• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Hodowla "Ropuszy Triumwirat" > Zagroda Ropuch Trójpaluszych Próchniczych
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-02-2026, 22:58

Zagroda Ropuch Trójpaluszych Próchniczych
Zagroda znajduje się w całości na świeżym powietrzu, ponieważ ropuchy te przepadają za leśnym, szkockim klimatem. Jest wydzieloną i magicznie zabezpieczoną częścią ogrodu, znajdującą się najbliżej lasu. Wokół przez cały rok pachnie konwaliami—zapachem wydzielanym przez ropuchy. Często słychać tutaj też ptasie trele, zarówno wyśpiewywane przez ropuchy, jak i dobiegające od okolicznego ptactwa, które czasem wchodzi z ropuchami w dialog. Zagroda ożywa nocą, a za dnia wydaje się raczej pusta, a ropuchy chowają się wtedy w specjalnie rozstawionych wkoło pustych pniach drzew lub w swoich kryjówkach w ziemi. Słońce i bujna roślinność zachęcają jednak czarodziejów do spędzania tutaj czasu, o ile nie przestraszy się przypadkiem prawdziwych lokatorów tego miejsca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
28-02-2026, 20:54
4.05

- Parkinson, Parkieee, gdzie jesteś? - nawoływał Caleb, zaglądając pod kolejny z ustawionych w zagrodzie pniaków. W ulubione miejsca Parkinsona już zajrzał, rzecz jasna, więc ropucha musiała się ukryć gdzieś indziej. Albo nie chcieć być znaleziona. - Parkieee, przegapisz kolację. Lordzie Parkinson! - szczerze wierzył, że ropuchy go rozumieją. Parkinson jednak nie wydawał się skuszony obietnicą kolacji. Cal westchnął ciężko i niespokojnie zerknął w stronę lasu. Proszę, proszę, niech tylko nie będzie go w lesie. Gdyby tylko było go stać, odkupiłby rozciągającą się za płotem połać ziemi, bezużyteczną dla właścicieli: sosny i ściółka i strumyk i ślimaki, na które chyba polowały tam ropuchy. Wiedział jednak, że jego niechęć do zapuszczania się pomiędzy drzewa nie wynika wcale z kwestii własnościowych i że nie minie tak szybko.
Z frustracją zacisnął szczękę i podniósł wzrok. Od kilku dni najchętniej wykonywałby obowiązki w hodowli samodzielnie, ale karmienie ropuch szło dwa razy szybciej gdy robili to w dwójkę. A Darcy stała właśnie nad przysmakami, którymi ucztowała się reszta ropuch. Wzrok Caleba z czułością prześlizgnął się po Olliem, Weasleyu i Prewettcie, by w końcu niechętnie natrafić na twarz Darcy.
- Zaraz go znajdę. - obiecał jej bez szczególnego przekonania. Czuł narastającą niecierpliwość—nie pierwszy raz. Z nostalgią wspomniał czasy, w których obowiązki w hodowli nie wzbudzały w nim tego rodzaju emocji, gdy każdy obowiązek zdawał się przyjemnością (może dlatego, że żadna surowa szwagierka nie patrzyła mu na ręce), a to miejsce ziemią obiecaną. Tęsknił za tamtymi młodzieńczymi marzeniami, a ich utrata sprawiła, że czuł się dziwnie staro. Im dłużej o tym wszystkim myślał, tym bardziej nie rozumiał też Darcy. Samemu wychował się wśród ropuch, kochał je od zawsze, układał całą przyszłość po to, by pomóc rodzinie z tym miejscem. Nigdy nie spodziewał się, że zostanie z tym wszystkim sam...
...no, nie sam. Z dziewczyną, która miała inne plany na przyszłość i trafiła tu trochę bardziej z przypadku.  Naprawdę pokochała te ropuchy czy unosiła się honorem albo jakąś głupią lojalnością wobec zmarłego męża?
Żałował, że nie może z nią o tym normalnie porozmawiać, ale pewnie by się nie udało. Na pewno by się nie udało, skoro nawet w myślach nazywał tą lojalność głupią—choć to on był Puchonem i to jemu wpajano w domu wagę lojalności i to on był ślepo lojalny dopóki wszystko się nie posypało. Durna indoktrynacja. W Afryce uznał, że Hogwart był po prostu częścią systemów ideologicznych używanych do kontrolowania mas i nawet najlepsza wola profesorów i dyrektorów nie mogła tego zmienić. Ciekawe, czy w Durmstrangu było inaczej, może spyta o to Arta gdy już pójdą na to piwo.
W ciszy zajrzał pod kolejny pieniek, a potem pod kępę wyższej trawy. Od pierwszomajowej nocy cisza pomiędzy nimi była coraz dłuższa, choć nigdy nie rozmawiali dużo. Darcy chyba się nie obraziła, nadal w końcu mówili do siebie o tym, co jest do zrobienia i czy ropuchy smocze mają lepszy apetyt i że w weekend wreszcie dokończy wzmacnianie płotu, ale milczenie zapadało między nimi jeszcze szybciej niż zwykle. Caleb przysiągłby, że w tym milczeniu słyszy echo własnych słów, skurwysyn jakim określił Felixa i nieważne wypowiedzianego jej zmęczonym głosem.
Może jednak się obraziła.
Znów podniósł głowę, bo niezbyt dobrze znosił ciszę. Dlatego ojciec... ojczym nigdy nie brał go na ryby.
- On naprawdę reaguje na swoje imię, wiesz? - zagaił, dość uparcie jak na kogoś, kto od kwadransa bezskutecznie nawoływał Lorda Parkinsona. - Poprzedni Parkinson - nie Lord, po prostu Parkie (Cal musiał je jakoś różnicować) też reagował. Kilka lat temu, jeszcze zanim...[/b] - tu przybyłaś. Darcy nigdy nie poznała poprzedniego Parkiego ani nie widziała jaką radością błyszczały oczy Caleba za tamtych dobrych czasów. Po ślubie wciąż były dobre, ale wtedy unikał jej wzroku. - Dzięki temu kupił go prawdziwy pan Parkinson, wiesz? Bardzo mu to zaimponowało i dokupił też Greengrass, która co prawda nie reagowała na Greengrass, ale reagowała na Greenie i potem powiedział, że pojadą z nimi - chwila, kim byli oni? Parkinson gadał na tyle dużo, że Cal nigdy nie spytał go o to, dla kogo będzie ta Greengrass. - do Paryża i do Berlina i teraz te ropuchy podróżują po Europie. Może Parkiego też sprzedamy komuś cieka - wemu, ale pochłonięty opowieścią zbyt gwałtownie odsunął kolejną kępę trawy, płosząc nowego Parkinsona. - Aaa! - syknął i odsunął się jak oparzony. Bo dosłownie był oparzony, toksyną, którą opryskał go przestraszony Parkie. - Mam go! I nic się nie stało! - podniósł głowę, zapewniając Darcy. Błękitne plamy na jego twarzy świadczyły... inaczej.
