie, że porusza się nie on, a ktoś inny w jego ciele. Serce waliło mu w piersi tak głośno, że niemal zagłuszało szum morza za oknem. Ilość ciał była przytłaczająca. Każde kolejne odkrycie odbierało mu oddech, jakby schodził coraz głębiej pod wodę. Szkolenie uczyło go chłodu, dystansu, procedur. Nie uczyło, jak patrzeć na małą dłoń zwisającą bezwładnie z kanapy ani na przewrócony kubek z herbatą, która wsiąkła w dywan jak rozlany cień.
Na komodzie dostrzegł przewróconą ramkę ze zdjęciem. Rodzina uśmiechała się do obiektywu: matka, ojciec i trójka dzieci. Najmłodsze siedziało na rękach kobiety, starsze obejmowały się nawzajem z dziecięcą swobodą.
Podniósł fotografię drżącymi palcami i odruchowo przeniósł wzrok na ciała w pokoju.
Jedno.
Drugie.
Trzecie.
Zabrakło mu oddechu.
— Panie Harper... — Głos zadrżał, nim zdołał go opanować. — Na zdjęciu są troje dzieci.
Mężczyzna podszedł bliżej. Jego spojrzenie było chłodne, rzeczowe.
— Widzisz tu troje?
Pokręcił głową. W salonie leżała tylko dwójka.
Między ciszą domu a spokojem nocy rozciągnęła się nagle przepaść. Gdzieś tam, poza światłem ich różdżek, zapewne kuląc się ze strachu znajdowało się zagubione dziecka. A wraz z tą świadomością młody auror poczuł, że coś w nim pęka — nie tylko wstrząs związany z widokiem śmierci, lecz ciężar odpowiedzialności, który nagle stał się nieznośnie realny.
Na moment nawet jego zwierzchnik— człowiek o twarzy nieprzeniknionej, twardej jak nadbrzeżne skały — zastygł w bezruchu. Za oknem rozległ się nagły krzyk mewy, przeciągły i ostry.
— Sprawdźcie każdy pokój. Strych, piwnicę, ogród. I wezwij wsparcie, niech przeszukują pobliże klifów — rozkazał niskim, opanowanym tonem. — Jeśli to dziecko żyje, nie możemy pozwolić, by noc połknęła je tak samo jak resztę.
Młody auror skinął głową, ale tym razem nie był już zagubiony. W jego oczach, obok szoku, zapaliło się coś ostrzejszego — lęk spleciony z determinacją. Noc mogła wydawać się spokojna. Lecz on wiedział już, że to tylko złudzenie.
Wyszedł przed dom, by zaczerpnąć powietrza, lecz nawet ono wydawało się cięższe niż zwykle. Mgła gęstniała nad brukowaną uliczką, spływając ku portowi i wspinając się po zboczu ku ruinom zamku, jakby chciała objąć całe miasto w mlecznym uścisku milczenia. W oddali majaczyła linia klifów, a morze oddychało powoli, obojętne.
Gdzieś tam było zaginione dziecko.
Henry zamknął na moment oczy. Widział twarze ze zdjęcia — rozświetlone słońcem, nieświadome przyszłości. Czuł wstrząs, który wciąż sprawił, że wciąż drżały mu dłonie, i ciężar odpowiedzialności, który osiadł na barkach jak wilgoć znad zatoki. Już nie był tylko świadkiem. Stał się kimś, kto musi odnaleźć odpowiedź.
Drzwi domu skrzypnęły za jego plecami. Wyższy mężczyzna kierujący akcją stanął obok, spoglądając w kierunku ciemnego ogrodu.
— Przy klifach nic ma po nim śladu — powiedział cicho.
Teyssier uniósł wzrok ku nabrzeżu, gdzie kutry kołysały się niespokojniej, jakby wyczuwały zmianę przypływu.
— Więc nie uciekł w noc — odparł, czując, jak strach ustępuje miejsca determinacji. — Ktoś go zabrał.
Harper skinął głową.
— W takim razie ta noc jeszcze się nie skończyła.
Na wschodzie niebo zaczynało jaśnieć. Pierwsza smuga bursztynowego światła przebiła się przez mgłę, muskając dachy i kamienne ściany domów. Miasto powoli budziło się do życia, nieświadome tragedii, która rozegrała się w jednym z jego domostw.
