• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Domostwa > Cardiff, Moorland Road 14/7 > Sypialnia
Sypialnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
12-09-2025, 11:42

Sypialnia
Niewielkich rozmiarów pomieszczenie o ceglanych ścianach i lekkich zasłonach o ciemnym kolorze, przesiąknięte zapachem kwiatów suszących się na sznurach przeciągniętych pod sufitem. Zasłane kocami dwuosobowe łóżko sąsiaduje z oknami oplecionymi bujną zielenią doniczkowych roślin, lgnących do paciorków światła słonecznego. Drewniane meble, stare, wysłużone i nieco surowe, utrzymane w tonacji ciemnego drewna, pasują do spokojnego charakteru flory, której zieleń dominuje nad całym pokojem. Po przeciwległej stronie łóżka stoi niewielka szafa, w której spoczywają transmutacyjnie pomniejszone ubrania, a obok niej natknąć się można na wiecznie rozkopane psie legowisko.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (5): « Wstecz 1 … 3 4 5
 
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#41
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
22-02-2026, 01:56
Ta wlokąca się, zmęczona uraza była chyba jeszcze gorsza niż porywcza kłótnia i podniesione głosy. W drugim przypadku wyrzuciliby już z siebie wszystkie pretensje, a teraz... wyrzuty piętrzyły się, wciąż nowe, niczym lepka maź. Albo powtarzające się koszmary, oczekujące na spełnienie. Złapał się na myśli, że teraz chyba też czeka na wybuch, ale ten jakoś nie nadchodził, nie ze strony Leonie. Zacisnął mocno usta i wziął głębszy wdech przez nos, bo nie chciał wybuchnąć samemu.
- Sądzisz, że to zaproszenie do noclegu, a nie—nie wiem, może jadowita tentakula—ci coś odbiorą? - westchnął (ale nie wybuchnął!) z posępnym niedowierzaniem. Czy ona naprawdę sądziła, że po tym wszystkim uda się utrzymać dyskrecję albo status quo? Czy może zamknęła się w łazience by jeszcze chwilę trwać w iluzji, którą on właśnie przebijał chłodnym racjonalizmem? - Dobrze, zatem jak to sobie wyobrażałaś? Że zostaną powiadomieni z opóźnieniem, mimo, że to oni—nie ty— - nie musiał wbijać tej szpili, ale nieco zbyt gorączkowo chciał podkreślić, że to on ją powiadomił, nie szpital. On. A teraz miała mu to za złe - byli wpisani jako pierwszy kontakt do jego rodziny? A może, że nigdy się nie dowiedzą, bo Arlo postanowi przed nimi zataić, co mu się stało? - że prawie umarł, cisnęło mu się na usta, ale tego miłosiernie nie powiedział. - Proszę, chętnie posłucham, jaki wspaniały plan zepsułem, oferując miejsce na przeczekanie ludziom, którzy musieliby teleportować się do Doliny Godryka albo spać na ławce w szpitalu, co i tak jest pewnym luksusem, bo gdy szukaliśmy ciała Severusa to mój ojciec codziennie teleportował się między Londynem a Manche- - otworzył szerzej oczy, orientując się co powiedział i jakie demony właśnie przywołał. - Nieważne. - zapewnił szybko i trochę przygasł. Ogień uleciał z jego oczu, a chłód w jego głosie ostygł. Co się z nim działo, co on do cholery mówił? Przecież dzisiejszy dzień i oglądanie czyjegoś umierającego brata i czyiś zrozpaczonych rodziców... to nie miało nic wspólnego z losem Severusa i wyrzutami sumienia za tamten dzień. Może nie pogodził się z bezczynnością w obliczu tamtej wizji, ale pogodził się przecież z tamtym wspomnieniem i w jakiś sposób nawet ze śmiercią brata, to było ponad dwadzieścia lat temu...
...choć do dzisiaj nie mógł dłużej patrzeć w oczy matki, wciąż widząc w nich tamtą rozpacz i niepewność. Ciągłą niepewność, rozciągającą się na resztę krewnych. Jasper miał wrażenie, że matka wciąż łudziła się, że jej rodzina z Polski da znak życia i nienawidził czasem samego siebie za to, że wiedział, że tak się nie stanie—i że nie umiał jej tego jakoś łagodnie uświadomić.
Złagodniał teraz, zawsze łagodniał, gdy Leonie kuliła się w sobie. Spróbował uśmiechnąć się smutno, wciąż czując, że nie zasługuje na jej dumę i komplementy. Może jutro, albo może gdy rehabilitacja ręki Arlo okaże się udana, ale nie dzisiaj. Nie po tym, gdy tyle rzeczy miała mu za złe. Może miał nadzieję, że wrócą do domu i wpadną w swoje ramiona i będą się razem cieszyć z pokonania jadu tentakuli, ale ta nadzieja rozpłynęła się gdzieś pomiędzy milczeniem Leonie i muśnięciem dłonią tafli letniej wody.