- Parkie, nie uciekaj! - musiał go pochwycić, ale... czemu Parkie był jakiś... podwójny?

1. szybkość moja
2. szybkość ropuchy
3. parzyste łapię dobrego Parkiego, nieparzyste łapię halucynację...
1x k100 (szybkość Caleba):
92
1x k100 (szybkość ropuchy):
33
1x k6 (halucynacje):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
03-03-2026, 10:52
Praca bez Caleba była o niebo prostsza. Kiedy kręcił się obok, pomagając w dbaniu o hodowlę, Darcy dekoncentrowało dosłownie wszystko: szelest jego ubrań, pogwizdywanie pod nosem, pogodne zagadywanie ropuch, szmer przestawianych w szopie narzędzi, nawet to, jak jego włosy telepały się na wietrze, którym wypełniały się ogrody Dziupli. Irytacja wisiała na cienkiej nitce, którą mógł zerwać byle nieostrożny ruch. To nie był Felix, choć powinien nim być. I nie był nim w każdy możliwy sposób. Zamiast złotych włosów, widziała ciemne loczki opadające na kark. Zamiast niebieskich oczu, widziała zieleń przemieszaną z brązem. Zamiast wysmukłej sylwetki, widziała masę silnych mięśni. Zamiast zmarnowanego oblicza, widziała twarz rześką i idiotycznie przystojną. Widziała człowieka, który przeżył, mimo że wbił nóż w plecy własnego brata. I Darcy nie mogła się z tym pogodzić, nie po ostatniej rozmowie, którą odbyli bladym świtem w kuchni, po tym, jak rozbijał się po szafkach, brukając blaty krwią spływającą z rozbitego łuku brwiowego; nie umiała mu wybaczyć rzuconych wtedy w złości słów ani myśli, które przez cały czas w sobie ukrywał.
Dlatego kiedy tak zapamiętale szukał ropuchy, którą samozwańczo nazwał Parkinsonem na modłę skorowidzu, ten sam zabieg stosując przy innych zwierzętach - co doprowadzało ją zresztą do szału -, przewróciła oczami ze zniecierpliwieniem. Sama rozdawała bufet karaczanów, świerszczy, ślimaków i innych owadów czekającym na posiłek płazom, odliczając w duchu sto razy do dziesięciu, żeby nie huknąć na niego i nie domagać się, żeby wreszcie się przymknął. Jeszcze babcia go usłyszy i uzna, że doczekali się błękitnokrwistego gościa na obiedzie.
- A nie pomyślałeś, że może on się nie identyfikuje z tym głupim imieniem i dlatego nie przychodzi? - burknęła typowym dla siebie głosem, podszytym nutą niecierpliwości. Tylko czy naprawdę jakkolwiek próbowała być cierpliwa? Denerwował ją. Wyprowadzał z równowagi. Testował. Ciągnął za zakończenia nerwów, drażnił je jak papier ścierny, budził w żołądku nieprzyjemne napięcie, które rozlewało się na inne wnętrzności. Nie umiała na niego patrzeć i automatycznie nie być złą jak osa. Od czasu do czasu zerkała na jego próby kątem oka i zorientowała się, że w duchu kibicowała Parkinsonowi. Jego unikanie Caleba odbierała jako swoje zwycięstwo, toteż coraz trudniej było jej tłumić zalążek małostkowego uśmiechu, widocznego w kącikach ust.
Westchnęła ciężko, kiedy po chwili Diggory zaprzeczył, rozwodząc się nad przywiązaniem ropuchy do nadanego imienia. No tak, mogła się tego spodziewać. Więź szwagra ze zwierzętami pod ich opieką była... specyficzna, podobna do jej własnej, ale zapalona w urazie Darcy odmawiała sobie zobaczenia tego faktu w świetle słońca. - Jak na kogoś, kto nie przepada za Parkinsonami, Lestrange'ami, Avery'mi i tak dalej, wykombinowałeś sobie niezły marketing, żeby się im przypodobać - rzuciła z nadzieją, że to wbije szpileczkę pod jego żebro. Jej uśmiech jednak mimowolnie złagodniał, kiedy wyobraziła sobie magiczne płazy towarzyszące nowym właścicielom w dalekich podróżach, a karmiona właśnie ropucha chapsnęła dorodnego świerszcza z jej dłoni, po czym pozwoliła podrapać się pod brodą, wydając z siebie dźwięk przypominający zadowolony ptasi trel.
Cokolwiek chciała mu odpowiedzieć, zamarło na strunach głosowych, kiedy usłyszała zbolały okrzyk. Dusza magimedyka szarpnęła się w piersi, obawa i troska uaktywniły natychmiast; Darcy poderwała głowę i szybko zlokalizowała wzrokiem źródło dźwięku, Caleba trzymającego się za poparzoną dłoń, zupełnie jak nowicjusz, który zapomniał, że natarczywe przekopywanie świata w poszukiwaniu konkretnej ropuchy może ją rozzłościć. - Oberwałeś? - spytała kontrolnie, choć przecież doskonale widziała opryskaną rękę i zdumienie wyrysowane na jego twarzy, poplamionej błękitem. Powinna go takim zostawić. Powinna się nie przejmować, w końcu sam się o to prosił. Powinna nie pamiętać miłego chłopca, z którym współpracowała na opiece nad magicznymi stworzeniami w szkole. Ale nie umiała. - Co ty? Po co go straszysz? Przecież to błąd żółtodzioba. Najgłupsze, co można zrobić. Zamieniłeś się na głowy z dynią? - syknęła, już buszując palcami w kieszeni ogrodniczek, żeby znaleźć różdżkę. W tym czasie skoczył do ropuchy i ją pochwycił. - Na Rowenę, zostaw go w spokoju! Teraz jest zdenerwowany! - przestrzegła, lecz było za późno: skok szczupakiem już się wydarzył, a zagrożenie kolejną dawką toksyny wisiało w powietrzu. - Odłóż go, Cal. Powoli. Parkie sam wróci - poleciła, być może pokładając w płazie zbyt dużą wiarę, ale najlepiej będzie, jeśli Parkinson chwilę odetchnie i przestanie stresować się czyhającym na niego hodowcą. W tej chwili priorytety Darcy dokonały roszady: na prowadzenie wysunęło się jego przeklęte dobro, nie trójpalucha; tego chłopca, który nadal mieszkał gdzieś w odmętach jej pamięci. - Ale narobiłeś. Wiesz, co będzie, nie? - westchnęła. Majaki. Zbliżyła się do niego ostrożnie, krok po kroku, żeby nie prowokować Parkinsona, i nakierowała różdżkę na jego korpus. - Reparifors - spróbowała, żeby powstrzymać rozprzestrzenianie się substancji w jego organizmie. Tego, co już do niego wniknęło, infekując zmysły, nie cofną, ale może zminimalizują...