Henry raz jeszcze spojrzał na dom, w którym cisza dudniła echem śmierci, a potem ruszył w stronę portu. Wiedział, że kiedy słońce wzejdzie nad Morzem Północnym, nic nie będzie już takie jak dawniej — ani dla tego miasta, ani dla niego.
Bo tej nocy stracił złudzenie, że zło zawsze krzyczy. Czasem przychodzi cicho, w miejscu, gdzie wszystko wydaje się najspokojniejsze.

/ zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Sawyer Whitfield
Czarodzieje
nie wiesz, kim nie chcesz być, zostajesz więc cichą potencjalnością
Wiek
30
Zawód
hodowca, garbarz, przemytnik, dziedzic
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
6
5
Brak karty postaci
01-03-2026, 13:50
27 maja 1962

Bawiła go ta karykatura Ameryki sprowadzonej do roli cyrkowej małpki na brytyjskiej ziemi – kowbojskie kapelusze z przesadnym rondem, kowbojskie buty z plastikową ostrogą, kowbojskie pasy z pokaźnymi, wyglancowanymi sprzączkami, pyłem nieskalane chusty wiązane pod szyją, tak by można było naciągnąć je szybko na twarz, kiedy rozpocznie się rozbój, i kciuki wciśnięte nonszalancko za szlufki do pamiątkowego zdjęcia na tle Nowego Meksyku. Dzieciaki poprzebierane w kraciaste koszule przeciskały się między atrakcjami przystrojonego w Zachód wesołego miasteczka, wołając na siebie raz cobarde, raz amigo; chłopcy chowali prawe ręce za plecy i udawali, że się biją – każdy chciał, by mówiono na niego Jack for short, za to nikt nie chciał być szeryfem i trudno było powstrzymać pocieszną myśl, że wyrosną na ludzi. Niszczy mu pani życie towarzyskie i pewnie przyszłość, stwierdził, zauważając przy stoisku kobietę zapinającą synowi gwiazdkę na piersi; była całkiem ładna, ale nie znała się na żartach, więc poszedł dalej. Plakaty na ścianach budek zapraszały do lokalnego kina na wyświetlany wieczorami film – zarzewie tej kowbojskiej parodii – i zastanawiał się, czy nie wybrać się na niego później, jeszcze raz. Na przełomie późnej nocy i wczesnego ranka miał odebrać w porcie towar, ale do tego czasu mógł robić to, co mu się żywnie podoba: wzuć filcowany kapelusz w paskudnym kolorze, pójść do kina, rzucać popcornem w dzieciaki w pierwszym rzędzie, by się zamknęły, napić się w knajpie (tym razem z umiarem), przedstawić się jakiejś blondynce jako Sawyer W. Whitfield, Soybean for short, schować prawą rękę za plecy i zdzielić kogoś po pysku, raczej nie kobietę i, niestety, nie policjanta, jak by należało, by trzymać się scenariusza. Więc może jednak nie to, co mu się żywnie podoba; ale co może mu ujść na sucho przynajmniej.
Zapewne ziściłby te ambitne plany, gdyby nie popadł w impas, zatrzymując się w punkcie, w którym nie wiedział, czy chce mu się śmiać, czy chce mu się raczej płakać nad absurdem człowieczej woli i zdolnością natury do płodzenia tak pokracznych abominacji. Nie był to właściwie pierwszy raz, kiedy spotkał się ze skarłowaciałym koniem – kucykiem po prostu – dzisiaj jednak jakoś dojmująco mu ten widok dokuczał. Stojąc przy słupku na szybko skleconego padoku, obserwował jak zwierzę zatacza powolne posłuszne kółka wzdłuż ogrodzenia, prowadzone za krótkie wodze przez zmęczonego życiem faceta, podczas gdy w siodle kołysały się kolejne dzieci, wymieniane co pięć okrążeń, nie mniej i nie więcej, niezależnie od tego, jak bardzo płakały. Na pocieszenie mogły dać mu kawałek marchewki (kucowi, nie facetowi, choć jemu przydałyby się bardziej); jakby już nie wyglądał jak rozsadzona ciśnieniem beczułka, którą należałoby raczej po ziemi toczyć niż prowadzać.