- Nie przepraszaj, wiem, że to... ciężki dzień. - wymamrotał, krzyżując ramiona. Chciałby po prostu by miała wobec jego wpadek podobną wyrozumiałość. - Nie wiem czy cokolwiek z tego do nich dotarło, ale... to miłe, choć tylko wykonywałem swoją pracę. - westchnął. Pewnie Berg od razu zacząłby opowiadać jakie to wszystko było trudne i skomplikowane, ale Jasper nie miał pojęcia skąd rywal w ogóle miał na to energię.
Zmęczenie potrwało jednak chwilowo, bo bycie obryzganym wodą jakoś go otrzeźwiło. Hardo zadarł brodę, gdy Leonie wydała się oburzona, że i jej w twarz chlusnęła woda—on tylko się bronił.
- Jakiej drużynie? To nie jest gra! - prychnął, jakby jej złość mu się udzielała. Ale przestała, gdy Leonie wyszła z wanny i gdy prawie się potknęła (odruchowo wyciągnął w jej stronę dłoń, ale jakby na złość jemu odzyskała równowagę sama) i stanęła przed nim... taka... naga.
- Jeśli próbujesz mnie obrazić to spytaj nastolatki ile razy przepisana przeze mnie maść z czyrakobulwy wyleczyła im trądzik! W siedem-dzie-sięciu-procentach przypadków pomaga! - odparował, jakby statystyki mogły mu pomóc się odgrodzić od jej... obecności. - To nie fair, że... - zaczął, ale urwał, odruchowo śledząc wzrokiem krople wody połyskujące na jej nagim ramieniu i spływające w dół, do...
Odwrócił wzrok.
- Nie i nie rozumiem czemu akurat tykwobulwy uznałaś za próźne, ale... martwisz się teraz adresem, serio? Nie możemy się tym pomartwić nie wiem, jutro? Zasadzisz wierzbę bijącą przed moim albo twoim mieszkaniem skoro tak bardzo ci zależy na prywatności czy coś. - wydął usta, równie zawstydzony, bo chciał—ale nie mógł—poradzić sobie z własną irytacją. Jakby w nim też kotłowały się emocje i energia i adrenalina potrzebujące ujścia, ale tym ujściem nie mogło być siedzenie w cichej kuchni gdy Leonie spędzała godzinę w letniej wodzie.
- Nie zimno ci? - burknął, mimowolnie wracając do niej wzrokiem. Otworzył usta i przysunął się o krok, może chcąc podać jej drugi ręcznik, a może...
...ale przerwała mu, a on wreszcie zrozumiał (a przynajmniej tak mu się wydawało), dlaczego izolowała się w łazience i wydawała tak zirytowana samą jego obecnością w jej azylu.
- O to chodzi? Mam wracać na Horyzontalną, nie chcesz mnie tu dzisiaj? Nie mogłaś powiedzieć wprost, o co chodzi? - w sumie nie mogła, bo... - W sumie i tak nie zostawiłbym cię samej, nie po tym wszystkim! Nie wracam, najwyżej będę spać na kanapie! - zaparł się, mimo, że w inny dzień uszanowałby jej pragnienie bezpiecznego azylu: bez rodziców, bez mężćzyzn, bez intruzów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#42
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel, as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
22-02-2026, 13:27
- Przestań - spróbowała wejść mu w słowo, gdy ze złośliwą dokładnością punktował luki w jej myśleniu. Jasper we wszystkim miał rację, patrzył na jej - ich - sytuację trzeźwiej, niż ona, dostrzegał niuanse i bezsensowność scenariuszy, na które utyskiwała w swojej głowie, kiedy w łazience panowała cisza, a woda stygła bez naruszania tafli. Egoizm i hipokryzja były wypadkowymi lęku, który umościł się w ciele Leonie: wcześniej napomknęła kilka razy o rodzicach i zastanawiała się, czy to czas, by się z nimi spotkać, a przede wszystkim żeby pokazać im, jak jej życie wyszło na prostą dzięki związkowi z Jasperem, ale zderzenie się z nimi bez przygotowania wywołało zwykły i prozaiczny szok. Wyrzucała sobie i narzeczonemu, że sprawy nie potoczyły się bezpieczniejszym rytmem, że na nic nie mieli prawdziwego wpływu - a pogodzenie się z rzeczywistością oszczędziłoby marnotrawionej właśnie energii. Ponadto każda drobna szpileczka, każde pokazanie wadliwości jej rozumowania, bolało, jakby zajrzał do jej głowy i przecinał myśli nożyczkami, albo rozszarpywał je palcami, obojętny wobec bólu, który tym wzbudzał. Samemu będąc wykończonym po dyżurze i walce o życie przyszłego szwagra, próbował ją otrzeźwić w jedyny sposób, jaki był dla niego osiągalny. Ale to tak bolało, tak wrzało pod skórą, tak zaciskało żołądek. Panika narastała w jej ciele, pisk krwi świszczał w uszach, do których uniosła drżące dłonie, zamykając je na słowa mężczyzny, ale to nie wystarczało. Wiedziała, że do niej mówił. I wiedziała, że miał rację. - PRZESTAŃ - krzyknęła, doprowadzona do ostateczności. Jej głos odbił się od płytek łazienkowych i popłynął korytarzami mieszkania, aż Helga wcisnęła pysk przez uchylone drzwi i zajrzała do środka, zaalarmowana. Wtedy Jasper urwał opowieść, zamknął swoją żałobę po bracie z powrotem w szkatułce, gdzie uczucia zaśniedziały, ale nigdy nie skamieniały. Chyba niemożliwe, by tak się stało. On zawsze będzie cierpiał po Severusie, tak jak ona cierpiała po Basilu. - Przestań... - powtórzyła, tym razem głucho, przesuwając dłonie po głowie, żeby wpleść palce w wilgotne kosmyki włosów i pociągnąć za nie w próbie poczucia czegoś bardziej namacalnego i łatwiejszego do zdefiniowania.