PS 60 - 15 = 45
1x k100 (Reparifors):
5
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
07-03-2026, 00:45
Praca bez Darcy była o niebo prostsza. Przecież był z Parkiem od urodzenia—było mu smutno, że opuścił miot ropuch gdy był w Afryce, ale akurat tego Parkinsona zdążył już odchować—i na pewno zdołałby go odnaleźć, prędzej czy później. Na spokojnie.
Trudno było jednak być spokojnym, gdy (tak mu się przynajmniej wydawało albo tak sobie wyobrażał) szwagierka wwiercała w tył jego głowy niecierpliwe, ponaglające spojrzenie. I jeszcze krytykowała imię, które nadał tej ropuszce.
- Przeważnie reaguje na Parkie. - zaprotestował, niechętnie zerkając w jej stronę. Mógłby spędzić te cenne sekundy na szukaniu Parkiego a nie na patrzeniu na nią. Zimną, krytykującą i wyniosłą. Slońce rzucało złotą poświatę na jej jasnobrązowe włosy, spływające po łabędziej szyi.
Zorientował się, że patrzy na Darcy o sekundę za długo i ze złością odwrócił wzrok. Zagłuszył głupie myśli paplaniną o poprzednim Parkinsonie, ale oczywiście nie zrobiło to na Darcy wrażenia. Nic nie robiło na niej wrażenia, chyba, że to Felix wypowiedział jego pomysły swoim przymilnym tonem głosu. Wyobraził sobie, jak czaszka brata klekocze coś w stylu "nazwij ropuchy sama albo przyznaj, że imiona ze Skorowidza są świetne", ale obraz podsunięty przez nadaktywny umysł wcale nie był zabawny. Był posępny i zrobiło mu się zimno. Zacisnął usta z irytacją, gdy wytknęła mu marketing. No tak, zarabiać źle; nie zarabiać źle; wszystko źle.
- Jakoś trzeba zarabiać. - wycedził chłodno, bez śladu wcześniejszego entuzjazmu, który na krótko wzbudził wesołe ogniki w jego burozielonych oczach. Chwila sentymentu za pierwszym Parkinsonem minęła. Spuścił głowę, z nową werwą próbując znaleźć Parkiego. Nakarmią ropuchy, a potem będą mogli udać się w swoje strony do czasu kolejnego karmienia. Żyć w jednym domu, ale osobno.
Parkie musiał wyczuć jego zły humor, skoro zareagował... tak.
Instynktownie rzucił się w pogoń za ropuchą i instynktownie ją pochwycił. W tym czasie jad przenikał już przez jego skórę, barwiąc tkanki na błękitno.
- Nie! - odpowiedział odruchowo gdy Darcy spytała, czy oberwał. Jakaś jego część pragnęła zachować twarz, choć przecież czuł pieczenie na dłoni i doskonale wiedział, co się stało.
- Jeju, spokojnie, mam go. - uparcie nie opuścił Parkiego chociaż wiedział, że to też było błędem żółtodzioba. Duma nie pozwalała mu jednak odpuścić i właśnie dlatego łatwiej pracowało się bez Darcy. Przez nią myślał o niej, a nie o ropuchach. I o tym, że teraz pewnie będzie triumfała i się wymądrzała. I o tym, że pewnie nie widziała, jak to Felixa opryskały jadem trójpaluchy. I o tym, że nawet gdyby to zrobiły, to na niego by tak nie fuczała.
- No wiem, przecież... minie. - nadął się, halucynacje, wielkie mu rzeczy. Położy się na chwilę na kanapie i samo przejdzie. Miał już zaprotestować, gdy wyciągnęła różdżkę, ale ostatecznie westchnął i skupił się na Parkiem, próbując złapać go w sposób bardziej komfortowy dla ropuchy i uspokoić lekkim gładzeniem pod brodą.
- No już, Parke, zaraz będzie kolacja... - wymamrotał, wychwytując, że Darcy coś czaruje. No i dobrze, i pewnie wyleczyła albo spowolniła majaki, bo wcale nie czuł się dziwnie.
- Dzięki. - wymamrotał, spoglądając na nią kontrolnie. Rysy jego twarzy trochę złagodniay. - Ale ze mną masz, nie? Jak... staż medyczny. - westchnął, gdzieś w przytomnej głębi duszy nadal nie mogąc przeboleć jej porzuconych studiów w Evershire. Spoglądał jednak na nią trochę półprzytomnie, uśmiechając się ciepło i coraz szerzej.
Wydawało mu się bowiem, że Darcy też się do niego uśmiecha. Ciepło. Serdecznie. Tak, jak bardzo dawno temu.

rzucam na wiedzę i zrozumienie magicznych stworzeń: łagodzę humor Parkiego, +30 ze ścieżki Praktyk, -10 za halucynacje (czyli +20)
<40 Parkie próbuje atakować znowu
<60 Parkie się szarpie, ale nie atakuje
60+ Parkie nieruchomieje, trochę zestresowany
80+ Parkie gulga radośnie
1x k100 (wiedza i zrozumienie magicznych stworzeń):
9
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
07-03-2026, 20:30
Jasne, w ogóle nie oberwał, ani trochę. A błękitne plamy wykwitające na jego skórze były pewnie efektem nacierania się kremem z niezapominajek, który podwędzał babci? Miała na końcu języka niewybredny komentarz, ale ostatecznie pozwoliła sobie po prostu przekląć siarczyście pod nosem, ani szeptem, ani syknięciem, dźwiękiem, który na pięciolinii wypadał gdzieś pomiędzy. Nie dość, że Caleb udał się na poszukiwanie swojego "lorda Parkinsona" bez ochronnych rękawic, co z góry skazywało go na nieszczęście, teraz, zamiast go wypuścić, stał jak kołek z ropuchą w dłoniach, dodatkowo ją męcząc i rozdrażniając. Jakiego dokładnie efektu się spodziewał? Uściśnięcia sobie dłoni, usłyszenia "tak, Calebie, istotnie mnie złapałeś, co za szybkość, co za precyzja, istny z ciebie szczupak" ze strony płaza? Dlaczego Merlin, los czy inna diaboliczna siła skazała Darcy na pracę w tak zagrażających nerwom warunkach? Gdyby teraz na horyzoncie pojawił się wuj Alfred, Albert czy Adonis, chyba przywitałaby go z otwartymi ramionami, zachęcając, żeby zajął miejsce bratanka. Choć, kiedy o tym myślała, nie mogła zdecydować, czy lepszy jest wróg, którego zdążyło się już poznać, czy taki, który nadal pozostaje chodzącą enigmą. Bo przecież byli swoimi wrogami, tego nie dało się ukryć.