Stał tak może za długo, wypalając papierosa albo dwa, albo trzy – nie był pewien, ile minut, ile okrążeń czy ile dzieci minęło; w każdym razie, kiedy oderwał wreszcie spojrzenie od pękatego potworka, zasypując szluga nawiezionym na okólnik piachem, natknął się nieoczekiwanie na twarz mglisto-znajomą. Potrzebował krótkiej chwili, by fragmenty pijanych wspomnień poskładać w sens; chciał chyba po pijaku ożywić zaklęciem pomnik Nelsona albo wysikać się pod Igłą Kleopatry, nieistotne – istotne, że z dwójki magipolicjantów to Harrison był tym, który próbował wynegocjować mu lżejszy wyrok, co prawda, nieskutecznie, ale liczył się gest. Wydawał się, co więcej, równie przejęty widokiem kucyka, co on; albo mu się wydawało, bo bardzo chciał komuś powiedzieć, co o tym myśli.
Obszedł łuk padoku niespiesznie, patrząc na niego uporczywie – coby nie pozostawić mu cienia wątpliwości, że został namierzony i wybrany na towarzysza rozmowy; lub raczej – na ofiarę swojego towarzystwa.
– Czytałem niedawno o węgierskiej klaczy wyścigowej, która przebiegła w swoim trzynastoletnim ledwie życiu ponad pięćdziesiąt wyścigów i żadnego nie przegrała. Większość koni nie przebiega połowy z tego, nie wspominając o zdobyciu podium – zaczął od razu, zanim jeszcze się przy nim zatrzymał, zbyt niecierpliwy, by odczekać jeszcze te parę dzielących ich kroków. – Nazywają ją węgierskim cudem. Do tej pory nie udało się wyhodować konia zdolnego pobić jej wyników, chociaż zostawiła po sobie parę dobrych potomków. Zastanawiam się, wiesz, czy to było hodowlane osiągnięcie człowieka, czy raczej doskonała mutacja, więc wyłączny kaprys natury, żeby utrzeć nam nosa – ciągnął, przystając obok niego, oparłszy się o barierkę padoku, plecami do nieszczęsnego kucyka, przodem do Titusa. – Potrzeba przynajmniej ośmiu pokoleń, żeby utrwalić cechę w zwierzęciu. Węgierski cud przepadł, ale mamy za to, dzięki dobrej woli jakiegoś drania, to niskorosłe błazeństwo... – mruknął, odwracając głowę, by przez ramię spojrzeć na toczącego się na lonży kucyka. – Jego przodkowie nieśli naszych przodków do wojen, wyobrażasz to sobie? Jego można by co najwyżej załadować do armaty – parsknął kpiarsko, powracając spojrzeniem do Harrisona, przechyliwszy nonszalancko głowę. W zielonym spojrzeniu igrały refleksy zawieszonych na słupach światełek, ławice drobnych, zadziornych, ogników. – Zapomniałeś swojej gwiazdki, szeryfie – mruknął zaczepnie, niezupełnie mając na myśli tę, którą doczepia się do piersi. Sięgnął dłonią za plecy, chwilę później celował w niego plastikowym rewolwerem z pomarańczowym pociskiem w lufie. – Spodziewacie się tu jakiegoś incydentu czy jesteś tu prywatnie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
07-03-2026, 19:14
W sezonie wędkarskim często pracował więcej dni z rzędu, byle móc pozwolić sobie na dłuższe przerwy i nocne wyprawy – czasami na wypożyczenie łódki i wypłynięcie na wody nielicznych, angielskich jezior. Czasami motywował się do dalszych wycieczek. Czasami – ale nigdy sam – wybierał się nad morze. Najczęściej na morzu irlandzkim, ale i na morzu północnym – markotnym, wymagającym, wzburzonym. Po dzisiejszej nocy czuł, że jego skóra pachniała solą noszoną wraz z kroplami przez wiatr od wschodu. Włosy na głowie sztywniały, a ubrania przeszły wilgocią, której zapach przywiezie pewnie jeszcze do kawalerki w Londynie.