Wreszcie oboje ostygli. Pretensje wycofały się na moment poza łazienkę, spojrzenia stały się mniej oskarżycielskie, głosy cichsze. Każda kończyna nagle wydawała się cięższa, jak gdyby ogień paniki wypełnił ją węglem, i nawet obrócenie głowy w jego kierunku oraz odnalezienie go wzrokiem kosztowało niemałą porcję energii.
- Nie praca, tylko powołanie - uparła się łagodniej. - To widać. I na pewno to w tobie zobaczyli - zapewniła, bo znała swoich rodziców, wiedziała, z jaką łatwością rozkładali ludzkie charaktery na czynniki pierwsze, rzadko się myląc. Może mama co najwyżej zapamięta przesuwanie jej z miejsca na miejsce w dość oschły sposób, ale chwila po prostu tego wymagała, badanie było konieczne, żeby oszacować spustoszenie organizmu po truciźnie. Jasper nie miał się czego obawiać, była co do tego przekonana. Ale czy mogła przemówić mu do rozumu? Nie, tak samo przecież stresowałaby się przy jego rodzicach, co prawda dużo surowszych i bardziej zżytych z tradycją; nie mogła zabrać od niego niepewności i wątpliwości, nie mogła przyrzec na wszystko, co święte, że tata nie będzie go w żaden sposób egzaminował, a mama nie wypomni mu kiedyś scysji w sali szpitalnej. - Nie będę nikogo o nic pytać! - wydęła potem policzki, urażona jego urażeniem, bo nie dopisywała epitetom roślinnym głębszego znaczenia. Rozejm, jak widać, nie mógł trwać długo. Stała przed nim z dłońmi leżącymi na biodrach, bardziej harda niż wcześniej. - Możesz przestać dorabiać do tego sens? To tylko określenia, wolałbyś gumochłona? - zaproponowała i poderwała ramię, żeby dźgnąć go palcem w pierś, niezbyt mocno, jednak wyczuwalnie. I była gotowa nadal stawiać mu czoła, tyle że wizja Jaspera odebrała jej rezon. Twarz Leonie zaczęła się zmieniać, uprzednia wrogość rozlała się jak płynne masło, aż wybuchnęła śmiechem, którego nie zdołała w sobie zatrzymać. Kolejny sposób na pozbycie się emocji. Kolejna porcja stresu opuszczająca organizm wraz z chichotem. - Prz-przepraszam, zaraz możemy dalej się kłócić, ale to z wierzbą bijącą było stra-asznie śmieszne... - poskarżyła się, ocierając łzy z kącików oczu. - Bo tato by się z nią pojedynkował - zawyrokowała i roześmiała się jeszcze głośniej, kręcąc głową, kiedy zapytał, czy było jej zimno. Nie było, nie teraz. Rozbawienie rozgrzewało ją od środka, a mimo to i tak sięgnęła do tyłu i odkręciła kurek z gorącą wodą. Ćwierć wanny wypełniała jeszcze ledwo letnia, więc z nowym dodatkiem temperatura powinna się wyrównać. - A czy ja cię wyganiam? - spytała, czując czułość zakradającą się do serca. Martwił się o nią, walczył o jej bezpieczeństwo, gotowy znosić niewygodę kanapy, jeżeli musiał, byle tylko upewnić się, że nic jej się nie stało. - Po prostu skoro tak się zakolegowaliście, że zaczynacie mówić jednym głosem, moglibyście sobie na mnie ponarzekać. Taka przełamująca lody aktywność. Na pewno świetnie byście się bawili - prychnęła, jednocześnie zbliżając się do Jaspera. Nagie ciało przylgnęło do oblanych wodą ubrań, czoło dotknęło jego podbródka, ręce owinęły się wokół jego pasa. Wspięła się na palce, ale zamiast go pocałować, pozwoliła ich wargom jedynie się o siebie otrzeć, delikatnie, prawie niewyczuwalnie. W zaproszeniu. W potrzebie. W nadziei.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#43
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
24-02-2026, 04:33
Przestał—bo musiałby być bez serca by przynajmniej nie spróbować powściągnąć języka po tak rozpaczliwym krzyku—ale przestał z trudem, zaciskając mocno usta i piorunując Leonie wzrokiem. Nadal bowiem nie otrzymał ani odpowiedzi na swoje pytania ani wyjaśnienia, co właściwie zrobił nie tak i jak to sobie wyobrażała. Odpowiedź zresztą była jasna: nic sobie nie wyobrażała, bo nawet nie zdążyła. Dzisiejsze wydarzenia zwalily się na szpital św. Munga gwałtowną falą, która przytłoczyła ich oboje. Wiedział to, ale i tak piorunował Leonie wyczekującym wzrokiem, ze skrzyżowanymi ramionami, które opuścił dopiero, gdy zaczęła go chlapać. Nawet słowa o jego powołaniu nie poprawiły mu od razu humoru, bo pragnął poznać rodziców Leonie inaczej i szczerze wątpił, by widzieli i dostrzegli i zapamiętali dziś cokolwiek innego niż bladą twarz Arlo i przerażoną minę Leonie. I może te wypalone słowa, „mój narzeczony.”
