• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 04.11.1958 | On the edge of oblivion
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
28-01-2026, 16:38

On the edge of oblivion
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
28-01-2026, 16:47
Pomruk tłumu był jak donośny warkot bestii. Wyczuwał jej oddech na plecach, ten pełzał po karku, podnosząc włosy na głowie; pobudzając w takim samym stopniu, co siał lęk zwątpienia. Nie wobec chwili obecnej, bo ta wykalkulowana na własne życzenie pozostawała, tak jednak uderzał głębiej w sieć faktów, przed jakimi pragnął uciekać. Zbyt rozchwiany, aby stać i patrzeć, nazbyt rozpalany wewnętrznie, aby pozostawać biernie, wobec czegoś, co w dalszym ciągu było niezrozumiałe, obce. Napawało go pustką i poczuciem bezradności, jaka pierwszy raz w życiu go nawiedziła. Nigdy wcześnie nie czuł nic równie bolesnego, co rozkładało się wewnątrz jego osoby, jakby kawałki misternie układanego przez lata witrażu ściągane w kaprysie porywistego wiatru składały hołd w ofierze swego poświęcenia, ulatując w mroczny niebyt zapomnienia. Brodził w okruchach szklanych odłamków, szukając sensu istoty tego, dlaczego tak się potoczyły sprawy, jakby w amoku pozostawał i trwał bez snu, ni jedzenia. Poszukując odpowiedzi, gdzie popełnił błąd, co za niedopatrzenie w grze emocji na masce twarzy sprawiło, iż nie przejrzał myśli ukochanej osoby. Gdyby potrafił wówczas sięgać myślą głębiej, niż przeciętny mąż, mógłby odnaleźć wspomnienie, emocje, cokolwiek, co naprowadziłoby go na poszlakę niewypowiedzianej groźby. Łudził się tą myślą, owszem. Zadręczał, jak najbardziej, bo umysł, wciąż wałkował przebieg wydarzeń, zbyt dokładnie zrelacjonowanych przez magipolicjantów.
Gniew buzował w żyłach, adrenalina uderzała z siłą końskiego kopyta, a metaliczny posmak na wargach zaślepiał. Chciał uciekać, chociaż nie wiedział, dokąd? Gnać przed siebie ile sił w płucach, byle tylko dalej od tego wszystkiego, co go otaczało. Zatracić się w sposób najprostszy z możliwych, przestać czuć cokolwiek, co było, bo każda emocja niosła ze sobą falę wspomnień, a po niej odpływ, który wszystko zmienił i pozostawił z pustką, której nic nie wypełni.
Cios łamiący nos; nadszedł jakby za mgły, nieoczekiwanie. Chrupnięcie i krew więcej krwi. Ciekawość budowała napięcie w mięśniach, a instynktowna wola walki wyrzucała obite ciało wprost w ramiona przeciwnika, bo oczekiwał czegoś więcej. Doświadczenie bólu mówiło, że gdy ten przywleczony trwa niezmiennie i drażni, a sposobów na jego ugaszenie nie ma, w ten można zainicjować nowym – świeżym ogniskiem, by pamięć po starym przyćmić.
Świat wirował; twarze ludzi rozmazywały się gubiąc, swą ostrość, tylko krzyki, jak warkot bestii pozostawały niezmienne. Nieugaszone pragnienie krwi, która wsiąknie w deski prowizorycznej areny w lokalu, do którego już nigdy nie powróci.
Nie chciał jednak kończyć. Wstawał za każdym razem – uparcie, jakby sil w nim nie malało, a przeciwnie wzrastało z każdym upadkiem. Ta upartość prosiła o złamania, o krzywdę trwalszą, niż obicie. Chciał tego; z uśmiechem prowokatora podjudzał, bo emocjami ludzi tak łatwo manipulować. Wystarczyło kilka rzuconych słów i rodził się zalążek ognia – gniewu, co pożerał rozsądek. A chwila otrzeźwienia przychodziła jak zwykle za późno.
Prowokował, bo pragnął poczuć coś więcej, czego alkohol i bójka nie zdołały w dalszym ciągu przyćmić. Wiedział, że to jego bezsensowna pokuta za wszystko, to czemu był winien, wobec kobiety, którą szczerze kochał.
Chciał poczuć, cokolwiek, co choć przez moment przyćmi tę pustkę.
Wnętrze pubu okryło się kurtyną. Nawet nie zarejestrował uderzenia, które posłało go na pogniłe deski. Na jego twarzy rysował się niewyraźny uśmiech – robota spełniona. Nawet, by dopłacił za ten nokaut.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
13-02-2026, 10:26
Życie nie było sielanką – nigdy nie będzie sielanką.