Tego dnia miał wrócić do Doliny Godryka. Z samego rana do gospody odprowadził swojego starszego przyjaciela – Ted Figg zniknął w ogniu paleniska jadłodajni, żegnając się z uśmiechem i trzema węgorzami w wiadrze. Harrisonowi pozwolono zaś zostawić tam zdobycze. W chłodziarce. Tylko na chwilę. Przejdzie się, zobaczy mugolskie zamieszanie o którym mówiła pochylająca się nad blatem właścicielka. Oczy magipolicjanta błyszczą na wspomnienie westernu. Kobieta sugeruje, by zarezerwował sobie pokój na górze – później może już nie mieć miejsca. Ale Harrison spał tej nocy pod namiotem, chociaż zasadniczo spał bardzo niewiele – nie chcą przegapić żadnego brania. Nie może zostać na kolejną noc – musi oporządzić zwierzę mieszkające w stodole Dolores Day (chociaż na potrzeby rozmowy, którą musi podkoloryzować lekko dla dobra historii– nazywa ją mamą), przygotować starą szkapę do kolejnego tygodnia, w którym będzie jedynie wypasany i dokarmiany. Ale rozmowę o własnym (półwłasnym?) koniu kończy szybko, bo szybko podchwytuje, że kobieta wspomina o kucykach. Dla dzieci. Kocha dzieci – chciałaby mieć wnuki, ale syn jest starym kawalerem, a córka nie odzywa się do niej, wyprowadziła się do Glasgow i nigdy nie przedstawiła jej wnuków. Pyta czy Harrison ma dzieci. Bez mrugnięcia okiem i bez zastanowienia odpowiada, że niestety nie, nawet jeżeli bardzo by chciał. To gdzie te kucyki?
Nie widział jeszcze Ostatniego Kowboja. Nowiusieńki, pachnący, wyświetlany w kinie w Greenwich dopiero za dwa tygodnie – w końcu taśma miała ograniczoną ilość kopii. Ciekawe jakim zawziętym fanem westernu musiał być lokalny właściciel wesołego miasteczka, by wyrwać taśmę amerykańskiej produkcji właśnie tutaj? Było warto? A może był pośród tych wszystkich ludzi i bawił się, bo zorganizował wydarzenie głównie dla samego siebie? Dzieciaki ubrane w kowbojskie kapelusze przebiegają Harrisonowi pod nogami, a jeden z nich potyka się, ale nie płacze – kowboje byli twardymi chłopcami. Nigdy nie płakali.
Harrison od lat karmił się opowieściami z dzikiego zachodu – pierwszy western zobaczył już w 1946, Stagecoach – w tamtym czasie mówili już, że “stary”, ale dla Harrisona – dopiero co wygnanego z farmy i samotnego w Manchesterze – był rozrywką diabelnie porywającą. Porównywał się do bohaterów, a w porównaniach tych wychodził – szczerze mówiąc – zupełnie przeciętnie.
Papierosa gasi jeszcze zanim podejdzie do padoku – nie pali przy zwierzętach. Ojciec mu zakazał, a potem opieprzał kowala za każdym razem, kiedy palił podkuwając. Opierając się o słupek ogrodzenia, wpatruje się w beczułkowate stworzenie – kuc szetlandzki, chyba najmniejsza rasa kuca jaką widział na własne oczy. Nie należało lekceważyć jego rozmiaru – był okropnie wytrzymały, ale i bardzo zawzięty. Dla magipolicjanta zupełnie nieśmieszny, a zwyczajnie ładny – o długiej grzywie, silnych kończynach, mocnym karku…
Podnosi spojrzenie ze zwierzęcia. Wzrok Sawyera Whitfielda zapisuje się w pamięci Harrisona zdecydowanie wyraźniej, może dlatego, że przy ostatnim spotkaniu był zarówno dużo trzeźwiejszy, jak i przez jego… Gadatliwość. Gadatliwość, która pewnie wywalczyłaby mu pouczenie. Gdyby był sam. A nie był.
Teraz za to był, ale rozmówca wydawał się niepodpity. Ale gadatliwy.