Zaczynał rozumieć, że przynajmniej to dzisiaj dzielili: szok w zderzeniu z jej rodzicami (Arlo zdawał się przy ich obecności łagodny, choć i oni wydawali się mili, ale kto wie jaki był gdy nie był przytruty? I jacy byli oni gdy nie rozmawiali z uzdrowicielem prowadzącym ich syna?). Tyle, że emocje brały górę.
- A może powinnaś porozmawiać z nastolatkami, bo zachowujesz się prawie jak one! - fuknął, odgarniając z czoła mokre włosy. Ochlapała go tak mocno, że koszula kleiła już mu się do ciała. I w ogóle czy sama musiała stać w takiej pozycji, odsłaniając się tak, że nie miał gdzie podziać wzroku? Bezradnie błądził spojrzeniem po łazienkowych kafelkach i niestety doskonale wiedział, że w tym starciu odbierało mu to animuszu.
- Nie wiem, może gumochłon miałoby więcej sensu, bo kto jak kto, ale ty powinnaś znać się na tykwobulwach. - nie poddawał się jednak aż dopóki Leonie nie wybuchła śmiechem. Dopiero ten dźwięk i dołeczki w jej policzkach (Jasper zerkał na nią raz po raz pomimo uwagi jaką obdarzał kafelki) przełamały zły czar. Kąciki jego ust zadrżały, ale—już tylko dla pozorów—dodał jeszcze, zdecydowanie mniej poważnie i cieplejszym tonem: -A wygrałby? - obydwoje wiedzieli, że to durny pomysł i że wierzbę bijącą obłaskawiało się inaczej, ale może potrzebowali teraz właśnie wyobrażenia pojedynkującego się Thaddeusa Figg.
- Nie wiem, a wyganiasz mnie? - w jego głos zakradło się zmęczenie, a w spojrzenie niepewność. Bądź co bądź, zamknęła się przed nim w łazience. I jeszcze dolewała wody do wanny, chciała znowu się tu zamknąć i znowu brać kąpiel?
Ledwo zdążył wznieść oczy do góry, by skomentować tak zarzuty o męską solidarność… i rozważyć przyznanie się Leonie, że tak naprawdę onieśmielił go jej ojciec… gdy znalazła się blisko, za blisko.
Odwzajemnił jej pocałunek, a raczej zaproszenie do pocałunku, zanim w ogóle zdążył pomyśleć. Mocno i chciwie, jakby bał się, że to ją—a nie otrutego pacjenta i przyszłego szwagra—dziś straci. Chyba wszyscy się o to bali, nawet biedny i półprzytomny Arlo. A Jasper nadal o tym myślał, nawet gdy powoli cofał głowę by złapać oddech, a Lee wciąż go obejmowała, ciało przy ciele.
- Wszystko się przecież ułoży. - wymamrotał, opierając czoło o jej czoło. Usłyszał, jak naiwnie to brzmi, jakby miało ułożyć się samo. - Wszystko ułożymy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#44
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel, as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
24-02-2026, 13:17
Zestawienie gumochłona ze znajomością roślin sprawiło Leonie przykrość. Dźgnęło szpileczką wciąż świeże wspomnienie ze zjazdu absolwentów, gdzie przez rozkojarzenie nie rozpoznała dolegliwości mimbulus mimbletonii i skazała roślinę na gwałtowne obumarcie. Powidok powrotu tej sceny do myśli Leonie odbił się na jej twarzy, w zaciśniętej linii ust, w drżących brwiach, w ramionach unoszących się wyżej i niemal wtulających w żuchwę; wilgotne włosy zasłaniały ślady po porażce egzaminacyjnej, ale to ich nie wymazywało. Nadal tam były. Nadal je widziała, jeśli źle zaczesała kosmyki w kolorze gorzkiej czekolady, nie pozwalając Jasperowi nawet przeczesać ich palcami za ucho, kiedy leżeli w łóżku, bo wstydziła się kilku czerwonych plamek. Teraz na pewno nie próbował jej urazić ani zasmucić, ale znów do tego doprowadził. Zbyt zmęczony, żeby kontrolować zarówno siebie, jak i to, jaki efekt mogą wywołać jego słowa.