To najgorsze, najbardziej kontrastujące miejsce w naprawdę dobrej okolicy. To piwniczny bar w przejściu na stację South Kensington. Dostanie tu działki to pewnik, a dostanie tu w ryj to tylko przyjemny dodatek. To miejsce o wątpliwej reputacji. To miejsce, w którym oboje bohaterów tej historii nie powinno pojawić się nigdy.
Przyszła tu tylko po to, by paradoksalnie – poczuć brak sielskości dobitniej; by poczuć się jeszcze podlej – po kolejnej kłótni ze swoim mężem, udając, że jej życie może toczyć się bez niego i udając, że będzie życiem jedynie lepszym. Zwykle nie paliła – ale dziś paliła. Nie zagadywała do losowych mężczyzn w barach – ale dziś to zrobiła. Nie pojawiała się w miejscach takich jak to – ale dziś postanowiła to zmienić i podjąć ryzyko raptem kilka przecznic od własnego domu; ryzykując rozpoznanie i umieszczenie w pamięci pośród towarzystwa byle jakiego i szemranego.
Dwudziestoletni chłopak w kurtce z wężowej skórki nie robił sobie nic z dzielącego ich pokolenia. Opierał się przedramieniem o kontuar zaraz przed blondynką – pochylał się nad nią tak, jakby za chwilę brodzić miał nosem w jej fikuśnie ufryzowanych lokach. Pozwalała na adorację, póki nie musiała jej odwzajemniać – chłopca tego zadowalał za to jedynie jej ostry ton i poniżająca treść wypowiedzi. Może wyżywała się na nim, a może tego jednego wieczora… Znaleźli się w przedziwnej symbiozie, w której obojgu to pasowało.
Odsuwa go jednak na bok, kiedy ponad jego ramieniem zauważa rodzące się zamieszanie. Atmosfera wydawała się gęsta od kiedy tu weszła, a od kilku chwil zaciskała się duszną pętlą na magimedycznym gardle. Dźwięk szczęki uderzającej o szczękę, ginący gdzieś w gwarze. Dźwięk tępego uderzenia pięścią w brzuch. Dźwięk upadających ciał.
Mężczyźni przy barze wydają się niepoprawnie uradowani z wynikłego ambarasu, kiedy Sanderson jednocześnie zaczyna odczuwać pulsujący w skroniach lęk. Odchyla się od kontuaru, byle nie oberwać wypadkową ich radości – byle nie znaleźć się w polu rażenia unoszonych w afekcie łokci, kufli i kieliszków. Warczy na młodego chłopaka który próbuje ułożyć dłoń na jej ramieniu.
Dzisiejszego dnia mówimy o Fight Clubie. Dzisiejszego dnia na parkiecie bojowego tańca leży bowiem Lorcan Lestrange. Lorcan Lestrange – powtarzam. Osoba która przyłapać ją miała w marnej jakości barze to: Lorcan. Lestrange. Co za wstyd.
A może to ona przyłapała jego?
Może powinna zostawić go. Liczyć na to, że przez poobijany łeb nie będzie pamiętał niczego, że może jeszcze jej nie zauważył i już jej nie zauważy. Moira nie chciała, by przekazał informację o spotkaniu swojemu bratu – wątpiła, by ten wtrącał się w nieswoje sprawy, ale coś bolało ją w potencjalnej rozmowie o konflikcie z Adamem.
Była jednak uzdrowicielką. Osobą, która nie mogła patrzeć biernie na sytuacje zagrożenia życia.
Wymija sylwetkę niedzielnego towarzysza, byle znaleźć się nieco bliżej sylwetki upadłego mężczyzny. Nokautujący go wojownik chce napluć mu w twarz, pluje natomiast na jego odzienie. Zaplamione krwią, podlane piwem, które ktoś wylał na niego nie do końca umyślnie, gdy bójka wędrowała korowodem po całym lokalu, obijając się od zaangażowanych niecelowo gości.
Sanderson ma w sobie coś, co sprawia, że każdy mężczyzna schodzi jej z drogi. Nie jest to silna postura, solidny wzrost czy groźna mina – chyba bardziej zdeterminowana energia i ton, który nauczył się współgrać z autorytetem nawet w miejscach, w których ten jest nieznany.
Napastnik traci zainteresowanie Lorcanem – pewnie jedynie karki z obsługi mają chęć odholować go za lokal, byle pozbyć się problemu półprzytomnego od wrażeń mężczyzny. Sanderson przystaje nad ciałem Lestrange’a. Niemalże fuczy na kogoś, kto próbuje się do niego zbliżyć. Wyjmuje różdżkę i chociaż wie, że w miejscach takich jak to bójki z użyciem czarów są niehonorowe – jest kobietą i ma prawo się bronić.