Mruży oczy na wspomnienie węgierskiej angielki – doskonale zna legendarne wyniki Kinczem. Z twarzy przypadkowego rozmówcy wyczytać próbuje, jak bardzo zaś on faktycznie interesował się końmi, a na ile był prędzej hazardzistą, który lubił stawiać sumy na odpowiednich zawodników. Nie wchodzi mu w słowo, chociaż kiedy ten nazywa kuca niskorosłym błazeństwem… Chyba żałuje, że nie powstrzymał tego wcześniej. Włosy jeżą mu się na karku. Przecież to wszystko… Nawet nie jest prawdą.
– Zapomniałem? Jejku – odpowiada dopiero na porównanie go do szeryfa, wręcz teatralnie patrząc na własną pierś. Nie znajduje gwiazdy, ale gdy podnosi wzrok i widzi przed sobą replikę (marną) mugolskiego rewolweru, na krótki moment – bardzo krótki, ledwo zauważalny w cieniu spojrzenia – żałuje, że faktycznie nie ma na sobie munduru. Ale to tylko fałszywka. Palcem wsuwa pomarańczowy nabój głębiej do lufy. – Nie wiem czy chcę być dziś szeryfem, jakoś nigdy dobrze nie kończą – nie traktuje tego wszystkiego poważnie, ale odpowie i tak. – Magipolicjant podobno nigdy nie schodzi ze służby – mówi, otulając się zamszowym płaszczem nieco szczelniej, ale i wzruszając ramionami. – Przynajmniej tak mówi mój partner. A on pewnie najchętniej i sypiałby w mundurze – to kłamstwo (dobrze, że Ambrose tego nie słyszał), ale budowanie relacji z kimś poznanym u progu wytrzeźwiałki to trochę inna para kaloszy. – Jestem tu prywatnie, wędkowałem z brzegu. Ale wiesz, wracając do węgierskiej klaczy – patrzy jeszcze chwilę na jego rewolwer. Chciałby strzelić mu w brzuch? Na próbę pociągnąć spust? Harrison chadzał czasami na strzelnicę – po prostu dla frajdy – czy Sawyer w ogóle wiedział jak używało się broni? – Moi rodzice mieli hodowlę. Koni czystej krwi angielskiej, dosłownie takich jak Kinczem – Węgry są bardzo daleko, a wymowa Harrisona jest bardzo mierna, ale bliska prawdy. – I choćby stanęli na głowie – choćby krzyżowali najlepszą klacz z najlepszym wyścigowym ogierem naszych czasów – najlepszym wynikiem było piętnaście na dwa. To genialny wynik i tak, każdy chciał kupować jej dzieci, żyła złota. Ale szczerze? Podejrzewam, że tamta węgierska klacz miała jakąś wadę. Żyła szybko, ale żyła krótko. Ile musiały być warte jej źrebaki… – temat nawet go nie boli. To było chyba zbyt dawno. – Ale wiesz, że kuce były takie długo przed udomowieniem, nie? Wierzysz w Boga, Whitfield? – pamięta z mandatu. – Bo chyba wtedy jego nazywałbyś draniem zdolnym do tworzenia błazeństw – spojrzenie tężeje, kiedy krzyżuje ramiona na piersi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Sawyer Whitfield
Czarodzieje
nie wiesz, kim nie chcesz być, zostajesz więc cichą potencjalnością
Wiek
30
Zawód
hodowca, garbarz, przemytnik, dziedzic
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
6
5
Brak karty postaci
21-03-2026, 17:12
Kuc szetlandzki dał mu wreszcie spokój – nie na odwrót – kiedy mógł się od niego w końcu odwrócić i zakotwiczyć uwagę na stworzeniu znacznie dla oczu i duszy przyjemniejszym, choć wprawdzie trochę kusym. Ale kusość Harrisona była dla niego, przeciwnie, bezczelnie i niedojrzale, satysfakcjonująca, zwłaszcza teraz, gdy nie było obok niego drugiego policjanta, tego bardziej spsiałego, pozbawionego ludzkich odruchów przez przyznany mu autorytet, jak to często z mundurowymi bywało (był pewien, że Day nosiłby dzisiaj plastikową gwiazdkę szeryfa na piersi). Patrzył więc na niego trochę z góry, ale bynajmniej nie z arogancji czy złośliwości, raczej też przez tego przeklętego kuca, przez którego istnienie stał się po prosto nadwrażliwy na naturalne niedostatki i nierówności, był o tym święcie przekonany. Rozejrzał się jeszcze odruchem, mówiąc o jego gwiazdce, nie było jej jednak nigdzie w okolicy i, miał nadzieję, nie było go wcale, bo tak się składało, że miał na Harrisona nieprzemożoną ochotę, tak jak można mieć ochotę na to, by śpiącemu psu wetknąć palec w ucho i dmuchnąć mu w rozespany pysk, kiedy się z rozzłoszczeniem przebudzi, a to wszystko w wyrazie szczerej, czułej nawet, sympatii (w stanie nietrzeźwym miał skłonność ją deklarować i był właściwie pewien, że już mu ją tamtej nocy wyznał, a danego słowa – przeważnie – dotrzymywał, zwłaszcza gdy było mu to na rękę).