Leonie zganiła się w myślach za poddanie się przygnębieniu, bo wiedziała, że - chyba - było to tylko kolejnym wypadkiem i nie chciała krępować Jaspera swoją reakcją. Niestety w jej uszach nadal dudniły jego racjonalne oskarżenia, a delikatna struktura zielarki nie zdążyła się po nich zregenerować, więc ciężar osiadł na ramionach z podwójną siłą. Chwilę trwało, zanim wróciła do niego wzrokiem. Zamiast tego zaczęła wyginać nerwowo palce, ale nie odpowiedziała na zarzut, bo jeśli by to zrobiła, była pewna, że po policzkach znów potoczyłyby się obłe groszki łez. Może ten dzień po prostu taki był? Nie mogli się porozumieć, potrzebowali czegoś innego, niż byli w stanie zaoferować drugiej osobie. A skoro doprowadziła go do złośliwości, jej towarzystwo raczej nie mogło umilić jego wieczora. Rozważała to przez chwilę, zanim usłyszała komentarz o wierzbie bijącej, a salwa śmiechu wypełniła przestrzeń łazienki, zabierając ze sobą smutki Gumochłonka. Albo przynajmniej próbując. Zadra wciąż tkwiła między żebrami, lecz przestała być tak widoczna i wyczuwalna, zastąpiona wizją ojca szykującego się do bitki z agresywnym drzewem. Łzy zgromadzone w kącikach oczu miały już mniej ze smutku, a więcej z rozbawienia, zaś kiedy Jasper zadał właściwe pytanie, Leonie zaśmiała się jeszcze głośniej.
- Na pewno! - zadeklarowała teatralnie, imitując dwa koślawe bokserskie uderzenia wymierzone powietrzu. - Prawy sierpowy, lewy... też sierpowy, potem jeszcze kilka sierpowych, bo nie znam innych nazw, i wierzba błagałaby o litość. Serio - zakończyła z szerokim uśmiechem, na tyle udobruchana, że rozmowa o Horyzontalnej na szczęście nie przerodziła się w kolejną kłótnię, a rodzice na szczęście nie przyjęli kluczy Jaspera. W dobie teleportacji dostanie się do Londynu nie było takie trudne, choć doceniała poniewczasie, że próbował zadbać o ich wygodę, a przede wszystkim komfort świadomości, że są blisko zamkniętego w szpitalu Arlo. Znając mamę, uprze się, żeby spędzić noc na krzesełku przy jego łóżku, jeżeli jej nie wygonią, a ojciec ze szpitala napisze do swojego brata - wujka Sevelta Figg, rolnika i sadownika z mugolską żoną i kilkoma kotami - prosząc go o odwiedzenie domu w Dolinie i zabranie kilku rzeczy dla Isadory, które mogłyby ułatwić jej stróżowanie w Mungu, dopóki nie poczuje się na tyle uspokojona, że zgodzi się wrócić na noc do nich. - Nie wyganiam - sprostowała, przylgnąwszy do Jaspera. Teraz jego ramiona nie były pułapką, która próbowała powstrzymać ją przed ucieczką. Znów były bezpieczne i ciepłe, mimo mokrych rękawów, podkreślających kształt kończyn.
- Dziękuję, że go uratowałeś, Jase - szepnęła płytko, tuż po pocałunku, głodnym, niemal natarczywym i zdesperowanym, wzbudzającym pamięć o tym, że mimo nerwów i strachu wszystko szło po ich myśli. Arlo wróci do zdrowia, rehabilitacja pomoże. Z rodzicami... jakoś się dogadają. Ile stali w tej pozycji na środku łazienki? Minutę, mniej, więcej? Nie miała pojęcia, za moment drgnęła jednak lekko i rozdzieliła ich czoła. - Nie jest ci zimno? Czemu stoisz cały mokry? I jeszcze strasznie nachlapałeś. Nie wypada, wiesz - westchnęła zaczepnie, cicho, i wsunęła palce pod kołnierz jego koszuli, odpinając pierwszy guzik, a potem kolejny i jeszcze następny. Cały czas spoglądała przy tym na niego spod kurtyny ciemnych rzęs, lekko zarumieniona, z rozchylonymi wargami. - Dolewam ciepłej wody - podkreśliła na wypadek, gdyby sam tego nie zauważył, po czym wróciła do zdejmowania jego koszuli, muskając opuszkami palców skórę nagiego torsu przy każdym rozsupłaniu guzika. Nie, żadne z nich nie mogło przewidzieć, że w ten sposób potoczy się jego wtargnięcie do środka pokoju. Żadne z nich nie mogło przewidzieć, że po awanturze, po przerażeniu, wyrzutach i czarnych wizjach będą potrzebowali pamiętać, że nadal żyją i są w tym razem. - Wejdziesz? ...Ze mną? - zarumieniła się jeszcze mocniej, ze skrępowaniem opuszczając wzrok.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#45
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
25-02-2026, 03:44
- Twój tata... dobrze się bije? - zapytał niby mimochodem, niby podzielając jej rozbawienie, ale z trudem przełknął ślinę przez ściśnięte gardło. Skoro Thaddeus Figg pojedynkowałby się z wierzbą bijącą, to co zrobiłby wobec zbezczeszczenia narzeczeńskich tradycji? - Myślisz, że będzie miał mi za złe, że nie zapytałem go o zgodę? - wypalił na jednym wydechu i zarumieniłby się, gdyby mógł; ale jego cera była na to zbyt śniada. Muśnięta słońcem, które nie świeciło ani w Wielkiej Brytanii ani w Polsce—co najwyżej w legendach miodem i mlekiem płynących, które czasem mówiła mu matka.