– Znajdziesz siłę żeby wstać – mówi do znajomego, prosto w jego żałośnie obitą twarz. Przykuca, pochyla się i kładzie dłoń na jego ramieniu. – A potem żeby stąd wyjść. Bez dyskusji. Co za farsa. Wpakować się w coś takiego – wyraźnie… Nie jest w dobrym nastroju. Ale gotowa jest mu pomóc.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
24-02-2026, 21:58
Przyjemne, bo przeciągające się w czasie odrętwienie dryfujące swobodnie, aż do kończyn. Stan pewnej nieważkości, której nie wywołuje alkohol, chociaż ten również w tym wszystkim grał swą rolę, tak jednak błędnik szalał nie od jego nadmiaru, a od siły ciosu, który go sponiewierał. Miał wrażenie, że w normalnych okolicznościach wynik starcia prezentowałby się, o niebo lepiej, to było bardzo wygodne założenie z perspektywy pokonanego, który jednak pragnął być w tym miejscu, bo szukał czegoś, co można dostać wyłącznie w spelunach takich, jak ta. Nawet jeżeli ryzykował złamanym nosem i poobijaną twarzą, czasem poświęcenie, było niewielkie, jeżeli w grę wchodziło poczucie ulgi.
Jak przez mgłę obserwował, to co działo się po nokaucie. Organizm był przyzwyczajony do nieustannej walki, nawet w tej chwili, jakaś jego część chciała ruszyć z miejsca i porwać się na oponenta, który wyraźnie gardził, czymś tak prostym, jak szacunek do pokonanego. Coś go jednak powstrzymywało w decyzji, aby nie unosić się, by po prostu najzwyczajniej w świecie leżeć, jak to robił od kilkunastu uderzeń serca. Ciężki oddech leniwie unosił pierś, a przez rozchylone usta łapał powietrze, tak balansował nieustannie na tej granicy między jawą, a ciemnością.
Dopiero zapach kobiecych perfum – dziwnie kontrastujących z tym miejscem, wyrwał go z otumanienia i pozwolił zebrać szczątkowe myśli. Dostrzegł w samą porę dwóch karków spieszących w jego stronę, ale ci po konfrontacji z blondynką znikli w tłumie. Dopiero dokładniejszy rzut oka na jej rysy sprawił, że ciepło napłynęło mu do piersi, a westchnięcie, mimowolnie uleciało spomiędzy rozchylonych ust.
Nie pasowała tutaj w żadnym calu swojej osoby, będąc jak wyciągnięta z innego obrazu postać zagubiona w chaosie, który dopiero, co miał tu swe miejsce. Czy widziała wszystko, w tym jego nokaut? Zapewne tak. Nie chciał się z tego przed nią tłumaczyć; świadom, jak głupio postępował, lecz z drugiej strony, wolał rozmowę z nią, niż z Atticusem.
Konsekwencje – zawsze nas dopadały, nawet jeśli się ich nie spodziewamy.
— Dam radę — uśmiecha się, ale w połowie orientuje się, jak upiornie musiał wyglądać, dlatego przywołuje na twarz maskę powagi, która w tych okolicznościach również kiepsko się przedstawia. Tak jednak wstaje z miejsca, bez pomocy blondynki, miał w sobie siłę, a wypity w nie tak wielkich ilościach alkohol nie torpeduje tych zapędów. Demonstracyjnie otrzepuje wierzchnie odzienie z brudu i po chwili ponownie koncentruje spojrzenie na twarzy magiuzdrowicielki. Skinął głową potwierdzająco, że da radę wypełnić i to polecenie, bez cienia skargi żegna pub, który stał się miejscem jego porażki. To zdecydowanie nie była chwalebna noc, ale w gruncie rzeczy, przecież nie miała taka być, prawda?
Co innego jednak uderza w jego jaźń i motywuje myśli. A kiedy przekraczają próg lokalu, decyduje się postąpić na stronę, by oprzeć się plecami o zimną cegłę budynku. — Co właściwie tam robiłaś? — spojrzał na nią, niemal normalnie, a w głosie wybrzmiewała nutka podejrzliwej ciekawości zaprawionej szczyptą wesołości. — Tylko nie mów, że też szukałaś wątpliwej przyjemności w upodleniu się — usta skrzywiły się w grymasie niechęci skierowanej, wobec samego siebie. Wiedział, że nie powinien, tu przychodzić, to była czysta głupota, nawet jeśli przez moment poczuł ulgę.