Tymczasem Harrison go zaskoczył – wyciągnął palca i (z ostentacyjną powolnością, jak mu się wydawało) wcisnął mu go w plastikową lufę. W taki sposób, że na moment stracił chyba rozpęd; przez chwilę spoglądał na ten bezceremonialny palec w swoim gnacie i naszła go myśl, że chyba źle ocenił rozkład sił, swoich i jego. Naszła go też dalsza refleksja, że jeśli nie ugryzie się natychmiast w język, w najlepszym wypadku zawiążą dziwacznie dwuznaczny rozejm między sobą, w najgorszym będzie musiał w jakiś sposób poinformować swoich biznesowych partnerów (ładnie mówiąc w obecności policji, nawet w myślach, na wszelki wypadek), że się na miejscu odbioru w nocy nie stawi, bo będzie zajęty usypianiem psiej czujności. Gdzieś pomiędzy tymi ekstremami istniała jeszcze możliwość, że dostanie w pysk albo że Harrison na niego wsiądzie – na miłość boską – z zawistną determinacją faceta z urażoną dumą samozwańczego prawdziwego mężczyzny. To go stawiało w trudnej sytuacji: bo żarty świerzbiły w koniec języka, ciekawość konsekwencji podjudzała, a on nie mógł sobie pozwolić dzisiaj na to, co mu się żywnie podobało.
Wcisnął w końcu spust; blokada szczęknęła cicho, sprężynka w mechanizmie drgnęła, bezradnie.
– Zdarzyło mi się w życiu mierzyć do ludzi, w obronie własnej, rzecz jasna, i w Ameryce, tam wolno robić takie rzeczy – pamiętał, by się usprawiedliwić, odruchem bezwarunkowym; podnosząc na niego wzrok, wyraźnie dobrze się bawiąc doborem słów możliwie niejednoznacznych – ale nikt mi tak jeszcze gnata nie spacyfikował jak ty – nie ugryzł się w język, ale przynajmniej postarał się, by nie można było nic udowodnić. Uśmiech rozlał mu się na ustach, jakby psotne rozbawienie nie pomieściło się szkle oczu i przelało się przez ich krawędzie. – Nie martw się, nic mu o tym nie powiem – powiedział zaraz, odnosząc się być może do tego, że nie chciał być dzisiaj na służbie i do wspomnienia chorobliwej służbistości jego partnera, być może wcale nie. I trzymał go tak jeszcze przez przydługie dwie sekundy, nim nie poddał się potulnie pierwszy, cofając broń (pomarańczowy nabój wyskoczył mu smętnie w dłoń), by schować ją z powrotem za pasek spodni. – To znaczy, że zawsze ma taki humor, jakby mu się przyciasna guma od gaci wrzynała? – możliwe, że nie powinien sobie na to pozwalać, poczuł się jednak swobodną uwagą Harrisona właściwie zaproszony do tego, by się przeciwko jego partnerowi lojalnie sprzymierzyć. – Wy się tam sami w pary dobieracie? Jeśli tak, nie chciałbym poznać twojej kobiety.