- No widzę, że go masz. A wolałabym, żebyś go nie miał, zamiast dokładać mi pracy - burknęła, wkładając ogromną siłę w stłumienie uzdrowicielskich instynktów, co szło jak po grudzie; gdyby Parkinson nie odwzajemnił się swojemu opiekunowi toksyną, zapewne w ten czy inny sposób upewniłaby się, czy podczas skoku coś mu się nie stało. Wyleczyłaby zadrapanie, wybitą przypadkiem jedynkę, wyciągnęła drzazgę i tak dalej. - Miałam karmić ropuchy, nie opiekować się ich opiekunem - dodała złośliwie, bo owszem, była zła. Zła na siebie, że nie potrafiła odpuścić. Zła na niego, że w tak prostej hodowlanej czynności musiał spowodować chaos, jakby nie bycie w centrum uwagi przez kilka minut miało owocować dla niego obumarciem tkanek. O ile brawurę uważała za całkiem zabawną, gdy byli dziećmi, wyrosła już z tego i on także powinien. Tymczasem przez niego była zła nawet na Merlinowi ducha winnego Parkinsona, który był ofiarą napaści, albo przynajmniej tak to odbierał.
- Minie? To twoja fachowa odpowiedź? To mówisz klientom, jak przychodzą po trójpaluchy? "Nie bój pan ropuchy, jak na ciebie napluje, to minie"? - przedrzeźniła jego głęboką barwę głosu, tracąc coraz więcej cierpliwości. Dlaczego był taki zblazowany? Dlaczego był nieodpowiedzialny? Czy Cal naprawdę nie widział, jak działał na całą otaczającą go przestrzeń? Jak wysysał tlen z powietrza, jak anektował dla siebie całe światło dnia, jak stawał się głównym bohaterem, ilekroć wchodził na scenę? Nie chciała wyobrażać sobie komentarzy najstarszych sióstr, gdyby wiedziały, że mimo to i tak z oddaniem popędziła mu na ratunek, chwytając za rękojeść sosnowego drewna i tkając zaklęcie, które... zawiodło. I to sromotnie. Wiązka rozpadła się jeszcze zanim w ogóle dotknęła błękitnych plam na jego twarzy, co zwiastowało, że zamiar powstrzymania toksyny spłonił na panewce. Czyżby różdżka wyczuła jej wewnętrzne opory? Jej walkę z samą sobą, jej skonfliktowane uczucia? Magia nie była tworem odciętym od serca, tyle Darcy wiedziała na pewno. Skoro nie można było mówić o sympatii między nią i Calebem, może to oznaczało, że tak naprawdę wcale nie chciała mu pomóc, nieistotne, co sądziła w głębi serca. - Taa, nie ma sprawy... - wymamrotała, skrępowana tym, że czar zawiódł, i jednocześnie zbyt dumna, żeby przyznać się do tego głośno.
A potem parsknęła głośno. Śmiała się z jego słów, ze swojej durnej reakcji i z lorda Parkinsona nadal pochwyconego przez calebowe szpony. Śmiała się, bo chyba nic więcej im nie pozostało. Bo Diggory miał rację: za pomocą własnego ciała i bólu upewniał się, że wprawa Darcy nie zardzewieje, wątpiła zresztą, żeby stażyści na mungowskich kursach tak często jak ona mierzyli się z krwią i otwartymi ranami po bójkach. - Mniej więcej, tylko że zawsze pojawia się na nim jeden i ten sam pacjent, który i tak nie stosuje się do zaleceń, bo całkiem nieźle czuje się w szpitalu - odpowiedziała zarazem wesoło i karcąco, i nagle oprzytomniała. Zamarła. To był przecież Caleb. Śmiała się z człowiekiem, który zdradził jej męża i niebezpośrednio przyczynił się do jego śmierci; śmiała się z kimś, kto prażył się w zagranicznym słońcu, podczas gdy Felix konał samotnie w lesie, przerażony i targany szaleństwem. Momentalnie zbladła i zasznurowała wargi, a to właśnie ten moment halucynacje wybrały dla niego na projekcję serdecznego uśmiechu. Ten moment wybrał również lord Parkinson na to, żeby wydzielić nową dozę toksyny, która tym razem plasnęła w jej kierunku.

pierwsza kość na szybkość parkinsona
druga kość na szybkość mojego uniku
1x k100 (szybkość ropuchy):
83
1x k100 (szybkość darcy):
96
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
10-03-2026, 00:21
On jest jakiś powolny — mówili o nim dziadkowie od strony mamy (najchętniej nazywałby ich panem dziadkiem i panią babcią, ale niestety był już zbyt dorosły i nie powinien tchórzyć, szczególnie w myślach), bo bywał przy nich onieśmielony. Darcy bez wątpienia sądziła o nim to samo. Pry niej też był onieśmielony, choć z zupełnie innych powodów. Sądził, że to mu, psia krew, przejdzie. Miało przejść, gdy zaczęła spotykać się z Felixem. Albo przynajmniej na ich ślubie. Na chwilę przeszło w Afryce, bo tam miał moc innych wrażeń (choć myśli o Darcy i Felixie nie opuszczały go w trakcie samej podróży na inny kontynent). I miało przejść, gdy usłyszał o pogrzebie i gdy powrócił do hodowli jako poważny współwłaściciel.
Ale nie przechodziło. Szczególnie nie, gdy stała tak w promieniach wiosennego słońca, nie pozwalając mu się skupić. Wyglądała dzisiaj (zawsze?) za ładnie, choć naprawdę starał się tego nie zauważać. I mówiła zbyt ostro, czego nie dało się nie zauważyć. Skwitował jej złośliwości wymownym milczeniem, więc na pewno uznała go za powolnego, ale każda z nich do niego dotarła. Chyba po prostu nie było sensu się kłócić, nawet z tą o klientach. Zresztą, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie miał wpadki z ropuchą trójpaluchą. Znaczy, niech pierwszy rzuci kamieniem hodowca, który tego nie zaliczył. Klientów faktycznie uwrażliwiali w kwestiach bezpieczeństwa, ale oni dostawali też ropuchy troszkę odchowane, a Parkie wciąż był młodziiutki...
Zamiast dyskutować, zacisnął więc usta i uparł się na przytrzymanie ropuchy. Chciał pokazać Darcy, że wcale nie jest taki powolny i taki głupi i taki niezaradny i że uda się.
