Rzeczywistość zlała się w jedno. Czas, miejsca, twarze, smaki, dzięki, doznania, to wszystko scaliło się w jedną, bezkształtną breję zalewająca umysł Devereaux. Tonął, topił się i roztapiał we własnej rozpaczy, przeklęta godzina, przeklęty on wędrujący po Londynie niczym widmo, zabłąkany duch, który zgubił własny sens. A tak dobrze mu szło, zostało tak niewiele czasu do premiery i myślał, że w końcu los mu sprzyja.
Zdrada nadeszła z kierunku, z którego się mógł spodziewać. Maluczki mugol zaślepiony zazdrością knuł od samego początku, aż w końcu znalazł slaby punkt swojego konkurenta i wyłuszczył wszystko ich maestro. Takie zachowanie nie przestawało tancerzom, a Axel był daleki od najgorszej wersji, którą przedstawiono jako dowód zbrodni. Ale nie mógł inaczej, nie utrzymałby się na powierzchni bez klubu i pieniędzy z nocnych imprez. Ale on był wtedy już czysty, nie pil, nie palił, nie ćpał. Nie sprzedawał się już jak dziwka pod latarnią, a jedynie był kelnerem i tancerzem. Lecz i to wystarczyło, bo po prostu znajdował się w zakazanym lokalu,
Odebrano mu rolę, skreślono go i wymazano ze spektaklu. Zakazano wejścia do teatru, wyklęto i w tej chwili Axel był podwójnie przeklęty. Żaden mugolski teatr go nie chciał, tak jak od lat żaden magiczny. Był skreślony, skończony.
Wraz z tym nadeszła rozpacz, tak głęboką że nawet nie zanotował, kiedy go pochłonęła. Po prostu zszedł do podziemi Soho, lzy toczyły się po jego policzkach, ciało wzdrygał dreszcz żalu, a umysł się załamał. Nie obchodziło go już nic, kompletnie nic. Zebrane oszczędności wystarczyły na tyle, żeby mógł zalać się w trupa i naćpać do nieprzytomności.
Nie trwało to długo, miał jeszcze zapasy, chociaż od tygodni był czysty, nie pil, nie palił, był jak łza. Do teraz, kiedy w jeden wieczor postanowił sięgnąć po wszystko co mial pod ręką. Trwało to kilka dni, kilka nocy, kiedy pijany i tak naćpany, że popadał w tak skrajne stany w końcu padł twarzą w podłogę. Mial szczęście, kulawe szczęście, że obok był ktoś mu życzliwy, kto postarał się, aby trafił do świętego Munga.
Oddział ratunkowy wstrzymał oddech, kiedy wtoczono Axela na poczekalnię i tam go porzucono. Zimne płytki korytarza z jednej strony niosły ulgę, a z drugiej wydawały się palić tym chłodem. Obraz był zamazany, ciało wymknęło mu się już dawno z spod kontroli i dwa dni były jak migawki niewyraźnych obrazów, mazai kolorów, świateł i kakofonią dźwięków. Czuł i jednocześnie nic nie czuł, był i nie był, istniał i nie istniał, a cierpienie wydawało się walić przez szczelną szybę zamroczenia. Dźwięki rozdarły ciszę, ktoś go złapał, ktoś poderwał, a jeszcze ktoś inny nim potrząsnął, a może to była ta sama osoba? Nie wiedział, tracił władzę nad ciałem i umysłem. Aż w końcu nadeszła ciemność.
Obudził się dwa dni później, rozchylając oczy biel raziła go ze wszech stron. Leżał na łóżku, wokół unosił się zapach chloru i medykamentów. Jego ciało było odrętwiałe, próbując poruszyć mięśniami czul igły bólu w każdym centymetrze skóry. Głowa była ciężka, jakby pusta w środku i tak bardzo nieprzyjemna w swojej objętości, że Axel żałował w tej chwili, że w ogóle ją mial.
Dopiero po kilku chwilach odkrył, że miał na rekach zapięte pasy, a w grzbietach dłoni upięte wenflony. Nad jego łóżkiem górowały dwa wieszaki na płyny medyczne z uwieszonymi workami. W ustach panowała nieznośna susza, jakby nie pił nic od kilku dni. I tak istotnie było. Leżał przyzwyczajając wzrok do światła, w ciszy po prostu trwając tu i teraz, nie mając pojęcia skąd się tutaj wziął, ani gdzie był. Równie dobrze mógł leżeć w czyjejś klinice i czekano, który organ należy mu wyciąć.
Pielęgniarka przyszła jakiś czas później, mówiła cos do niego a on nie mógł wydobyć z gardła żadnego dźwięku. Był w Mungu, a to słowo zabrzmiało jak nadzieja, jak ulga. Czyli nic mu nie zabiorą, nie zabiją. Dostał wody i zakazano mu się ruszać z miejsca. Na to akurat nie mial sił, wiec było mu wszystko jedno. Po prostu zasnął.
Nie mial pojęcia ile spał. Ze snu wybudził go cichy dźwięk, szczęk zamka i szurniecie stołka obok łóżka. Obok ktoś siedział i coś pisał opierając sztywna podkładkę o metalowy brzeg łóżka. Axel przełknął ślinę i poruszył ręką, która wciąż była przypięta do łóżka. - Kim jesteś? - Mruknął szeptem kierując wzrok na twarz medyka. Mętne spojrzenie chłodnych oczu chłopaka wydawało się zaspane, ale przytomne i rozumne. - Co ja tu robię? Gdzie? - W tek chwili nie pamiętał wyjaśnień pielęgniarki, nie wiedział kim jest ten ktoś, kto siedział obok niego.