Naznaczoną śladem krwi dłonią sięgnął do wnętrza płaszcza i wyciągnął srebrną papierośnicę, którą najpewniej, by stracił, gdyby nie pojawienie się Moiry, bowiem wątpił w uczciwość obsługi w tego typu lokalach, a przy wyrzucaniu gości, zbyt pijanych lub poobijanych, ci zapewne chętnie sięgali im do kieszeni, by znaleźć zagubiony napiwek. Poczęstował kobietę: — zapalisz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
Wczoraj, 17:29
Chyba oboje nie pasowali tutaj zupełnie – chyba jednak nie myślała o tym teraz, nie w ten sposób. Chyba sama czuła się zbyt źle, by współczuć mu bardziej niż na poziomie troski o jego zdrowie, możliwie życie, a pobocznie – o elementy majątku, które pewnie miał przy sobie lub na sobie. Chyba twierdziła, że sama trafiła tu z rozmysłem – a on był ofiarą losu. Losu, który zakpił z niego z kwestii żony, a teraz losu, który posłał go na łopatki rękami walecznych drabów. Chyba chciała wyżyć się i chyba zupełnie przypadkowo wpadł w jej pełne frustracji łapska – chyba pociągnęła go za szmaty do góry nieco zbyt dynamicznie, ale możliwe, że potrzebowali tego oboje, nawet jeżeli wstał bez jej pomocy i bez aprobaty. Dali sobie moment otrzeźwienia, kiedy sytuacja zaczynała robić się coraz mniej ciekawa – kiedy ona czuła na sobie uwagę młodego mężczyzny, który mógł nie zrozumieć “nie” rzuconego odpowiednio ostrym tonem i w momencie, w którym faktycznie miałaby dość, a kiedy on leżał na deskach, czując skapującą po tylnej ścianie gardła krew – oczywisty skutek łamanej przegrody.
Faktycznie wygląda okropnie. Nie próbuje nawet zaklinać rzeczywistości – wszystko to nie zrośnie się ładnie bez pomocy odpowiednich zaklęć albo co najmniej bez odpowiedniego nastawienia – te będzie możliwe jednak dopiero po odpuszczeniu opuchlizny. Gdy stają przed budynkiem, gdy chowa różdżkę do torebki, gdy opiera spojrzenie na zabrudzonym – oplutym nawet – odzieniu Lestrange’a, zaciska szczękę.
– Zdajesz sobie sprawę, że skopaliby cię, wyrzucili za próg, okradli do cna i zostawili? – poucza go, nie wiedząc właściwie czy robi to z troski, sympatii czy wyłącznie dlatego, że w złym nastroju robiła się jeszcze mniej przyjemna, niż bywała codziennie. – Rozumiem, że jesteś w rozsypce, ale musisz wziąć się w garść. Za kilkanaście minut zrobi ci się bardzo niedobrze, po czymś takim możesz mieć wstrząs mózgu – kontynuuje. To chyba faktycznie ten dziwny rodzaj troski, przypadający bardzo surowym matkom, których oczekiwania nigdy się nie kończą. Sanderson nie odnalazła nigdy swojego powołania w rodzicielstwie, ale być może niektóre instynkty znaleźć muszą ujście w innym miejscu.
Gdy pyta o powody jej pobytu w miejscu o reputacji wątpliwej – mierzy go jedynie spojrzeniem. Długim, chłodnym, będącym odpowiedzią samą w sobie. Subtelne drgnięcie głową to potwierdzenie – ale ciężko szukać ich więcej, bowiem ich nie werbalizuje.
Poczęstowana wyjmuje całą papierośnicę z jego dłoni.
– Chyba oszalałeś – chowa srebrny przedmiot do torebki. Jeśli będzie chciał się awanturować – znajduje się w idealnej pozycji, by z torebki tej wyjąć również różdżkę. Chyba posiada dziś wyjątkowo krótki lont. I chyba bardzo chce, by wszystko układało się po jej myśli, bowiem ton którym traktuje przedstawiciela rodziny tak wpływowej… Jest co najmniej nieprzystający. – Mam pozwolić palić komuś, kto przez najbliższy czas pluć będzie krwawą flegmą? Nikotynka prosto do krwi, co? – marszczy nos na ułamek sekundy. – Oddam ci je, kiedy dojdziesz do siebie. Póki co idziesz ze mną do domu – poskłada go. W warunkach bardziej spokojnych, bardziej prywatnych. To tylko kilka przecznic stąd.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 17:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.