Udało się, ale i... nie udało się. Pokazał chyba swoją arogancję, a Parkinsonowi doprawił dodatkowych powodów do stresu, ale jeszcze tego nie zauważył. Na razie wlepił w Darcy wielkie oczy, bo Darcy się śmiała. Przy nim. Z czegoś, co powiedział, ale tym razem bez złośliwości. Do niego?
Za kilka godzin nie będzie pewny, czy to nie była halucynacja, ale na razie po prostu na nią patrzył—o kilka sekund za długo—i myślał, że ostatni raz słyszał i widział ją taką... przed śmiercią Felixa. Tak dawno temu. W innym życiu, gdy wszyscy byli bardziej beztroscy i o wiele szczęśliwsi. Czasami tracił wiarę, że mogli po tym wszystkim wyzdrowieć, ale może...?
Może, jeśli uda mu się tego nie zepsuć?
Zawtórował jej w śmiechu, najpierw nieśmiało, potem szczerze—bo z każdą chwilą robiła się coraz piękniejsza i wszystko robiło się coraz weselsze, a roztaczający się wokół ogród zdawał się oazą na pustyni.
- Ale zawsze ci się udaje, bo jesteś zdolna... - słowa popłynęły same, bo nagle było jakoś lżej je wypowiadać.
Nie zauważył, że Darcy przestała się śmiać.
Nie zauważył, że Lord Parkinson wyrwał mu się i prawie opryskał ją toksyną, a potem umknął... prosto w stronę misek z kolacją. Był głodny i chciał zjeść, tylko na swoich warunkach.
Zamiast za ropuchą, Caleb pomknął jednak wzrokiem za usuwającą się w bok Darcy.
Darcy, która zdążyła spoważnieć, ale jemu wydawało się, że nadal się uśmiechała.
I wyglądała... inaczej. Z jednej strony tak samo jak teraz, ale z drugiej jej spojrzenie było teraz młodsze, a ubiór inny. Zamiast rękawic i roboczych butów miała na sobie tamtą szykowną sukienkę (nie pamiętał jej koloru, ale pamiętał sposób, w jaki materiał spływał po jej ciele), w której była na tamtej potańcówce. Wtedy wszystko się zaczęło i wszystko się zepsuło. Gdyby nie brawura Felixa, Darcy miałaby życie ułożone po swojemu i pozostałaby jedynie dawną znajomą. Kimś, kto może uśmiechnąłby się na jego widok w Hogsmeade zamiast codziennie strzelać z oczu piorunami żalu i gniewu.
Albo do tańca poprosiłby ją ktoś inny, ktoś kto stracił okazję i nie był wtedy zdolny wykrzesać z siebie nawet słowa...
Teraz też milczał przez chwilę. Wydawało mu się, że badał sytuację i że powinien się wycofać. Wstrzymał oddech, ale nadal się uśmiechała. Z wrażenia zapomniał, że właśnie został opryskany wywołującą halucynacje substancją i że nie miałaby tutaj wieczorowej sukienki.
- Ładnie... - ładnie co? Ładnie nam dał w kość Parkinson? Ładnie się urządziłem? Ładnie uciekają te ropuchy? Ładnie kwitną kwiaty? Było tyle logicznych rzeczy, które mógł jej teraz powiedzieć, które mogłaby się spodziewać usłyszeć. - ... wyglądasz. - ale to nie było jedną z tych rzeczy. I Caleb Diggory nie powiedział jej tego nigdy, bo im częściej o tym myślał, tym bardziej milczał. Nawet na ślubie, gdy chciał jej powiedzieć niewinny komplement—ładnie wyglądała w sukni ślubnej, bardzo ładnie—ugryzł się w język i uznał, że nie da rady.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
11-03-2026, 08:57
Nigdy nie przywykła do jego komplementów. W szkole zawsze miał dla niej dobre słowo, a ona z jakiegoś powodu odwracała wzrok i czuła, że jej policzki szczypią delikatnie przez rozlewany na nich rumieniec. Potem zaś, kiedy ich drogi najpierw się rozeszły, by następnie spleść się w rodzinnym wydaniu, rozmawiali tak rzadko, raczej się unikając, że zabrakło im okazji do poćwiczenia tej sztuki. Dziś - reagowała tak samo, jak w szkole. Darcy zagryzła zęby i odwróciła wzrok na ropuchy, wpatrując się w nie jak w coś bezpiecznego i spokojnego, łagodzącego wzburzenie myśli spowodowane jego słowami, zdającymi się preludium do kolejnej serii zachęt do powrotu na studia.
Nie zdziwiłaby się przecież, gdyby zastosował taką taktykę, znów usiłując się jej pozbyć. Papiery od wuja, zobowiązujące go do objęcia opieki nad połową Triumwiratu, i przekonanie, że to jego dziedzictwo, jego dom, jego krewni i jego sprawy, były receptą na wygodne przedsiębiorcze życie w Dziupli, a na jego drodze stało wyłącznie pięćdziesiąt procent udziałów Darcy. Jej niewyparzone usta, które bez wahania torpedowały masę durnych pomysłów Caleba, powstrzymując go przed przeistoczeniem hodowli w - jej zdaniem - cyrk. Nie musiał udawać, że był dla niej miły. Nie musiał udawać, że komplementował ją szczerze, zamiast po prostu przyznać, że wolałby, gdyby wyniosła się po śmierci Felixa i odsprzedała albo zostawiła mu swoje papiery. W tym był dobry. Wyłudzał własność nad rodzinnym interesem, a ona była kolejnym stopniem na schodach do spełnienia jego planów. Ale to, że igrał z nią w taki sposób, było po prostu podłe.
Darcy przełknęła swoją odpowiedź, zbyt gorzką, zajęta problemem Parkinsona i jego toksyn, które wylądowały na nieodpowiedzialnym Diggory'm. Miał sporo szczęścia, że studiowała magimedycynę - jego biegłość w robieniu sobie krzywdy i częstotliwość takich wypadków zdecydowanie wołała o uzdrowiciela pod dachem Dziupli, żeby mógł jako tako na co dzień funkcjonować. - Parkie, serio? - warknęła, błyskawicznie pikując w bok, żeby nie oberwać błękitnym płynem, i nieświadomie skorzystała z pseudonimu nadanego płazowi przez Caleba. Głupiego pseudonimu. Momentalnie zezłościła się za to na samą siebie i patrzyła, jak urażona ropucha skacze na ziemię, drepcząc w kierunku pożywienia po zdradzie, jakiej się wobec niej dopuściła; na wszelki wypadek obejrzała swoje dłonie i tyle, ile zdołała dojrzeć na szyi, choć nie było to zbyt łatwe - co zbiegło się w czasie z kolejnym komplementem.