Ciekawe, co ona by powiedziała na to, że się zaręczył i nawet się jej nie zwierzył. Właściwie nawet jeszcze jej nie powiedział. Obiecał sobie, że napisze do rodziców, gdy odbierze pierścionek zaręczynowy i zwłoka była mu nawet na rękę.
Zamrugał (strząsając z rzęsow ostatnie krople wody), nieco zakłopotany. Nie chciał przerywać rozmyślaniami na temat oświadczyn tej pierwszej wesołej chwili odkąd weszli do mieszkania, nie chciał żeby śmiech schodził z jej ust. Logistyka oświadczyn i oswajania z nimi rodziny może poczekać, właściwie był dzisiaj taki zirytowany, bo chciał żeby poczekała, ale już trudno. Z opóźnieniem docierały zresztą do niego słowa narzeczonej. Naprawdę w takiej chwili, gdy przyszli odwiedzić Arlo... chciała się nim pochwalić? To... miłe.
- Myślisz, że wierzbę da się w ogóle pokonać w pojedynku? - zapytał pośpiesznie, nie tyle ciekaw opinii magibotaniczki czy żartów o nadludzkiej sile Thaddeusa, a chcąc rozładować napięcie już do końca. - Ja próbowałbym się prześlizgnąć tak, by znaleźć jej czuły punkt. Jak książę z Roszpunki, któremu wydłubała oczy. - westchnął teatralnie. A może to były zaklęte ciernie albo diabelskie sidła? Lee lepiej znała i baśnie i rośliny.
- To dobrze, że nie, bo i tak bym tu został. - mruknął żartobliwie (choć na poważnie by tu został), z wyraźną ulgą. Po sekundzie zorientował się jak zabrzmiał i musnął ustami policzek Leonie, a potem odsunął lekko głowę—wciąż mocno ją obejmując—by z lekką skruchą podchwycić z nią kontakt wzrokowy. - Znaczy... uszanowałbym jeśli chciałabyś mieć tu własną przestrzeń, po prostu dzisiaj... nie chciałbym zostawiać cię samej. - wyjaśnił prędko, nie chcąc by kiedykolwiek przy nim poczuła się osaczona. Czy gdy przed kwadransem wtargnął do łazienki... właśnie tak się poczuła? - Ani chyba nie chciałem być sam. - dodał ciszej, dopiero teraz dopuszczając do siebie myśl (odbijającą się już od dawna w jego ciele, mowie i gwałtownych emocjach), że i na niego dzisiejszy dzień nie wpłynął dobrze. Leczenie kogoś umierającego zawsze odbijało się na nim ciężko, co dopiero kogoś z rodziny Leonie. Na moment zagłuszył te wspomnienia w cieple ust Leonie... i nie tylko ust, przez cienki materiał koszuli zbyt dobrze czuł jej całe ciało.
Pierwsze słowa, które wypowiedziała gdy łapał oddech, przywołały jednak wspomnienie tamtej sali w szpitalu i zapachu antidotów i szelestu gorączkowo sprawdzanej karty pacjenta.
- To moja praca, Lee. - przypomniał jej łagodnie, ale w jego spojrzeniu zaległ jakiś ciężar. Milczał przez chwilę, wracając myślą do tamtych chwil, co—ze względu na to, że Leonie stała tuż przy nim całkiem naga—było przejawem dość heroicznego skupienia.
- Nie przeczytałem na początku jego nazwiska, wiesz? Musieliśmy ustabilizować oddech i czynności serca, a sytuacja była tak pilna, że po prostu kazałem pielęgniarkom wyczytywać mi z karty pacjenta tylko te rzeczy, które miały wpływ na przebieg medycznej interwencji... - zabawne, nazwiska i imiona zanikały w obliczu śmierci. Ale o czyimś życiu mogło zadecydować ile waży albo czy miał pełny żołądek. - Wtedy było łatwiej, go leczyć. Bałem się, co byłoby z twoją rodziną, z tobą, z nami gdyby... coś poszło nie tak. - przyznał przez ściśnięte gardło, spoglądając na nią zbyt szeorko otwartymi oczyma. Zamrugał, jego spojrzenie znów złagodniało. - Cieszę się, że już nie muszę o tym myśleć. I zrobię wszystko, by jego ręka odzyskała sprawność... - zapewniał, ale mówił coraz wolniej, a choć opierali się o siebie czołami to jego wzrok coraz częściej zsuwał się na ciało Leonie.