Harrison jest tu prywatnie – to go ucieszyło. Jeszcze bardziej, kiedy usłyszał, jak z jego ust padło imię węgierskiego cudu: trochę przekształcone, ale to nieistotne, bo sam nie wiedział, jak powinno brzmieć. W jego spojrzeniu zapaliła się jakaś nowa iskra, ożywiona, pilna i może odrobinę nazbyt intensywna. Nie spodziewał się wprawdzie, że przypadkiem trafi na kogoś, kto nie tylko go wysłucha, ale też będzie mógł mu dotrzymać w temacie kroku. Znów go zaskakiwał, znów zmieniał rozkład sił; teraz to czuł się, jakby stali ze sobą na równi, nawet jeśli przeciwko sobie, bo Harrison chyba zamierzał wziąć kuca w swoją obronę. Może przez solidarność. Zdawało się, że nawet grzecznie wyartykułowany zarzut wybrakowanej wiedzy nie był zdolny go przygasić, właściwie nawet bardziej go chyba rozpalił tym, że miał się z kim zmierzyć.
– Czy wierzę w Boga... – żachnął się z rozbawieniem, jakby to tłumaczyło wszystko, choć tak naprawdę mogło oznaczać że tak i że nie. – Stworzył człowieka na swoje podobieństwo, zgodzisz się ze mną? A rzeczą ludzką jest popełniać błędy. Możemy tym tropem stwierdzić chyba, że jemu też się zdarzają, na co miałbym zresztą dla ciebie niezbity dowód. Kiedy łaskawie się do nas dotoczy, to może mu chwilę zająć – zerknął przez ramię na kucyka i suchotniczego mężczyznę, który pomagał właśnie kolejnemu dziecku wsiąść w przetarte setką tyłków siodełko. – Zresztą, skoro obecnie żyją właściwie za naszym przyzwoleniem, to czy nie są naszym błędem? Niech będą sobie dzikie, ale po co im ułatwiać przetrwanie przez hodowle? – w spojrzeniu wracającym do Harrisona lśniła bezceremonialna zuchwałość. Na swoje podobieństwo i mu się udało; patrząc na to z tej perspektywy, faktycznie posiadali trochę boskiej władzy. Mogli wytrzebić słonie dla ich cennych ciosów (do czego się wprawdzie też przyczyniał), kuce wydawały się proporcjonalnie mniejszym problemem. Choć byłby raczej skłonny poddać je genetycznej poprawce, wspaniałomyślnie. – Kinczem żyła krótko, ale do teraz przyprawia nas o zachwyt. Pokazała nam, co jest możliwe. I pewnie niejednemu szczęśliwcowi wypchała kieszenie. Jaki mamy pożytek z tych niskorostów?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
26-03-2026, 15:18
Absurdalnie obeśmiał się na wspomnienie pacyfikacji jego broni. Już nawet mimo uszu puścił używanie jej w obronie własnej i w Ameryce (a zatem był w Ameryce, to byłby dobry temat do rozmów, przeciwnie do skupiania się na wzroście i potencjale kucy szetlandzkich – pochodzących z terenów wyjątkowo bliskich pochodzenia Harrisona), bo poza pracą szczerze nie interesował się legalnością posiadanej przez kogoś broni palnej (to interes mugolskich służb, by monitorować to należycie – większość czarodziejów nie wiedziała nawet czym jest rewolwer i na podstawie jakiego mechanizmu działa). Właściwie póki ta służyła tylko do obrony własnej i póki ktoś potrafił posługiwać się nią dobrze – funkcjonariusz nie miał chyba nawet problemu z jej szeroką dostępnością. Większość mugolskich i mugolackich domów, po drugiej wojnie światowej i tak obyła się nieco z widokiem giwer – niektórzy czarodzieje brudnej krwi mieli pecha wciąż dostawać listy werbunkowe do Armii Brytyjskiej. Gdyby Titus O’Neal widniał w kartotekach jako żywy – pewnie również by do niej trafił. Na szczęście nie nosił dłużej tego nazwiska. Na szczęście uniknął okopów i okropnego, wojskowego żarcia, które jadłby w imię ochrony dobra korony, którą – jako Szkot –  darzył miesznaymi uczuciami.