Jeszcze bardziej niespodziewanym, niedorzecznym. Wspomnienie śmiechu wciąż było świeże na jej ustach, kiedy wargi rozchyliły się delikatnie w wyrazie zdziwienia, a wzrok szeroko otwartych oczu powędrował do jego twarzy, chyba w oczekiwaniu, aż Diggory na końcu zdania doda "żartowałem". Nie zrobił tego jednak. Patrzył na nią łagodnie, jakby i ona była czymś łagodnym, czymś dobrym i nienaruszonym przez żałobę, czymś wartym ciepła i zachwytu w jego oczach. Nigdy dotąd nie powiedział jej czegoś takiego. Nigdy nie dał po sobie poznać, że kiedykolwiek mógłby mieć związane z nią tego rodzaju przemyślenia... Ach, no tak. Przemówiły przez niego halucynacje, widział w niej coś, co nie istniało, może inną kobietę z egzotycznych zakątków świata, którą Caleb zostawił ze względu na swój wyjazd. - Nie pajacuj - rzuciła, acz brakowało w jej głosie zwyczajowego burkliwego tonu. Wydawała się wręcz zrezygnowana, skrępowana, może nieco rozżalona. Nie miał prawa do ofiarowania takich słów, nie po tym, co stało się z Felixem, nawet jeżeli powodowały nim ropusze toksyny. - Najlepiej nic nie mów - zaznaczyła, niepewna, czy zniesie spokojnie kolejne rewelacje, kolejne pochlebstwa, kolejne uprzejmości, których nie chciała i które barwiły skórę policzków na drażniącą czerwień. Zamiast skupiać się na swoich odczuciach, Darcy naciągnęła rękaw flanelowej koszuli na dłoń, aż ten zupełnie ją przykrył. - Dobra, zrobimy tak... Pójdziesz do domu, usiądziesz albo położysz się na kanapie i nie będziesz się ruszał, aż zwidy nie miną, a ja dokończę tu z karmieniem - oznajmiła, niepewnie podchodząc bliżej Caleba, żeby zacząć ostrożnym i pełnym wewnętrznych skrupułów ruchem ścierać substancję z jego twarzy materiałem ubrania pokrywającym zgięte palce. Powoli, ale dokładnie. Lovegood przywykła do samotnej pracy, potrzebowała też oddechu od jego zwichrowanego towarzystwa. - Możesz wymyślić wtedy imiona dla nowego miotu ropuch czy coś... - zaproponowała, żeby wyznaczyć mu zadanie, które może go zaabsorbować i zniwelować odmowy. Idź sobie, Cal. Idź sobie i przestań wreszcie mnie dręczyć, myślała, niemal zdesperowana.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
12-03-2026, 01:26
Nie zauważył nawet, że powiedział jej dwa komplementy i że zmieszała się już na dźwięk pierwszego. O ile słowa o jej wyglądzie przechodziły mu przez gardło ciężko i ośmieliły go do nich dopiero halucynacje—bez nich myślałby za dużo i mówił za mało, bez nich obawiałby się, że nie zapanuje nad swoim tonem głosu i komplement nie będzie niewinny, a lepki, brudny i zazdrosny. Felix zasiał w nim ziarno wątpliwości o zazdrość jeszcze zanim Cal samemu zdążył nazwać to uczucie, jeszcze zanim jego relacja z Darcy stała się poważna. To zawsze boli, być nazwanym czymś, czym nie chce się być albo jest tylko w części. Jesteś powolny, jesteś nieambitny, jesteś zazdrosny—te szpile ze strony rodziny zostawały w Diggorym jak sople w sercu tego chłopca z baśni o Królowej Śniegu. A potem topniały i stawały się częścią jego. Stawały się prawdą zanim zdążył się zastanowić nad tym, czy to prawda. Czy był zazdrosny? Pewnie tak, pewnie trochę tak. Ale ta zazdrość stała się świadoma i gorzka i większa dopiero wtedy, gdy Felix ją nazwał i gdy Cal zaczął desperacko od niej uciekać: tym większa, im bardziej ją wypierał. Tak duża, że krępowała mu barki i wiązała język i jego relacje z przyszłą szwagierką z poprawnych stały się nieistniejące.
Chyba właśnie o to Felixowi chodziło.
Ale teraz go tu nie było, a Darcy była—zdawała się—taka, jak przed laty. Gdy jeszcze mógł patrzeć po prostu na Darcy Lovegood, nie Darcy Diggory, nie Darcy, o którą nie chciał być zazdrosny, nie Darcy, wdowę po Felixie, nie Darcy, która marnowała tu życie. Była ładna, była piękna, i wtedy i teraz, ale kiedyś jej uroda nie raniła.
Pierwszy z dwóćh komplementów nie ranił zaś chyba nikogo (Cal nie wiedział, że do żywego zranił Darcy), bo był po prostu faktem. Jej zdolności nie miały nic wspólnego z subiektywną oceną ani z zazdrością ani z Felixem, choć Cal chyba nieświadomie je idealizował. Ale jemu wydawały się faktem. Była zdolna, nieziemsko zdolna, skoro dostała się na Evershire, ze stypendium. Nie znał nikogo innego takiego, nie wśrod swoich rówieśników. Co ważniejsze, nie znał też nikogo, kto bez słowa sięgał po różdżkę w chwilach kryzysu; bez zadartego nosa czy proszenia o zapłatę. Tak, strofowała go gdy robił sobie krzywdę i tak, czuł się przy niej źle; ale chyba zawsze po prostu czuł się przy niej źle—dlatego, że był sobą, ale nigdy dlatego, że akurat był ranny.
Ledwo zarejestrował, że nazwała Parkiego jego imieniem (może wydało mu się to naturalne, bo to było jego imię), w ogóle nie zarejestrował żalu w jej głosie. Patrzył na nią po prostu łagodnie, coraz łagodniej, chłonąc ten moment zaskakującej ciszy i spokoju, moment cofnięcia się w nieobarczoną błędami przeszłość. Zarazem był świadom, że to jakiś przebłysk przeszłości w teraźniejszości, że Parkie obryzgał go jadem; ale świadomość ta wydawała się mglista, podobnie jak granica między jawą i wyobrażeniem.
- Okej. - zgodził się z nią (!) i o dziwo nic (!) nie mówił (!) przez dłuższy i przeciągający się moment. W tym momencie przesuwał wzrokiem po twarzy Darcy, wciąż wyraźnej i teraz dziwnie świetlistej; mieniącej się wszystkimi kolorami wiosny. Czuł na policzku dotyk, który był jej, a zarazem nie był jej. Flanelowa koszula chroniła ją przed jadem i przed jego bliskością, ale Cal zaczął się zastanawiać jakby to było, czuć na twarzy jej dłoń. Czuł na twarzy jej ciepły oddech—może i nie stali blisko, ale stali zdecydowanie bliżej siebie niż przez ostatnie miesiące, a on chyba odruchowo nachylał się coraz bliżej.