Myśląc tyle o śmierci, miał ochotę żyć.
Gdyby wierzył, że jest w stanie powołać na świat nowe życie, to pewnie na to też miałby ochotę. Ale wystarczy mu po prostu jej bliskość, jej ciepło...
Uśmiechnął się zaczepnie, gdy zaczęła rozpinać guziki jego koszuli. Odwzajemniłby gest, ale z niej nie miał czego zdejmować.
- A co, mam posprzątać? Czy... - przerwało mu zapewnienie, że woda jest już ciepła. Od jak dawna nie brał ciepłej kąpieli? Na pewno nigdy nie brał jej z kimś, na studiach mało kto miał wannę, a z Ingrid nie robili takich rzeczy. Odchylił się—pozostając na tyle blisko, by Leonie nadal mogła rozpinać jego przemoczoną koszulę, ale zarazem na tyle daleko, by bez skrępowania patrzeć na jej ciało.
Zakłopotana wydawała się za to ona.
- Lee, nie musisz się rumienić przy narzeczonym. - wytknął figlarnie. Inicjowała bliskość tak wprost... może rzadziej niż on, ale zarazem na tyle często (wliczając w to ich pierwsze spotkanie) by—szczególnie teraz, gdy krew krążyła szybciej, a oddech trudniej było złapać w zaparowanej łazience—zapomniał, że może nie inicjowała tak chętnie nigdy, że może robiła to tylko przy nim, że może to wszystko wciąż było nowe. - Chyba, że aż tak tu gorąco? - kontynuował, zsuwając dłonie na jej talię i niżej, coraz niżej. - Zmieścimy się? - żartował dalej, zmieszczą się. Choć logistykę reszty atrakcji będzie musiał zaplanować... spontanicznie. - Wejdę. - zamruczał, nachylając się do jej ucha. Zrzucił z siebie resztę ubrań i wszedł do wanny pierwszy, ale nie usiadł—najpierw podał jej rękę, by to ona nie poślizgnęła się na kafelkach. - Masz... ochotę spędzić razem wieczór? - upewnił się—jak na kogoś, kto żartował z jej rumieńców zrobił to bardzo formalnie, szczególnie, że teraz już doskonale wi(e)działa na co on miał ochotę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#46
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel, as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
25-02-2026, 19:35
- Skąd, ma do tego dwie lewe ręce - zachichotała z zażenowaniem i czułością córki, która mimo pogmatwania losu dalej widzi w ojcu swojego pierwszego i ostatniego bohatera. Umknęło jej też, dlaczego w ogóle o to pytał. Czy Jasper naprawdę wyobrażał sobie, jak Ted Figg rzuca w niego rękawicą ogrodową i wyzywa na pojedynek, a potem wymierza ciosy podobne błyskawicom samego Zeusa? Przecież do tego nie dojdzie. Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent z jakimś ułamkiem po przecinku. - Nie, jeśli już, będzie ci wdzięczny za to, że dzięki tobie... Jak to powiedzieć? Wyszłam ze skorupy? Znormalniałam? - zastanowiła się, zarazem uniósłszy brwi w charakterystycznie wątpiący sposób przy ostatnim określeniu. Po dzisiejszym dniu trudno było nazwać ją normalną, choć gdyby się zastanowić, pewnie można by poskąpić takiej definicji każdemu bohaterowi szpitalnego dramatu.
Wtulała się w niego, słuchając barwy jego głosu i ciesząc się jego ciepłem. Wdychając jego zapach, złożony z cukierków miętowych, czarnej kawy, piżma i czegoś delikatnie cytrusowego, ledwo wyczuwalnie, jak pojedyncze włókno, które zagubiło się tam przez przypadek. Teraz, gdy przebrnął przez grzęzawisko jej zbyt gęstych myśli, znalazła w tym znajomy spokój. Leonie bujała się lekko w objęciach narzeczonego, prawie niewyczuwalnie przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę w powolnym tańcu, przetykanym uzupełnieniem, że to nie wierzba bijąca oślepiła księcia, a zwykłe kolce innych krzewów, i uśmiechała się do siebie, kiedy mówił, że zostałby w mieszkaniu, żeby nie zostawiać jej samej. Natomiast kiedy nawiązał do swojej samotności, uniosła głowę i dotknęła ciepłą dłonią jego policzka. - Nie jesteś sam - stwierdziła łagodnie i przechyliła głowę odrobinę do ramienia. - Masz Figę, pamiętasz? - dopowiedziała z nutą zaczepności, ale i dumy, bo można było to zrozumieć na dwa sposoby, zarówno jako narwanego puszka, którego niedawno kupili razem z Księżniczką na Pokątnej, oraz ją, na której cześć zwierzątko zostało nazwane.