– Marnego masz tego gnata, co mam gadać – ale jednak gada, dość wyzywająco. Szkolne odzywki bardzo przydawały się przecież i na komendzie, wśród pozornie poważnych i dojrzałych facetów, którzy niezmiennie śmiali się ze wszystkiego co zbereźne i czego z pewnością nie zrozumiałyby ich żony. Harrison mógł cieszyć się, że przynajmniej tej wypytującej o znaczenie żartów niskich lotów żony nia miał – ale potem czuł na sobie spojrzenie Ambrose’a, a jego wzrok jako przekazywał komunikat nie rozumiem. W naturze nic nie ginęło. – Albo jestem bardzo wprawny, jedno z dwóch.
Gdyby mieli do czynienia z prawdziwą bronią, pewnie nie byłby tak rozkosznie beztroski. Gdyby mieli do czynienia z prawdziwą bronią nie cieszyłby się też zbytnio z magipolicyjnej samotności. Teraz miał wrażenie, że kogoś zaraz zaswędzą uszy. I że ta rozmowa nie przebiegałby tak gładko, gdyby nie był tutaj sam.
– Tego akurat sobie wybrałem – wzrusza ramionami. Przyzywczaił się już, że większość mężczyzn nie reagowała na Day’a entuzjazmem – za sztywny, za trzeźwy, za ładny, za uparty. – Ale znam go tyle, że pamiętam jeszcze krótki czas w którym byłem od niego wyższy. – Nie trwało to długo. – I też nie chciałbym jej poznać, miałaby pecha.
Bo pewnie nigdy nie wziąłby jej w taką obronę, w jaką gotów byłby brać tego przeklętego kuca. A w głowie pojawia się ewidentny opór – jak można być tak ślepym na ewidentne zalety gatunku? Teraz sam ma ochotę dobyć zabawkową broń, byleby wymierzyć nią kontrolnie w okolice pępka Sawyera, ale pistolet wydaje się pod jego wyłącznym władaniem, zawieszony za paskiem spodni – musiałby być bezczelny, by go zabrać. By wydawać się więc większym – wciąż tkwi w zamkniętej pozycji, może trochę obrażonej – może śmiesznej w obliczu sprawy, o której dyskutowali, a i może śmiesznej ze względu na ewidentnie niegroźną twarz Harrisona.
– Wiesz co, powiem ci jedno Whitfield – to już na starcie nie zapowiadało się na jedno, bo Titus posiadał chyba umiejętność gadania bez przerwy, kiedy dany temat zajmował mu głowę. Właściwie chyba trafił swój na swego, chociaż jeszcze nie do końca byli tego świadomi. – Powiem ci jedno – mówi ponownie, chyba dla podkreślenia efektu. – Bo już pomijając to czy masz rację z tym Bogiem czy nie – a może nie masz, bo on jest niby nieomylny – W okolicy był jeden katolicki ksiądz – jeden z niewielu w tamtym regionie Szkocji. Harrison nie pamiętał wszystkiego, ale pamiętał, że żadna decyzja boska nie była przypadkowa. – Gdybyśmy ścigać się mieli pod górkę po skalistej nawierzchni – jak myślisz, kto zmęczyłby się szybciej? Ty na swoich szczudłach – wskazuje na jego długie nogi. Miał szczęście urodzić się wysokim. Niech chociaż raz cierpi z tego powodu. – czy ja? Nie musisz odpowiadać, możemy się pościgać, jak masz ku temu chęć – jaja, no i narracja zaczyna się robić coraz milsza. Genialnie. – Jedzą mniej, są silne jak niektóre pociągowe, rzadziej chorują, są stabilniejsze – jak zsuną się ze skarpy albo nawet z rampy ładującej do przyczepy, to mniejsza szansa, że będziesz miał przejażdżkę do szlachtuza. Jeszcze my to sobie… – pochyla się ku Sawyerowi, opierając się o płot, za którym właśnie przechodził kuc – wiozący na plecach roześmianą dziewczynkę z warkoczykami. – Możemy machnąć różdżką, czasami wyleczyć im kolano, ale u mugoli? Proszę cię, Whitfield… – mlasnął, odsuwając się na nowo, byleby nie dać mu sygnału o jakiejkolwiek kapitulacji. Chociaż… Trochę skapitulować musi. W jednej kwestii. – Ale masz rację, że będzie się ich hodować coraz mniej. Konia zastąpi maszyna, no nie? Taka prawda.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 05-04-2026, 19:25 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.