- Ty też możesz je nazwać, wiesz. - szepnął, nie wytrzymując dłużej. - Lubię Barona Bohuna, skąd ty to wymyślasz... - uśmiechnął się szeroko. Chyba nigdy jej tego nie powiedział, ale podobały mu się imiona, które ona nadawała ropuchom. O ile nie kolidowały z tymi, które nadał on. - Gdy mieliśmy w hodowli mój pierwszy miot, myślałem, że taka najbardziej fioletowa by ci się spodobała. Moja pierwsza Weasley. - powiedział z nagłym żalem, wspominając czasy, w których Darcy nawet nie znała Felixa. Wiedziała przecież, że Cal z bratem przybyli tutaj zanim ich poznała.
Wiedziała też, że każdą ulubioną ropuchę nazywał Weasley.
- Nie sprzedaliśmy jej Weasleyom, jak pierwszego Parkiego. Zanim do ciebie napisałem - nigdy do niej nie napisał - kupiła ją jakaś mała dziewczynka. - a zanim poprosiłem cię do tańca, zrobił to Felix. -A zanim poprosiłem cię do tańca, zrobił to Felix. - nie zauważył nawet, że pomyślał to na głos.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
12-03-2026, 09:57
Cisza powinna koić zażenowanie chwilą współpracy, ale tego nie robiła. Nie robiła. Nie miała na to szans, kiedy Caleb wpatrywał się w nią jak w obrazek, a w kącikach jego ust pałętał się drobny uśmiech, prawie niedostrzegalny, gdyby nie znało się cech jego mięśni mimicznych - których Darcy zdążyła nauczyć się już w szkole. Dziś przeklinała siebie za to, czuła bowiem, że moment, w którym nie warczą na siebie, był swego rodzaju zdradą pamięci jej męża. Nic nie zmieniło się w tym temacie, nadal uważała Caleba za odpowiedzialnego jego śmierci, za pierwszy impuls, który pociągnął za sobą lawinę wydarzeń i doprowadził do możliwie najgorszego pod słońcem finału, ale zamiast budzić w nim smutek, rozpalało to nienawiść do brata, który nie miał jak się przed nim bronić, złożony na spoczynek w szkockiej ziemi. Minuty, w których nie okazywała swojej urazy i nienawiści, były zatem czymś niezdrowym. Tyle że ciężko było gniewać się na Caleba, który wyglądał tak bezbronnie: spolegliwego, łagodnego, ciepłego jak wiosenny dzień, skrywającego w burozielonych oczach delikatność, jakiej brakowało mu w chwilach spędzanych bez toksyn. Znów stawał się chłopcem, którego znała. Chłopcem, który mówił do niej pogodnie, z uśmiechem, który potrafił wydobyć z niej salwę szczerego śmiechu, który nie kłócił się z każdym wypowiedzianym przez nią zdaniem. Nie tylko Cal miał wrażenie, że cofnęli się w czasie. Tylko czy naprawdę potrzebowali do tego hodowlanego wypadku? W którym momencie ich zdolność do prowadzenia normalnej relacji przepadła bezpowrotnie?
- Nazywam - odparła niemal równie cicho, zaskoczona łagodnym brzmieniem jego szeptu. Na przestrzeni ostatnich miesięcy ich rozmowy składały się z syknięć, burknięć i pomruków, zaczęły brzmieć naturalnie, przewidywalnie, w porównaniu do subtelnych nut głosu wręcz bezpiecznie. Policzki Darcy wciąż skrzyły się rumieńcem, a wzrok błądził wszędzie, byle nie dosięgnąć przypadkiem oczu Caleba, uparcie wlepionych w nią z ufnością, z którą ona nie wiedziała, co począć. Przecież był to jedynie symptom ropuszego jadu, nic więcej. Nie miała zamiaru przywiązywać się do chwilowej złudy. Nie miała zamiaru porzucać swoich żalów i wyrzutów tylko dlatego, że przez kilka minut rozmawiali jak dawniej. - Samo przychodzi. Czasem wyłapuję coś w książkach, czasem w legendach, a czasem wybieram słowa, które po prostu wydają się fajne... Tak było na przykład z Buntownikiem i Hetmanem - wzruszyła ramionami; fakt, odkąd Caleb wrócił do Triumwiratu, nazywała mioty rzadziej, nie chcąc marnotrawić energii na walkę z wiatrakami i kłótnie o prym w dobieraniu dla nich motywów. Szwagier wpisywał do dokumentów co chciał, a ona i tak robiła swoje, w duchu zwracając się do ropuch tak, jak akurat jej się podobało. Prawda była taka, że nawet jeżeli próbowała wepchnąć się w proces nazewnictwa, on już zdążył wlepić skorowidzowe tożsamości dziewięćdziesięciu procentom maluchów. Wyprzedzał ją, a teraz zastanawiał się, czemu nie nazywała ich częściej - naprawdę? Darcy westchnęła, zmazując delikatnie ślady toksyny z twarzy szwagra, ale nic na ten temat nie dodała; gorzkie słowa zamarły na cierpnących wargach, jakby z jakiegoś powodu nie chciały się spomiędzy nich wydostać.