Odwzajemniła jego pocałunek, odwzajemniła jego potrzebę, jego pragnienie, jego tęsknotę, w ostatniej chwili powstrzymawszy się później przed upomnieniem, że to nie praca, a powołanie. W kontekście Jaspera wolała o tym myśleć w ten sposób. Co więcej, dopiero docierało do niej, pod jak wielką presją się znalazł, kiedy jego pacjentem został jej brat. Ile rzeczy mogło pójść nie tak, jak łatwo jedna decyzja mogła zaważyć na wyniku dzisiejszego dnia, przez który mogli właśnie znajdować się w zupełnie innym położeniu. Spoglądała na narzeczonego z troską, jednocześnie wciąż gładząc jego policzek. - Musiałeś być przerażony, kiedy się zorientowałeś... Kiedy on przestał być anonimowy. Kiedy jego ratunek wzbudził prywatne emocje - zrozumiała ze współczuciem. Nie tylko dlatego, że miał do czynienia właśnie z Arlo, ale dlatego, że to mogło ich zniszczyć albo posklejać, a przyszłość nagle wylądowała na barkach Jaspera. A ona, zamiast okazać mu wsparcie, była wręcz gotowa zostawić go na pastwę losu i Thaddeusa oraz Isadory. - Wiem, że w sobie tego nie widzisz ani nie ufasz sobie w stu procentach, ale ja bez wahania powierzyłabym ci moje życie, Jase. I życie mojego brata - podkreśliła z maleńkim uśmiechem, zapewniona o staraniach przy opiece nad przyszłym szwagrem i jego rehabilitacją. To głupie podejście, ale złapała się na nadziei, że przekują straszne okoliczności w możliwość zakolegowania się ze sobą, poznania, oswojenia, skoro pewnego dnia zostaną rodziną.
Ostatnie, czym powinien zawracać sobie teraz głowę, to sprzątanie łazienki, co Leonie próbowała mu uzmysłowić szerokim i lisim uśmiechem. Łuk warg nadal niósł w sobie zmęczenie, ale i głód oraz pragnienie innego rodzaju. Pewien atawizm dobijający się do zmysłów, kierujący jej palcami przy guzikach koszuli, która wreszcie opadła na podłogę po tym, jak dość koślawo wyswobodzili Jaspera z mokrych rękawów. Nie była jednak tak kokietliwa, jaką chciałaby udawać, więc prędzej niż później rumieniec dosięgnął jej policzków, co narzeczony wychwycił, obracając na swoją korzyść. Bo jak to inaczej nazwać? Kiedy mówił do niej w ten sposób, tym tonem, naturalnie rumieniła się jeszcze bardziej.
- W ogóle tego nie robię - żachnęła się kłamliwie, żeby zachować twarz, i spojrzała przez ramię na wannę, która czekała na nich z dobrodziejstwem wypełniającej ją wody - tylko po to, żeby niby przypadkiem wyeksponować szyję przed oczyma Jaspera, którego dłonie zdejmowały z niej resztki napięcia całego dnia. - Jeśli się nie zmieścimy, to będziemy musieli... poeksperymentować - odchrząknęła, zaś jej oczy błysnęły w zalążku ekscytacji. Może właśnie tego potrzebowali. Niewygodnego ułożenia kolan, łokci niechcący wbitych pod swoje żebra, galimatiasu kończyn i bezradnego śmiechu w próbie znalezienia dobrej pozycji do odpoczynku i nie tylko.
Patrzyła, jak z ciała Jaspera znikały kolejne warstwy ubrań, aż stanął przed nią zupełnie nagi, i choć jej policzki dalej pozostawały rumiane, w jej spojrzeniu nie brakowało adoracji. Tęsknoty. Nadziei. Ten człowiek należał do niej, zabiegał o nią, nawet przygotowywał się na pojedynek z jej ojcem... Kochał ją. Skorzystała z pomocy narzeczonego i ostrożnie weszła do wanny, czując go przy sobie w każdym centymetrze stykającej się skóry, z płytkim oddechem, którym owiewał jej policzek, z chrapliwością mimo wszystko uważnego na nią pytania. - Mam - odpowiedziała cicho, razem z nim zsuwając się do kołyski wanny, w gardziel rozkosznie ciepłej wody, w kolejny pocałunek, we wzbierającą burzę pożądliwych dotknięć, w kilka prób, zanim udało się im stworzyć z ciał harmonijną i komfortową mozaikę. W pełne desperacji poszukiwanie siebie nawzajem, tak jak i przypomnienia, że przetrwali ten dzień; że nadal są razem, czy podobało się to losowi, czy nie. Że wszystko jakoś się poukłada. Zespolone pragnienia przekuły strach w przyjemność, wzbierający intensywnością rytm bioder sprawiał, że zbyt wysoko sięgająca woda przelewała się nieco poza krawędzie wanny, ale to nic. To nic.
Bo tego wieczoru okazało się, że to nie w Jasperze Prince, a w Ingrid Prince od początku tkwił problem. Nie on odpowiadał za bezdzietny los pierwszego małżeństwa. Kiedy ukryli się razem pod pierzyną, nadal nadzy, zmęczeni namiętnością, spleceni w leniwych pieszczotach przy czytaniu swoich książek, w Leonie Figg zaczęło rozwijać się nowe życie.

zt x2 <3333
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (5): « Wstecz 1 … 3 4 5
 


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 20:51 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.