Moja pierwsza Weasley. Zamilkła, wreszcie spoglądając na niego niepewnie, spod lekko ściągniętych brwi. W opowieści było coś podejrzanie... ciepłego, wręcz sielskiego; to czasy, w których ona nadal studiowała na Evershire, a on doglądał hodowli z Felixem pod opieką i naukami dziadków, czasy, w których Hogwart ledwo minął, a ich kontakt rozmył się wraz z opuszczeniem murów szkoły. Nie miał powodu o niej myśleć, a jednak to robił. Nie miał powodu sugerować jej swojej pierwszej ulubionej ropuchy, a jednak to robił. Zwidy, jakich doświadczał, stawały się nieznośne. Żołądek Darcy zacisnął się w supeł, druga, wolna dłoń skuliła się w pięść. A zanim poprosiłem cię do tańca, zrobił to Felix. W jej piersi nagle brakowało oddechu. Pamiętała go z tamtej potańcówki, oddalonego na bezpieczny dystans, ale rzucającego im dziwne spojrzenia; ona zaś, oczarowana starszym Diggorym, niewiele robiła sobie z tego, jak wyglądał świat poza ich małą bańką na parkiecie. - Przestań - do jej głosu wróciło burknięcie, defensywne, wznoszące mury wokół myśli, które zaczynały ją drażnić. - Tylko ci się wydaje, że tak było. Toksyna Parkiego robi swoje. Idź już na tę kanapę, okej? - wzbierała w niej złość, złość obronna, złość znajoma, złość wygodna; złość, dzięki której miała poczuć się normalnie. Po co gadał takie bzdury? I jakie to miało teraz znaczenie, jeżeli to prawda, skoro wyszła za jego brata, a on tego brata niebezpośrednio wykończył? Darcy starła ostatnią plamkę i cofnęła się o krok od nachylającego się ku niej szwagra, mając nadzieję, że zwiększony dystans ułatwi nabranie oddechu. Była wściekła. Miała ochotę go uderzyć, miała ochotę uderzyć cokolwiek, miała ochotę uderzyć siebie. - Idź już, Cal - powtórzyła. Chciała zostać sama, musiała zostać sama. - I pij dużo wody. Za kilka godzin wszystko minie. Idź - wymogła, z trudem powstrzymując się przed warknięciem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
16-03-2026, 23:50
Nie sposób było pracować ropuchami trójpaluszymi bez okazjonalnego zetknięcia z ich jadem i bez niebieskawych plamek na skórze (choć może Darcy wierzyła, że jakimś cudem da się tego uniknąć; może była jedną z osób, które za naturalny porządek świata obwiniała niekompetencję—przynajmniej ta Darcy stojąca przed nim, bo Darcy ze szkoły pamiętał inaczej). Gdzieś na skraju świadomości wiedział, że w zależności od ilości jadu i wieku ropuchy i odporności organizmu i zapewne fazy księżyca—może się to skończyć nieprzyjemnie. Doświadczył już posępnych halucynacji, doświadczył też majaków zupełnie oderwanych od rzeczywistości. Może gdyby przed oczyma właśnie przewijały mu się seledynowe pieski... może wtedy przedarłyby się do niego ostrzeżenia i pouczenia Darcy. Może rozumiałby, że nie powinien ufać teraz ani zmysłowi wzroku ani lekkiemu otępieniu, bo był przecież profesjonalistą i rozumiał jak to działa.
Tyle, że dzisiaj widział już coś, co doskonale pamiętał. Kogoś. Umysł podsuwał mu na miejsce dzisiejszej Darcy—surowej, niezadowolonej, złośliwej—taką, jaką pamiętał sprzed lat (albo widział nadal, w tych skradzionych przebłyskach dnia gdy zajmowała się ropuchami i pozostawała nieświadoma, że akurat ją zobaczył). Pogodniejszą. Łagodniejszą. Lekko zarumienioną—jakaś trzeźwa część jego umysłu pamiętała i nigdy nie zapomni, że komplementy Felixa sprawiały, że czerwieniła się bardzo podobnie (tak, nie odrywał od nich wzroku przez całą tamtą imprezę. I potem właściwie też nie). Toksyna rozmywała brzegi wspomnień i teraźniejszości, rozmywała też samą Darcy; której twarz zdawała się jakoś bardziej świetlista, a spojrzenie bardziej miękkie. Może właśnie tak Caleb wyobrażał sobie anioły z obrazków, których znaczenia nie rozumiał, może właśnie tak wyobrażał sobie nierealne wybaczenie, a może po prostu taką ją pamiętał albo chciał pamiętać. Równie uradowaną z nazywania ropuch jak kilka lat temu gdy pierwszy raz przybyła do hodowli, ale uśmiechającą się do niego. Może za kilka godzin pomyśli, że wyobraził sobie to wszystko, włącznie z obecną rozmową; albo że jego umysł przywołał dawne wspomnienie Lovegood rozmawiającej z mężem. Ale potem uzna, że to dziwne, bo Felix nigdy—nigdy przy nim—nie spytał jej, jak chciałaby nazwać ropuchy.
- W tej serii przygodowej o rycerzach...? - podchwycił, bo doskonale wiedział, co Darcy teraz czyta. Zapamiętywał okładki, nawet gdy widział je tylko kątem oka gdy unikali się w salonie. - Buntownik to prawdziwy buntownik, wykrakałaś... - mruknął z rozbawionym uśmiechem. Na szczęście, tutaj nie mieli z nim do czynienia; był w zagrodzie nieco łagodniejszych (no, mniej płochliwych) ropuch smoczych. Cal już raz od niego oberwał.
- Daj spokój, wiem jak działa toksyna. - odpowiedział pogodnie (choć z cieniem irytującej ją wszechwiedzy w kwestii ropuch), gdy zarzuciła mu, że coś mu się wydawało. Teraz mówił z pewnością siebie, ale za kilka godzin faktycznie zwątpi w to, czy wiedział i ze swoje wspomnienia z dzisiejszego popołudnia. Nigdy nie zwątpił jednak ze wspomnienia z tamtej potańcówki, a Darcy nie mogła i nie będzie mogła ich podważyć ani gdy był trzeźwy ani gdy był nie do końca trzeźwy. Zbyt często wspominał tamtą noc i to, czy coś mógł albo powinien był zrobić inaczej; zbyt często roztrząsał to wszystko na każdy sposób. Zbyt często i wstydliwie wracał myślami do niej, uśmiechniętej, w tamtej sukience—do tego, jak promieniała na środku sali. Najczęściej do momentu zanim Felix do niej podszedł, gdy była jeszcze promieniem dla wszystkich, a nie tylko dla starszego Diggory'ego. - Wyglądasz jak w brokacie, tak działa - okej i może jeszcze trochę inaczej, bo nie speszył się gdy zrozumiał, co powiedział na głos i nie speszył się, gdy wytknęła mu dziurę we wspomnieniach. Wszystko było bardziej świetliste i milsze, a ostre krawędzie Darcy stępione—więc i on był spokojniejszy. - Dobrze, dobrze, nie martw się... za chwilę pójdę, ale mogę jeszcze dokończyć karmienie. - uparł się. - Zresztą, brałem z Artem cięższe rzeczy, naprawdę nic mi nie będzie... - pochwalił się bardzo niefrasobliwie, wspominając rzeczy, które Borgin przywiózł z Norwegii i dużo lżejsze zioła, które samemu skołował od krępego magibotanika z Cardiff. - Ale to miłe. - uśmiechnął się, nie rejestrując, że właśnie przyznał się szwagierce, wspólniczce i rywalce do brania substancji… o dyskusyjnej legalności. - Że się martwisz. - uściślił miękkim, niskim głosem. - Uważaj, masz tu liść... mam nadzieję, że Parkie nie opluł drzewa jadem... - ostrożnie odgarnął włosy Darcy, szczerze przekonany, że widzi w nich zaplątany w nich liść... i błękit jadu... a może to był brokat...?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 06:34 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.